piątek, 23 stycznia 2015

Zachowaj ciepło dla tych, od których czerpiesz.

"Przestań wpieprzać się w cudze życie i zajmij się swoim, pieprzona Matko Tereso." - odezwał się wewnętrzny głos. Głos, którego tak naprawdę nigdy nie lubiłam. Głos, który w zakompleksionej nastolatce potęgował strach, kazał jej zadawać sobie wewnętrzne rany i powtarzał jej, że jest do niczego. Ale tym razem, gdy odezwał się w tę bezsenną mimo ciężkich powiek noc, byłam zmuszona przyznać mu rację. 
Triumfował.

Bo ja tak naprawdę przecież lubię swoje życie, paradoksalnie poświęcając mu tak mało uwagi. Ale zawsze jestem swoim przyjacielem. Uśmiecham się do zaspanej twarzy w lustrze, kiedy przemywam ją lodowatą wodą, by zmyć z niej resztki snu. "Dasz radę, maleńka" - mówię do niej. Zakładam ciężki plecak i wychodzę z domu, by stawić czoła codzienności. Nie zawsze jest łatwo. Są dni, że walczę o swoje, jak lwica, jak ta beztroska, harda i bitna nieraz dziewczyna, dokładnie taka, jaką wielu ludzi mnie właśnie postrzega. Ale są też chwile, kiedy mam ochotę osunąć się po ścianie i zniknąć w tłumie, zgasnąć, jak płomień zdmuchniętej nieoczekiwanie świecy, zamknąć się w tych jednych, silnych ramionach, dzięki którym wszystko ma sens i otrzeć łzy w jego koszulę. I wtedy pojawia się cichutki, łagodny głosik "weź się w garść, przecież sobie bez ciebie nie poradzą."

Bo do mnie przecież zawsze można zadzwonić, zawsze można się wygadać. Moja codzienność w dużej mierze składa się z historii innych ludzi, którzy siadają obok mnie na ławce i po prostu zaczynają opowiadać, bo ich do tego przyzwyczaiłam. A ja zawsze wysłucham i zawsze przytulę, bo przecież przytulać lubię czasem aż za bardzo. Słyszałam już miliony historii. Głównie nieszczęśliwych, bo z tymi przecież najprędzej przychodzi się do drugiego człowieka, to one wymagają rozmowy, ciepłych, lecz niekoniecznie szczerych słów, a ja mydlić oczu i owijać w bawełnę niestety nie potrafię.

"Zawsze jestem. Dbaj o siebie Promyczku" - przeczytałam w liście od Szki w zeszłym tygodniu. Łzy ciekły mi po policzku, bo w końcu znów poczułam się ważna. Ja. Nie cudze problemy. Ja. "Dbaj o siebie" - słowa tak proste, a tak wymowne, pośród tych przecież zalanych bólem, tęsknotą i "czasem nie daję rady, ale wiem, że jesteś Promyczku i dla ciebie muszę." Przecież ma prawo, straciła niedawno matkę, walczy o uśmiech każdego dnia, walczy o dobrą codzienność, o życie na nowo, stara się. Bo dla mnie musi. Bo wie, że jak się wkurwię, to i w środku nocy zadzwonię i będę za te śliczne loki do pionu ustawiać. 

Więc dbam o siebie. Znajduję dla siebie czas, odkładam notatki i sięgam po książkę. Wyprowadzam siebie na spacer i nie szukam wymówki "nie chce mi się uczesać włosów" albo "wyglądam paskudnie z podkrążonymi oczami." Nawet ostatnio trochę przytyłam i zrzucać mi się tego nie chce, bo przecież "cycki też urosły, a on i tak mnie kocha". Nie palę już papierosów. I za każdym razem, kiedy nachodzi mnie ochota na ćmika wkurwiam się, bo wolałabym kopcić jak smok, niż rzucić z tego powodu, z jakiego to zrobiłam.

