wtorek, 2 sierpnia 2016

Dobra jesień w sercu na początku sierpnia - bo dlaczego nie?

Od samego rana słońce nie przygrzewało zbyt mocno i czułam, że spadnie dziś deszcz. Taki oczyszczający, spokojny, letni deszcz, pachnący trochę jakby pierwszymi oznakami jesieni. Chociaż, wyśmiałby mnie kto, że na jesień jeszcze przecież za wcześnie... Uwierzycie, że trochę za nią zatęskniłam? Nagle - jak nigdy - zabrakło mi dłuższych wieczorów, kolorowych liści, które uwielbiam "przekopywać glanami", pierwszego chłodniejszego powiewu wiatru, który kazałby założyć na siebie bluzę już wczesnym popołudniem.

Może to... może to wszystko dlatego, że trochę potrzebuję zapaść w jesienny sen. Odpocząć od tego wszystkiego, co działo się u mnie w ostatnich tygodniach, a nawet miesiącach. Na moment zapomnieć o lecie, które co prawda uczyniło mnie najszczęśliwszą na świecie, ale też trochę znużyło. Bo jakby nie było - na tegoroczne lato czekałam także w stresie spowodowanym nie tylko samym ślubem, ale na ten temat nie chcę się rozdrabniać. I jestem tym trochę po prostu zmęczona.

Dlatego ja dziś urządziłam sobie jesienne popołudnie na początku sierpnia. Bo dlaczego nie? Mój Mąż (wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego określenia:)) na popołudniowej zmianie, a więc w mieszkaniu jestem sama. Deszcz bijący o szyby, gorący rosół na obiad, kubek zielonej herbaty, kot pochrapujący pod ciepłym kocem, tuż obok mnie. Jesień jak znalazł. Ale taka dobra jesień.

Wiecie... jestem szczęśliwa.

Jestem szczęśliwa, bo wreszcie wracam do siebie. Wróciła do mnie z podwójną siłą cała ta pozytywna energia, którą zgubiłam przez pewne nieprzyjemne wydarzenia i huśtawkę nastrojów, jakie mi zafundowały. Ale było, minęło. Nie ma sensu rozdrapywać ran. Jestem sobą, a więc wybaczyłam, mimo, że pewnie długo nie zapomnę, a teraz brnę do przodu i uśmiecham się na nowo. I tym uśmiechem przezwyciężam wszystko.

Zaczęłam nawet znów rysować. I to w kolorach, zamiast odcieni szarości. To dobry znak. Ostatnio wymyśliłam sobie nawet osobiste plenery malarskie w towarzystwie wina i czekam na dobrą pogodę. Wróciłam do pracy pełną parą. Do pracy, w której nie zawsze dobrze się dzieje, ale jestem zadowolona, że w ogóle ją póki co mam. Mam ochotę wychodzić z domu, spacerować nawet w deszczu. Codziennie wyprowadzam siebie na spacer.  I nie mogę doczekać się wyjazdu w Karkonosze we wrześniu, który - mam nadzieje - wypali. Moje mieszkanie prawie codziennie jest pełne ludzi. Wciąż ktoś nas odwiedza - a to na herbatę, czy kawę, a to na piwo, czy najzwyczajniej na chwilę, na papierosa. Czasem ktoś zapyta o nocleg, czasem zje talerz gorącej zupy. Dom otwarty - tak, jak zawsze chciałam. I nie męczy mnie to nic a nic.

Fajnie jest.

Śmiałam się dziś, gdy przeczytałam gdzieś w internetach stwierdzenie, że ślub przed trzydziestką jest jak wyjście z imprezy po dwudziestej drugiej.

Nam ten ślub dodał skrzydeł, wiecie?

Najgorsze było chyba czekanie. Gdy wyszłam już od fryzjera, a M. skończyła mi robić makijaż po dwunastej. I weź tu człowieku znajdź sobie zajęcie do piętnastej, bo o tej godzinie miała przyjechać fotograf.

A to, co działo się później... przeszło moje najśmielsze oczekiwania i pozostanie w mojej pamięci do końca życia.

W kościele, podczas mszy, przed którą stresowałam się chyba najbardziej - wyciszyłam się totalnie. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Choć - przyznaję - gdyby nie ścisnęło mnie za gardło, nie byłabym przecież sobą. Gdy podczas kazania, tuż przed przysięgą ksiądz powiedział, byśmy przypomnieli sobie, jak się poznaliśmy, jak pierwszy raz spojrzeliśmy sobie w oczy, jak pierwszy raz chwyciliśmy się za ręce. Byśmy nigdy nie zapomnieli, jak to było. I cholera... jak to wszystko wtedy wróciło do mnie, nie wierzyłam, że obok mnie siedzi wciąż ten sam mężczyzna. Ten sam, jedyny od sześciu lat, przy którym odmieniło się moje życie. Z którym piłam wino, z którym jeździłam na koncerty, który stał się moim najlepszym kumplem. I ten mój kumpel tuż za moment, za chwilę miał zostać moim mężem.


I został.

Nic nie było wtedy ważne. Żadne rodzinne kłótnie, nieporozumienia, przeszłość. Cieszyliśmy się z tego, że jesteśmy razem, tylko my we dwoje, wciąż i uparcie.

I wiecie... Dziś myślę sobie, że żal mi ludzi, którzy mówią, że ślub to tylko papier i obrączka na palcu. Że nic się nie zmienia. A ja jakoś uparcie odczułam, że coś się jednak zmieniło. Umocniło nas. Sprawiło, że jesteśmy jeszcze bliżej siebie, jeszcze bardziej szczęśliwi. Bo droga do tego ślubu nie była wcale usłana różami. Ale przebrnęliśmy. I nic nas nie zabiło,a wręcz przeciwnie - dodało nam sił.

Choć, kiedy to mówiłam pewnego razu tuż po ślubie, ktoś sceptycznie powiedział mi, że mam poczekać z tym stwierdzeniem co najmniej miesiąc, albo rok, że rutyna nas nie ominie.

A ja wierzę, że nie damy się jej. Wciąż będę z moim kumplem-mężem pić wino na koncertach. A dla urozmaicenia walniemy sobie dziary. Nie pytajcie jeszcze jakie - bo nie wiemy. Ale na pewno nie będą to motylki i dmuchawce.




Pamiętasz wczorajsze - za rękę spacery?
Listy miłosne na piasku pisane?
Podczas bezsennych nocy, przez niekończące się dni
Chciałbym usłyszeć jak mówisz: "Pamiętam o Tobie"

(...)

Przeszliśmy wspólnie przez trudy i bóle,
Drogo za to zapłaciliśmy.
I mimo wszystko obiecaliśmy sobie:
"Nigdy nie będziemy samotni"