poniedziałek, 29 czerwca 2015

O niemocy - tak prosto z serca

Unikałam zaglądania tutaj. Zastanawiałam się, czego właściwie tutaj szukam. I kiedy wczoraj nieśmiało przeglądając statystyki dostrzegłam, że wciąż odwiedza tego bloga kilkadziesiąt osób dziennie... zaszkliły mi się oczy. Właściwie, to rozryczałam się jak bóbr. Czego tu szukacie, kochani ludzie? - szeptałam do siebie, ocierając łzy.

Kilka poprzednich postów było jak nieudolne powroty. Takie powroty pełne nadziei, że pisanie tutaj jeszcze jakoś mi wychodzi. Tymczasem dobrze wiem, że umarłam. Umarłam wirtualnie, jako dawna ja. A może tylko zapadłam w jakiś dziwny sen...

- Jezu, ile ja bym dała, by pisać, jak dawniej, by pisać, jak rok temu... - żaliłam się ostatnio Martynie.

Pamiętam, że założyłam tego bloga z nudów w pewne, zeszłoroczne, lutowe popołudnie, kiedy to "cierpiałam" na nadmiar wolnego czasu tuż po obronie inżynierki. Tytuł wpadł mi do głowy od razu, adres właściwie taki sam, jak przed laty. Szablony z kwiatami i drzewami na zmianę były tu od samego początku. I pamiętam, że pomyślałam sobie wtedy, że blog przyniósł mi przed laty już tak wiele, że już więcej nie śmiem oczekiwać. Przyniósł najpiękniejsze przyjaźnie, spotkania na dworcach, niezwykłe emocje, łzy szczęścia i tęsknoty. I myślałam, że po co mi więcej... że po prostu będę sobie pisać. Bo byłam i jestem w sumie na takim hmm... ciekawym - tak, to dobre słowo - etapie życia. Wiele zakończeń, jeszcze więcej nowych startów. Niekończące się rozdroża, które chciałam tu uwiecznić. I uwieczniłam.

Opisywałam Wam tu najfajniejsze chwile z życia, absolutnie najbarwniejsze. Byliście świadkami moich zaręczyn, wyjazdów na koncerty, które zawsze z chęcią Wam relacjonowałam, choć wiedziałam, że nie każdy jest fanem cięższych brzmień. A jednak... zawsze ciepło te relacje przyjmowaliście. Nawet, kiedy opisywałam Woodstock, który dla niektórych na zawsze pozostanie "brudstockiem". Byliście ze mną, uśmiechaliście się do moich wspomnień a ja uśmiechałam się do Waszych odbić w monitorach. I pozostaliście, gdy serce pękało na kawałki, gdy łzy kapały na nie bezwiednie będąc niczym sól na ranę.

Ten blog przyniósł mi więcej dobra, niż kiedykolwiek mogłam się spodziewać.

Zawsze intrygowało mnie, gdy pisaliście, że wzruszacie się, czytając moje wpisy. A jednocześnie trochę mnie to wkurzało. Myślałam sobie: Cholera, jak?! Ma być ciepło, pozytywnie, a nie z rykiem mi tu... A ostatnio sama wyłam jak głupia, czytając dawne wpisy. Wpisy obcej osoby, która zapadła w jakąś dziwną śpiączkę, a może odeszła na zawsze.

Wiecie, bardzo poważnie myślałam nad tym, by stąd odejść. Zastanawiam się nad tym nadal. Nie mogę znieść gapienia się w pustą, wirtualną kartkę, zmuszania się do otwierania laptopa, który i tak szwankował ostatnio, pozwalając mi ledwo na dokończenie pracy magisterskiej... Nie dał mi za to możliwości odpisania na kilka maili i komentarzy, zacinając się i robiąc mi na złość.

A z drugiej strony... może właśnie potrzebowałam odciąć się od wirtualnego świata. Może to mi właśnie pomogło. Przestałam wypatrywać dobra w tłumie, stając na palcach. Dostrzegłam je tu i teraz. Dostrzegłam Przyjaciół, których po raz pierwszy od wielu lat nie boję się nazwać Przyjaciółmi. Przyjaciółmi tu i teraz. Przyjaciółmi, z którymi w przyszłym tygodniu będę walczyć o tytuł magistra, a potem rozlewać szampana przed uczelnią, bo raz kiedyś można, bo raz kiedyś się należy. Kochanych Agi i Marth, przy których nie wstydzę się płakać i śmiać, wpadać w panikę, poświęcać się i... być sobą. Tak po prostu, po ludzku, nie zagryzać warg, kiedy chce się płakać. Bo łez czasem nie warto hamować, łez nie trzeba się wstydzić.

I znów literki rozmazują mi się na ekranie... to chyba wina właśnie tych łez. Cholernych łez, które kapią w końcu na czerwone loki. Tyle chciałabym Wam powiedzieć, tyle przede mną rozdroży, znaków zapytania, radości i smutków... Ale nie wiem, czy jeszcze potrafię.

Bo ja tęsknię. Tęsknię za tymi, którzy stąd odeszli. Jedni na chwilę, inni na zawsze, ale cholera jasna... przyzwyczaiłam się do Was, Przyjaciele. Czasem człowiek nie zdaje sobie sprawy, jaki ślad potrafi wyryć na cudzym sercu. Dopóki jest prawdziwy, dopóki nikogo nie udaje.

Tyle chciałabym Wam powiedzieć... o tym, jak skończyłam studia, jak oddałam pracę magisterską, jak jakimś dziwnym trafem nie panikuję aż tak przed obroną, jak znaleźliśmy mieszkanie z P., jak przygotowujemy się do ślubu... o tym, jak znów, po paru latach mogę wpadać na próby chłopców, chować się za perkusją i pić Desperadosa, o tym, jak popieprzyło mi się w pracy i za chwilę będę kolejnym magistrem szukającym śmieć-roboty, byle uciułać trochę grosza. O tym, jak na zmianę chce mi się śmiać i płakać i o tym, jak sobie nieraz nie radzę. O tym, co zrobiłaby dawna Asik, zaciskając pięści i mówiąc: "Nosz ja, kurwa nie dam rady?!"

Tyle chciałabym Wam powiedzieć, tylko nie wiem, czy umiem.
Czy potrafię tak, jak kiedyś.


Ale... może chociaż uda mi się zarazić Was muzycznie.
Dawniej wrzucałam tu utwory Fismolla, bo działały na mnie zawsze kojąco i przywoływały dobre wspomnienia. Zresztą przy jednej z jego piosenek wymyśliłam nawet "nominację dobrych myśli". Pamiętacie? :)
Tymczasem nowy singiel i album, który właśnie dziś się ukazał to dla mnie absolutna magia.
Coś, co wypływa prosto z serca i w samo serce trafia.