Robiłam porządki na tablicy korkowej. W ręce wpadł mi nieoczekiwanie zupełnie tak, jak ponad dwa lata temu. Ten skrawek papieru, ukryty przez długi czas pod stertą moich "przypominajek" wzbudził w moim sercu momentalną burzę emocji. Zupełnie tak, jak wtedy.
Był kwiecień 2012 roku. Wracając z uczelni, wysiadłam z tramwaju na Moście Teatralnym i spiesząc się na pociąg próbowałam przebić się przez opanowane remontami miasto. Stojąc na światłach zupełnie przypadkiem zauważyłam plakat obwieszczający koncert Raya Manzarka w poznańskim Eskulapie. Serce momentalnie zabiło szybciej, jednak wzbudzone podniecenie szybko zmieszało się ze smutkiem. Bilety do tanich nie należą - pomyślałam. A przecież wieść o koncercie spadła na mnie, jak grom z jasnego nieba. Gdy jechałam już pociągiem, katowałam się się myślą, że muszę zapomnieć o koncercie. Ach, jakże lepiej byłoby nie wiedzieć...
Ray Manzarek urodził się w 1939 roku w Chicago. Był muzykiem i reżyserem (nota bene posiadającym polskie korzenie), inspirującym się przede wszystkim muzyką jazzową i bluesową, a sławę zyskał jako klawiszowiec mojej ukochanej grupy The Doors. Założę się, że nie ma wśród Was osoby, która nie znałaby jego fenomenalnego wstępu do utworu Light my fire. W 1965 roku, na plaży w Venice otworzył wraz z Jimem Morrisonem drzwi do percepcji, które z biegiem czasu stały się przepustką dla największych wpływów w muzyce nowoczesnej.
Kilka dni przed koncertem zamiast uczyć się do egzaminu, przeglądałam znów smutno biografię The Doors, wyłapując z niej moje ulubione fragmenty. W tle brzmiało cicho "The Crystal Ship" - moja ukochana piosenka. I wtedy Patryk napisał mi, że jest konkurs i że muszę koniecznie wziąć w nim udział. Na dobrze znanej mi już stronie Magazynu Gitarzysta zorganizowano konkurs, w którym do wygrania były bilety na koncert Raya w duecie z Royem Rogersem. Wystarczyło odpowiedzieć na jedno, proste pytanie: Jak nazywał się pierwszy album stworzony w ramach projektu Manzarek Rogers Band. Od razu wystukałam na klawiaturze "Ballads for the rain" i wysłałam do redakcji, choć tak naprawdę nie wierzyłam, ze mogłoby się udać.
W dzień feralnego egzaminu - jednego z najcięższych tamtego semestru o szóstej nad ranem zadzwonił do mnie Patryk - Dzięki, miałam się dziś wyspać... Odebrałam, z nieukrywaną złością w głosie.
- Jedziemy! - wykrzyczał uszczęśliwiony.
- Nigdzie nie jadę, śpię... - wystękałam do słuchawki.
- Łosiu, wygrałaś!
Nie ogarnęłam.
- Ale co?
- Matko... Wygrałaś bilety na koncert Manzarka! Pojutrze zobaczysz go na żywo! No i rzecz jasna ja jadę z tobą, przecież gdyby nie ja, to nie miałabyś pojęcia o bożym świecie!
Nie umiem Wam opisać, co wtedy poczułam. Wystrzeliłam z łóżka jak pocisk z procy. To było, jak wygrana w totka, jak spełnienie marzenia, które zawsze miało tylko marzeniem pozostać. Zawsze myślałam, że urodziłam się o jedno, może dwa pokolenia za późno, by usłyszeć choć jednego z nich na żywo. Byłam przekonana, że nie zdążę... Zdążyłam.
Nie wiedzieć dlaczego, przed samym koncertem czułam stres. Stres połączony z niedowierzaniem. Może po prostu bałam się, że to wszystko zaraz pęknie niczym bańka mydlana, że zbudzę się z tego muzycznego snu. Opierając się o barierkę pod Eskulapem odpaliłam papierosa. I wtedy ktoś szturchnął mnie, jakby przypadkiem i usłyszałam za sobą głos.
