poniedziałek, 27 lipca 2015

Zaraz będzie ciemno!

Przed obroną bardzo czekałam na ten wyjazd. To był pewien priorytet, bo właściwie będzie to jedyny wyjazd na jakiekolwiek wakacje w tym roku po tych wszystkich stresach i wygranych walkach. Jedyny, ale jakże wyjątkowy - bo w towarzystwie ludzi, których się kocha, którzy się o mnie troszczą i przy których nie znika mi uśmiech z buzi. W towarzystwie także tych, za którymi się tęskni przez bezlitosne kilometry.

Ruszam więc na Woodstock, jutro popołudniu. Jadę się wybawić, wyszaleć i wyśmiać za wszystkie ostatnie czasy. Choć... niewiele brakowało, a mogło mnie tam nie być - mówiłam już, że jestem człowiekiem-przypałem i gubię zęby na imprezach? Nie? W sumie niedziwne, zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Hulając bowiem radośnie w sobotni wieczór z przyjaciółmi, poślizgnęłam się na mokrej trawie i uderzając nieszczęśliwie w ławkę wybiłam sobie pół zęba. Żeby było mało - jedynki. Górnej. Tak, możecie sobie wyobrazić, jak wyglądałam.

Byłam zatem przez moment szczerbatym Asikiem z paniką w oczach, a warto dodać, że mimo, iż z Asika dziewczę odważne, to dentysty boi się jak ognia. Dosłownie - dentofobia level hard.

Na szczęście od paru godzin szczerbata już nie jestem i siedzę z uśmiechem od ucha do ucha. Podczas dzisiejszej wizyty u dentysty (za którą biegałam od rana, bo przecież jutro wyjazd) ząbek okazał się zdrowy i Bogu dzięki - żaden nerw nie został naruszony. I można to uznać za istny cud, bo przydzwoniłam w tę ławkę tak, że aż mogłam gwiazdki liczyć nad głową. Pani doktor uzupełniła mi dziś jednak ubytek perfekcyjnie i bezboleśnie. Nawet nie widać, że coś tam się wydarzylo. Śmieję się z własnej... głupoty? Nie, raczej to głupota nie była. Bardziej nieszczęśliwy wypadek. Albo miałam w nim właśnie więcej szczęścia, niż można sobie wyobrazić. Mogłam skończyć dużo gorzej...

Tymczasem śmieję się, bo po tym wszystkim okazuje się, że jednak do Kostrzyna jechać mogę, mimo moich wcześniejszych obaw. A jest się z czego cieszyć. Przede mną mnóstwo koncertów, o których będę mogła Wam opowiadać, jak dawniej. Zobaczę na jednej scenie Dream Theater, Within Temptation, Black Label Society, Eluveitie, Voo Voo... a z Ibim zacieszamy nawet na Shaggy'ego, bo jak to powtarzamy - "śmiesznie będzie". I tak ma być.

Szykujcie się więc na długie, Asikowe relacje po powrocie.
Przyznam szczerze, że sama za nimi tęskniłam.
I obiecuję, że postaram się nie zgubić zęba, chociaż przekonałam się, że po sobie mogę spodziewać się wszystkiego. Módlcie się, cobym wróciła w jednym kawałku!
Tymczasem - do napisania! :)


PS: Muzycznie - pozostaję w klimacie woodstockowym i może Was trochę zarażę :) Tymczasem muszę Wam powiedzieć - i Martyna mi świadkiem - że w najgorszej panice i strachu przed pozostaniem szczerbatą doszłam do wniosku, że mam najcudowniejszego faceta pod słońcem. Znaczy - wiedziałam o tym już dawniej, ale tylko się w tym utwierdziłam. Mówcie, co chcecie, ale kiedy zaraz po "wypadku", mój P. klęczał przy mnie - szczerbatej, zasmarkanej i zaryczanej - i powiedział "ja bym cię kochał nawet bez nogi, ręki, czy zęba, bo jesteś moim kochanym Asikiem"... to było równie piękne, jak pytanie "wyjdziesz za mnie?" sprzed paru miesięcy.
Cóż, jak widać i w takiej panice można znaleźć coś optymistycznego :)

wtorek, 21 lipca 2015

Leczymy dusze, czyli "Nominacja Dobrych Myśli" po raz trzeci

Spojrzałam na wirtualną kartkę i nie chciałam, by pozostała znów pusta.  
- Cóż ma się tu znaleźć, w tym ciągu literek? - mruknęłam do siebie, biorąc kolejny łyk wystygłej już herbaty.
- Niech znajdzie się to, co wychodzi ci najlepiej - usłyszałam w głowie cichy głosik.

Uśmiechnęłam się do siebie. W mojej głowie burza kolorów, dlaczego by tego nie wykorzystać? Nastrojona pozytywnie przed wyjazdem na Woodstock, śmiejąca się do zachodów słońca i gapiąca się beztrosko w armię obłoków na niebie pomyślałam sobie, że fajnie byłoby po raz kolejny pokolorować świat, by zaświecić, jak na Promyczka przystało, by wyleczyć kilka dusz, w tym swoją, bo przecież pozytywnych słów nigdy za dużo. By po raz kolejny zbudować wielką flotę zjednoczonych, pozytywnych sił. Ostatnio blogosfera wybuchła uśmiechem jeszcze przez łzy. Chcę, by dziś ten uśmiech był jeszcze szerszy.

Większość zasady zna dobrze, ale jeśli ktoś będzie miał okazję zabawić się w to pierwszy raz, to przypomnę: wystarczy sięgnąć w szufladkę pamięci i wyciągnąć z niej trzy, dobre wspomnienia i je opisać. Takie wspomnienia, które za każdym razem sprawiają, że czujecie się szczęśliwi, że na twarzy pojawia się uśmiech i nie jest w stanie tego zgasić nawet pochmurny, deszczowy poniedziałek o siódmej rano. Takie wspomnienia, dzięki którym cieszycie się, że żyjecie. Bo dla pewnych chwil warto przecież jest żyć, prawda?