- A kto był przy tobie, dwa miesiące temu? Kiedy ty miałaś problem? Kiedy to ty płakałaś? - zapytała Mama, kiedy opowiadałam jej znów o cudzych problemach i o tym, że muszę po raz kolejny zostać bohaterem czyjegoś życia.
- No jak to kto? Dużo ludzi... - odpowiedziałam niepewnie, wyczuwając, co Mama ma na myśli.
- Gdzie niby? Tam, w maleńkim skrawku monitora?
Co Mama opowiada, myślałam. Przecież tylu ludzi mi tu pomogło, tyle dobrych maili dostałam,  tyle ciepłych słów.

Ale zawsze przychodził moment, kiedy trzeba było zamknąć laptopa, a wtedy znikali też ci wszyscy dobrzy ludzie. I zostawałam sama w pokoju. Pustym, cichym, zimnym. Tylu miało mój numer telefonu, ale nie dzwonili. Czasem też nie odbierali. Bo cudze nieszczęście peszy. To zupełnie tak, jak ze łzami. Dlatego nie płacze się przy ludziach. Bo kiedy nagle zacznie ci się trząść broda, a oczy zajdą łzami, to rozmówca nagle nie wie, co ma powiedzieć i robi mu się głupio. Jest w najgorszym położeniu ever. Nie wie, czy coś powiedzieć, czy milczeć, czy przytulić. Jest w położeniu, w którym ja jestem często na własne życzenie. Tylko ja, jakoś intuicyjnie zawsze wiem, co zrobić. Pieprzona Matka Teresa.

Ale drzwi do tego pustego, cichego i zimnego pokoju nie pozostawały nigdy do końca zamknięte. Kiedy leżałam skulona na łóżku rzucając chusteczkami na drugi koniec pokoju i wyzywając Boga, że to akurat Jego musiał zabrać, nagle się otworzyły.
- Skarbie, jesteś? - usłyszałam ciepły głos P. - Boże, znowu płakałaś? Źle wyglądasz... przyniosłem ci ciepłą herbatę. Chodź tu, nie płacz. On by tego nie chciał.
I nagle, kiedy zostaje się przytulonym, chce się wyć, ale jednocześnie czuje się ulgę, że nie jest się samemu. Mamy przecież siebie, mamy po co żyć. Mamy piękne plany i dobre życie. Kilka prostych myśli, momentalnie.
Do pokoju chwilę później weszli Rodzice i Brat, który choć bywa krnąbrny, to czasem jest ode mnie sto razy dojrzalszy, choć o całe pięć lat młodszy. I nagle, wychylając się z tych dobrych ramion widzę, komu na mnie zależy, widzę, że ja wcale nie muszę już na siłę szukać. Telefon dzwoni i widzę na wyświetlaczu imię mówiące "dla mnie jesteś ważna!"

Bezsenne myśli dały mi do zrozumienia, by skupić się na tych, którzy skoczyliby za mną w ogień. By ogrzewać te dłonie, które zawsze ogrzeją moje. Nie te, które pesząc się zakryją swe oczy, kiedy zauważą, że płaczę. Nie te, które wiedząc, że się martwię i chcę dobrze, uderzą boleśnie w twarz swoim egoizmem. 

Nie ma sensu wpierdalać się w cudze życie.
"We wszystkim trzeba wypośrodkować Promyczku (...)"

Wystarczy przecież kochać. I spożytkować tę dobrą energię we właściwy sposób. Nie szukać na siłę, niczego nie udowadniać. Bo po co? Ci, którzy mnie kochają, wiedzą, że się o nich troszczę. Nie muszę nic mówić. Znają mnie najlepiej. 
A dusza ma tysiące oczu. Te, które były dotychczas ślepe, nagle się otwierają. Widzą rzeczy, które wcześniej były niezauważalne. A to, że nie było ich widać nie oznacza przecież, że nigdy nie istniały.


"Świat jest górską kolejką,
  a ja nie jestem dobrze przymocowany
Może powinienem się mocniej trzymać,
ale moje ręce są zajęte w powietrzu,
Mówiąc

Chciałbym, byś tu był..." 


*   *   *
PS: Wybaczcie nieobecność - walczę z egzaminami, a na Waszych światkach bywam regularnie, choć brakuje mi czasu, by zostawić sensowny ślad.

czwartek, 8 stycznia 2015

W zamkniętych na półkach książkach zostawiasz zawsze odrobinę siebie, odrobinę wspomnień i mądrość schowaną między stronicami.

