poniedziałek, 29 lutego 2016

Nie umiałam pozostać śniegiem, który nie topnieje

Usiadłam na drewnianej ławeczce. Przez moment przestałam słuchać, o czym mówił. Wciągając głęboko czyste, leśne powietrze, spojrzałam na staw, w którym niczym jak w zwierciadle odbijało się piękno świata. Biała kora brzóz, nieopadłe, uschnięte liście dębów, wiecznie zielone sosny i śpiewające trawy. I odbicie nieba, na którym przecięły się smugi pozostawione przez samoloty. Odbicie, na którym zobaczyłam leniwe, dzikie gęsi.

Spojrzałam w górę. Leciały, faktycznie. Jakby chciały już wrócić. Leciały. One, moja ulubiona zapowiedź wiosennych dni. Lubiana nawet bardziej, niż przebijające się przez zmarzniętą jeszcze ziemię wczesne kwiaty, czy nabrzmiałe pąki drzew.

Patrzyłam i nagle przypomniałam sobie, jak bardzo potrafiłam kochać ten świat. Potrafię przecież nadal. Wciąż umiem zaciągać się całym jego dobrem wprost do płuc, by później móc to wszystko oddać z nawiązką. Jak dawno się tym pięknem nie napawałam, wmawiając sobie podświadomie, że przecież nie ma czym.

Oczy zaszły mi łzami.
Łatwo im ostatnio się zaszklić.
Łatwiej, niż kiedykolwiek.

Każda zima się kiedyś kończy. Każdy śnieg prędzej, czy później topnieje, dostając szansę na stanie się cudownym zwierciadłem natury. W końcu zawsze przychodzi wiosna. Ta, którą mnie nazywano.

Wiosna. Moje ulubione imię.



Długo szarpałam się z myślą, czy nie przestać pisać. Zastanawiałam się, czy nie zniknąć z blogosfery na dobre, zostawiając po sobie jedynie mapy wspomnień i dobrych myśli. Pozostać tylko nikłym cieniem, wspomnieniem pewnej, rudej istoty, która kiedyś próbowała zlepkiem słów przynieść innym odrobinę ciepła.

Ale nie umiałam pozostać śniegiem, który nie topnieje.
Nie ja.

Nie umiałam sobie z tym wszystkim poradzić. Najpierw sekundy dzieliły mnie od kliknięcia w przycisk "Usuń bloga". Ale pomyślałam, że tak bez pożegnania się nie znika, że trzeba by jakieś skleić, chociaż najprostsze w świecie "do widzenia".

Ale nie dałoby się w tak prosty sposób zamknąć tego, co stworzyłam z Wami przez całe te dwa lata, które stuknęły kilka dni temu.

Później myślałam, żeby zrobić sobie przerwę. Tylko, czy moje ostatnie, nieudane próby pisania nie są właśnie jedną, wielką przerwą?

Ostatecznie przyszło mi do głowy, by zacząć pisać w innym miejscu. Od nowa. Nawet je założyłam, a tego bloga opisałam jako "Wspomnienie", jako coś, co chciałam zamknąć, jako coś, co mnie chyba zaczęło przerastać, jako coś, przed czym chyba próbowałam uciec. Nawet posta napisałam w tamtym miejscu, tylko go nie opublikowałam. Chciałam poczekać, pomyśleć jeszcze, nie byłam przecież pewna. I Bogu dzięki, bo siedząc dziś na tej drewnianej ławeczce uświadomiłam sobie, jakie tamte miejsce byłoby obce, nieogrzane ciepłymi słowami i wspomnieniami chwil, które przeżyłam w przeciągu tych dwóch lat.

I nagle przypomniało mi się, co czułam, kiedy tego bloga zakładałam. Kim byłam i jak bardzo się zmieniłam.




Zobaczyłam przed oczyma nieśmiałą, rudą dziewczynę, która siedzi w swoim pokoiku i oczekując na swojego P., popija w ciszy herbatę. Jest sama. Jest szczęśliwa. Oddychająca wreszcie spokojnie, tuż po obronie pracy inżynierskiej. Marzy o wiośnie. Marzy o zaręczynach. Marzy o ukończeniu studiów i dobrej pracy. Marzy o kolejnej przyjaźni.




