czwartek, 12 lutego 2015

O mentalnej starości, która tkwi tylko w naszych głowach

Parę tygodni temu. Miła impreza u znajomych, stół zastawiony syto, flaszka na stole i pogodne nastroje. Nic dodać, nic ująć, jak mawiają. Kilka twarzy nowych, ale cieszy mnie to za każdym razem, bo przecież podobno fajnie jest poznać nowych ludzi. Podobno, bo pewien nowo poznany właśnie delikwent, zaszedł mi za skórę, kiedy klasnęłam radośnie w ręce mówiąc:

- No dobra panowie, który polewa damom?! 

Cóż za gafa, toż to większość panów była na papierosie, reszta udawała, że mnie nie zna. Wiem, przynoszę wstyd. Dobra, dobra, mi polewać by nie musiał nikt, w dodatku dama ze mnie taka, jak z koziej dupy trąba. Ale wokół mnie kilka przyjaznych pań, towarzystwo dostojne i ot, cnotliwy delikwent widząc mój entuzjazm odwraca łeb w drugą stronę. Miał pecha, że siedział obok mnie. Swoją drogą, chyba miał na mnie uczulenie, bo odsunął się ode mnie na odległość metra. Śmierdzę, czy co?
Osz ty chuju ty - pomyślałam sobie i kryjąc moje zniesmaczenie ów delikwentem znów radośnie oświadczyłam:

- Dobra, to jak faceci pizdy, to ja polewam!

Wyszczerzyłam zęby i odkręciłam flaszkę, widząc, że co niektórym mój "styl bycia" nie do końca odpowiada. Cóż. Mieli pecha.
Kto pierwszy podsunął kieliszek? No kto?
A w dupie cię mam.
Rozlewałam wszystkim dookoła, od lewej poczynając i kończąc na cnotliwym delikwencie.
- Oj wybacz, jestem już po paru kieliszkach - udałam głupiutką, kiedy przez mą drżącą rękę ulało się troszkę wódki na przewielebną dłoń delikwenta i kapnęło na jego spodnie wyprasowane na kant.
Dobrze ci tak, pomyślałam, tylko wódki żal.
Swoją drogą zapamiętajcie: ja zawsze ulewam, rozlewam i nie nadaję się do rozlewania wódki, bo kolokwialnie rzecz ujmując - robię gnój.


Dopóki chłopcy nie wrócili z papierosa zagadywałam towarzystwo, jak mogłam. Prawie wszyscy studenci, toteż na wiadomy tor zeszła rozmowa.
- A co ty Asiu studiujesz? - zapytała któraś z dziewcząt. - Który rok? Pierwszy?
Zaśmiałam się, a tymczasem jedna ze znajomych wyprzedziła mnie z odpowiedzią na pytanie.
- Ona?! Pierwszy rok, dobre sobie... Ona już kończy! To stare babsko jest. Wiesz, przed trzydziestką, zaręczona, zaraz magisterkę broni, ślub bierze. - i najlepsze - już jest skończooona.

Zabrzmiało poważnie.
Śmiertelnie poważnie.

Nie myślcie jednak, że się jakoś tym przejęłam, bo nie o to tu chodzi.

W sumie - no okej, mam swoje dwadzieścia cztery wciąż lata, więc przed trzydziestką jakby nie patrzeć jestem. Studia kończę - też pasuje. Ale stara? Stara? Nie mój tok myślenia, zupełnie.

Zawsze powtarzam, że starość to stan umysłu. Nie wierzę w mentalne starzenie się z natury. Wszystko siedzi w podświadomości, w sposobie myślenia i podejścia do samego siebie i własnego trybu życia. Ciało owszem, wiecznie młode nie będzie. Pomarszczy się wraz z urodą, skurczy się, będzie bolało i pozwalało na coraz mniej. Ale zawsze pozwoli na uśmiech. Jeśli my sami sobie na niego pozwolimy nie mówiąc sobie tych dwóch znienawidzonych przeze mnie słów, że nie wypada.