Usłyszałam hałas za ścianą. Mama z Młodym byli na linii frontu. Nie miałam pojęcia, o co im chodzi, zdjęłam więc słuchawki, odłożyłam książkę i zwlekłam się z łóżka by podreptać do pokoju obok. 
- Co się tu za przeproszeniem odpierdala? - rzuciłam, dusząc się w międzyczasie nieustępującym wciąż kaszlem i zapominając o tym, że Mama nie znosi, kiedy przeklinam.
Spojrzeli na mnie wielce zdziwieni.
- Weź mu coś powiedz - rzuciła ze złością Mama.
- Nie, to Mamie coś powiedz! - zbulwersował się Młody. Wiedziałam, że jest grubo. Przecież Braciak to okaz spokoju.
- Powiecie mi wreszcie o co chodzi? - nie kryłam wkurzenia. Marzyłam tylko o tym, by na nowo stać się naleśnikiem i w spokoju umierać w ciepłym łóżku przez ten cholerny kaszel.
- No bo zobacz, co on w tym pokoju ma! Burdel na kółkach! 

No tak. Kiedy Mama ma w końcu dzień wolnego, nie może podarować sobie przyjemności znalezienia sobie nowego zajęcia, które polegałoby głównie na zagnaniu któregoś z nas do porządków. Naprawdę nie wiem, po kim jesteśmy takimi bałaganiarzami. Chociaż Młody bije mnie zdecydowanie w tej kwestii na głowę. 
- Niech przejrzy ten regał z książkami. Przecież tam jest wszystko, włącznie z bajkami dla dzieci! - rzucała wciąż nerwowa Mama.

Spojrzałam na zrezygnowanego Młodego. Widziałam, że zupełnie inaczej zaplanował sobie przedpołudnie. Odkąd zawalił maturę, nie spełniły się jego sportowe marzenia i pewna pozornie niewinna osoba złamała mu serce przeszedł totalną metamorfozę. Zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Z dzieciaka, któremu w głowie tylko i wyłącznie siatkówka i treningi, zmienił się na faceta, który oprócz sportu planuje przyszłość, zastanawia się nad wyborem studiów, z czym najczęściej przychodzi do mnie i ślęczy sporo czasu nad matmą i angielskim, które zawalił na zeszłorocznej maturze. Uśmiechnęłam się do siebie w myślach zdając sobie sprawę, że Braciak miał w planach zrobienie kolejnego arkusza z matematyki i przetłumaczenie słówek na korki, bo przecież mi wspominał. Zrobiło mi się go jakoś dziwnie żal.

- Młody, siadaj do biurka i rób co masz do zrobienia - powiedziałam. - A ja wyręczę go w zrobieniu porządku w książkach. Resztą zajmie się potem - dodałam, spoglądając znacząco na Mamę, która rozkładając ręce wyszła z pokoju.
Braciak uśmiechnął się do mnie niewinnie, kiedy z udawaną złością zagnałam go do biurka, a sama owinęłam się szczelnie kocem i usiadłam po turecku przed regałem z książkami. 
Faktycznie, był tam niezły Meksyk.

Zaczęłam od drugiej półki, zupełnie przypadkowo. Każdą książkę przeglądałam, odkurzałam i odstawiałam delikatnie na miejsce. Tuż za słowniczkami trafiłam na sporą kolekcję licealnych lektur. Grzbiety z tytułami takimi, jak Król Edyp, Hamlet, Makbet, Dziady, Zbrodnia i kara czy Zemsta zabrzmiały złowrogo, choć tak naprawdę bardzo te lektury lubiłam i przeczytałam je po kilka razy. Zwłaszcza do Króla Edypa uśmiechnęłam się pod nosem, bo pokochałam go jeszcze bardziej po zapoznaniu się z biografią Morrisona i zagłębieniu się w przekazy twórczości mojego ukochanego The Doors. Jednak za każdym razem przypominało mi się, kiedy czytałam te pozycje po raz pierwszy. Przypomniał mi się niezbyt dobry czas w moim życiu, czas licealny. Czas, w którym byłam osobą zamkniętą w sobie, szukającą własnej drogi, naiwnie wierzącą w przyjaźń i zakochującą się w niewłaściwych osobach. Byłam zagubionym człowiekiem, szukającym tego dobra w ludziach, które na co dzień sama starałam się im przekazać. Wtedy chyba po raz pierwszy zetknęłam się z ludzką nieczułością tak naprawdę. I wszystkie te wspomnienia tak w jednej chwili uderzyły we mnie, zupełnie jak te ataki kaszlu, które dopadają mnie co chwila. 