To cóż, do dzieła! Rozpalam ognisko, otwieram butelkę wina i zaczynam swoją opowieść, by potem móc posłuchać Waszych. I się do nich pouśmiechać :)

1.
Siódmy lipca, tego roku. Wieczór. Odkładam notatki, zakładam buty i wychodzę z domu. Wędruję nad Wartę. Bogu dziękuję, że mieszkam jakieś sto metrów od doliny rzeki. Trochę się tam pozmieniało, trochę tam zabudowali, ale nadal jest mnóstwo miejsc, które są tam tylko moje. Siadam na brzegu. Czuję jak wali mi serce. Jutro obrona - ta myśl nie chciała opuścić. Mówili, że tylko formalność, ale trudno było się nie stresować. Och, czy da się w tym stresie znaleźć coś dobrego? - jęknęłam w duchu. Położyłam się na miękkiej, nieskoszonej, lekko wilgotnej trawie. Do oczu wezbrały łzy, ale mimowolnie zaczęłam się śmiać. Zaraz będzie po wszystkim, wszystko będzie dobrze! Jedno, czego się nauczyłam i za co jestem cholernie wdzięczna - nadzieja. Nadzieja nawet, kiedy jakoś nie radzę sobie z emocjami. Wyciągam ręce do nieba, zupełnie, jakbym chciała je złapać, przyciągnąć pojawiające się nieśmiało gwiazdy, ludzi, za którymi się tęskni, wspomnienia, które nosi się w sercu i nadzieję, której nie chce się porzucać. I przyciągam wszystkie te dobre chwile do siebie. Przytulam je do serca. I jestem szczęśliwa. I oddycham. I kocham świat i życie tak mocno, że nigdy nie chciałabym go opuszczać. I jestem wdzięczna. Wdzięczna za to, że potrafię tak żyć i tak kochać. Gdyby ktoś zapytał mnie, co wtedy czułam, odpowiedziałabym: szczęście. Coś, co trudno opisać nawet słowami, a przecież nosi to w sercu każdy z nas. Wdzięczność. Za życie, za miłość, za dar. I za niebo.

2.
Kwiecień, tego roku. Stoję w drzwiach pociągu, który za kilka sekund ma ruszyć i patrzę w oczy przepełnione ciepłem, które zaczynają tęsknić tak samo, jak moje. Widzę wzbierające do tych oczu łzy, w których odbija się dobro wymieszane z niedowierzaniem, że można drugiego człowieka w ciągu kilku godzin tak pokochać. Za kilka sekund z tą Osobą mają zacząć dzielić mnie kilometry. Najpierw będą ich dziesiątki, później setki, aż w końcu ponad tysiąc. Słyszę gwizdek konduktora, gdzieś w klatce piersiowej czuję okropne uderzenie gorąca, gulę w gardle, macham na pożegnanie ostatni raz. Drzwi się zamykają, wagony szarpią, znika mi z pola widzenia Istotka z burzą warkoczyków na głowie. Po moich policzkach płyną już uwolnione łzy. Łzy, których się nie wstydzę już pośród ludzi. To przecież tylko kawałki duszy kapiące na podłogę. A w mojej nie było wtedy cienia nienawiści, więc czegóż mogłam się wstydzić? Patrzyłam na odbicie w szybie pociągu i znów poczułam wdzięczność za to, że mimo cholernej tęsknoty, mimo pewnego bólu, potrafię się śmiać. W tęsknocie, w oczekiwaniu też jest ukryte pewne dobro. Wiecie jakie? A takie, że powitania są stokroć piękniejsze. I na nie się czeka. I to jest piękne. I pewne rzeczy docenia się bardziej, niż to wszystko, co ma się w zasięgu ręki. Wszystko staje się wyraźniejsze, bardziej przejrzyste. Czasem dobrze jest być "dalekowidzem".

3. 
Trzydziesty pierwszy lipca, zeszłego roku. Trochę niepewnie wędruję w kierunku kostrzyńskich pól. Nie byłam przekonana, czy powinnam tu przyjeżdżać. Kiedyś Przystanek Woodstock był dla mnie pewnym marzeniem, ale wydawało mi się, że to ten typ marzenia, które się z czasem wypala. Oj myliłam się, jak ja bardzo się myliłam. Wiecie, są takie marzenia, które czasami w nas usypiają. Ale to nie znaczy, że ich nie ma. Jakim pięknem jest poczuć, jak budzi się to, co uśpione. I jak się spełnia. Mijałam dziesiątki, setki, tysiące ludzi... Ludzi, którzy po prostu mieli ochotę się do mnie przytulić, przybijali piątki i uśmiechali się do mnie. Ludzi, za którymi tęskniłam cały, cholerny rok i których zobaczę w przyszłym tygodniu w tym samym miejscu. W miejscu, w którym nawiązywały się trzydniowe przyjaźnie, w którym uśmiech nie schodził mi z twarzy, w którym zaczęłam na nowo wierzyć w ludzi i w ich dobro. I koncerty... koncerty na których panuje niesamowity klimat. Pewna atmosfera, której opisać się nie da. Tego miejsca trzeba po prostu dotknąć. I już odliczam dni do przyszłego wtorku, gdy wysiądę w Kostrzynie z pociągu w towarzystwie całej naszej szalonej ferajny. Ale o tym postaram się opowiedzieć jeszcze przed wyjazdem.