- Yeeeah, you're nice girl...
Odwróciłam się. To był Ray, który w towarzystwie ochroniarzy wyszedł właśnie na zewnątrz. Uśmiechał się do mnie szeroko. A moja mina musiała wyglądać tak samo głupio, jak miny pozostałych ludzi, którzy właśnie stali obok niego.
- Ty durniu, czemu nie zrobiłaś sobie z nim zdjęcia, nie wyściskałaś go, no?! - kilka dni później łapał się za głowę Tomek, mój serdeczny kolega i równie wierny fan The Doors, który na koncert Raya niestety dotrzeć nie mógł, ale liczył na moją obszerną relację.
- Nie martw się, on jeszcze przyjedzie, pojedziemy wtedy na koncert razem i zrobimy sobie zdjęcie!
Nie wiedziałam wtedy, że Ray zmagał się już z bardzo ciężką chorobą. Jednak gdy stał tak blisko mnie dostrzegłam na jego twarzy zmęczenie, któremu jednak usilnie nie chciał ustąpić uśmiech Prawie nie znikał z jego twarzy...
Sam występ był... poezją. Odczuwałam mocno to, że oboje z Patrykiem jesteśmy na koncercie jednymi z najmłodszych widzów. Emocje, które unosiły się w powietrzu sprawiały, że moje oczy były cały czas zaszklone, a słuch nienasycony.
Kulminacyjnym dla mnie momentem okazała się chwila, gdy przygasły światła, a Ray zaczął opowiadać o Jimie. Mówił, że cokolwiek usłyszelibyśmy i przeczytali w mediach musimy wiedzieć, że Jim był dobrym człowiekiem. Zazwyczaj uśmiechniętym, choć cholernie nieszczęśliwym i zagubionym. Coś ściskało mnie mocno za gardło, bo już dobrze wiedziałam, ze za chwilę usłyszę mój ukochany utwór, wzruszający za każdym razem tak samo mocno, tak samo uwrażliwiający na wspomnienia i na marzenia, które jednak się spełniają.
Crystal ship przeleciało przez przepełnioną wzruszeniem salę tak szybko, jakby ten dźwięk był ułamkiem sekundy. Jednak pamiętam każdą nutę, która uderzała w moje serce z prędkością światła, tak intensywnie, że w pewnym momencie nie wytrzymałam, a po policzkach popłynęły łzy. Nawet nie ocierałam ich, przestałam się ich wstydzić, gdy rozejrzałam się po sali, a za dłoń chwycił mnie niewidomy, starszy już mężczyzna, który płakał tak samo, jak ja. Koncert zakończył się słynnym Riders on the storm i był to drugi i ostatni utwór The Doors, jaki zabrzmiał w tamtym miejscu i czasie. Gdy ludzie wykrzykiwali tytuły piosenek znanych z najstarszych albumów, Ray odpowiadał, że teraz jesteśmy na koncercie zupełnie innej kapeli. Miał rację.
Ray odszedł z tego świata prawie dokładnie rok po tym wydarzeniu. Odszedł dzień przed moimi dwudziestymi trzecimi urodzinami. Pamiętam, jak dziś sms'a od Szki, którego dostałam w środku nocy: Dziś Jim poszedł otworzyć drzwi Rayowi... I wiem, że w Zaświatach trwa najpiękniejszy koncert, a ja nigdy już na tym świecie nie zrobię sobie z Rayem zdjęcia.
Ray odszedł z tego świata prawie dokładnie rok po tym wydarzeniu. Odszedł dzień przed moimi dwudziestymi trzecimi urodzinami. Pamiętam, jak dziś sms'a od Szki, którego dostałam w środku nocy: Dziś Jim poszedł otworzyć drzwi Rayowi... I wiem, że w Zaświatach trwa najpiękniejszy koncert, a ja nigdy już na tym świecie nie zrobię sobie z Rayem zdjęcia.
"Jasne są dni i wypełnione bólem,
Utul mnie w delikatnych kroplach deszczu.