Masz trzydzieści lat? Kto powiedział, że nie możesz iść w plener ze znajomymi na piwo? Kto powiedział, że nie możesz robić głupstw, uczyć się na własnych błędach i śmiać się do łez tańcząc beztrosko na środku miasta? Ludzie? Stereotypy? Czterdziestka to podobno czas na bycie dojrzałym. Tymczasem uwielbiam wręcz rodziców Rudej, którzy potrafią dosiąść się do swoich dzieci i ich przyjaciół przy ognisku i pić wódkę opowiadając wariackie historie z młodzieńczych lat bawić towarzystwo do łez. Doceniam ich ogromnie za ich wiedzę i dojrzałość i za młodego ducha właśnie. Młodego ducha, którego nie tracą mimo wieku, mimo tych pieprzonych stereotypów. Doceniam za to, że potrafią mieć kontakt z tymi dwudziestoparolatkami, a nie zamykają się w pokoju obok jak przysłowiowi starzy. Czasami, kiedy chodzę do sklepu z moją Mamą, popracować trochę, po gazety przychodzi pewien dobry znajomy. Emerytowany policjant, dziadek dwójki ślicznych wnuków. I, na Boga, ileż on ma pasji, opowieści i dowcipów w zanadrzu! Chęci do sportu, podróży i zabaw. Nie potrafi usiedzieć w miejscu i nieraz opowiadamy sobie naprawdę durne historie. Parsknęłam raz śmiechem, gdy obok ów pana stanął przy ladzie inny pan mierząc go wzrokiem i mówiąc smutne: "W tym wieku? Na łyżwy z młodymi? Dobrze się pan czuje?" Jakaż zdziwiona była jego mina, gdy ten odparł z uśmiechem: "Ano widzi pan, czuję się bardzo dobrze, jak na ten wiek, nie każdy musi tak, jak pan." Jak na ten wiek, jak on to podkreślił. Jednak nie pamiętam, bym widziała go kiedykolwiek smutnego, czy poważnego - chyba, że wymagała tego sytuacja. Kiedy wchodzi, wszyscy się śmieją. Bo chodzi o uśmiech. Chodzi o ten cholerny uśmiech, o który tak łatwo, a o którym ludzie zapominają, a który jest najpiękniejszym lekiem na młodość. Mentalną młodość. I to w dodatku jest za darmo...

No ale ja, rocznik dziewięćdziesiąty, w wieku niespełna dwudziestu pięciu lat jestem stara.

No okej, niech będzie, przyznam się, że trochę mnie to ugryzło. Ale ugryzło z zupełnie innej strony niż ta, którą opisałam powyżej. Bo mentalnie zestarzeć się nie mam najmniejszego zamiaru. To nie w moim stylu.

Otóż odkąd wykruszyło się z naszej paczki pewne małżeństwo i moja rówieśniczka, która zmieniła troszkę styl bycia i od paru miesięcy próbuje mnie namówić na tipsy (nie, nie uda jej się) - jestem najstarsza w ekipie. "W ekipie", jeśli można to tak jeszcze w ogóle nazwać, bo teraz każdy zajmuje się przecież swoim życiem. Na studiach też jestem starsza, bo mam rok w plecy. I to zdziwienie, kiedy nagle okazywało się, że ja jestem o cały rok (!) starsza! "Jaaa, to ty masz tyle lat już?!" Tak, kurwa, o dekadę starsza jestem, albo dwie, żeby kopara bardziej opadła. Myślicie, że nie łyknęli?
Długi czas miałam też straszny kompleks na punkcie mojego P., który też jest ode mnie młodszy o dwa lata. Pamiętam pijackie rozmowy z Anją, gdy miałam te swoje widzimisię i wmawiałam sobie, że facet powinien być starszy i koniec. Aż tu nagle trafiło i to prosto w serce. I aż chciało się wtedy pytać "jak żyć?" A dziś odpowiadam prosto: żyć normalnie, poza pieprzonymi stereotypami.
No ale to dzisiaj. A wtedy nie mogłam. Męczyło mnie to i on to też odczuwał na pewno, choć świadoma byłam tego, że okazał się dojrzalszy od dwóch facetów, którzy chwilę wcześniej kręcili się obok mnie i ostatecznie wyrządzili krzywdę łamiąc serducho na kawałki. Na początku ja miałam lat dwadzieścia, on osiemnaście, dziś ja dwadzieścia pięć zaraz, a on dwadzieścia trzy. Różnica się zaciera i jest okej. Jemu przeszkadzało, że myślałam w tak błędny sposób i zawsze mówił "jesteśmy w tym samym wieku". Ale znajomi nie zawsze byli taktowni. Ileż razy słyszałam "no wiesz, ty to powinnaś już za sobą takie rzeczy mieć", "wiesz, w twoim wieku...", albo moje ulubione, podczas dwudziestu pierwszych urodzin "Asik, masz oczko! Dwójka z przodu to już w ogóle tragedia, teraz to już tylko zmarszczki liczyć!"
Ot, takie pierdolenie.
Pier-do-le-nie.
Inaczej tego nie nazwę.