Tymczasem przekazuję butelkę wina dalej. Ognisko płonie. Czas na Wasze opowieści. Do Nominacji Dobrych Myśli zapraszam:

Wierzę, że nie zawiedziecie i pomożecie rozsiać znów pozytywnego wirusa. Spójrzcie w swoje serca i przypomnijcie sobie co dobre. A później siejcie uśmiech razem ze mną i zaproście do zabawy kolejne osoby.
A ja żegnam się z uśmiechem, nucąc Wam jedną z moich ukochanych piosenek:


"I ja mam żal, niejeden raz
Że nie jest tak, jak byśmy chcieli
Czy nie wystarczy to, że tyle różni nas
Czy jeszcze musi dzielić.

Bo choć jedno nad nami niebo
Każdy co innego widzi w nim.
I z tylu chmur ponad głową
Czarną Ty, a ja różową
Wybrałbym.
"

poniedziałek, 13 lipca 2015

Kfadratowa nominacja, czyli Liebster Blog Award po raz trzeci

Nauczże się w końcu odpoczywać, dziewczę - usłyszałam w głowie cichy, trochę drwiący wręcz głos, kiedy próbowałam skupić się na książce. Przeszkadzał mi jednak pulsujący ból głowy, zapewne przez niskie ciśnienie. Zbite kolano podczas sobotnich wariactw nad stawami też dawało się we znaki (wiecie, jak śpiewam idąc nocą przez las, to nie patrzę pod nogi, a później zapominam, że mam ręce - cóż, zdarza się). Snułam się więc po domu z kubkiem kawy w jednej dłoni i ostatnimi już przygodami Daimona Freya w drugiej.

- Co tam u Anji? Ciekawe, jak tam Ada... Musiałabym wysłać w końcu szefowi maila z godzinami... Pada, czy nie pada? Pada. Biedny Papuś, nie znosi dentysty tak, jak ja... Ciekawe, czy Aga już wróciła z tego Berlina... Miała dzwonić. A może jeszcze zobaczę się z Marth przed jej wylotem do Holandii? Ciekawe, gdzie się teraz rozbijemy na Woodzie... oj, dziewczę. Wybacz, Daimonie.

Mój przyzwyczajony do wysokich obrotów mózg nie chce dać mi za wygraną. Pomimo jego upartości mogę jednak śmiało powiedzieć, że ostatnio robię wszystko, by go odciążyć. Odpoczywam. Jak błogo jest odpoczywać... Obserwowanie skrawka nieba z okna mojego pokoju przy dźwiękach Nirvany wychodzi mi coraz lepiej, a przy okazji wymyślanie z Ibim przez komunikator różnych akcji Woodstockowych sprawia mi coraz więcej radości i odmóżdżyć w pewien sposób też się pozwala.

Serio, nie możemy się już doczekać.

Tymczasem, korzystając z tego, że mój mózg jeszcze w miarę sprawnie funkcjonuje, postaram się wypełnić zadanie od Kfardatowej, która zaszczyciła mnie nominacją do Liebster Blog Award. Pytania niebanalne, więc już biorę się do pracy, a pannie K. dziękuję za ten zaszczyt. No, to zaczynamy!



1. Kogo uważasz za swój autorytet?
Umm i już pod górkę. Szczerze? Trudno mi powiedzieć. Jest mnóstwo ludzi, których podziwiam, których cechy sprawiają, że chcę doskonalić swoje własne i stawać się lepsza. Może zatem najbardziej trafną odpowiedzią będzie: człowiek. Ot, zwykły, szary, przeciętny, acz dobry człowiek. Bliższy, lub dalszy. Taki, w którego sercu można odnaleźć coś, czym można zainspirować się w życiu, w miłości do świata i innych. Ot, mój autorytet.

2. Uważasz, że jakieś zdarzenie miało na Ciebie spory wpływ?
Jak na nadwrażliwca przystało, na mnie wpływ ma każdy dzień, każdy uśmiech i każda łza. I każdy człowiek (patrz wyżej). Tak naprawdę rzec można, że zmieniam się z każdym starciem naskórka, przy każdym "zrzucaniu skóry". Piękne chwile przeżywam podwójnie mocno, a smutnymi przejmuję się bardziej, niż być może powinnam. Mogłabym rzec, że wpływ miała na mnie śmierć mojego Dziadka, nieszczęśliwa miłość, czy obrona magistra, ale po co? Wtedy też przecież ścierał się naskórek...