Odłożyłam te książkowe wspomnienia na półkę i zeszłam o poziom niżej. Nawet Młody oderwał się od nauki, widząc moją radochę podczas przeglądania tamtych tytułów. Pierwsza w ręce wpadła mi Chatka Puchatka A.A. Milne pełna pięknych, dziecięcych przekazów, które człowiek nosi w sercu nawet w dorosłym życiu. Które chce się w tym sercu po prostu mieć. 
"Czuł się tak pogodnie i beztrosko, jakby dwa razy dziewiętnaście nic nie znaczyło, tak jak naprawdę nic nie znaczyło w to prześliczne, letnie popołudnie."
Nic dodać, nic ująć, smutny nad wyraz człowieku - mruknęłam do siebie w myślach, uśmiechając się pod nosem. Sięgnęłam po kolejną książkę, okrytą przeźroczystą, delikatną folią. Aż łzy wezbrały mi do oczu, kiedy zobaczyłam w nagłówku kolorowej okładki z trzema krasnoludkami napis Hans Christian Andersen, Baśnie. Nie pamiętam, kiedy dostałam tę książkę, ale wertując powoli strony i widząc niektóre obrazki przy opowieściach przypomniałam sobie, jak na zmianę Mama z żyjącym jeszcze Dziadkiem czytali mi te baśnie. 
"Nędza to straszna, urodzić się ptakiem."
Mój ulubiony cytat z Calineczki. Przypomniało mi się, jak na lekcji polskiego go analizowaliśmy. Patrzyłam wtedy przez okno, obserwując kruki i wrony i zastanawiałam się, czy naprawdę spotkał je taki marny los. Wyobrażałam sobie, że jestem na ich miejscu, rozkładam skrzydła i frunę, gdzie tylko zechcę, owita wolnością. Chyba tego najbardziej zazdrościłam zawsze ptakom. Wolności.
A potem? Potem w me ręce wpadła cieniutka książeczka, na której po raz pierwszy się popłakałam, jako dziecko. O psie, który jeździł koleją Romana Pisarskiego. W tych niespełna sześćdziesięciu stronach zawarta była piękna i prosta prawda, niecodzienna historia i opowieść, do której warto wrócić nawet po latach mimo, że napisana jest tak prostym językiem. I znów te wspomnienie pierwszego wzruszenia nad książką, przypomnienie tej dziecięcej wrażliwości, która chyba została we mnie po dziś dzień. 

Puc, Bursztyn i goście Grabowskiego. Pamiętacie? Mi od razu przypomniał się moment, w którym pani w szkole zadała to jako lekturę do przeczytania, a ja na tej właśnie książce ćwiczyłam też i moje czytanie i miałam ją już w małym paluszku. Nauczyłam się czytać jako niespełna pięciolatka, a później rozdziały tej książki były pierwszymi "ambitniejszymi", które pokonywałam samodzielnie, ucząc się płynności. Przypomniały mi się czasy, kiedy byłam taką małą istotką, dumną z siebie i mocno w siebie wierzącą, zapewnianą przez wszystkich dookoła, że jestem "mądrą kruszynką" gdy zaraz po tym środowisko szkolne jakoś powoli i skutecznie zdusiło we mnie tę pewność siebie niemalże do zera. Co dalej? Przygody Filonka Bezogonka Gösta Knutsson. W tej książce też znalazłam własne odbicie, jako wrażliwej dziewczynki, która została we mnie po dzień dzisiejszy. Knutsson uczyła poprzez słowa układające się w historię małego kotka, że ze wszelkich tarapatów da się wybrnąć przy pomocy przyjaciół i własnej dobroci. I o tym też jakoś pamięta się przecież do dziś.