Twoje życie było zbyt szalone,
Znów się spotkamy, znów...
Powiedz mi, gdzie wolność twoja?
Ulice przypominają nieśmiertelne pola.
Uchowaj mnie od szukania przyczyn,
Dla których ty zapłaczesz, a ja raczej odfrunę.
Kryształowy statek napełnia się
Tysiącem dziewcząt, tysiącem wzruszeń,
Milionem sposobów na spędzenie czasu.
Kiedy wrócimy - dam znać..."
I zostawiam Was z tym moim kryształowym statkiem na dobranoc. Zostawiam Was z muzyką, która w te wczesnojesienne wieczory okazuje się być idealnym lekarstwem. Zostawiam Was z jednym z moich najpiękniejszych wspomnień. Z całej sterty koncertów, o której mogłabym Wam opowiedzieć - tak, to był najważniejszy koncert w moim życiu.
A ten skrawek papieru, szczęśliwie wygrany bilet przyczepiłam w dużo wyraźniejszym miejscu. Tuż obok zdjęć z najpiękniejszych chwil, z najwspanialszymi ludźmi.
Bo o pięknych momentach, dających siłę i przypominających, jak wiele jest w nas dobrych emocji, których na co dzień się wstydzimy po prostu warto jest pamiętać.

Cudownie wspomnienie - czytając to - czułam Twoje wzruszenie...
OdpowiedzUsuńHmm, więc cieszę się, że udało mi się to w miarę oddać :)
UsuńMam nadzieję, że kiedyś razem się wybierzemy na jakiś koncert :)
OdpowiedzUsuńZ przyjemnością! :)
UsuńA tak w ogóle to dobrze się wraca do miłych momentów. :)
UsuńZdecydowanie :) Dlatego dobrze mieć je "na widoku" :)
UsuńPewnie, coś w tym jest :p
UsuńJedno spojrzenie i nieraz tyle radości ^^
UsuńNie mogę niczego innego napisać jak to,że to wspaniałe, cudowne wspomnienia :)
OdpowiedzUsuńZgadza się... to była prawdziwa niespodzianka od losu :)
UsuńDobre są takie niespodzianki :)
UsuńI może i lepiej, że nie zdarzają się zbyt często :)
UsuńMożna bardziej docenić, są wyjątkowe, prawda ? :)
UsuńOtóż to. Na takie chwile się czeka po prostu :)
UsuńInaczej się chyba nie da :P :) No ale to one urozmaicają te życie.
UsuńJa czekam teraz właśnie na jakąś taką niespodziankę, potrzebuje takiego promyczka ale póki co nic się nie zapowiada niestety. A chciałabym... Np. telefon z pracy :P
U mnie też się nie zapowiadało, wiec uważaj :D A nuż...:D
UsuńJa mam takie specjalne pudełko, gdzie trzymam wszystkie ważne dla mnie bilety z koncertów. Każdy to inna historia, inne wspomnienia. Mam taki jeden, który na zawsze będzie tym jedynym i najwspanialszym-oczywiście koncert Depeche Mode :)
OdpowiedzUsuńZazdroszczę Ci tego koncertu i bycia tak blisko Raya. Oj, bardzo zazdroszczę..
O, a to u mnie są na tablicy korkowej własnie :) I musiałam jakis czas temu kupić większą, bo już się nie mieściło tam to wszystko xD Po prostu lubię na to spojrzeć nieraz, bez wyciągania z szafki, to jest takie miejsce przepełnione wspomnieniami i radością - zawsze jakoś tak podnosi mnie na duchu :) Och, Depeche Mode <3 :))))
Usuńja ostatnio na koncercie byłam córki Niemena. śpiewała mało znane piosenki ojca. czad, poezja przeżycie wielkie:)
OdpowiedzUsuńOj, wierzę, widziałam i słyszałam ją kiedyś w TV, bodajże na festiwalu w Opolu. Jest niesamowita... zresztą ma to w genach :)
UsuńNa tym koncercie nie byłem przez pewne życiowe zawiłości i strasznie, ale to strasznie żałowałem, ale cóż, nie można mieć przecież wszystkiego, no nie?:) Tylko szkoda, że już nie będzie okazji. Bo cóż..na punkcie Doorsów mam podobnego trochę bzika jak ty, są, można rzec, szczególni w moim życiu i byli niesamowicie ważni w pewnym okresie zmian. Zresztą...jak można Doorsów nie kochać, no jak?