3. Co myślisz o aborcji?
I tu już naprawdę zaczęły się schody. To trudne pytanie, ale też nie takie, na które nie potrafiłabym odpowiedzieć. Bo na swój sposób potrafię. Tylko muszę to jakoś sensownie skleić w całość, a to może potrwać.
Bardzo nie lubię, kiedy odpowiedzi na tego typu pytania - cholernie trudne swoją drogą - sprowadzają się do ogółu. To według mnie podstawowy błąd społeczeństwa przesiąkniętego nagonką kościelną i polityczną. Żeby nie było, jestem osobą wierzącą - jednak nie wyzbyłam się umiejętności samodzielnego myślenia. Powiedzmy, że wierzę na swój sposób, o czym pisałam już kiedyś. W każdym razie nasze społeczeństwo uwielbia sprowadzać wszystko do jednego poziomu, czego nie znoszę. Mogę więc odpowiedzieć na to pytanie jednym słowem: zależy. Od czego? Ano od człowieka, od sytuacji, od wiary i od mnóstwa innych "rzeczy". Sama na to pytanie mogę odpowiedzieć w kilku kryteriach. Po pierwsze mogę powiedzieć, że sama nie byłabym w stanie tego zrobić, bez względu na sytuację. Nie byłabym w stanie usunąć ciąży i już teraz wiem, że nawet nie przeszłoby mi to przez myśl. Po drugie mogę powiedzieć, co czuję, widząc kobiety, które musiały usunąć ciążę, bo zagrażała ich życiu. Gdy widzę ich żal, rozpacz i wyrzuty sumienia, czuję złość na los i na te kobiety, które wyskrobują dzieci ze swoich organów rodnych nazywając je "zlepkiem komórek" i robią to tylko dlatego, by ich "podwozie" nie uszkodziło się przy porodzie i mogły sobie dalej bzykać na prawo i lewo, bez "żadnych" konsekwencji - wybaczcie, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy myślę o takich przypadkach. Inną sprawą są kobiety zgwałcone, tu też kwestię aborcji można rozpatrywać przez pryzmat rozbicia emocjonalnego, urazu na psychice, czy przerażenia, jakie taką kobietę dotknęło. Dlatego trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć jestem "za", lub "przeciw". Po prostu się nie da. W skrócie: odpowiadam "zależy", ale zawsze warto pamiętać, że istnieje coś takiego, jak "Okno Życia", a z drugiej strony w trakcie ciąży może okazać się, że kobieta te dziecko jednak pokocha... Zatem cóż,  tyle punktów widzenia, ile punktów siedzenia i tyle zdań, ile charakterów. Mogłabym o tym pisać "kilometrami", a i tak napisałam już więcej, niż zamierzałam. Tak, jak mówię, to temat, na który trudno jest bezpośrednio odpowiedzieć. W każdym razie ja tu bezpośrednia być nie potrafię, bynajmniej. Umiem jedynie określić się do tego, co zrobiłabym w przypadku mojego brzucha - o cudzych decydować mi nie wolno, wypowiadam zatem jedynie moją opinię.

4. Uznajesz zasadę lepsza najgorsza prawda, niż słodkie kłamstwo?
Najgorsza prawda. I myślę, że nad tym pytaniem jakoś specjalnie nie ma sensu się też rozwodzić i że wiele osób się ze mną zgodzi. Chyba, że się mylę?

5. Czym jest dla Ciebie zdrada?
Najgorszą prawdą właśnie. Ponadto zdrada to dla mnie definitywny koniec związku. Nie wiem, czy potrafiłabym drugi raz zaufać osobie, która mnie zdradziła. Nie wiem, bo nigdy tej drugiej szansy dawać nie musiałam i wierzę, że nie będę miała nigdy takiego dylematu.

6. Jak wyobrażasz sobie siebie za dziesięć lat?
Jestem tak roztrzepaną osobą, że nie wyobrażam sobie siebie za dziesięć minut, a co dopiero za dziesięć lat ;)

7. Wzięłabyś ślub cywilny, czy kościelny?
W lipcu przyszłego roku bierzemy ślub kościelny, jako, że ja jestem osobą wierzącą, a mój Przyszły Mąż to szanuje, choć sam jest niewierzący (tudzież wątpiący).

8. Chciałabyś mieć tatuaż/e?
Jasne! I zamierzam je mieć. Wymyśliłam sobie właśnie, że dziarać zacznę się po ślubie. Ot tak, na rozpoczęcie nowego etapu w życiu. Mam nawet parę pomysłów na tatuaże, ale na razie zachowam to dla siebie. ;)

9. Za jaką osobę się uważasz?
Wolałabym zadać to pytanie Wam, bo nigdy nie lubiłam pisać o sobie. Jestem tylko rudym Asikiem, a co więcej... uważam się za roztrzepaną chyba. Tak... za roztrzepaną. I upartą, choć czasem wątpiącą w swoje możliwości. Ze skłonnościami do paniki. Zbyt dziecinną, jak na swój wiek. Nadwrażliwą. I więcej nie wiem, cholera.

10. Dlaczego czytasz A kfadrat?
Bo czytam to, co lubię.

11. Za jaką osobę mnie uważasz?
Masz ciepły uśmiech, a z niego można wyczytać, że jesteś naprawdę ciepłą osobą. I właśnie z taką ciepłą duszyczką mi się kojarzysz. I to by było chyba na tyle, bo cóż mogę powiedzieć więcej? :)

I to by było na tyle... co do nominacji, to nie nominuję nikogo. Chyba, że ktoś ma ochotę na powyższe pytania odpowiedzieć, to może, jak najbardziej. Tymczasem zostawiam Was z Nirvaną (swoją drogą zapomniałam, jak bardzo ich lubię), a sama idę czytać, bo Daimon mnie zabije, a z nim wolałabym nie zadzierać.


czwartek, 9 lipca 2015

Kiedy szczęście wali się na łeb - czyli o tym, jak skończyłam studia, zostałam magistrem i o tym, że mam najlepszych Przyjaciół pod słońcem.

Równe pięć lat temu wracałam do domu z pracy prawie biegiem, żeby tylko móc znaleźć się już przed komputerem i sprawdzić wyniki rekrutacji. "Jezu, a co, jeśli się nie dostałam?" - powtarzałam w myślach trochę panicznie. Trochę otuchy dodawała mi myśl, że dzień wcześniej dowiedziałam się, że dostałam się na ochronę środowiska i że w razie czego będę miała pewne "zaplecze". Bo ochrona środowiska to świetny kierunek, ale ja... ja miałam już wtedy trochę inny plan.