Wiecie, Mili moi, wydawało mi się, że osobie, która istnieje w sieci od ośmiu wówczas lat, blogowy świat dał wszystko, na co było go stać, począwszy od słów, poprzez spotkania, łzy tęsknoty, niezapomniane przyjaźnie, aż po przygody, które wspomina się dziś z uśmiechem na ustach, choć o niektórych może wstyd czasem mówić głośno. To nic. Myślałam wtedy, że będę sobie po prostu pisać, a przy odrobinie szczęścia ludzie będą mnie czytać, może ktoś zostawi po sobie jakiś ślad, a potem szybko o mnie zapomni. Sądziłam, że wystarczy mi nieraz wymiana opinii, napisanie komuś paru dobrych słów. Nie liczyłam wówczas na wiele.
 


Tylko marzyłam.
Marzyłam, że daję innym trochę miłości, którą schowałam na dnie serca.

Okazało się, że los znów zaskoczył. Dostałam więcej, aniżeli mogłam się spodziewać. Więcej ciepła, miłości i życzliwości, których nigdy, przenigdy nie zapomnę.

Wspominam teraz, pod osłoną nocy, ze łzami w oczach całe te dwa lata. Ktoś powie, że zupełnie niepotrzebnie, że nie ma nad czym płakać, że to był piękny czas, ale ci, którzy mnie znają wiedzą, że moje serce nie mieści wszystkich emocji, a dusza grzeszy nadwrażliwością.

Przypominam sobie, jak nauczyłam się kochać świat, nie dzięki sobie. Dzięki Wam, Przyjaciele. A później dzieliłam się tą miłością podwójnie, bo pomyślałam sobie, że tak trzeba. Stworzyłam Nominację dobrych myśli, głupią zabawę, ktoś rzekłby, ale ile przyniosła uśmiechu i Wam i mnie, kiedy czytałam Wasze posty pełne pięknych wspomnień. Dzieliłam z Wami moje radości. Pisałam o mojej pasji, o pracy, którą kochałam, o studiach, o niezwykłych w swej zwyczajności ludziach, których spotykałam. Pisałam o miłości i o marzeniach. Pisałam o smutku, który rozdzierał moje serce. Pisałam o wzlotach i upadkach. O sukcesach i porażkach. Nikt mnie nie potępił.

Dodawaliście mi skrzydeł za każdym razem.

Cieszyliście się ze mną, gdy pisałam o koncertach, o zaręczynach, o obronie pracy magisterskiej, czy o dostaniu wymarzonej pracy. Ocieraliście łzy, gdy nie umiałam sobie z niektórymi sprawami poradzić. Pocieszaliście, gdy umarł Ktoś, kogo nie zdążyłam nazwać Przyjacielem.

Tyle ciepła, ile przyniosło mi te miejsce nie zaznałam w blogosferze przez poprzednie osiem lat pisania. Mimo tego, że już wtedy przeniosłam do realnego świata kilka wirtualnych przyjaźni, że poznałam Anję, Szkę, Ametkę i Gemini, spędzając z nimi niezapomniane chwile... ale one wszystkie były także i tu, w tym właśnie miejscu, dodając mu pięknych barw.

Ale... dawniej nigdy nie byłam w jednym, blogowym miejscu przez tak długi czas. Zwykle moje pisanie, to były kilkumiesięczne przy dobrych wiatrach przygody, a później znikałam. Znikałam, by za moment powrócić. A później znów zniknąć. I tak w kółko.

A tutaj od samego początku była jakaś dziwna, pozytywna energia, która do tej pory nie pozwalała mi stąd odejść. Od pierwszego posta, od pierwszych wymienionych komentarzy, będących początkiem kolejnej przygody, której pewnie nie zapomnę do końca życia.

Cały ten okres przyniósł mi  mnóstwo pięknych chwil.




Długie rozmowy z Tym, który żyje już tylko w sercu moim i innych ludzi, dla których był tak samo ważny. Rozmowy, przy których śmiałam się, lub przeciwnie - płakałam jak dziecko. Pierwszy raz, kiedy odważyłam się obnażyć swoją duszę, lęki i bolesne wspomnienia przed Nim właśnie, a On to tak po ludzku zrozumiał. Jak pomogło, jak cholernie pomogło, wiedziałam tylko ja i właśnie On, bo nikomu, nikomu o tym nie mówiłam. Do tej pory, pojawiający się w moich snach, choć żyjący już w sercu. Zostawił w nim piękne wspomnienie, choć znaliśmy się przez cholernie krótki czas. Znaliśmy nienamacalnie, bo przecież nie zdążyliśmy wypić tego obiecanego piwa nad Rusałką, a przecież mijaliśmy się każdego dnia na dzielnicy Poznania, w której On mieszkał, a w której ja studiowałam. Jego życie zgasło, niczym zdmuchnięty nagle płomień, ale zostało dobro zasiane w moim sercu i Jego muzyka, która cały czas gra, tylko jakby z oddali.

