sobota, 23 maja 2015

Dwadzieścia pięć

A więc wczoraj minęło dwadzieścia pięć lat mojego życia. Ćwierćwiecze, jak śmiała się Martyna. Dla jednych to dużo, dla drugich mało. Dla mnie - w sam raz.

Wiecie, kiedyś nie lubiłam mieć urodzin. Znienawidziłam je jako nastolatka, kiedy chciałam zorganizować przyjęcie urodzinowe, na które nie przyszedł nikt. Nie przyszły "przyjaciółki", nie przyszedł chłopak, na którym mi wówczas zależało. Pamiętam, jak dostawałam sms'y o treści "Sorry, dzisiaj jednak nie mogę przyjść, no to... wszystkiego najlepszego!". I dwukropek z gwiazdką na końcu będący skwitowaniem wszystkich fałszywych znajomości. Dlatego właśnie od tamtego czasu bardzo ostrożnie używałam słowa "przyjaciel", zastanawiając się dobrze, kiedy mogę napisać je z wielkiej litery. I nigdy już nie organizowałam przyjęć urodzinowych nawet, kiedy przecież miałam kogo zaprosić. Zrozumiałam, jak bardzo boję się samotności, czy odrzucenia.

Lecz urodzinowe przyjęcia mają to do siebie, że czasami lubią... organizować się same. Tak właśnie stało się w moje dwudzieste pierwsze urodziny, kiedy spacerując z Patrykiem cofnęliśmy się do domu "niby po fajki". Dziwnym trafem w dużym pokoju była spora grupka ludzi, którzy odśpiewali mi gromkie "sto lat", a ja się popłakałam. Nie przestałam co prawda bać się samotności, ale zaczęłam rozumieć, że tak naprawdę wcale nie jestem sama.

I wczoraj przeżyłam też nie lada zaskoczenie, kiedy odezwała się do mnie Agnieszka, gdy byłam jeszcze w pracy:
- Co powiesz na popołudniowe piwo urodzinowe? - zapytała.
- A wiesz, że chętnie? Tylko ja nie wiem, jak ja dzisiaj do Poznania dotrę, minimum do 14-stej będę na szkółce, a jeszcze muszę napisać rozdział... - odparłam. 
- Nie szkodzi. To ja dotrę do ciebie. A jak będzie trzeba, to i rozdział pomogę napisać.

Cholera, pomyślałam sobie. Dawniej od różnych koleżanek z Poznania słyszałam, że wpadną, że odwiedzą, że bilet na pociąg wcale nie jest drogi. I na słowach się kończyło. Do wczoraj. Aga bez zbędnych słów po prostu wsiadła w pociąg i przyjechała przywożąc ze sobą uśmiech od ucha do ucha. Odebrałam ją z dworca i powędrowałyśmy do mojego ulubionego baru.

- Wiesz, w sumie mogę ci już powiedzieć, że miała być dzisiaj impreza-niespodzianka, ale nie wypaliło, bo wiesz, jak to ludzie, obiecują, a potem nawalają - powiedziała mi, kiedy popijałyśmy piwo.
Skinęłam głową, bo przecież do bólu wiem, jak to jest.
- No i Patryk do pracy musiał iść dzisiaj jak wiesz - kontynuowała. - Ale ja jestem i... upiekłam dla ciebie babeczki! No i jak urodziny, to mam jeszcze świeczki. Czekaj...

Poszła po zapałki, zapaliła świeczki. Miałam pomyśleć życzenie i zdmuchnąć. A później jeszcze dwa razy, kiedy dotarł do nas Hubert. I gdybyśmy tylko mieli zapałki, to miałabym to zrobić czwarty raz gdy szybko po pracy dotarł do nas Patryk, żeby Agę chociaż zdążyć wyściskać, kiedy już staliśmy na peronie czekając na jej powrotny pociąg.

Tak dobrze było mieć ich obok. Bez długich życzeń, bez wielkich prezentów, czy bukietów. Dobrze było po prostu czuć czyjąś obecność. Obecność ludzi, przy których zawsze się czuje dobrze i których się kocha.

- Dziękuję, że przyjechałaś - powiedziałam, gdy przytuliłam Agnieszkę na pożegnanie. - Nie spodziewałam się...
- Daj spokój. Wpadać tu do was to sama przyjemność przecież!