Dla jednych studia to oczywistość. Dla innych przeżytek. Dla jeszcze innych przymus spowodowany kwalifikacjami zawodowymi rodziców. Dla mnie studia były pewnym marzeniem, z którym nie umiałam sobie na początku poradzić. Nie umiałam odpowiedzieć sobie na pytanie, kim chciałabym być w przyszłości. Rodzice też nie bardzo potrafili mi doradzić, mimo, że bardzo chcieli. Powtarzali, że bardzo chcą, żebym na studia poszła i obiecali, ze mi pomogą. Mówili, że oni nie mieli tyle szczęścia, by na studia sobie pozwolić, ale mi chcą pomóc ze wszystkich sił. Do mnie należała tylko odpowiedź na pytanie "czego chcę?" - a tego nie wiedziałam. Najpierw przez sprawy sercowe zawaliłam maturę. Wiedziałam, że z takimi wynikami nie dostanę się nigdzie. I się nie dostałam. Patrzyłam potem, jak koleżanki z klasy chwalą się dostaniem na różne kierunki, nie zawsze wymarzone, czasami "byle studiować. A ja? A ja pod pewną presją, którą sama stworzyłam sobie w głowie zapisałam się wtedy na zaoczną pedagogikę na prywatnej uczelni. Na trzeci zjazd już nie pojechałam. Potrzebowałam czegoś, w czym mogłabym być bardziej aktywna, czegoś, w czym wykorzystałabym moją miłość do rysunku i do przyrody. Myślałam o Akademii Sztuk Pięknych, ale mój ówczesny szef swoim realnym podejściem do życia skutecznie wybił mi to z głowy. A ja chciałam to wszystko złączyć jakoś w jedną całość. I wtedy wpadła mi do głowy myśl... Chcę zostać architektem krajobrazu!

Udowodniłam sobie, jaka potrafię być uparta. Poszłam na korki, by poprawić maturalne wyniki z biologii i chemii. Ćwiczyłam rysunek. Poszłam na staż do pracowni plastycznej. Zapisałam się. I czekałam. Oszalałam już ze szczęścia, gdy dowiedziałam się dwa tygodnie przed wynikami, że zaliczyłam egzamin wstępny z rysunku odręcznego, na którym były tłumy ludzi (swoją drogą, to był najprzyjemniejszy egzamin w moim życiu!). Wreszcie, cholera, wreszcie poczułam się doceniona! Już wtedy wiedziałam, że to to. Pozostawało tylko czekać. I mieć nadzieję, że tym razem moje wyniki matur będą wystarczające.

Dokładnie pięć lat temu, dziewiątego lipca, wparowałam do domu, włączyłam komputer, z bijącym sercem weszłam na swoje konto w elektronicznej rekrutacji i przeczytałam magiczne słowa: Zakwalifikowana do przyjęcia.

Będziecie się ze mnie śmiać, jeśli powiem, że wyłożyłam się o krzesło, biegnąc do kuchni (o ile można to biegiem nazwać) i skoczyłam na tatę okrakiem, obejmując go mocno nie ważąc na to, że właśnie nalewał sobie zupy.
- Dostałam się! Dostałam! - piszczałam mu do ucha, a on się śmiał.

Wystarczyło złożyć papiery, poczekać do października. I zacząć studiować.

Studia na architekturze krajobrazu okazały się trudniejsze, niż myślałam. Zarwane nocki, dziesiątki i setki projektów. Okazało się, że to nie tylko rysowanie i wyobrażanie sobie przestrzeni. To precyzja, wymiarowanie, umiejętność prawidłowego doboru roślin. I multum nauki. Przeplatała się wiedza inżynierska i wiedza stricte ogrodnicza. Logiczne myślenie i kucie na pamięć. I tak potrzebna kreatywność, wyobraźnia, której czasami mi brakowało. Były chwile zwątpienia. Ale gdy po obronie inżyniera postanowiłam za namową rodziców pójść na studia magisterskie, od razu zadzwoniłam do mojej promotorki i powiedziałam, że chcę pisać pracę o drzewach. Trzy i pół roku wystarczyło, by wiedzieć, w czym czuję się najlepsza i co pokochałam najbardziej.

A pokochałam właśnie drzewa. Ich tajemniczość, ich zmienność, ich symbolikę. Zawsze wydawały mi się takie dostojne i miałam do nich ogromny szacunek. Czasem czułam się przy nich maleńka, jak mrówka. A czasem je przytulałam.

Wybierając temat pracy magisterskiej świadomie wzięłam sobie na głowę tyle pracy. Chciałam mierzyć i badać drzewa na ukochanym terenie w moim mieście. Tam, gdzie nieraz idę spacerować nad Wartą. Uznałam, że to będzie najpiękniejsze zwieńczenie. Najpiękniejsze spełnienie marzenia.

Ostatnie miesiące były cholernie trudne.
Ostatnie tygodnie wręcz katorżnicze.

Ale udało się. Zmierzyłam ponad tysiąc drzew i krzewów. Zjadłam wszystkie nerwy, kiedy w marcu zniknęły dane z mojego komputera... Ale wywalczyłam. Nie poddałam się. I napisałam pracę, z której jestem cholernie dumna...



A wczoraj... wczoraj, tuż przed siódmą rano, ze ściśniętym z nerwów żołądkiem wsiadłam do samochodu z tatą, moim P. i Braciakiem, który zawoził dokumenty na swoje studia.

Na obronę wchodziłam jako druga.

Pocąc się z nerwów pod drzwiami, ostatni raz przerzucałam drżącymi dłońmi kartki moich notatek. Mówili, że to formalność, ale ja się bałam. Nie wiem, może jeszcze w siebie nie wierzyłam na tyle, na ile powinnam. Nagle zobaczyłam moją promotorkę idącą w moją stronę. Przywitałam się grzecznie.
- Dziecko, jak ty wyglądasz?! - powiedziała żartobliwie. - Blada, jak ściana. Weź się uspokój, bo wstyd mi przyniesiesz! Jeszcze pomyślą tam, że cię jakoś katowałam, kiedy pisałaś... Zaraz będzie po wszystkim.
Zaraz będzie po wszystkim - myślałam w duchu, gdy weszła już do pokoju dziekana, w którym trwały obrony i czekałam na wywołanie mojego nazwiska. Zaraz będzie po wszystkim - powtarzałam sobie, modląc się do wszystkich moich dobrych duchów, przypominając sobie, jak weszłam w te mury po raz pierwszy, na egzamin z rysunku, na najprzyjemniejszy egzamin w życiu. Wiedziałam dobrze, jaką moc mają takie ciepłe wspomnienia.

