sobota, 28 marca 2015

"Cholera, mam nadzieję, że nie trafimy na kolesia z maczetą!" - czyli Rudy Roztrzepaniec powraca z plecakiem pełnym szczęścia.

- Ty to jesteś jak Wiosna, Asiu - powiedział mi kiedyś mój dobry znajomy, kiedy spotkaliśmy się na dworcu w Poznaniu. Uśmiechnęłam się wtedy od ucha do ucha, bo to był najfajniejszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam. Być jak Wiosna. Coś pięknego. Być kimś, kto sprawia, że się śmiejesz, kto przypomina o tym, że zawsze warto mieć nadzieję i że dobre myśli krążą zawsze wokół nas. A ja wiosnę uwielbiam, zwłaszcza taką, która zasiewa w nas odrobinę tej niecierpliwości w oczekiwaniu na wybuch natury, która przypomina o nadziei i pozwala poczuć, jak pierwsze promienie słońca łaskoczą policzki. Być jak Wiosna. To takie moje, bo sama przecież późną wiosną się rodziłam, dokładnie wtedy, kiedy pachną w pełni rozkwitnięte bzy i konwalie.

Jestem, jak widzicie. Żyję i mam się dobrze.
Było mi głupio, że zniknęłam tak nagle i bez jakiegokolwiek uprzedzenia, jednak tak naprawdę nie planowałam żadnej przerwy w pisaniu. Mimo tego nie powiem, że mi się nie przydała. Bo okazuje się, że chyba właśnie była mi bardzo potrzebna, by pewne rzeczy sobie uświadomić i poukładać w głowie. Zrozumiałam, że z pewnymi sprawami trzeba się pogodzić i choć czasem coś paskudnie boli i rozrywa od środka, to jednak nie trwa to wieczność a rozrywający ból pojawia się na coraz krótsze odstępy czasu, każe wyć i krzyczeć czasami to w końcu zawsze znika, a coś nas popycha, byśmy mogli iść dalej silniejsi, odważniejsi i mądrzejsi o pewną naukę. Bo to wszystko umacnia. Za każdym razem dodaje sił. I uczy. A ja zawsze mawiam, że jaki by nie był powód do łez, w końcu i tak trzeba wytrzeć nos.

Więc jestem i uśmiecham się do Was najpiękniej, jak potrafię.

I wiecie, przez te półtora miesiąca, kiedy mnie tu nie było zdążyłam narozrabiać, wylać morze łez, prawie wylecieć ze studiów, usłyszeć, że "ja to już nie ja", zostać samotnikiem na chwilę, a później na nowo zacząć lgnąć do ludzi, planować przyszłość i - właśnie - odnaleźć na nowo nadzieję i powody do uśmiechu.
"Z tobą to jest tak, że poryczysz, poryczysz, a potem wstajesz i zasuwasz dalej. I tak właśnie powinno być."

No to może od początku.
Narozrabiałam. I to porządnie. Powiecie mi, że mam mentalność blondynki - nie obrażę się. Sporo osób mi to w ostatnim czasie powiedziało, więc się przyzwyczaiłam. Moja przerwa w bywaniu tutaj była spowodowana zepsutym komputerem. Zdarza się. Mój stary, poczciwy laptop przeleżał i wycierpiał swoje u informatyka, a kiedy go w końcu odzyskałam, postanowiłam sformatować sobie dysk i wgrać na nowo system. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdy podczas wgrywania sterowników zorientowałam się, że na pendrive, na którym zgrałam najważniejsze foldery brakuje jednego - tego z pracą magisterską. Folderu w którym było sto sześćdziesiąt stron tabel z wynikami, sto zdjęć drzew, które robiłam w różnych porach roku, zdjęcia satelitarne, literatura i podkład A0 a CADzie. Nie, nie sprawdziłam milionowy raz, czy ten folder jest tam, gdzie powinien i skończyło się tak, że mój laptop ponownie wylądował u tego samego informatyka w celu odzyskiwania danych z dysku, a ja nie przespałam kilku kolejnych nocy i schudłam z nerwów dwa kilo. Komputer odzyskałam, ale dane nie wszystkie - podkład poszedł w cholerę, a z wyników zostało może dwie trzecie tego, co miałam tam napisane. Tak, tak, wiem. Roztrzepanie vs. Asia: 1:0.

Opowiadałam o tym ostatnio jednej prowadzącej na zajęciach, kiedy parzyłam w przerwie kawę - tak, mamy jedne takie fajne zajęcia w laboratoriach, gdzie słuchając prezentacji pijemy kawę i zajadamy się ciastkami - marzenie w środowe poranki, co?
- Szkoda pani pracy i wkładu, bo pracę magisterską ma pani obszerniejszą, niż pozostali - powiedziała mi, kiedy słodziłam kawę w kantorku.
- Niestety, za błędy się płaci - odpowiedziałam i ku jej zdziwieniu uśmiechnęłam się. - Ale może tak miało się stać. Teraz przynajmniej mam motywację, żeby zrobić to od nowa i porządnie. Na szczęście mam wydruki na brudno. Dam sobie jakoś radę.
- No to pozostaje mi pogratulować pani optymizmu... mało kto ma takie podejście, jak pani...