Pojedyncze egzemplarze z sagi o Harrym Potterze. Zaśmiałam się pod nosem, gdy trzymałam w dłoniach Komnatę tajemnic. Pamiętam jakiego miałam bzika na punkcie Harry'ego i Rona, jak mówiłam wszystkim, że chcę być taką samą czarownicą jak Hermiona, a Mama gnała mnie, jak zobaczyła, że chcę wyjść do szkoły w natapirowanych jak pomiotło włosach. Miałam do tego wszystkiego ogromną słabość i należałam jeszcze do tych szczęśliwców, które postaci z tych książek wykreowały w swojej wyobraźni samodzielnie, a nie według zbyt komercyjnego i tandetnego momentami według mnie filmu. Jednak i w tych tomach ukryte były pewne, smutne jednak wspomnienia. Pamiętam, że w pewny, majowy wieczór Mama pozwoliła mi wyjątkowo poczytać w łóżku do północy - zawsze bowiem pilnowała, żebym nie siedziała za długo. Miałam wtedy dziesięć lat. Kiedy kończyłam czytać Kamień Filozoficzny zabrzmiał telefon. Domowy, bo komórek jeszcze wtedy nie było. Odebrał Ojciec, a do mnie dobiegał ze słuchawki roztrzęsiony głos mojego kuzyna, z którym dziś co prawda nie mam kontaktu ale wtedy byliśmy jak rodzeństwo. Bliźniacze w dodatku, bo byliśmy rówieśnikami. "Wujku, pomóżcie, tata umiera..." Szczęście w nieszczęściu, że mieszkaliśmy dwa domy dalej. Rodzice byli tam natychmiast. Pamiętam moją dezorientację, nikt nie chciał mi powiedzieć, co się tak naprawdę dzieje, ale papieros palony przez będącą wrogiem palenia Babcię dał mojej dziesięcioletniej głowie dużo do zrozumienia. Wujka nie udało się uratować. Miał zawał. Zmarł w karetce w drodze do szpitala. Jako młody człowiek przecież, cholera, nie miał nawet pieprzonej pięćdziesiątki. Dla mnie był po prostu wujkiem, choć był wspaniałym człowiekiem. Ale dla mojej Mamy był najlepszym przyjacielem. Był dla niej jak starszy brat z którym spędzała dzieciństwo, który nauczył ją jeździć na łyżwach i zabierał na polowania na raki nad Wartę. I kiedy trzymałam w rękach właśnie tę książkę zrozumiałam, co Mama miała na myśli mówiąc do mnie "Wiem, co czujesz" kiedy przytulała mnie do siebie piątego listopada. Z jakichś dziwnych przyczyn skończyłam czytać Harry'ego na piątym tomie. Jakiś czas temu wpadła mi do głowy myśl, by sobie to wszystko na nowo odświeżyć i doczytać do końca. I nawet postanowiłam sobie to, trzymając w dłoniach książek. Złych wspomnień nie można się przecież bać. Złe wspomnienia też niosą ze sobą mądrość, ba, jeśli nie największą właśnie i też nas przed czymś ostrzegają.

I pośród wielu innych, na samym końcu, bo największe egzemplarze Wiersze Jana Brzechwy z sową na okładce, które uwielbiałam jako dziecko i właśnie ich uczyłam się na pamięć na wszelkie konkursy recytatorskie. I Co słonko widziało Marii Konopnickiej. Pamiętam, że podczas dziecięcych dołów sięgałam po jej wiersz Pogrzeb ptaszka i czytałam go tak długo, aż nie uroniłam łez. Ot, takie małe, dziecięce katusze.

Wymieniać mogłabym jeszcze sporo, ale zapewne dnia by mi na to wszystko zabrakło. Tyle wspomnień schowanych za szklaną ścianą, tyle dziecięcych uśmiechów zastygłych pomiędzy mądrymi stronicami...

Jakiś czas temu ktoś zapytał mnie, dlaczego wolę kupić książki, aniżeli wypożyczyć z biblioteki. Przecież to kosztowne - brzmiało uzasadnienie.

