czwartek, 27 marca 2014

Nominacja dobrych myśli

Moja chandra trwała już od kilku dni. Wsiadłam do pociągu, strzepując krople deszczu z parasola i klnąc pod nosem, ubolewałam nad przemoczonymi butami. Zajęłam miejsce i zakładając słuchawki zagłuszyłam rozmawiających głośno ludzi. Marzyłam o gorącej kąpieli, earl grey'u z cytryną i ciepłym łóżku. To tylko niecała godzinka, wytrzymam przecież - myślałam, próbując odegnać złe myśli i uśmiechnąć się, a w słuchawkach, całkiem przypadkowo włączyło się "Trifle" Fismoll'a. 



Ta piosenka zawsze mnie jakoś tak pozytywnie rozczula. Tym razem skierowała moje myśli w kierunku kilku najpiękniejszych wspomnień, których nie oddałabym nikomu za nic na świecie. 

Pierwsza myśl powędrowała do sierpnia 2009, kiedy moja pierwsza blogowa przyjaźń przeniosła się do świata realnego. Jako dziewiętnastolatka, z bagażem (jak bardzo ważnych i trudnych wtedy) problemów, żyjąca w depresji po nieszczęśliwej (olaboga!) miłości, tłukłam się ponad osiem i pół godziny do Krakowa. Do dziś pamiętam tę niepewność pomieszaną z podnieceniem i ogromną radością. Kiedy pociąg minął ostatnią stację przed Krakowem, stałam przy oknie, ze słuchawkami w uszach, a po policzkach ciekły mi łzy. Pamiętam, jak trzęsły mi się nogi, kiedy wysiadłam z pociągu. Pamiętam rozglądanie się po dworcu. Gdzie ona jest? Gdzie te czerwone włosy? - myślałam. I wtedy zobaczyłam ją, moją Anję. Uśmiecham się pod nosem, przypominając sobie, jak mocno trzymała moją koszulkę, kiedy rzuciłyśmy się w sobie w ramiona... Zupełnie tak, jakby nigdy nie chciała mnie wypuścić. Spędziłam wtedy najlepszy tydzień w życiu, poznałam wspaniałych ludzi, za którymi cholernie dziś tęsknię. W starych pamiętnikach dokładnie opisany mam każdy dzień, na płytkach setki zdjęć... Ilekroć do nich wracam, czuję łzy w oczach. Łzy, nie dlatego, że to minęło. Są to zdecydowanie łzy szczęścia - szczęśliwa jestem, że mi się przydarzyło. Dzięki tym kilku dniom, odmieniłam się o 180 stopni. Odstawiłam złe myśli, odstawiłam przeszłość i użalanie się nad tym, co było. Zwyczajnie zaczęłam na nowo żyć. 

Druga myśl pobiegła do lipca 2010. Chyba nie byłabym w stanie zliczyć, ile kilogramów szczęścia spadło na mnie w tym jednym miesiącu. Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie jeden z tych "kilogramów". Poczułam na policzkach ciepły wiatr tamtych, letnich dni. Na dość spontanicznym ognisku poznałam mojego P. i kilku cudownych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dzisiaj. Pamiętam, że wracałam w swetrze założonym na lewą stronę i rozładowanym telefonem. I pamiętam ochrzan od Rodziców, że gdzie ja do cholery mam telefon i gdzie się szlajam do czwartej nad ranem!? Szlajanie się jednak nie poszło na marne, bo niecałe dwa tygodnie później P. pocałował mnie po raz pierwszy, jakoś tak strzała amora trafiła w nasze serducha i tkwi w nich po dziś dzień. 

Zbliżałam się powoli do mojej stacji, uśmiechając się już od ucha do ucha i pozwoliłam jeszcze jednej myśli powędrować w swoje miejsce. Nie poszła daleko. Zatrzymała się na lutym tego roku. Dokładnie na dziesiątym dniu miesiąca i na mojej obronie inżyniera. Mówiłam sobie od paru tygodni: to będzie cudowny dzień. I był, bo otaczali mnie ludzie, których kocham. Nie zwracałam uwagi na tych, którzy mierzyli mnie wzrokiem, gdy wyszłam z pokoju dziekana uryczana jak małe dziecko. Pamiętam, jak dziekan powiedział mi, że jestem wspaniałą osobą, bo nie wstydzę się okazywać emocji. Pamiętam, jak mój Tata czekał na mnie na korytarzu, a ja wpadłam w jego ramiona, mówiąc: piątkę dostałam! I byłam z siebie tak cholernie dumna, że dałam radę, że doszłam do tego sama, własnym trudem i wysiłkiem.

Mój pociąg dojechał. Wysiadłam. I wiecie co? Nawet nie rozkładałam parasola, bo nie przeszkadzał mi już deszcz. Śmiejąc się przez łzy, pomachałam do mojego P., który stał niedaleko. Kochany, przyjechał po mnie na dworzec. Zrozumiałam, jakie ogromne mam szczęście. Doceniłam to, dzięki tym kilku wspomnieniom, które dają mi siłę i sprawiają, że czuję się wolna i nie mogę przestać się uśmiechać. Dzięki nim nawet najbardziej ponura rzeczywistość jest jakaś taka łatwiejsza do strawienia. 