Może i ja sama teraz pierdolę jak poparzona, ale naszło mnie jakoś tak, o. Bo czasem i ja chciałabym być tą gówniarą. Tą najmłodszą, która wciąż jest za smarkata, by pewne rzeczy wiedzieć, rozumieć, która miałaby te poczucie, że musi do pewnych spraw jeszcze dojrzeć. I tak wiem, że muszę, ale właśnie chodzi o te mentalne uświadomienie przez trochę starszych, bardziej doświadczonych przez życie i mądrzejszych. Bym w końcu to nie ja musiała być tą, która tłumaczy, że czasem trzeba być odpowiedzialnym, że narkotyki są złe i że nie warto robić czasem zbyt wielkich głupstw. Bo jakoś będąc tym wypominanym wiecznie "starszakiem", bo sama się wcale nim nie czuję, to jakoś w końcu pewnymi rzeczami zaczynam się przejmować, pewne za mocno docierają i choć się nie chce, to jednak zaczyna się w nie wierzyć.

Zupełnie, jak podczas innej rozmowy tego samego wieczoru, gdy usłyszałam "Wiesz Asiu, bo ty już swoje lata masz, moglibyście w końcu zamieszkać razem, wiesz, jakiś krok do przodu, a nie tak ciągle z rodzicami." No kurwa! Co też ich wszystkich ugryzło, że się na mnie uwzięli?! Pociesza mnie, że byłam już dość pijana, by przyłożyć znajomemu o cztery lata młodszemu, który ze swoją dziewczyną mieszka "na swoim" mając finansowe zaplecze u rodziców "jak zabraknie" i jest o, taki zajebisty. Nie widziałam też sensu tłumaczyć, dlaczego mieszkamy wciąż osobno, że nie każdemu los podaje wszystko na tacy, a codzienność nie jest kolorowa, gdy u jednego jest biednie, a u drugiego trzeba mieć na oku psychicznie chorego brata Matki.
I niby głupim pierdoleniem nie ma się co przejmować, zwłaszcza, kiedy ktoś nie ma bladego pojęcia o twoim życiu. A jednak czasem ma się dość słuchania. I przysięgam, że kolejny raz nie będę miała skrupułów przywalić po zasłyszeniu takiego tekstu. A przywalić potrafię. Choć jak mój P. przyznał po zwierzeniu mu się z głupich docinków, kolejnej okazji już miała nie będę. Bo i co to za przyjemność, kiedy ktoś się dowartościowuje twoim kosztem? - jak sam stwierdził.

Tymczasem, wracając do rozbawionego moją "starością" towarzystwa, pozostało mi z uśmiechem podsumować całą sytuację, podczas gdy któraś z dziewcząt już ją łagodziła twierdząc, że po mnie przecież aż tak nie widać, że mnie pewnie o dowód pytają - bo pytają! Dacie wiarę?
- No tak, macie racje, w sumie jestem przed trzydziestką - zaśmiałam się. - Choć do niej jeszcze trochę. Już nie róbcie ze mnie takiego milfa!
- O Boże - zaczął wspomniany we wstępie delikwent. - To koleżanka ogląda pornole?
- Jak ci powiem, że nie, to i tak mi nie uwierzysz. Swoją drogą już bym wolała obejrzeć pornola, niż te bdsm'y, co wchodzą do kin niebawem, co nie dziewczęta?
I wzniosłam toast, bo miałam wrażenie, że rozszczekane damy zaraz zabiją mnie wzrokiem.



I naszło mnie na Pearl Jam. Znów. I na Eddiego. Bo Eddie jest przecież wciąż piękny, młody, sympatyczny (i kochany) mimo swojej pięćdziesiątki na karku.

niedziela, 8 lutego 2015

Grzane wino i gorzka czekolada dobre na wszystko, czyli o dobrych myślach przykrytych białym puchem, o nadziei i o zmianach, z którymi trzeba będzie stanąć twarzą w twarz.