Ale jakie ciepło w sercu czułam, dotykając kartek, które dwadzieścia lat temu przekładał mój Dziadek ucząc mnie z tych wszystkich słów pierwszych mądrości. Bezcenne są wspomnienia o chwilach, gdy biegłam do jego pokoju o czwartej nad ranem mówiąc "Dziadku, poczytaj mi", a on nigdy mi nie odmawiał, choć niektóre wiersze znał już sam doskonale na pamięć. To dzięki Niemu nauczyłam się tak szybko rozpoznawać litery. Bezcenne są momenty, gdy ściągam z zakurzonej półki książkę, którą czytałam pięć lat temu i zawarte w niej słowa odbieram zupełnie inaczej. Rozumiem, jak bardzo się zmieniłam i jakie błędy popełniałam wnioskując zupełnie inaczej. Bezcenne są te chwile, gdy widzę ponaznaczane, książkowe marginesy, zapisane na szybko i niedbale cytaty, które wtedy zdawały się być drogowskazami i pewne inicjały zakreślone w pokolorowanych sercach, które dzisiaj przywołują na usta tylko śmiech. I ten zapach, zapach przeszłości. Własne odbicie schowane na półkach. Właśnie dlatego wolę wydawać pieniądze na książki i wolę chować je we własnych zakamarkach, aniżeli bibliotecznych półkach. Właśnie dlatego marzę, by w moim przyszłym domu stała cała ściana udekorowana takimi właśnie wspomnieniami. Niebanalnymi, do których zawsze można wrócić i za każdym razem wyciągnąć z nich nową mądrość.

- I znowu będziecie chomikować... - wystraszyła mnie stojąca za plecami Mama.
- Nie martw się. Za parę lat zabiorę to wszystko na własne półki - odpowiedziałam z uśmiechem. 

I będę przekazywać książkowe wspomnienia kolejnym pokoleniom. Nawet niechby się kto miał śmiać, że mam w domu antykwariat. Mądrości przecież nigdy za wiele.


poniedziałek, 5 stycznia 2015

"All we need is just a little patience"

Aromat herbaty z miodem i cytryną unosi się w powietrzu, a ja jakby lekko przymuszona przez samą siebie próbuję dobrnąć do końca autobiografii Slasha, na czym skupić nie mogę się kompletnie, zerkając na odrobinę błękitnego nieba, jedynym przykuwającym wzrok skrawkiem paskudnego widoku za moim oknem. Chłodne powietrze z zewnątrz aż prosi się, by go zaczerpnąć podczas styczniowego spaceru, ale nie pozwala mi na to mój stan zdrowia objawiający się kaszlem niczym u palacza z co najmniej trzydziestoletnim stażem. I tak dostałabym ochrzan od P., że nie leżę grzecznie pod kołdrą, tylko przyjmując przedziwne pozycje, nie mieszcząc się pod zbyt małym i cienkim kocem, zatapiam się w przyśnieżone kokainą historie Gunsów.

A, jebać to! - klnę pod nosem oderwana od lektury kolejną porcją panicznego kaszlu, nie pozwalającego przez moment złapać wręcz oddechu. Tak, biorę lekarstwa, opijam się herbatą z miodem, testowałam herbatę z majeranku, którą prawie obrzygałam ścianę i tak - dzwoniłam do przychodni, jednak nikt nie raczył odebrać, a moja pani doktor zapewne zrobiła sobie dzień wolny od pracy i nie będzie zmuszona wysłuchiwać mojego biadolenia o pulsującym bólu w klatce piersiowej. Książka z hukiem ląduje w kącie. Nie mam jakoś nigdy zwyczaju zmuszania się do lektury, tym bardziej, kiedy czeka na mnie zimowy stos książek, ale tym razem wyczekuję uparcie puenty szalonego życia Slasha, odliczając strony do końca i zastanawiając się, ile pocisków z heroiny właduje sobie jeszcze w swoje żyły, nim ostatecznie zmądrzeje. Przez głowę co parę minut przemyka mi myśl, że powinnam przysiedzieć nad wynikami do magisterki, powodując nieprzyjemne uczucie gdzieś w okolicach żołądka. Miałam je bowiem oddać po świętach, tymczasem moje tabele świecą pustkami i tym razem nie liczy się wcale to, co udało mi się zrobić, ale to, czego tam jeszcze nie ma. Jednak ogarnięcie wyników wiązałoby się z moim wyjściem w teren, na co pozwolić sobie przez stan mego zdrowia nie mogę. I tak się usprawiedliwiam przed tym lękiem, który burzy jakoś ostatecznie wszystko w środku.