Dziekan mnie wywołał.
- Proszę sobie usiąść - usłyszałam.
Dzielnie wykonałam polecenie.
- Wygodniej, pani Joanno, trochę to potrwa... - puścił do mnie oczko, a ja uśmiechnęłam się i przypomniałam sobie pewne zdanie. "Po prostu oddychaj." Uśmiechnęłam się. Spojrzałam na komisję - promotorkę, recenzentkę i egzaminatorkę. Były w wyśmienitych humorach, razem z dziekanem. Świetnie się bawili. Tylko postawić im flaszkę, to rozkręciliby tu niezłą bibę - powiedziałam do siebie w myślach i uśmiechnęłam się od ucha do ucha, ciesząc się, że mam taką bujną wyobraźnię. Serio, wyobraziłam sobie, jak śpiewają "Parostatek" Krawczyka. Nie pytajcie, czemu ta piosenka mi wpadła do głowy. Patryk obiecał mi w samochodzie, że będzie mi się nucić coś głupiego.
Na pytania odpowiadałam płynnie i sprawnie. Nie miałam większych trudności, gdy poczułam, jak ogarnia mnie spokój. Wylosowałam dokładnie te pytania, które chciałam wylosować. Wszystko było po mojej myśli.
- No cóż, to chyba wszystko. - uśmiechnął się dziekan. - Proszę poczekać na zewnątrz. Zaraz ogłosimy wyniki.
Wyszłam więc. Upocona jak prosiak z nadmiaru emocji. Za drzwiami stali Aga, Patryk, Braciak i mój tata.
- I co? I co? - dopytywali.
- Nie wiem! - zapiszczałam, ale wiedziałam doskonale... Już prawie po wszystkim.
Po chwili dziekan zawołał mnie ponownie. Zobaczyłam, jak komisja wstaje. Serce podskoczyło mi do gardła. Najpiękniejszy moment...
- Z pracy magisterskiej otrzymała pani ocenę bardzo dobrą - zaczął dziekan. - Z obrony pracy otrzymała pani ocenę bardzo dobrą. Z egzaminu magisterskiego też otrzymała pani ocenę bardzo dobrą... Mam dokończyć te zdanie? - zapytał, gdy zauważył, jak śmieję się przez łzy.
- Tak, koniecznie! - odpowiedziałam czując, jak tracę głos.
- ...zatem od tej chwili otrzymuje pani pani tytuł magistra inżyniera architekta krajobrazu.

Popłakałam się ze szczęścia. Podziękowałam komisji, wyszłam na zewnątrz. Pod drzwiami stał mój Patryk z bukietem kwiatów. Przytulił mnie mocno i pocałował. Już po wszystkim - myślałam sobie. Obdzwoniłam przyjaciół dzieląc się radosną wieścią. Czas wracać do domu...

Nie był to jednak koniec tego pięknego dnia. I nie koniec szczęśliwych chwil. Gdy wróciłam do domu, weszłam do mojego pokoju i położyłam się na łóżko. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak po prostu położyłam się i z uśmiechem gapiłam się w sufit. Udało się - myślałam sobie - Teraz mogę projektować ogrody, parki i zazieleniać świat. 

- Skarbie bądź gotowa o 19:00 - dostałam sms'a od Patryka. Uśmiechnęłam się, bo przypomniała mi się sytuacja z zaręczyn. Dokładnie taka sama wiadomość.

I byłam. Już nie miałam na sobie eleganckiej małej-czarnej, a ubrałam się jak zwykle - po "Asikowemu". Wskoczyłam w szorty, bluzkę z logiem Pearl Jamu i niebieską koszulę w kratę. I moje ukochane trampki - dość miałam duszenia stóp w znienawidzonych obcasach, których teoretycznie nie powinnam nosić.

Zdążyliśmy wypić szampana z moimi rodzicami. I wyszliśmy z domu. Ruszyliśmy w kierunku mojego ulubionego baru. Do karczmy, w której po prostu jest jak w domu. Gdzie siedzi się na schodach czasem i pali papierosy, gdzie w piwnicy się gra w bilard i słucha muzyki z szafy grającej, popijając piwo wprost z butelki.
- Obdzwoniłes ludzi? - zapytałam Patryka, kiedy szliśmy. Fajnie by było, gdyby ktoś jeszcze wpadł na piwko.
- Taa... ale większości nie pasuje, wiesz, praca...
No tak, pomyślałam sobie. Środek tygodnia. Większość zapracowana...

Weszliśmy do baru. Od razu zostałam obszczekana przez uradowaną Agnes, bernardyna, który jest najprzyjaźniejszym psem, jakiego przyszło mi poznać. A zaraz za Agnes przybiegł do nas właściciel i wyściskał mnie, gratulując - mówiłam, że jak w domu, no nie?
- A pan skąd wiedział? - zaśmiałam się.
- Asieńka, dobre wieści szybko się rozchodzą! - odparł, wyjmując trzy kieliszki. - Podejdźcie do baru, kochani. 
- Jakie wieści? Jakie wieści? - zapytali panowie, siedzący z piwami przy barze i oglądający mecz. Agnes zaszczekała donośnie, więc chyba też była ciekawa. Podrapałam ją za uchem.
- Mamy tu panią magister! - powiedział syn właściciela, który nagle wyłonił się zza baru. - Gratuluję Aśka! - wyściskał mnie.
- To za panią magister inżynier! - wzniósł toast właściciel.
Jak miło - pomyślałam. - Cudowni ludzie.
Wzięliśmy sobie po piwie z Patrykiem i ruszyliśmy po schodach na dół, do piwnicy. Tam, gdzie lubię najbardziej. Tam, gdzie jest szafa grająca, bilard i lotki. Tam, gdzie zawsze śpiewamy piosenki Dżemu w niebogłosy.
Miałam coś powiedzieć, ale nie zdążyłam. Gdy tylko znalazłam się w piwnicy, usłyszałam głośny okrzyk, który wyrwał się z kilkudziesięciu gardeł naraz:
- Gratulacje pani magister!