Czwartkowe popołudnie. Wyszłam z sali trochę poirytowana. Napisałam właśnie przedostatni egzamin i czeka na mnie jeszcze tylko "ukochana" entomologia, której szczerze nie trawię od czasu, kiedy prowadząca kazała nam pokroić chrabąszcza w celu poznania budowy anatomicznej owada przy pomocy pęsety i igły laboratoryjnej. Obrzydliwość, mówię Wam. Prawie wtedy zwymiotowałam przez okno.

Tymczasem byłam zła, bo czułam mi nie poszło.

- Tobie nigdy "nie idzie", panikujesz, a później przychodzisz dumna chwaląc się kolejną piątką w indeksie. - mówią mi zawsze Mama i P., a ja szczerze tych słów nienawidzę.

Bo czasem po prostu ma się te cholerne przeczucie, poczucie zawodu, że spędziło się cały poprzedni dzień nad notatkami, rwało się włosy z głowy próbując zapamiętać zupełnie niepotrzebne teorie i regułki, a tu nagle okazuje się, że wystarczyło improwizować. A czwartek to zdecydowanie nie był dzień na improwizację. Nie czwartek piątego. Nie po nieprzespanej dziwnie nocy.

- Asik, nie przejmuj się. Przynajmniej wpuścił cię na egzamin – wyszczerzyła zęby Marth. – Sama mówiłaś, że tego najbardziej się boisz. Że cię nie dopuści.

Uśmiechnęłam się pod nosem. No tak. Bałam się, że nie dopuści mnie do egzaminu, bo nie byłam na ani jednym wykładzie, a jakoś w połowie semestru dowiedziałam się, że facet co tydzień puszcza listę obecności mówiąc coś o legendzie zwanej regulaminem studiów. Zresztą, jako studentka piątego roku powinnam doskonale wiedzieć, że od trzech lat na naszej uczelni istnieje limit „dwudziestu procent nieobecności”. No ale to tylko moja uczelnia, a ona przecież już uchodzi za ewenement wśród poznańskich uniwersytetów. Poza tym nie można przecież mieć wszystkiego – pracować, studiować, dojeżdżać pociągiem „wte i wewte” i być pilną studentką.
No,  ale mam nieraz tę swoją manię, że wszystko musi być zrobione najlepiej i ”po mojemu”. A potem mam za swoje.

W każdym razie, prawie skończyłam walkę z sesją, do której musiałam przyłożyć się bardziej, niż kiedykolwiek. Bo teraz nie można nawalić, bo nie teraz nie można myśleć o zapleczu z warunkiem, którego tak naprawdę nigdy nie miałam, a który był jakąś taką alternatywą, by stresować się mniej. Bo przecież za pół roku obrona. Ale przecież to wszystko już prawie za mną. I to był nawet powód do uśmiechu.

Wyszłyśmy na zewnątrz. W końcu zima. Piękna pogoda, biały puch na Dąbrowskiego i rześkie powietrze wypełniające płuca… wraz z dymem.
- Cholera, musisz palić? – mruknęłam do Marth, która właśnie odpaliła papierosa. – Geez, jaką ja mam ochotę na ćmika, mam taką ochotę pierdolnąć w płuco, akurat dzisiaj sztachnęłabym się dymem – jęczałam.
- Aś, nie marudź ­– dostałam szturchańca od Agi. – Ciesz się, że masz czyste płuca. Mam termos z grzańcem, idziemy nad Rusałkę!

Nad Rusałkę. Idziemy. No okej.

Trochę się bałam tam iść, choć od pięciu lat to było moje ulubione miejsce „po zajęciach”. Ile tam się wypiło piw, ile opowieści wysłuchały wszystkie drzewa, ile uśmiechów posłało się do przypadkowych ludzi… nie sposób tego zliczyć.

Ale przecież Rusałka skrywała też to jedno, bolesne wspomnienie. To było też jedno z ulubionych miejsc Tego, którego i Wy dobrze znaliście. Te Jego jezioro, wokół którego biegał sobie codziennie te swoje dziesięć kilometrów.