OdpowiedzUsuńAle w ogóle, to miałaś szczęście dziewczyno XD Cóż, może pewne rzeczy są dla nas konieczne i są nam przeznaczone?:> Nigdy nie wiesz, jak wielkie znaczenie może mieć potem wspomnienie. Jak bardzo szczegół rzutuje na nas, szczegół czegoś, co po prostu "miało się zdarzyć".
Czasem i tak bywa, że nie możemy być gdzieś, gdzie bardzo byśmy chcieli, ale ja po cichu wierzę, że z biegiem czasu los nam to wynagradza w inny sposób :) Co prawda niedużo później Ray grał z Robbiem w Dolinie Charlotty, no ale wtedy to już nie mogłam pojechać :P Więc znów mnie rozumiesz... W moim sercu wyryli tak głęboki ślad, byli i są po prostu niesamowici. Te wszystkie teksty Jima, jego wiersze, cytaty. Uwielbiam po prostu. No i muzyka, zlepek różnych stylów, po prostu coś nieziemskiego. Swoją drogą "The End" mnie zawsze jakoś tak... wycisza i uspokaja :P
UsuńMoże tak jest :) Do tej pory uważam to za ogromny dar od losu i to, że mogłam być tak blisko Raya... no niesamowite :) Dlatego też ważne jest dla mnie kolekcjonowanie wspomnień :)
A i owszem, wszystko zawsze wychodzi na zero:) I rozumiem jak najbardziej:)
UsuńA masz tomiki zapisane jako wiersze też? Chomikujesz?XD
A mnie The End...nastraja w inny sposób i przy tym lepiej zostańmy, bo wyjdzie za dużo XD
A nie inaczej!:)
Jasne, że tak :D I zeszyt z ulubionymi cytatami i w ogóle ^^
UsuńNo dobra, nie wnikam xD
Asik...to chyba był jakiś znak z tą wygraną biletu na koncert! :-)
OdpowiedzUsuńdziewczyno tak to opisałaś,że.....aż się wzruszyłam ;)
ściskam Cię cieplutko ;*
radosnego weekendu życząc :)
Ojoj, co Wy się tak wzruszacie, kurcze :D :*
UsuńTeż ściskam i wzajemnie! :*
Przepięknie napisane! Jest w tych literkach tyle emocji, że prawie przeżywałam to wszystko razem z Tobą ;)
OdpowiedzUsuńKocham The Doors ze wszystkich istniejących kiedykolwiek zespołów najbardziej na świecie więc jest mi podwójnie i potrójnie miło, że akurat ten koncert był Twoim najlepszym.
Pozdrawiam cieplutko :)
Więc cieszę się, że udało mi się to oddać i ze poczułaś to prawie tak samo mocno, jak ja :)
UsuńBo Doorsi byli i są też moim ukochanym zespołem, od paru lat... po prostu się w nich zakochałam i nie znudzą mi się nigdy :P
Również pozdrawiam! :)
Boziu jak Ty to pięknie opisałaś...wzruszyłam się...
OdpowiedzUsuńPoczułam się jakbym tam była...