Ale byli też Ci, których mi w żaden sposób nie odebrano, a z którymi dane było mi się wyściskać.  Frida, która do tej pory wiele razy pisze do mnie, raz z troską, raz żartobliwie, ale zawsze, tak po ludzku o mnie pamięta. Ta, której książki mam na półkach, a czasu, by za nie solidnie się zabrać, wciąż brak. Ta, z którą jednego dnia piję piwo, też w towarzystwie jej Męża i Red, a kiedy indziej ratuje mnie na poznańskim dworcu, bo nagle robi mi się słabo, a ona - zupełnie przypadkiem - znajduje się w odpowiednim miejscu i czasie.

Martyna, której przyjazd był jednym z najlepszych wspomnień minionego roku. Najpierw krótkie spotkanie nad Rusałką, pełne łez, ale takich dobrych łez. A później... później dłuższy pobyt w Polsce i w naszym jeszcze nieurządzonym mieszkaniu. Spacery nad Wartę i do lasu. Impreza z chłopakami, po której zezłościli się sąsiedzi. Jej dziki i nieopanowany śmiech, który nieraz musiałam uciszać do tego stopnia, że w końcu sama zaczynałam się śmiać z bezsilności. I jej ciepło, które czuję nawet przez dzielące nas kilometry, czy mile.

I jeszcze Lusia przecież, którą wyściskałam w krakowskiej galerii. Kilka chwil spędzonych z tą kruszynką tuż przed koncertem, na który się wybieraliśmy naładowało mnie masą pozytywnej energii, mimo tamtego paskudnego listopada. Długie rozmowy, gdy którejś było źle, takie ludzkie zrozumienie. I uśmiech przez łzy nieraz. Zwłaszcza kiedy napisała do mnie sms'a: "Słuchaj przed 19-stą Muzo.fm!". Słuchałam więc. I nagle usłyszałam jej znajomy głos: "Nic się nie martw Asik. Ze wszystkim damy radę. Ty dasz radę. Będzie dobrze."

Gdy sobie przypomnę wszystkie maile, listy i kartki, które dostałam, łzy same cisną się do oczu. Wszystkie mam schowane w pudełku, głęboko w szufladzie.

No, może poza piernikami od Małej Czarnej. :)

Te dwa lata temu nawet nie przypuszczałabym, że spotkam tak cudownych ludzi. Ludzi, których tak po prostu pokochałam. Pokochałam tak, jak tylko człowieka można pokochać. W ciągu tych dwóch lat uderzyło we mnie więcej dobra i magii, niż kiedykolwiek mogłabym się spodziewać.
 
I dlatego właśnie, Kochani moi, dosłownie walczyłam ze sobą, zastanawiając się, jak nie zniszczyć tego miejsca.

Zostać? Odejść? Żegnać się, czy nie? Przenieść się w inne miejsce? Kontynuować, czy zacząć zupełnie od nowa? Być sobą, czy udawać?

Pogubiłam się.

To wszystko gryzło się we mnie jak nigdy. Silniejsze, niż kiedykolwiek.

I dziś, siedząc sobie na tej drewnianej ławeczce nagle pomyślałam, że za dużo jest jeszcze osób, z którymi chciałabym wypić piwo nad stawami. Za dużo jest tu ludzi, których chciałabym jeszcze wyściskać. Ponownie, lub po raz pierwszy. Za dużo jest we mnie ukrytych słów, miłości, historii w rękawie. Historii moich własnych, lub ludzi, których dane było mi spotkać, pokochać tak najzwyczajniej, o których chciałabym Wam opowiedzieć.

Myślałam, że nie potrafię.
Nadal nie wiem, czy umiem.

Ale spróbuję.

Pozostanę tu, jako wciąż ta sama osoba, która tylko musi wybudzić się z jakiegoś dziwnego snu, w który zapadła nagle, nie wiedząc dlaczego.

Przynajmniej nie będę miała wyrzutów sumienia, że nie próbowałam.

Pozwolę sobie stopnieć. Wyleję uczucia, które mi przeszkadzały. A kto wie? Może i ja ze śniegu przemienię się w zwierciadło odbijające to, co najpiękniejsze?



Jestem wierszem
Splotem słów tęskniących

Szeptem też jestem
Znajdź mi w sobie miejsce

Rozświetlę przestrzeń
Nią też jestem

Musisz tylko zechcieć
Zabronić myślom
Tłumić serce