Przypomina mi wymianę sms’ów z czwartego listopada. O siódmej rano.
- Aś, ja odpadam. Sisi rzuca talerzami ze złości, możesz jednym oberwać przez przypadek, a tego wolałbym uniknąć, więc cholera… lepiej nie przychodź tutaj. Geez, przepraszam…
- Daj spokój Indie, rozumiem przecież. To chodź nad Rusałkę. I tak idę, bo robię sobie wagary. Pogadamy!
- Zawsze tak ma, jak zbliża się 7. Zwłaszcza 7 listopada. Nie, nie… właśnie wróciłem znad Rusałki. Nie pójdę drugi raz, bo „jeszcze umrę gdzieś po drodze” kurwa.
O ironio…

Jak tu pięknie, pomyślałam sobie, kiedy weszłyśmy do lasu miejskiego. Rusałka, nasza Rusałka. Piękna, jak zawsze. Kiedy Aga odkręcała termos z grzańcem, ja znów zaciągnęłam się zimnym powietrzem. I znów w płuca ukuł mnie dym.

- Sorry Asik – zaśmiała się Marth, widząc moje udawane poirytowanie. – Nie będę przy Tobie palić, obiecuję!

Kiedy ostatni raz tu byłam, spacerowałam po dywanie uschniętych liści. Wtedy to one skrzypiały pod glanami. W listopadowe przedpołudnie mijałam ludzi, którzy śmiali się, rozmawiali głośno, biegali, bawili się z dziećmi, a ja zazdrościłam im tej lekkości na sercu. Paliłam raz po raz papierosa i trzymałam kciuki za Fridę, która napisała mi właśnie „Dobra, to ja wyłączam telefon przed obroną. Odezwę się po!” Tęskniłam i gapiłam się w delikatnie falującą taflę jeziora, wsłuchiwałam się w głosy drzew. Moich ukochanych drzew. Czasami ocierałam łzy. I wkurzałam się, kiedy nie mogłam znaleźć zapalniczki. A parę godzin później wyściskałam Fridę, gratulując jej tytułu magistra i wyjmując z jej paczki ostatniego papierosa, jakiego zapaliłam. Trzynastego listopada rzuciłam palenie.

Teraz pod glanami skrzypiał śnieg. Krajobraz był nieco bardziej surowy, ale nie przygnębiał, jak ten listopadowy. Błękitne niebo zlewało się cudnie z nagimi konarami drzew, które tym razem nie odbijały się w tafli zamarzniętego jeziora. A ja nie płakałam. Gorzka czekolada i obecność tych, przy których nie sposób się nie śmiać podnosiła poziom endorfin, a grzane wino rozgrzewało od środka do tego stopnia, że ku zdziwieniu trzeźwej i zmarzniętej Marth rozpinałam co chwilę płaszcz. I śmiałam się, tak głośno się śmiałam, mimo tej piątki w dacie, mimo kolejnego wspomnienia, które pojawiało się w głowie.

Kolejna rozmowa, znów czwartego listopada, ale tym razem już popołudniu.
- Geez, wiesz co? Nam się chyba nie uda zgadać na ten spacer, ani kakao…
- Aś, z jedną znajomą umawiałem się przez rok. Wiesz, jak to bywa u zabieganych (lub chorych XD) ludzi, nie? Więc jak my się poznaliśmy w lutym, to by się spotkać, mamy czas do…
- Do lutego!
- Otóż to!
- Ale to się świetnie składa Indie! W lutym będzie na pewno śnieg, a śnieg jest fajny. Ty już wydobrzejesz i będziemy mogli pójść nad Rusałkę na… na wino, o! Może na grzane? Bo jak będzie mróz to trochę słabo piwo pić. Ale tak, wino będzie w sam raz. A ty już będziesz zdrowy.
- No i to mi pasuje, Promyczku. Tak właśnie będzie :)
O ironio. Ironio losu.

Kiedy wspominałam tę rozmowę, gapiłam się w zamarznięte jezioro, a dziewczyny za moimi plecami kwiczały ze śmiechu rozmawiając o jakichś facetach. Nie płakałam, jak w listopadzie. Wciągnęłam mocno powietrze. Moje płuca trochę się buntują, trochę jeszcze kaszlę i będę musiała zrobić badania, ale to… ale to już nie przez papierochy. Czasami udaje mi się po prostu odetchnąć. Pełną piersią odetchnąć. Uśmiechałam się. Wzięłam łyk ciepłego, cierpkiego wina i krzywiąc się lekko, pomyślałam: To za Ciebie, Indie. Dziękuję. 