I odjechała. A kiedy pożegnałam się z chłopakami i wróciłam do domu z tym ogromnym ciepłem pod sercem, kolejny raz przypomniałam sobie, jaka jestem szczęśliwa.

Od wczoraj mam dwadzieścia pięć lat. I kocham życie. I kocham ludzi. Kocham tych, którzy są blisko, do których wystarczy jeden telefon. I kocham tych, którzy są daleko, ale każdego dnia o mnie pamiętają. I kocham wszystkich Aniołów, którzy nade mną czuwają, bo radzą sobie z tym najlepiej na świecie.

Jeśli miałabym sobie czegoś życzyć, to jako człowiek mający fobię przed samotnością, życzyłabym sobie właśnie obecności ludzi. Waszej obecności też. Bo jesteście dla mnie ważni, mimo, że z niektórymi łączą mnie "tylko" ciągi literek. Niektórym wydaje się to niewiele, ale dobrze wiem, jakie silne więzi potrafią te literki zbudować. I jeśli miałabym sobie czegoś na te dwudzieste piąte urodziny życzyć to może właśnie tego, żebyście byli. I żebyście się uśmiechali do mnie nawet, kiedy jest to "tylko" uśmiech do monitora, albo ten zbudowany z dwukropka i zamkniętego nawiasu. Przecież uśmiech jest najprostszą drogą do ludzkich serc i Wy też dobrze o tym wiecie. Dlatego dziś dziękuję za to, że jesteście. Za każdego sms'a z życzeniami od tych, którzy znają mnie dłużej, za każdy list, za każdą urodzinową kartkę, za każdy głos zasłyszany w słuchawce telefonu. Tak dobrze jest mieć świadomość, że nie jest się samotnym.

wtorek, 19 maja 2015

Pięć lat jak z bicza strzelił...

- ...Asik, a znajdzie się czas na jakieś piwko jutro, co? - zapytała mi się Agnieszka, kiedy kończyłyśmy wczorajszą, ponad godzinną rozmowę przez telefon. 
Jasne, że się znajdzie czas! Bo jutro przecież luźne zajęcia, bo jutro przecież "tylko" szkoła i jedne, jedyne zajęcia z "psychoowocnikiem", na świeżym powietrzu, pewnie będzie można się pośmiać... jasne, jam na piwo chętna zawsze.

Ale zaraz... jutro właściwie... ostatnie zajęcia.
Ale że jak? - zapytałam samą siebie. - To już?!
No tak. Przecież w przyszłym tygodniu zaczynają się zaliczenia.

Ale że jak? 
I nie będzie już "kawy trzy w jednym w białym kubeczku" na Ogrodach, pogawędek z tą miłą, siwą panią z portierni, ani wbiegania na najwyższe miejsca na sali wykładowej? Nie będzie wiosennych spacerów nad Rusałkę po zajęciach, picia wina na wykładzie z historii ogrodów, mandatów za picie piwa, ani chodzenia na ćwiczenia na haju? I nie będzie codziennych powrotów pociągiem, chodzenia na tanie spaghetti i narzekania na terenówki? Nie będzie?

Boże, jak to zleciało...
Gdzie, kiedy? Przecież dopiero co jechałam na egzamin z rysunku, a kilka dni później popłakałam się ze szczęścia widząc, że go zdałam. Dopiero co o mało nie udusiłam ojca wieszając mu się na szyi z radości i krzycząc "dostałam się, dostałam!"

Pięć lat studiów jak z bicza strzelił. Pięć lat, które wyglądały zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam, ale przecież... były cudowne.  

Bo studia miały być początkiem nowego życia, po nieudanym związku. Studia miały być mieszkaniem w Poznaniu, poznaniem nowych ludzi, nowych przyjaciół. Miały być spełnieniem marzeń, życiem w większym mieście, niż moje rodzinne, kochane Wronki.

Okazały się zupełnie inne. Bowiem trzy dni po euforii z powodu dostania się na studia zostałam "dziewczyną mojego chłopaka" który teraz jest już moim narzeczonym. No jakżebym mogła wyjechać? Zatęskniłabym się na śmierć!