Muszę się wykaraskać, bo przecież pojutrze wracam na uczelnię. Wreszcie - przemyka mi przez głowę. Aż dziw. Nie sądziłam, że zatęsknię za uczelnią i za ludźmi, których niespecjalnie mam ochotę przecież oglądać. I nie zatęskniłam tak do końca za tym. Bardziej za tym pędem, za zaspanymi, porannymi wędrówkami na pociąg, za zmęczonymi powrotami i poczuciem spełnionego dnia, kiedy w kuchni opowiadam wszystkim, cóż to mi się przytrafiło. I zatęskniłam za pracą, która jest w przypadku mojego zawodu pracą sezonową, co zmusza mnie do bycia aktualnie na tymczasowym zwolnieniu. Brakuje mi rozmów z panią M. podczas pracy w szkółce, brakuje popijania kawy i pracy w biurze i brakuje biegania w terenie ze szpadlem, na którym zawsze muszę dziwnie podskakiwać, żeby wbić go w ziemię i wykopać dołki pod młode, sadzone drzewka. W dość nietypowy sposób tęsknię za wiosenno-letnimi dniami.

To wszystko wróci do mnie przecież w marcu, kiedy będę mogła wrócić na plac boju, jednocześnie rozpoczynając ostatni semestr studiów. Tymczasem powinnam wykaraskać się do końca, by jak najszybciej uporać się z magisterką, szczególnie z częścią badawczą, bo przecież pisanie teorii, okaże się jak ostatnio całkiem przyjemną czynnością. 

I póki co muszę uporać się sama ze sobą, bo doskonale wiem, że kiedy załącza mi się tryb marudny, to nie jestem w stanie zabrać się za nic, włącznie z uczesaniem włosów. I można mnie sobie idealnie wyobrazić jako rudą, nieuczesaną jęczybułę, która kopie w szafkę z frustracji, jednocześnie rozwalając sobie boleśnie duży palec u nogi. Ale to też nie wzięło się samo z siebie przecież.

Przełom poprzedniego i obecnego roku był pewnym przystankiem, na którym zdążyłam zatopić się we wspomnieniach. I one jakoś tak pozytywnie wciąż podnoszą na duchu, ale jest coś, co mnie momentami paraliżuje, a co właśnie się i pośród tych wspomnień podświadomie narodziło.

Strach. Od paru dni nie mogę wyzbyć się jakiegoś dziwnego lęku, który zakradł się gdzieś pod serce i nie ma zamiaru nigdzie się stamtąd wybierać. Może to wynika z jakiejś dziwnej monotonii, która zagościła na stale w naszej codzienności. Może z tego, że czuję się znów samotna. Ale nie chodzi mi o samotność w związku, bo takiej póki co nie ma, ale... właśnie naszą wspólną samotność. Zawsze staraliśmy się nie odcinać od paczki znajomych, dla których na miarę możliwości znajdowaliśmy czas, a tymczasem widzę, jak nasi znajomi powolutku układają sobie życie, które coraz bardziej odbiega od naszego, wciąż jakoś tak nieuporządkowanego i wciąż zbyt niesfornego. 
- Bo kiedyś to było zupełnie inaczej - powiedziała Babcia P., kiedy odwiedziliśmy ją w piątek na herbatę. - Pamiętam, jak przychodziliście całą ferajną po szkole, robiliście tyle hałasu i tyle opowiadaliście... A dziś taka cisza, każde w swoją stronę.
Też pamiętam te czasy. Pamiętam próby na salce, wyprawy na piwo w plener nawet w listopadowe, mroźne czasem wieczory, głośne śmiechy, przypały i nocne, rozśpiewane powroty do domu. I ja wiem, że to wszystko już nie wróci i że może pozostać jedynie ciepłym wspomnieniem rozgrzewającym serce w dni takie, jak ten. Bo wszystko się zmienia - ludzie, świat, codzienność. I ja wiem, że ludzie przychodzą i odchodzą, ale ostatnio przychodzi ich jakby coraz mniej. A ja wciąż tęsknię, a samotność jakoś dziwnie rośnie. Jakoś dziwnie i podświadomie.
I boję się właśnie tej naszej samotności, tęsknoty, tego nieuporządkowania. Brakuje nam silnego kroku naprzód, zmian, ale też pomocy. Pomocy ludzi doświadczonych, którzy nas otaczają, którzy mówią, że nas kochają i że chcą dla nas jak najlepiej, a jednak wciąż nasza przyszłość staje się powodem do kompletnie nieuzasadnionych konfliktów. I chyba przede wszystkim brakuje nam cierpliwości.