Bo w końcu, mimo wszystko przecież żyje się dalej i jest dobrze. Kiedy człowiek wyzbywa się tego zbyt przyziemnego myślenia zawsze pozostaje jeszcze nadzieja. A nadzieją dobrze żyć. Przecież wszystko będzie dobrze. Spotkamy się jeszcze i wypijemy słodkie wino nad jeziorem stokroć piękniejszym od Rusałki. Jak pięknie jest w to wierzyć nawet, jeśli trudno sobie to wyobrazić.

Lekko podpita, żegnając się z dziewczynami wsiadłam do pociągu. Zapomniałam włączyć telefon po egzaminie, a przecież miałam dać znać. Cała ja, cholera jasna, cała ja…

Obok troskliwych sms'ów od kochanych RedCar i Fridy zobaczyłam sms’a od P.
„Jak tam Skarbie, wszystko okej? Jak poszło? Daj zaraz znać!”
 
Kochany, zawsze się martwi.

”Poszło słabo… Chyba zawaliłam. Ale trudno się mówi. Byłam z dziewczynami nad Rusałką na winie, trochę mi się humor poprawił. A u Ciebie jak? W pracy dobrze? Kocham cię!”- odpisałam.

Wiedziałam, że u niego w pracy nie jest okej. Firma plajtuje, zaczęły się zwolnienia. Życie jak na szpilkach. Zwłaszcza teraz, kiedy zaczęliśmy planować, szukać mieszkania i odkładać pieniądze. Modliłam się, by go nie zwalniali. Nie teraz. Przecież nie możemy mieć aż takiego pecha.

„Jasne, wszystko dobrze Skarbie. Też cię kocham. Wpadnę wieczorem.”
Do wieczora jeszcze trochę czasu chyba – pomyślałam, rzucając torbę w kąt i padając na łóżko.

Nieprzespana noc, stres i trochę nieodpowiedzialne wino dały mi się we znaki. Potworne zmęczenie. Siedemnasta – spojrzałam na zegarek. Najwyżej mnie obudzi, drzwi otwarte przecież.

Zasnęłam momentalnie, mimo pulsującego bólu głowy. Czasem śnią mi się głosy. Widzę ciemność i słyszę głos. Dawniej słyszałam tak często głos Dziadka, dobrze go pamiętałam, choć zmarł, kiedy miałam osiem lat. Pamiętałam aż za dobrze. Tym razem usłyszałam inny głos – ciepły i łagodny. Choć nigdy go nie usłyszałam na żywo, od razu wiedziałam, do kogo należał.

„Ze wszystkim sobie ostatecznie poradzisz. Wy sobie poradzicie. Ze szkołą, pracą, życiem. Ze wszystkim, Promyczku. Tylko się nie poddawaj.”

Przecież się nie podaję, Indie – pomyślałam dziwiąc się, że mogę świadomie kierować swoimi myślami we śnie. Rzadko tak mi się udawało. Właściwie to nigdy.

„Wiem. Dlatego tylko cię zapewniam. Wiesz, obiecałem, że moje myśli nadal będą się tobą opiekować. Nic się nie bój. Wszystko będzie dobrze.”

Znów się zdziwiłam czując, jak po moim policzku spływa łza. Tym razem mimowolnie. Kapie na poduszkę. Przełknęłam ślinę. I wtedy poczułam znane ciepło na plecach. Ciepło drugiego ciała.

- Skarbie, wszystko okej? – to mój P.
Lubię, kiedy mnie tak budzi, ale wtedy zerwałam się momentalnie.
- Która godzina? – zapytałam ochrypłym głosem. – Co jest? Cholera… spałam…
- Wiem kochanie – odpowiedział z troską w oczach. – Oczka ci się zaszkliły – otarł.

„Przecież wiem, że ma się kto tobą zająć. Ma ci kto łzy i nosek zapuchnięty obetrzeć.” – znów ten głos w głowie. Przecież już nie śpię. Cholera…

Usiadłam na łóżko, próbując się dobudzić. Nie znoszę tkwić w takim półśnie. Owinęłam się kocem.
- Nie spałam w nocy, jestem cholernie zmęczona – powiedziałam. – Wiesz, byłam na winie z dziewczynami, fajnie było. Kazały cię pozdrowić.
- Dzięki – powiedział, przytulając się do mnie. Śmieję się że on nigdy "nie odzdrawia" tylko uśmiecha się.
Trochę się zdziwiłam. To zawsze ja ładuję mu się pod pachę, kiedy oglądamy film, albo kiedy po prostu chcemy pogadać. Przecież tam jest najwygodniej.
- Kochanie? Na pewno wszystko gra? – zapytałam.
- Zwolnili mnie.