Zamiast wynajmować zatem studencki pokój, przez pięć lat dojeżdżałam pociągiem godzinę w jedną stronę. I nie, wcale mi to nie zbrzydło, choć czasami spałam przytulona do plecaka w nieczynnych oknach kas czekając na opóźniony pociąg na starym, poznańskim dworcu, albo marzłam na stacji Pole Szczere, kiedy zbuntowany maszynista nagle oznajmiał ludziom, że "pociąg się spierdolił i dalej nie jadymy!" W domu zawsze czekał na mnie ciepły obiad nawet, kiedy można by go nazwać "późną kolacją". Dni były czasami od rana do wieczora zawalone zajęciami. Nocki zarwane nad projektami, mój P. klęczący nad moimi planszami i pomagający mi je sklejać... Kiedyś na to narzekałam, dziś wspominam miło... wszystkie te zaproszenia na herbatę od kolegów i koleżanek z roku, wszystkie wypalone ćmiki, wszystkie powierzone sekrety. Żal mi niektórych urwanych kontaktów. Potwornie żal. Zwłaszcza gdy sobie przypomnę wymyślanie pośród papierosowego dymu nazwy naszej trzyosobowej firmy, obietnice, że nigdy nie stracimy kontaktu. Ludzie przychodzą i odchodzą i tego nauczyłam się w ostatnim czasie.

Jednak siedząc z Agą, Marth i chłopakami nad Wartą w piątek znów poczułam nadzieję, że może tym razem będzie inaczej. Oj, ile ja bym dała, żeby było inaczej... żeby wypalił nam ten wspólny wypad na Woodstock i żeby nie zabrakło chęci by wpaść do siebie na herbatę, czy piwo od czasu do czasu. I oby to było częściej, niż raz na rok.

A więc jutro pójdziemy na piwo. Na ostatnie piwo "po zajęciach". Później ewentualnie będziemy mogli iść na piwo po egzaminach i na srogą flaszkę po obronie, kiedy już zyskamy miana magistrów inżynierów architektów krajobrazu... 

Póki co jednak przed nami wizja kolejnej sesji (Boziu, znów?), oddawania prac, absolutorium i obron. A ja już zaczynam tęsknić.


"Urodzona i wychowana
Po złej stronie miasta,
Stajesz się taka wysoka
Aż nie możesz się rozpaść.

Widzę nierówną drogę,
Wiesz nie poddaję się...
(...)"

czwartek, 14 maja 2015

Trochę wolniej...

- Asiu, przyhamuj, bo ty musisz jeszcze za mąż wyjść! - zaśmiała się wczoraj moja promotorka, kiedy skończyłyśmy przeglądać stertę kartek z wynikami mojej pracy magisterskiej, a ja usiłowałam złożyć potężny arkusz z mapą. 
Zadowolona jestem z siebie. Raczej wszystko będzie pięknie zaakceptowane przez nią. Do tego powinnam wyrobić się do końca maja! Czeka na mnie jeszcze tylko przegląd literatury. Teoria, na którą czekałam od początku zmagań z pracą magisterską. Wieczory spędzone nad artykułami z kubkiem herbaty, a później noce z wytężaniem wzroku przed komputerem. Lepsze to, aniżeli monotonne wklepywanie liczb w niekończące się tabelki i wykresy.
- Wiem pani profesor, wiem - przyznałam jej trochę smutno rację, choć usiłowałam się pod nosem uśmiechnąć.
- Ja nie żartuję. Za dużo sobie wzięłaś na głowę, Asiu. Trochę wolniej, jesteś tylko człowiekiem.

Trochę nie chciało mi się w jej słowa wierzyć. Nie dlatego, że nie były prawdziwe, ale dlatego, że pamiętam, jaka bywała dla mnie surowa, gdy pisałam pod jej kierunkiem pracę inżynierską. Zawsze była dla mnie życzliwa, ale także bardzo wymagająca. Nie mogłam się załamać, ani zacząć narzekać. Musiałam twardo brnąć do przodu i czasami ze łzami w oczach udowodnić sobie i jej, że sobie poradzę. Nigdy wcześniej nie kazała mi zwolnić, zawsze popędzała. Do wczoraj.