Zobaczyłam uśmiechnięte twarze ludzi, których kocham najmocniej na świecie. To byli moi przyjaciele. Moi, cudowni, kochani przyjaciele. Ci, którzy pourywali się z pracy, niektórzy przyjechali z Poznania, niektórzy wzięli wolne. Przyjechali dla mnie, tak po prostu. Nawet Małpa, który piętnaście minut wcześniej mówił mi, że ma próbę przed koncertem. Cwaniak uśmiechał się najszerzej, aktorzyna jeden.
- Ludzie, kocham Was! Dziękuję! - krzyknęłam i śmiejąc się głośno zaczęłam rzucać się każdemu na szyję. - Jak dobrze Was widzieć, dzisiaj, tutaj... Brak mi słów.
- To nie wszystko - pociągnęła mnie za rękę Ada. - Trzymaj! - wręczyła mi torebkę z prezentem.
- Powariowali żeście?! 
- OTWÓRZ! - zawołali chórem prawie mnie ogłuszając.
Otworzyłam więc posłusznie prezent. I wiecie co? Dostałam piękną dostojną haczkę z trójzębem!
- Zawsze o takiej marzyłam! - zaśmiałam się.
- Patrz dalej, patrz dalej! - przekrzykiwali jeden, przez drugiego.
Wyjęłam małą paczuszkę.
- No nie pierdolcie, że to... - wyrwało mi się.
- No to ty weź nie pierdol - odparł Dorsz. - Porządna pani magister musi mieć swoją pieczątkę, a nie! 
- Jesteście niemożliwi... - powiedziałam czując, jak do oczu wzbierają mi łzy do oczu, jednak nie przestawałam się śmiać. - To teraz muszę was opieczętować!
I jaką mieliśmy frajdę! Nie sądziłam, że pieczętowanie ludzi może być taką fajną zabawą, really! XD
- A teraz patrz, rozpakuj jeszcze tamto! - krzyknął któryś z chłopców.
I wyjęłam koszulkę.
- Zawsze o takiej marzyłam! - zapiszczałam i znów zaczęłam każdemu rzucać się na szyję.
- Wiem - uśmiechnął się Ibi od ucha do ucha.
- ZAŁÓŻ! - ryknęli znowu.
Nie miałam wyjścia, rozkaz, to rozkaz. Założyłam koszulkę, zrobiliśmy sobie zdjęcie, które niebawem, wywołane, wyląduje na mojej tablicy korkowej...


Skończyłam studia, a ten wieczór był jednym z najpiękniejszych w moim życiu, wśród ludzi, których kocham, którzy są dla mnie najważniejsi na świecie. Ludzi, z którymi mogę jechać na koncerty, którym mogę ocierać łzy, z którymi można bekać przy piwie i śmiać się do łez - jak wczoraj właśnie. Tacy są właśnie moi Przyjaciele.

- Nagrałam filmik, nagrałam filmik - zawołała Karolina, kiedy siedzieliśmy już popijając piwo pośród papierosowego dymu.
- Jaki filmik? - zapytałam.
- No jak tu weszłaś i wydarliśmy ryje!
- Jesteście cudowni... - powiedziałam, uśmiechając się do siebie.
- Wiemy, ty też! - dorzuciła Ada.
Nie mogłam się nimi nacieszyć. Marzenia się spełniają. Wszystkie. Trzeba tylko wierzyć, pracować i kochać. Kochać ludzi i świat. A miłość pewnego dnia nam odwzajemni, zasypując taką dawką szczęścia, że ledwo będziemy mogli ją udźwignąć. Tak, jak zasypała mnie - wczoraj.
Dziękuję, moi Przyjaciele. Dobrze Was mieć. Wiem, że się powtórzę, ale no: jesteście cudowni. Po prostu.


"za głębokimi, wzburzonymi wodami
i lękami przed ciemnością
jest wzgórze skąpane w słońcu
dla Ciebie.

wbiegnę na szczyt
i położę na trawie
słuchając łomotania
bijącego serca

słyszę małe rzeczy
w przepływającej przeze mnie krwi
jak cicha melodia.
"

piątek, 3 lipca 2015

Jak się urządzić i nie zwariować...

No dobra, powiedzmy, że nie zapowiada się, bym na razie odcięła się od tego miejsca. Chociaż... może to tylko próby oderwania się od nauki do obrony, bo przecież mam jeszcze aż pięć dni, by utrwalić to, co wałkowałam przez pięć ostatnich lat. W każdym razie mocno wierzę, że ósmy dzień lipca będzie naprawdę pięknym dniem, jednym z najważniejszych dni w moim życiu. I jakoś ta myśl sprawia, że stresuję się mniej. Ja stresuję się mniej. Ogarniacie? Ja. Wieczny nerwus i wariat, co kiedyś ćmika od ćmika odpalał i o mało na zawał nie schodził. No ale... może nie wywołujmy wilka z lasu. Poza tym czuję, że jeszcze zdążę zacząć panikować.