Kubeł lodowatej wody na łeb. Od razu się rozbudziłam. Zerwałam się, spojrzałam na jego zmartwioną twarz. Zupełnie, jakby czuł się winny.
- Ale… jak? Czemu nie mówiłeś? Mogłeś zadzwonić... Cholera…
- Nie chciałem cię martwić. Zostawiłem to na wieczór. Pisałaś, że egzamin nie poszedł, że miałaś paskudny dzień, że idziesz z dziewczynami na wino. Chciałem, żebyś się wiesz… rozerwała trochę. Komu jak komu, ale tobie się to przyda. 

Poczułam się okropnie, choć wiem, że trochę bezpodstawnie. Widziałam, jak mu źle, rozmawiałam z nim długo. Czas na zmiany. Na dobre zmiany. Nie wiedziałam, skąd we mnie tyle wiary, ale… znalazłam w sobie siłę, by go pocieszyć. Pogłaskałam go po zmartwionej twarzy, chwyciłam za brodę i spojrzałam w te czarne, wielkie oczy, które tak kocham.

- Ze wszystkim sobie poradzimy Skarbie. Ze wszystkim – powiedziałam, powtarzając słowa usłyszane we śnie. – Nic się nie bój.

Przytuliłam go mocno. Nawet nie zauważyłam, gdy zasnął mi w ramionach, kiedy gapiłam się w telewizor, myśląc zupełnie o czymś innym. Patrzyłam, jak spokojnie oddycha i wiedziałam, że i dla niego ten dzień był paskudnie ciężki. Dzień naznaczony piątką. Dzień pewnego przełomu.

Gdy pojechał, a ja weszłam do pustego, zabałaganionego notatkami pokoju pozwoliłam się sobie rozpłakać. Trochę z bezradności, trochę z poczucia niesprawiedliwości. Patrzyłam na kolejne wiadomości od Szki, o którą tak paskudnie się martwię i płakałam. Napisałam do Red i do Fridy. Do tych, które zawsze się martwią, do tych, od których dostaję nieraz kilka sms’ów dziennie, nie nadążając czasem odpisywać. No bo kto potrafił tak cudownie łączyć ludzi?

Parę ciepłych słów, nadzieja skierowana do mnie. Ciepły głos słyszany znów przed snem w który zapadłam momentalnie. Wszystko będzie dobrze. Nie wiem, skąd we mnie tyle wiary i nadziei, ale jestem spokojna. Znajdziemy mieszkanie, weźmiemy ślub w czerwcu przyszłego roku i niczego, niczego nie będziemy odkładać na potem. Przecież nie jesteśmy sami, nie jesteśmy samotni. Ze wszystkim sobie ostatecznie poradzimy. Bo przecież kiedy jest miłość i kiedy jest przyjaźń reszta prędzej, czy później układa się sama. A tego przecież nam nie brakuje.


- Chcesz coś ładnego? Ładnego muzycznie w sensie. Pewnie znasz, ale co tam. Łap. Dobre myśli przywołuje. - przeczytałam w mailu od Indiego z linkiem do powyższej piosenki. W mailu z czasu, gdy leżał jeszcze w szpitalu po operacji.
Zapomniałam wtedy odsłuchać tej piosenki. Zapomniałam odsłuchać jej w ogóle. Wyszperałam ją w stercie naszych maili dziś, przypominając sobie o niej. Nie, nie boję się już tam zaglądać. Już nie boli tak.
I owszem. Przywołuje dobre myśli. Nie mogę przestać jej słuchać i się uśmiechać widząc, jak niebo staje się błękitne. Tylko skąd cholera pada ten śnieg?

"Przetrwaliśmy.
Niezmienni jak te gwiazdy w lasach,
z takimi rozradowanymi sercami...
i to ciepło brzmiało prawdziwie wewnątrz tych kości,
podczas gdy ta stara sosna upadła na ziemię, zaśpiewaliśmy
tylko po to by uczcić poranek."