Nie uwierzycie mi, jeśli Wam powiem, że zatęskniłam za zimowymi wieczorami. Tak znikąd, sama nie wiem, skąd taka myśl przyszła mi do głowy. Ja, późnowiosenne dziewczę, ta, która ze wszystkich swoich sił zawsze wyczekiwała pierwszych ciepłych promieni słońca. Zatęskniłam za długimi wieczorami. Zatęskniłam za tym, by zapaść w zimowy sen. By w końcu odpocząć.

W gruncie rzeczy nie robię nic nadzwyczajnego. Chodzę do pracy. Do pracy fizycznej, bo cały czas spędzam na szkółce co prawda, ale to przecież tylko "pół etatu i trochę". No i przynajmniej praca na świeżym powietrzu, więc nie narzekam. Środy spędzam na uczelni, już ostatnie dni jako studentka. Po powrocie do domu wcinam ze smakiem obiad i wchodzę do pokoju z którym znów nie miałam czasu posprzątać. Rzucam plecak, włączam telewizor, "żeby coś grało" (nie, nie zawsze mam ochotę na słuchanie muzyki, czasem telewizor wystarcza). I siadam do biurka. Projekt. Jeden. Drugi. Mail. Pytanie. Odpowiedź. Sterta notatek po lewej stronie. Wystygła kawa po prawej. Czas zaparzyć świeżą. Potem kolejną dopiero przed dwudziestą trzecią. Tak, dopiero. Prędzej, niż przed drugą nie położę się przecież spać. A później padnę na łóżko, jak mucha.

I wiecie, gdy wpadałam w ten rytm, to trudno mnie z niego było wyrwać. Jak pracoholiczka. Miałam zaplanowaną każdą godzinę, przydział pracy. Czasami nie poznawałam siebie, nie wiedziałam, że potrafię być aż tak uparta. Gdy nie zrobiłam tyle, ile chciałam, czułam zawód, obwiniałam siebie, czułam się beznadziejnie. Mierzyłam zamiary na siły.

Aż nagle poczułam się zmęczona. We wtorkowy, młody jeszcze wieczór - bo przecież nie było jeszcze dwudziestej pierwszej nagle opadłam z sił. Mam ochotę na kakao - pomyślałam. - Na gorące kakao i książkę. Gapiłam się w monitor bezwiednie, a później odwróciłam głowę i spojrzałam w lustro. Zobaczyłam przemęczoną, szarą twarz z podkrążonymi oczami, do których nagle wezbrały łzy. Do mojej głowy nie mogła wpaść już ani jedna, sensowna myśl. Zatęskniłam.

Marzy mi się wyjazd nad morze, siedzenie na ciepłym piasku, wpatrywanie się w delikatnie wzburzone fale. Albo w góry, nawet nie musiałoby być tym stopem, jak planowaliśmy z Ibim. Jakoś nie w głowie mi ostatnio takie atrakcje. Jak widać, nie jestem tak szalona i spontaniczna, jak mi się wydawało. Jestem (za)pospolita. Marzy mi się jedynie przestrzeń, świeże powietrze i poczucie, że nic nie muszę, że nie goni mnie żaden termin, żaden egzamin, żadna obrona. Marzą mi się wieczory z książką w dłoni, albo te spędzone tylko z Nim, bo to za Nim chyba najbardziej tęsknię. Zdecydowanie za Nim.

- I nie spiesz się z tą teorią Kochana - powiedziała pani profesor, kiedy żegnając się już otwierałam drzwi.
- Obiecałam, że przyniosę ją pani w przyszłym tygodniu, a ja obietnic dotrzymuję - odparłam grzecznie.
- Jak napiszesz, to przyniesiesz. Trochę wolniej Asiu.

Trochę wolniej. Ileż ja bym za to wszystko dała. I za to, by swój upór odstawić czasami na dalszy plan. Ale najwięcej dałabym za to, żeby mieć to wszystko już za sobą.

sobota, 9 maja 2015

"Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko (...)"

Na co dzień spotykam wielu, różnych ludzi. Pojawiają się, zostawiają pewien ślad, który z czasem się zaciera, albo znika całkowicie, jednak od czasu do czasu trafia się na takie Dusze, które zapamiętuje się do końca życia.