A był mój szwagier i był równie mocno poruszony do dziś mile wspomina tamten koncert ;)
Ściskam mocno i życzę miłego weekendu :*
Więc przeniosłaś się na chwilę w tamten świat :)
UsuńNo proszę :)
Również miłego kochana :*
Pięknie to napisałaś, bardzo wzruszająco. Masz wspaniałe wspomnienia ;)
OdpowiedzUsuńZgadza się, wspaniałe i niezapomniane :)
UsuńOjej, aż się wzruszyłam! Miałaś niezłego farta, że wygrałaś :D A może nie farta, może to po prostu przeznaczenie :)
OdpowiedzUsuńZależy w co kto wierzy ^^ Ale w sumie wygraliśmy kiedyś tam też bilety na koncert Europe i do kina na film "Celebration Day" - w sumie koncertówkę Zeppelinów ;D
UsuńCzyli szczęście sprzyja :D
UsuńCzasem aż za bardzo i nieraz mnie to przeraża :P
UsuńStrasznie wzruszający... ale i bardzo pozytywny :)
OdpowiedzUsuńObserwuję .Czy mogłabyś kliknąć w linki w moim nowym poście? Odwdzięczam się obserwacją i komentarzami :)
Z góry dziękuje. :*
http://goldxcherriex.blogspot.com/
Hmm... spoko, ale nie trzeba się odwdzięczać XD
UsuńTakie wspomnienia są bezcenne :)
OdpowiedzUsuńI niezapomniane :)
UsuńTo przede wszystkim :) Ale myślę, że powinnaś dopisać, że jest to najważniejszy koncert Twojego życia, jak do tej pory :) Myślę, że jeszcze wiele przed Tobą :)
UsuńAno rzeczywiście :) Kto to wie, co się jeszcze w przyszłości przydarzy :)
UsuńMoże tyle, że o tym koncercie zapomnisz? :D
UsuńO nie, nie - o tym zapomnieć się nie da :)
UsuńPiękne wspomnienie...
OdpowiedzUsuńNie da się ukryć ^^
UsuńPrzyznam się bez bicia, że nie znam tego wstępu. Jednak no nie dziwi mnie to, bo the doorsów też nie słucham, ale doskonale rozumiem (znaczy się no, staram się zrozumieć) Twoją ekscytację całym tym wydarzeniem, wszak droga do spełnienia tego marzenia była no jednak wyboista. Piękne wspomnienie, które z pewnością nigdy w życiu w Tobie nie zgaśnie :)
OdpowiedzUsuńAle jak posluchałaś, no to już znasz :D Ja pamiętam, że jak byłam mała, często puszczali to w radio ;) I jak kiedyś tam, pierwszy raz posłuchałam ich albumu, to właśnie ta piosenka mi się pierwsza "rzuciła w ucho". Pamiętasz, jak kiedyś Ci pisałam, że ja też mam taki właśnie najważniejszy koncert w życiu? :)
UsuńPamiętam, pamiętam ;)
UsuńPiękne wspomnienie! I pięknie opisane wspomnienie, bo kiedy się czytało, wręcz można było poczuć te emocje. Wprawdzie zespołu za bardzo nie znam, ale jednak rozumiem Cię ;-) Wiem, co to znaczy, kiedy spełniają się marzenia ;-)
OdpowiedzUsuńBo tu właśnie o to chodzi - o spełnienie marzenia :) I to całkiem znienacka, niespodziewanie :)
UsuńCzytając przeżywałam to chyba z Tobą, pięknie opisane!