Chciałabym Was z całego serca zmotywować do radości z takich chwil. Dlatego nominuję do opisania dobrych chwil Anelise, Kordiana, Anonimową A., Gemini i Gwiazdkę. Rozsiewajcie pozytywnego wirusa dalej. Enjoy! I miłego weekendu Kochani :)

niedziela, 23 marca 2014

Odmieniec

Odmieniec - tak nazwała mnie moja Rodzicielka, w pozytywnym raczej znaczeniu tego słowa. Zawsze starałam się być wobec wszystkich fair, użyczałam notatek, każdego witałam z uśmiechem, bo wychodziłam z założenia, że świat jest zbyt ponury i brzydki, by jeszcze miała go psuć moja zmarnowana smutkiem twarz. Patrząc na dzisiejsze czasy - no tak, w sumie to odmieniec. Będąc dobrą duszą, przyciągnęłam do siebie inne dobre dusze, z którymi fajnie było dzielić studenckie trudy. Te dobre dusze, to była najlepsza grupa pod słońcem. Piliśmy wino na wykładach, bo M. miał urodziny, śmialiśmy się na głos, co przerwę biegliśmy na papierocha i późną wiosną chodziliśmy nad jezioro na piwo między zajęciami. Dla nich chciało mi się tłuc prawię godzinę pociągiem do Poznania, nawet na jeden wykład. Jakoś tak zawsze ratowaliśmy sobie tyłki, kiedy któreś było w niedoli. Nie przeszkadzało mi nawet, gdy mówili do mnie po nazwisku, choć na ogół tego nie znoszę. Wtedy nie czułam się jak wspomniany odmieniec. Mogłam być sobą, bo taką mnie akceptowali i lubili. Dzięki nim czułam się wolna.

Kiedy obroniliśmy tytuły inżynierskie, większość tych moich dobrych dusz wykruszyła się. Ja początkowo również nie zakładałam dalszej edukacji. Właściwie zrobiłam to za namową rodziców, promotorki (u której kontynuuję pracę) i mojego szefa. I co? I trafiłam do bloku, do którego najmniej chciałam trafić. Nie ze względu na przedmioty, bo one akurat mi się bardzo przydadzą i pozwolą utrwalić wiadomości. Ale  ze względu na towarzystwo. Mało kto wyobraża sobie, jakimi świniami potrafią być ludzie (z całym szacunkiem do świń). W ostatnich dniach otacza mnie garstka osób, które poderżnęłyby innym gardło, żeby dopiąć swego. Dawniej nazwane przez nas "krzykaczkami". 

Prezentacje, czy inne publiczne wystąpienia w dawniejszej studenckiej karierze raczej nie sprawiały mi większych kłopotów, a trema trwała tylko przez pierwsze trzy zdania. Tym razem mam problemy z wysłowieniem się z nerwów. "Krzykaczki", jak sama nazwa wskazuje potrafią na zajęciach przekrzykiwać się wzajemnie, wyzywać się, nie odpowiadają "cześć", bez zastanowienia walą po nazwisku, kłócą się z wykładowcami, wpieprzają się w zdanie. Nie mogą zdzierżyć, że zgłosiłam się pierwsza do prezentacji, by moc zwolnić się na pociąg. Nie rozumieją, że kolejny mam za trzy godziny i w momencie, gdy one będą wygrzewać się w mieszkaniu pod kocem, z herbatą, ja będę trzęsła się, szlajając się po dworcu z kąta w kąt. Widzę czasem na sobie pogardliwe spojrzenia, choć nie do końca wiem dlaczego, bo przecież nic im nie zrobiłam.



Czuję swoją odmienność, z jednej strony ciesząc się, że nie jestem taka, jak one, a z drugiej zastanawiając się, jak ja właściwie przeżyję te półtora roku. A może w końcu nauczę się chamstwa? A co, jeśli nie chcę? Nie chcę żyć w świecie pełnym złości i przekrzykiwania się, bo jestem inna. Bo choć potrafię walczyć o swoje, to nie potrafiłabym zrobić komuś krzywdy dla własnej korzyści. Nie chcę, bo taka rzeczywistość mnie przygnębia. Wracając do domu w czwartkowe popołudnia, nie cieszy mnie nawet wizja weekendu, ani wszystkich innych dobrych rzeczy, które mnie otaczają. Chce mi się płakać i z trudem powstrzymuję łzy, gdy odczytuję sms'a od mojego P: "głowa do góry Kochanie, przecież masz duszę wojowniczki!" 

niedziela, 16 marca 2014

Tej nocy nam nie po drodze

Gdyby ideały istniały, mogłabym powiedzieć, że mam idealnego faceta. Pracuje za dziesięciu. Dniówki, popołudniówki, nocki, a nawet dorywcza praca. Kiedy liczę na wspólny weekend, dowiaduję się, że w weekendy jest większa płaca i warto wtedy zrobić nadgodziny. Kiedy okazuje się, że weekend jednak jest wolny, przyjeżdża do mnie, pada na łóżko i z wyczerpania mógłby zasnąć w ułamku sekundy, gdybym nie marudziła mu nad głową.