I ja z taką Duszyczką spotkałam się niedawno, w pewną, słoneczną środę, kiedy po całym dniu zajęć wyszłam z uczelni. Nie musiałam się zbyt długo rozglądać, by zauważyć tę burzę warkoczyków na łepetynie i roześmiane, ciepłe oczy. Spojrzenie, o którym się nie zapomina.

Wiecie, wielu z Was też zna dobrze tę Duszyczkę i Tej Pani wcale przedstawiać nie muszę, prawda?

Otóż jakoś tak w codziennym biegu los postawił nas sobie na drodze. Podczas dwutygodniowego pobytu Martyny w Polsce udało się nam spędzić ze sobą zaledwie parę godzin.

Zgodnie z obietnicą zabrałam tę naszą Duszyczkę nad Rusałkę. Pokazałam Jej jezioro i posiedziałyśmy z piwem przy starej wierzbie, która zwykle robi mi za "fotel", dopóki nie spróbują mnie obejść mrówki.

I może w tym spotkaniu nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie pewna aura, która nam towarzyszyła. Odkąd się pierwszy raz wyściskałyśmy, nie przestawałyśmy się śmiać i opowiadać sobie durnych historii. Do momentu, aż nie zadzwoniła Jej Mama.

- Wiesz Mamuś, Asia mi pokaże drogę na lotnisko... - mówiła do słuchawki, podczas gdy ja sącząc piwo zagapiłam się w taflę jeziora. - Tak, pewnie, że zadzwonię jutro przed wylotem... rano... Mamuś co ty... Mamuś... nie płacz... nie płacz, bo i ja zacznę...

Zaniepokojona lekko spojrzałam na Martynę, której oczka były już mocno zaszklone. I mnie coś ścisnęło za gardło, choć nie wymiękłam. Dzielna dziewczynka - pomyślałam.

Nie wymiękłam, ale coś w tamtym momencie pękło.

- No chodź tu! - wyciągnęłam do niej ręce i przyciągnęłam ją do siebie, kiedy skończyła rozmawiać z Mamą. Mocno ją do siebie przytuliłam.

- Dobra, już nie ryczę! Ja wcale nie ryczę! - zaśmiała się, ocierając oczy.

Od tamtego momentu oczyska co jakiś czas nam się pociły. Jak wspomniałam - coś pękło. W zeszłym roku, kiedy Martyna planowała przylot do Polski i zahaczenie o Poznań, miała nadzieję spotkać się nad Rusałką nie tylko ze mną. Mieliśmy być we trójkę z Osobą, której już w dosłowności na tym świecie nie ma. I to się właśnie wtedy odezwało, choć ja już się jakoś z tym wszystkim oswoiłam. Poleciało parę łez, choć jeszcze wtedy nie z moich oczu, mimo, że zaciskałam momentami trzęsącą się ze wzruszenia brodę.

I we mnie pękła pewna blokada, którą także ja zbudowałam w sobie z pewnych względów, a którą nie każdy potrafi zrozumieć. Nie ważne. Wtedy tej blokady nie było. Nie było jej we mnie. Nie było jej dzięki pewnej czułości, którą ta Duszyczka właśnie posiadała w swoich oczach. Czułości, której ostatnio bardzo mi brakowało.

Kiedy wspomniałam o jakimś swoim problemie, nie milczała, nie zmieniała tematu, ale patrzyła na mnie tymi swoimi dobrymi, przepełnionymi wrażliwością i mokrymi jeszcze trochę oczami i dopytywała. Interesowała się. Interesowała się, jednocześnie budząc moje zaufanie. A ja jej opowiadałam. Wreszcie mogłam i na Boga - jak dobrze było wylewać z siebie pewne demony, smutki i stresy. I jaką ulgę poczułam, kiedy nie spotkałam się z oschłością, ale z troską, ciepłem i radą.

Zauważyliście zapewne, że brakuje mi czasu. Mało mnie tutaj, mimo, że ostatnio obiecywałam, że będę tu częściej. Teraz nie będę składała obietnic - praca, pisanie magisterki i studia przytłaczają całkowicie mój wolny czas. I mnie czasami też wraz z pewnymi problemami, o których nie potrafiłam dawniej mówić. W każdym razie, nie każdemu.

Nie mówię, bo mam pewną blokadę, która nie wynika wcale z tego, że komuś nie ufam.