I wiecie, to nie jest tak, że nie wyrywałam sobie włosów z głowy w panice. Bo wyrywałam. Ale jak już opadają emocje, to za każdym razem zastanawiam się ile można? I biorę się do roboty, bo to jest zawsze skuteczniejsze, aniżeli dołowanie się, obgryzanie paznokci z nerwów i biczowanie siebie że muszę to w końcu zrobić. Lepiej ten nadmiar energii, którą nasiąka się przez tego typu sytuacje wykorzystać na pracę, aniżeli na właśnie rwanie włosów. Usiadłam więc na dupsku i wzięłam się do pracy. Tym sposobem nadrobiłam już sporo i jestem spokojniejsza. Obrałam sobie na cel, że sprawię sobie na moje urodziny prezent w postaci wydrukowanej pracy magisterskiej, a więc mam na to niecałe dwa miesiące. A to w sumie dużo, jak na moje samozaparcie.

Z lepszych wieści?

Wiem już, kiedy zostanę żoną i w jakim lokalu będziemy bawić się z tej okazji do białego rana. Wybraliśmy lipiec, dokładnie szesnasty dzień miesiąca kolejnego roku. A więc w okolicach naszej rocznicy. Lipiec zawsze uwielbiałam i za każdym razem przynosił coś dobrego, może oprócz tamtego roku, w którym zmarł mój Dziadek. Poza tym zawsze to był ogrom szczęścia i pozytywnej energii. Zatem niech się dzieje.

Sala sama w sobie jest przepiękna. Kiedy byliśmy tam pierwszy raz, to nawet nie podejrzewaliśmy, że zdecydujemy się właśnie na ten lokal, choć zaraz po przekroczeniu progu kopary opadły nam do ziemi. Wtedy też nie byłam przekonana co do właścicielki lokalu, która miała nieco radykalne poglądy w pewnych kwestiach, ale ostatecznie, po wysłuchaniu wielu opinii okazało się, że to osoba naprawdę godna zaufania, przy której nie trzeba się obawiać, czy wszystko wypali.

Klamka zapadła, a my jesteśmy szczęśliwi i w końcu mamy ten oczekiwany "punkt zaczepienia", dzięki któremu można dalej planować. Rozmawiamy o liście gości, obrączkach i kapeli, która ma u nas zagrać. I w końcu nie jest to temat do kłótni i nerwów. Ale jak pisałam wyżej - zamiast się stresować niepotrzebnie i szastać nerwami na prawo i lewo trzeba wyłożyć karty na stół i wziąć się do roboty. To tak naprawdę najczęściej najlepsze rozwiązanie.

Co dalej?

Zamieniłam papierochy na bieganie. Dalej nie palę, już cztery i pół miesiąca. Przykra motywacja okazuje się jednak najbardziej skuteczna. A i kondycja się przyda, bo...

...bo postanowiłam znowu zacząć żyć. Kiedy patrzyłam niedawno na pewnych znajomych, którzy w wieku dwudziestu paru lat zachowują się jak emeryci, poprzysięgłam sobie, że nie stanę się taka, jak oni. Chcę napieprzać życie, jak to mówią. Wstawać wcześnie rano, wyprowadzać siebie na spacer, zakochiwać się na nowo w świecie. Poszukiwać, oddychać, smakować i chcieć. Łapać każdy moment, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zakończy się wędrówka. Kochać, śmiać się i płakać. Odliczać dni do kolejnych wydarzeń. Cudownie się niecierpliwić, jak właśnie tą wczesną wiosną, która rodzi tyle nadziei. Kolekcjonować dobre chwile - swoją drogą, strzeżcie się, bo skoro już tu jestem, to może wypadałoby narobić trochę pozytywnego bałaganu przy wiosennych porządkach i na nowo ruszyć mózgownice bawiąc się  znowu w nominację dobrych myśli? Co Wy na to?

I chcę wpadać na szalone pomysły, jak wczoraj wieczorem, podczas piwa z moim dobrym kumplem, kiedy rozmawialiśmy o ludziach podróżujących stopem po Europie. Najpierw wpadliśmy na pomysł, że pojedziemy stopem na najbliższy Woodstock, bo w sumie daleko nie mamy, a potem uznając, że to jednak nie najlepszy pomysł, pomyśleliśmy, że wybierzemy się na początek stopem w Bieszczady, jakoś po mojej obronie. Jeszcze tylko nie wiem, co powie na to mój przyszły Mąż, bo robił wczoraj wielkie oczy, kiedy nas słuchał, ale przecież doskonale wie, że ja się bez niego nigdzie nie ruszam (bo wiem, że samej by mnie nie puścił)!
- Na początek te Bieszczady będą spoko, tak myślę. - napisał mi dziś Ibi. - Wiesz, być tam, chodzić po górach, jechać do Polańczyka, nad jezioro Solińskie... pięknie, po prostu pięknie!
I tak się nakręcałam z każdym jego słowem.
- Cholera, mam tylko nadzieję, że nie trafimy na kolesia z maczetą! - zaśmiałam się.
A reszta... niech się dzieje.
Dopóki stąpamy niestrudzenie po tej jednej ziemi, to bierzmy z tego życia jak najwięcej, pełnymi garściami. Przecież na tym świecie może być całkiem fajnie. Wystarczy tylko patrzeć i widzieć. I choć odrobinę chcieć.


A teraz czas ponadrabiać zaległości u Was. Czuję, że czeka mnie sporo czytania, choć do wielu z Was zaglądałam choć w telefonie, to jednak dobrze mieć możliwość znów zostawiać u Was ślad :)