Tymczasem... ostatnio wspomniałam Wam, że udało nam się znaleźć mieszkanie. Po znajomości i po sąsiedzku z moim rodzinnym domem, więc okazja trafiła się nam nie lada. Żadnej kaucji, niski czynsz, bo właściciele mnie znają, wiedzą, że na weselicho odkładamy, toteż utrudniać życia nam nie chcą. Sześćset złotych miesięcznie to kwota, która nawet jakoś specjalnie w nas nie uderzy przy obecnych wydatkach i przy pomocy, na którą zawsze możemy liczyć.

Umowę podpisujemy więc od pierwszego sierpnia. Wtedy też dostaniemy do ręki klucze i będziemy mogli sobie mieszkanko urządzić po swojemu. I tu zaczynają się schody...

Nie wiem, ile mieszkanko ma metrów kwadratowych, ale w sumie... czy to ważne? Nam wystarczy i to się liczy. Mamy do dyspozycji dwa, małe, przytulne pokoiki, które wystarczy odmalować i urządzić, ale to drugie wielkim problemem nie jest, bo meble właściwie weźmiemy z mojego pokoju. Mamy zatem do dyspozycji moją meblościankę, biurko, zarwane łóżko (nie wnikajcie!), lampę stojącą, a nawet telewizor, który jakoś w miarę działa. Czego chcieć więcej? Przydałoby się jedynie łóżko, na którym nie cierpłoby dupsko, jak na moim zarwanym, ława i stoliczek. To wystarczy, by urządzić sobie sypialnię i mały pokoik gościnny. Na luksusy przyjdzie jeszcze czas.

Mamy też do dyspozycji w miarę dużą łazienkę, odremontowaną dwa lata temu przez poprzednich lokatorów. Wszystko nowe, odświeżone. Jedyne, co musimy sobie sprawić, to sprawna pralka, na którą jest nawet miejsce, a jako, że obie mamusie uparcie odradzają nam używany sprzęt, to pewnie rzucimy się na praleczkę nową. Kwestia przemyślenia.

Sen z powiek spędza nam jednak kuchnia. W kuchni są bowiem troje drzwi: do łazienki, do jednego z pokoików i do przedpokoju. Zbyt wielkiego kombinowania zatem tam nie ma. Jest jedno miejsce, gdzie może być zlew, jedno, gdzie może stać kuchenka i jedno, w którym ustawić można lodówkę. Zostaje trochę przestrzeni na dwie szafki z blatem. Szkopuł tkwi w tym, że kuchnię również urządzić musimy sobie sami, nie wspominając o odmalowaniu, bo ściany odświeżyć trzeba. A do tego potrzebne są pieniążki.

Mój P. uśmiechnięty od ucha do ucha, wciąż planował, kombinował i był (i jest nadal) święcie przekonany, że w sierpniu będziemy już tam mieszkać. Co gorsza - przyszła Teściowa też. Trudno mi studzić wciąż ich entuzjazm, ale sama mam do tego wszystkiego dość racjonalne podejście. Poważne, tak bym rzekła.
- Ty to chyba się nie cieszysz z tego mieszkania tak, jak P. - usłyszałam od Teściowej, może wcale niezłośliwy tekst, może żartobliwy, ale uszczypnął mnie trochę.
Nim zdążyłam zareagować, wyprzedził mnie mój przyszły Teść:
- Daj jej spokój, ona ma teraz co innego na głowie, niech się na spokojnie obroni, a potem będziemy działać - i puścił do mnie oczko.
Dzięki Ci, dobry człowieku, pomyślałam, uśmiechając się. 

Bo ja już tak mam. Może i jestem roztrzepana, ale do takich spraw podchodzę z naprawdę dużym dystansem. Śmiejcie się, powiedzcie, że jestem przewrażliwiona, ale dopóki nie będę miała na strychu lodówki, pralki, kuchenki, mebli kuchennych, to nie widzę sensu wprowadzania się. Bo jeśli mam być samodzielna, to nie chcę biegać z koszem prania do kamienicy obok, do mamusi. Albo ładować się co drugi dzień na obiad, bo nagle okaże się, że lodówka pusta. Rodzice i tak wystarczająco nam pomagają finansowo ze ślubem.

Może moje podejście jest dziwne, ale ostatnio sprzątając dom, co chwile myślałam, co musimy kupić. Przecież samo umeblowanie to nie wszystko, wypadałoby jeszcze to wszystko wyposażyć, nie wspominając o kupnie klamek, których brakuje w drzwiach. A tak dziesięciozłotówka do dziesięciozłotówki i uzbierać może się kolejne kilka stów. Nie idziemy na gotowe.

Ale na razie nikt mnie nie słucha. Serio, jestem przewrażliwona?

Najbardziej logicznym wyjściem wydało mi się odebranie kluczy, odmalowanie, kupienie wszystkiego na miarę możliwości tak, by nie rozpieprzyć wszystkich, odłożonych funduszy, ani nie pakować się w kredyt. I spokojne wprowadzenie się na jesień. W październiku, listopadzie może... 

P. już zdążył kupić lodówkę za stówę, która okazała się bezużyteczna i trzeba było ją zwrócić, zdążyliśmy oglądać szafki, co przyprawiało mnie o wściekliznę, bo po cholerę oglądać szafki, nie znając wymiarów? Na razie to marnowanie czasu i moje zaprzątanie myśli. Myśli, które powinny być skierowane póki co najbardziej ku środowej obronie. Bo na tym mi teraz najbardziej zależy.

Wiem, że długo przyszło nam czekać na te mieszkanie. Cieszę się na nie ogromnie, mimo, że oglądam je z poważną miną i zwracam uwagę na każdy szczegół.
- Takie urządzanie to świetna sprawa, ale zdążycie się nieraz się przy tym porządnie pokłócić - powiedziała mi ostatnio Ada.

Boziu, daj nam dużo cierpliwości...