Z jednej strony wynika z pewnej sfery prywatności, bo niektóre sprawy chcę po prostu zachować dla siebie. Może dlatego, że jestem rozdarta w pewnej miłości, z którą stykam się każdego dnia. Nie mówię o tym, że nieraz boję się wracać do domu, że nieraz serce wali mi z nerwów, aż boli, bo mam potem wyrzuty sumienia, bo dochodzę do wniosku, że wcale nie jest tak źle, że inni mają przecież gorzej. Zakładam maskę i idę do przodu. A jednak męczą mnie huśtawki, stres, zastanawianie się kiedy będzie dobrze, a kiedy źle. Zastanawianie się, jakich słów użyć, by nikogo nie rozzłościć. I marzę o tym, by mieć w końcu swój własny kąt, własny kawałek podłogi, na którym będę mogła robić co tylko zechcę. Kiedy wczoraj przez telefon powiedziałam Anji, że czasami wolałabym, żeby było tylko źle, żebym wiedziała zawsze, czego się spodziewać, odpowiedziała mi, że nie mam racji. I choć próbowałam zaprzeczyć, doskonale wiedziałam, że się nie myliła.

A z drugiej strony cała ta blokada wynika z braku pewnej czułości. Dokładnie takiej czułości, jaką miała w oczach Martyna, kiedy jadąc ze mną tramwajem zapewniała mnie, że wszystko będzie dobrze. Jestem na tym punkcie przewrażliwiona. Ale nie czuję się z tego powodu winna. I myślalam, że nie należy mnie też za to obwiniać - pomyliłam się. Widocznie można. A jednak tak wiele razy ludzie bagatelizowali moje problemy, tak wiele razy milczeli, gdy szukałam pomocy, gdy prosiłam o zainteresowanie, że zbudowałam przed sobą pewien mur, na którym widniał napis "Twoje problemy są niczym w porównaniu do cudzych." I widziałam ten napis za każdym razem, kiedy zamykałam oczy.

Jestem skomplikowanym człowiekiem. Czasem trzeba się mocno natrudzić, bym powiedziała, co leży mi na sercu. O wiele bardziej wolę słuchać, pomagać innym i nie - nie chcę udowadniać w ten sposób jakiejś swojej "super szlachetności". Ja po prostu taka już jestem.

A czasami po prostu chcę dobrze. Nie chcę kogoś martwić, bo wiem, że ma dużo poważniejsze problemy. Nie chcę, bo wiem, że radzi sobie dużo trudniej, niż ja. Przynajmniej tak mi się wydaje. I myślałam do tej pory, że to jest dobre - ja czułam, że nie dowalając innym siebie i własnych problemów postępuję fair wobec siebie i innych. Myślałam, że na tym też polega przyjaźń, kiedy dosłownie czuje się ból drugiej osoby i wie się, że jest ogromny i nie chce się jej dokładać problemów, bo wie się, że się sobie poradzi. Ale usłyszałam, że się myliłam. Usłyszałam, że żadna to przyjaźń. Nóż wbity prosto w serce i rana, która nie chce się zagoić. Dlaczego to nie przyjaźń? Bo tak twierdzą psychoanalitycy. Że to ma być wzajemne. Jedno ma wynikać z drugiego. Jedno i drugie ma jednocześnie dawać i brać - bez względu na okoliczności, bez względu na troskę, bez względu na czułość. Psychoanalitycy. Piękni ludzie, tworzący piękne teorie dla pięknego ogółu - jak ostatnio mawiam. A ja zawsze od ogółu odstawałam.


Zawsze jakoś lubiłam tę piosenkę, choć w gruncie rzeczy jest potwornie smutna. Zawsze interpretowałam ją jako opowieść kogoś, kto z miłości do drugiej osoby pozwala jej odejść. I tak zapewne jest, ale kiedy ostatnio włączyła się na moim odtwarzaczu zupełnie przez przypadek, w głowie utkwiło mi kilka słów:

"Ja cóż - włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko.
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się 

A jaka zaczyna.
Ze mną można tylko
W dali zniknać cicho..."


"Ze mną można tylko w dali znikać cicho" - jakże zrobiło mi się smutno. Mi, wojowniczce, pseudobohaterce, która swoje problemu musi (albo woli) przeżywać sama, która się pogubiła i została o to obwiniona, bo z troski o innych zapomniała, że sama jest tylko człowiekiem.