"Said, woman, take it slow 
and it'll work itself out fine... 
All we need is just a little patience. 
Said, sugar, make it slow 
and we'll come together fine... 
All we need is just a little patience."

Pamiętam, jak P. wysłał mi sms'em ten fragment jednej z ulubionych piosenek Gunsów, dokładnie cztery i pół roku temu, kiedy nasze uczucie dopiero powolutku rozkwitało, a on odliczał dni, nim wrócę z Krakowa, nim wrócę do niego. Wszystko, czego potrzebujemy, to odrobina cierpliwości Skarbie - cytował wtedy. Wtedy tęskniliśmy do siebie, jak para świeżo zakochanych w sobie szczeniaków, którzy nawet nie zdążyli powiedzieć sobie, że się kochają i czekaliśmy tylko na to, by to sobie wyznać patrząc prosto w oczy. Teraz tęsknimy za ludźmi, nie potrafiąc jakoś zrobić kroku naprzód, gubiąc się w sobie, raniąc się wzajemnie nieraz. I robiąc to nieraz właśnie do bólu świadomie. 

Strach nie chce mnie opuścić. Strach, że zostaniemy sami, albo, że się pogubimy ostatecznie i postanowimy, że każde z nas pójdzie dalej swoją drogą. Tak niewiele nam przecież do tego było trzeba ostatnio. I to w ostatni dzień roku, roku, który był dla nas taki ważny, taki przełomowy. Raniące słowa padały tak łatwo, jakby głównym celem było łamanie serca na kawałeczki.  I choć padło przepraszam, a godzenie się ze sobą było jak zawsze przyjemne i dawało nadzieję, że pozostanie już tak dobrze, to przeraża mnie, jak ta nadzieja szybko ostatnio wymyka mi się między palcami.

Bo najważniejsze, to przecież brnąć przed siebie, ale nie zapominając o rozglądaniu się, nie gubiąc czegoś po drodze. Czegoś bardzo ważnego. Czegoś, czym jest Miłość.

I kiedy nagle dostrzegam, ile we mnie jest strachu i niepewności, łapię się za rozczochrane kłaczyska na mojej łepetynie. Kiedy widzę, jak bardzo brakuje mi nadziei. A wszystko przez te wewnętrzne zmęczenie otaczającym nas chaosem.

Zerkam na książkę rzuconą w kąt. Sięgam po nią i trochę bardziej czule, niż ostatnio wertuję do ostatnich stron, by zaraz zaparzyć kolejną herbatę z miodem i cytryną, zgarnąć ukradkiem kilka ciastek z kuchennej szafki, wejść pod koc i skupić się na sobie. By wyzdrowieć z tego dziwnego czegoś, które nagle mnie dopadło. I móc ruszyć do przodu pełną parą. Znaleźć tę motywację, która nagle gdzieś mi się zapodziała. Przestać rozwalać sobie palec u stopy i poszukać powodu, by się uśmiechnąć. Bo przecież nie mogę tracić nadziei, że wszystko się ostatecznie ułoży, że przecież jakoś sobie poradzimy. 

Tylko będę musiała poszukać jeszcze sposobu na wyzbycie się tego paskudnego strachu, który sam z siebie nie ma zamiaru się nigdzie ruszać. Ale przecież, ktoś kiedyś powiedział, że samo nigdy nic nie przychodzi...