OdpowiedzUsuńCieszę się, że udało mi się to tak oddać :)
Usuńaż miałam dreszcze jak to czytałam :p
OdpowiedzUsuńOjoj, aż tak? :D
UsuńAle fajnie :D i co najważniejsze - żeby wygrać - trzeba grać :D
OdpowiedzUsuńOtóż to :D W sumie tymi konkursami to nas swego czasu zaraził kolega, który wygrał wycieczkę do Wenezueli w środku zimy xD
UsuńO kurczę, to miał chłopak szczęście :D
UsuńJak cholera :D
UsuńAsia już z wszystkich słów, można wyczytać że ten koncert był spełnionym cudownym marzeniem :)
OdpowiedzUsuńI to takim marzeniem, które wpisałam już na listę "raczej nie do spełnienia" :)
Usuńtym bardziej było się z tego cieszyć hu hu :D
UsuńOj tak :)
UsuńAż się wzruszyłam jak to czytałam. Na pewno dla Ciebie to piękne i niezapomniane wspomnienie :)
OdpowiedzUsuńChusteczkę? :) Zgadza się, wryło się i w serce i w pamięć:)
UsuńPamietam, jak swiezo po tym koncercie zdawalas mi relacje. Wtedy te emocje byly tak mocne, ze czulam je w sobie. I wiesz co? Teraz, czytajac to wspomnienie, na nowo to czuje. Bo to co przezylas podczas wystepu Ray'a dalej jest w Tobie zywe, jakby wydarzylo sie wczoraj. To jest najpiekniejsze, wspomnienia, ktore w sercu wciaz sa aktualne, terazniejsze, ktore trwaja i beda trwac do konca :*
OdpowiedzUsuńTeż pamiętam, jak Ci to opowiadałam :) Wtedy wszystko było takie świeże, jeszcze wszystko we mnie siedziało... Teraz pozostał w głowie piękny obraz, na który dobrze jest spojrzeć z perspektywy czasu :)
UsuńNa piękne obrazy zawsze warto patrzeć, zwłaszcza jeśli są głęboko zakorzenione w serduchu i sprawiają, że dzięki nim czujemy się lepiej i na nowo przeżywamy te wspomnienia! :)
UsuńCoś o tym wiemy przecież, prawda? :)
Usuńkurcze, "wygrać marzenie" to nie to samo co "kupić marzenie". Ile trzeba mieć szczęścia, żeby osiągnąć coś takiego. Wręcz niesamowite! :)
OdpowiedzUsuńDokładnie! Czasem sobie myślę, że szczęścia mam aż za dużo...
UsuńZdjęcie nie jest ważne, obraz masz zapisany w sercu - i tego nikt nigdy nie zniszczy.
OdpowiedzUsuńW sercu to mam całą kolekcję takich obrazów :)
UsuńPhotoshop i będziesz mieć zdjęcie ;) A najważniejsze są wspomnienia. Ja raz również wygrałam bilety i tak bardzo pragnęłam pojechać, ale niestety, radio zrobiło nas w *uja.
OdpowiedzUsuńAno rzecz jasna :) Tylko czasem dobrze jest tak mieć, na papierze, widzieć to wyraźnie, gdy obraz w pamięci trochę się zatrze... ale mimo wszystko - zgadza się, najważniejsze jest w sercu :) Oj... to dopiero musiało być rozczarowanie :/
UsuńNiesamowite, że dane Ci było go zobaczyć. Taka wygrana od losu! Aż się człowiekowi miło robi :)
OdpowiedzUsuńOtoż to, w życiu się nie spodziewałam :)
UsuńZ nazwiska pana nie kojarzę, ale The Doors jak najbardziej znam! Chyba grzechem jest ich nie znać :D
OdpowiedzUsuńI wygrane bilety na koncerty powinny trafiać właśnie do takich osób jak Ty. A z tego, co obserwuję, to często wygrywają te same osoby, które po prostu "poszłyby na jakiś koncert".Mówię np. o Esce Rock, jakiś czas temu ;d
PS Nie spiesz się tak z oglądaniem Lost, bo później będziesz rozpaczać, że obejrzałas ostatni odcinek :D A jak Ci się na razie podoba? Nie rezygnujesz z Sawyera? ;)
Wiesz, nawet nie chodzi o znanie nazwiska - chodzi o znajomość muzyki, bo to ona jest najważniejsza :)
UsuńW sumie nie wiem, bo Eski Rock nie słucham, ale... fakt faktem, też często słyszy się o wygranych, które cieszą "ot tak", bo się wygrało. A dla niektórych taka wygrana byłaby gwiazdką z nieba, jak właśnie koncert Raya dla mnie...
Nie rezygnuję xD W życiu nie! xD Ale nie da się nie spieszyć :P Już zaczynam 3 sezon ^^'
Niby tak, ale czasem aż głupio nie znać jakichś dość znanych nazwisk :D
UsuńJa swego czasu słuchałam i naprawdę się osłuchałam z takimi ludźmi... Ale jak jakiś bilet na koncert czy płyta, o którą ja też walczyłam, powędrował do kogoś innego, do kogoś, kogo uśmiech i radość słyszałam aż u siebie, to wcale nie było mi szkoda, że nie wygrałam, tylko cieszyłam się z tą osobą, bo to takie urocze! :)
Omg XD TO JUŻ JEST OBSESJA.