Która też potrzebuje ciepła i czułości.

Żadna ze mnie superbohaterka.
Ja, ta, która mówi nawet, gdy jest źle, gdy wydaje się, że świat wali się na głowę, jak wczoraj (o czym opowiem Wam następnym razem), zawsze mówię: "Dam sobie radę. No przecież nie będę siedzieć i szlochać, trzeba  wytrzeć nochal i iść dalej." Jak to ja. Poryczę, poryczę, zaciskam pięści i idę dalej. Mam w sobie dużo siły. Ale czasem wymiękam. Trochę z własnej winy, bo buduję mury, ale też z winy ludzi, którzy twierdzą, że są moimi przyjaciółmi, a nie poznali mnie nawet na tyle by wiedzieć, ile ciepła potrzebuję, ile zainteresowania i mokrych od wrażliwości oczu wpatrzonych w moje oczy.

Mam w sobie dużo siły - powtórzę. I potrafię nawet zburzyć ten mur, który wokół siebie zbuduję. Tak, jak udaje mi się go burzyć przed Martyną, kiedy teraz, gdy Ona jest już w Anglii, komunikujemy się nagrywając długie wiadomości na WhatsApp'ie. I tak jak dzisiaj, opowiadałam jej, jak wczoraj lekko zawalił się mój świat, jak znów pochwaliłam dzień przed zachodem słońca... Bariera pękła, a więc da się.

I potwornie mi jej brakuje. Od momentu, kiedy wtedy, siedząc jeszcze w Poznaniu, już na peronie, ja zajadałam się tortillą z KFC, a ona frytkami. I kiedy obie zerkałyśmy nerwowo na zegar, licząc, ile wspólnych chwil nam pozostało. Już wtedy zaczęłam tęsknić. Ale jeszcze nie płakałam.

- A ja coś dla ciebie mam! - powiedziała mi w pewnym momencie.

No pięknie - pomyślałam sobie wtedy. Jak zwykle, ktoś dla mnie ważny obdaruje mnie czymś, a ja znów z pustymi rękami. I już cisnęło mi się na usta "a ja nic dla ciebie nie mam!" i wiecie, wtedy ugryzłam się właśnie w język. Bo dokładnie tego samego dnia jeden z wykładowców opowiadał o syndromie ludzi z Poznania i okolic (chociaż ja myślę sobie, że to ma jednak dalszy zasięg) ze wspomnianym "a ja nic..."

A powiedział nam tak:

"Kiedy chcę wręczyć komuś jakiś prezent, to ma to za zadanie zawsze coś powiedzieć. To mówi: "Ja myślałem o tobie, kiedy to kupowałem/robiłem. Chciałem, żebyś poczuł się szczęśliwy, bo jesteś dla mnie ważny." I kiedy wręczam tej osobie ten drobiazg, a ona odpowiada automatycznie "a ja nic dla ciebie nie mam!" to od razu cały czar pryska. Okazuje się, że ta osoba nie wie, że mógłbym coś dobrego dla niej zrobić, nie szanuje tego, że poświęciłem swój czas myśląc o niej i wszystko traktuje na zasadzie brzydkiej wymiany."

Zatem ugryzłam się w język i od razu założyłam na rękę śliczną bransoletkę, którą mi wręczyła. Podziękowałam i kiedy mocno ją przytuliłam, poczułam, jak nie chce wypuścić mnie z ramion. Jak przyciąga mnie do siebie i zupełnie jakby chciała tu zostać, żebyśmy zostały razem.

Też chciałam, żeby została.
Wtedy poczułam znów w gardle wielką gulę. Ale jeszcze nie płakałam.

Serce pękło mi na kawałki, gdy dopełniła grudniowej obietnicy z jednego z naszych maili, wyjmując z torby kartkę na Boże Narodzenie. Kartkę, którą przed świętami widziałam tylko na zdjęciu wysłanym w mailu. Martyna obiecała mi wtedy, że dostarczy mi ją osobiście, kiedy przyjedzie do Poznania. I obietnicy dotrzymała.