Ale ja też wielu nazwisk nie znam, a kojarzę muzykę - szczególnie jak chodzi o klasyczną :P
UsuńBo właśnie chodzi o to, żeby umieć się cieszyc. A niektórzy w takich konkursach biorą udział trochę... bezsensownie. A później nie idą, albo sprzedają bilety :P
No tak trochę jest :D Ale ciiiicho! Póki co siedzę nad tabelkami z mgr, więc aż takiej obsesji nie ma :D Ale jak dojadę do 500 drzewa to zrobię sobie nagrodę w postaci kolejnego odcinka (albo dwóch xD)
Czytając Twoje wspomnienia czułam Twoją radość z tamtego dnia :) ach, coś wspaniałego :)
OdpowiedzUsuńCzyli trochę Cię tą radością zaraziłam? ^^
UsuńA ja nigdy niczego nie wygrałam :(
OdpowiedzUsuń.... z materialnego punktu widzenia, rzecz jasna. bo wygrałam życie raz, na koncercie, kiedy to udało mi się zdobyć zdjęcie z moim idolem, och cóż to była za adrenalina!
Hej, jeszcze wszystko przed Tobą :P
UsuńA taka "wygrana" to chyba jeszcze piękniejsza :) A cóż to był za idol? ;>
Kuba z happysadu :P zostałam po koncercie i ustawiłam się w kolejce, choć taka wielka była, a że miałam długi dojazd do domu, a było przed dwunastą, podeszłam do barierki i spytałam, czy można zdjęcie? :P pan ochroniarz powiedział, że on mi pomóc przez barierkę przejść nie może, no ale jak się zmieszczę w szparę między tą barierką a ścianą.. cóż, nie zatrzyma mnie. No to torbę rzuciłam, i lecim, przeszłam, później wybłagałam pana ochroniarza żeby jednak do Kuby i reszty zespołu mnie wpuścił, usiadłam sobie koło nich, pogadałam chwilę (któryś z nich stwierdził, że powinnam zacząć więcej jeść, bo się w szparach mieszczę), dostałam zdjęcie, autograf... i przez całą drogę do domu piszczałam z radości :D
UsuńHaaa jak ja kiedyś kochałam happysad :D Dziś słucham ich rzadziej, ale za kazdym razem chętnie wracam :) No to świetne wspomnienie masz widzisz - ach te koncertowe przeżycia :D
UsuńDokładnie! A jak mnie wszystko bolało na drugi dzień, bo to przecież się pchałam, masakra :D ale nie zapomnę tego do końca życia :3
UsuńAle było warto! :D
UsuńNo tu nie ma żadnych wątpliwości, zrobiłabym tak jeszcze raz :D nawet kosztem właśnie tego i straconego głosu ;P
UsuńStracony głos i ból każdej części ciała to najlepsze co zostaje po koncercie ;D
UsuńDokładnie :D nie da się tego w ogóle opisać słowami.
UsuńTo trzeba poczuć :P
UsuńTrzeba poczuć, trzeba przeżyć :P
UsuńDlatego teraz czekam na LuxFest :D
UsuńTak samo jak ja odliczam do każdego koncertu :D
UsuńJedni żyją od pierwszego do pierwszego, a my od koncertu do koncertu xD
UsuńO, dokładnie dokładnie! :D jest wyczekiwanie przedkoncertowe i pokoncertowa deprecha :D
UsuńPokoncertowo to ja mam jeszcze podnietę - deprecha się tak zaczyna w połowie oczekiwania :P
Usuńmożna CI jedynie zazdrościć wspomnień i cudów jakie tam przeżyłaś ;)))
OdpowiedzUsuńMyślę, że nie ma co zazdroscić - życie dla każdego z nas szykuje masę niespodzianek :)
Usuńpiękne wspomnienia:) mam nadzieję, że też kiedyś będę miała okazję pójść na koncert zespołu,który tak uwielbiam :)
OdpowiedzUsuńZatem życzę Ci tego :)
Usuń