Gdy stałam już w drzwiach pociągu osobowego, czułam, jak trzęsie mi się broda, ale cały czas się śmiałam, bo chciałam, żeby i Ona się śmiała. Ona, ta kochana Duszyczka, która zostawiła w moim sercu tyle ciepła, które jej głos z wiadomości głosowych i literki zostawione w sms'ach na aplikacji telefonicznej zasiewają na nowo każdego dnia swoją troską. Kiedy konduktor zagwizdał i nim drzwi zdążyły się zamknąć, przez ułamek sekundy chciałam jeszcze wyskoczyć z pociągu i wracać kolejnym.

Ale nie zdążyłam.

Drzwi zamknęły się, wagony szarpnęły, a przestrzeń zza okna poruszyła się, zabierając w dal poznańskie perony i Ją. A ja, ciągnąc za sobą torebkę po ziemi, bo nawet nie chciało mi się zakładać jej przez ramie, połykając w końcu słone łzy jednocześnie paradoksalnie będąc naładowana pozytywną energią, szukałam wolnego miejsca w pociągu, by na spokojnie się wyryczeć. By dać upust emocjom. Nie zwracałam uwagi na zdziwionych ludzi. Nie dbałam o nich.

Znalazłszy miejsce napisałam do Martyny pospiesznie sms'a: "Tylko mi nie rycz!" O ja, hipokrytka - zaśmiałam się sama do siebie. Od razu wiedziałam, co odpisze. "Przecież mi się tylko oczy trochę pocą!"

Śmiałam się przez łzy. I wtedy zauważyłam słowa wyryte na bransoletce, które od niej dostałam:

live - dance, love, sing, laugh - 1:4. 

Tańcz, kochaj, śpiewaj, śmiej się - a życie będzie lepsze. Taka prosta sentencja, moja sentencja ukryta w paru słowach, które teraz dzielnie noszę na ręce.

I kiedy trzymałam w dłoniach kartkę na Boże Narodzenie, którą mi dostarczyła, na której były także napisane słowa od Ethana i od Victorii, serce pękło mi na kawałki. Zwłaszcza "...and never give up!" od Ethana podniosło mnie na duchu. Jak ja wtedy zapragnęłam te dzieciaczki przytulić do serducha, tak, jak Martynę na dworcu. 

O Boże, jakie to niesprawiedliwe! - powiedziałam cicho, korzystając z tego, że siedziałam w pustym wagonie i patrząc przez łzy na zachodzące słońce. - Dlaczego to tak jest? Dlaczego, jeśli ktoś mógłby być dla mnie najwspanialszym przyjacielem na świecie, to albo mieszka kurewsko daleko, albo umiera? Dlaczego ktoś, kto ma dla mnie tyle ciepła, troski, komu bez problemu powierzam moje demony, przy kim mi lżej, jak przy Anji, Martynie, czy Kordianie, to ja nie mogę tej czułości mieć przy sobie? Czy ja noszę w sercu jakąś klątwę? Nie mogę mieć przyjaciela tu i teraz? Chyba, że mojego kochanego P., który jest moim przyjacielem i kochankiem jednocześnie - jak sam ostatnio powiedział. W końcu jest moim przyszłym mężem, musimy być przyjaciółmi. Ale Boże... czy skazałeś mnie na tęsknotę? Ja ją rozumiem, ja szanuję, ona ma w sobie wiele dobrego, jak wszystko, bo przecież we wszystkim da się znaleźć okruchy dobra, które można docenić, ale... do kurwy nędzy, Boże, dlaczego to tak jest?

Kończąc lament do Boga zorientowałam się, że mam ostatnią chusteczkę w torebce. O jakże ja wtedy tego pożałowałam...

Ale w tym wszystkim właśnie też było ukryte piękno. Piękno, które pozostawiło w moim sercu trwały ślad. Piękno, które każdego dnia o sobie przypomina, kiedy dostaję od Martyny wiadomości i sama wysyłam Jej swoje. Choć ja, jak to ja - nieraz z opóźnieniem przez moje ograniczenie czasowe.  Piękno, które objawia się, gdy marudzę P., że pojedziemy do Anglii Ją odwiedzić, dokładnie tak, jak zawsze marudzę mu o Krakowie.

Piękno, które przypomina, że każdy mur da się zburzyć.
Wystarczy przecież odrobina czułości.