Czasem sobie myślę, że jestem wstrętną, marudną babą. Doskonale wiem, jak On się poświęca, że robi to dla nas, dla naszej wspólnej przyszłości. Że nie poszedł na studia, by móc pracować i zarabiać. Że prosił mnie, abym poczekała, abym była cierpliwa. A ja ostatnio jestem tak rozstrojona nerwowo, że potrafię się rozryczeć na dzień dobry tylko dlatego, że powiedział mi, że przyjechał autem. Śmiejcie się! No jak to? Przecież w poniedziałek masz imieniny. Kupiłam wino, wszystko przygotowałam...

Karcę siebie za to, że nie doceniam tego, co mam. Wiem, że przesadzam. Tylko czasem tęsknota wygrywa. Jest jak igła wbijana prosto w serce. Nie radzę sobie z nią. Cały miniony tydzień użerałam się z uczelnią, na której niestety nie panuje przyjemna atmosfera. Wracając styrana do domu, myślałam tylko o tym, by móc się do Niego przytulić i zapomnieć o tych wszystkich ludziach i przykrych sytuacjach. By zapomnieć o codziennej samotności. Ale teraz będziemy widywać się raz na tydzień i zapewne niezbyt długo, bo zmęczenie da Mu się za bardzo we znaki, tak, jak wczoraj... Będzie pod górkę i coraz trudniej, a ja nie mogę przestać myśleć o wspólnym mieszkaniu i o tym, że po okropnym dniu będę mogła wyryczeć się w Jego koszulę i zasnąć przy Nim, zamiast walczyć z tym wszystkim sama.


czwartek, 6 marca 2014

Dobrze jest mieć swojego Anioła

Wspomnienia z dzieciństwa zacierają się w mojej pamięci z wiekiem, jednak jedno nie odstępuje mnie na krok. Miałam nie więcej, niż cztery lata. Lubiłam być utwierdzana w tym jak wszyscy w domu kochają swoją małą jeszcze wtedy jedynaczkę. Biegłam do Mamy: "Mamusiu, a kochasz mnie?" Odpowiadała: "Tak, kocham cię". To samo pytanie zadawałam Tacie, odpowiadał: "No pewnie, kocham cię". Podobne odpowiedzi słyszałam od Babci i Wuja. Dobrze pamiętam, że o mało nie zamęczałam ich tym pytaniem na śmierć i wcale nie dziwię się, że czasem mieli dość.

Była jednak jedna Osoba, która nigdy mnie nie miała dość, nawet, kiedy okazywałam się małym szatanem. Na pytanie, czy mnie kocha, Dziadek nie odpowiadał tak, jak reszta domowników. Do dziś pamiętam jego: "Asieńko, a kto by cię nie kochał? Ciebie nie da się nie kochać." Zawsze szłam do Niego z tym pytaniem na końcu, bo chciałam się upewnić, że nikt nie odpowie mi tak, jak On. Nigdy się na mnie nie zezłościł, nigdy nie nakrzyczał, nawet kiedy skradałam się do Jego łóżka o czwartej nad ranem i darłam się na całą papę: "Dziadku ja chcę grać w karty!" Albo jak budziłam Go prezentując moją nową wymowę słów "rower" i "rura", gdyż właśnie nauczyłam się wymawiać głoskę "r". Nie przeszkadzały Mu nawet tak brutalne pobudki, jak próba ugrzania lodowatych stóp o Jego stopy. A kiedy zobaczył, jak traktuję Jego kury kijem, zamiast na mnie nakrzyczeć, usiadł na schodach i popłakał się ze śmiechu na widok mojej wystraszonej miny. Nigdy nie był na mnie zły. Zawsze spoglądał na mnie z uśmiechem. Tak, byłam Jego oczkiem w głowie. Bawił się ze mną w piaskownicy, pamiętam nawet Jego ulubioną foremkę. Lubiłam patrzeć na Jego twarz. Było na niej dobro, miał takie ciepłe oczy, pamiętam je do dziś. Dziś wiem, że było też na niej cierpienie, choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Był moim najlepszym Przyjacielem.

Kiedy miałam siedem lat dziadek zachorował na chorobę Alzheimera. Mama przygotowywała mnie do tego, że Dziadek się zmienia, że z czasem może nie pamiętać mojego imienia. Tak też się stało - zaczął mylić mnie z Mamą. Mówił: "Jak to nie jesteś Gosią? Przecież masz takie same, zielone oczy." Powoli przyzwyczaiłam się do bycia moją Mamą dla Niego. Z czasem bardzo schudł, potrzebował opieki. Próbowałam oswoić się z myślą, że odchodzi. On, mój najlepszy Przyjaciel. Kiedy nie otaczało Go grono pielęgniarek i lekarzy, siedziałam na poręczy fotela i przyglądałam Mu się. Nie miał już ciepła w oczach. Na jego zmęczonej i wychudzonej twarzy widziałam tylko cierpienie. Nie podchodziłam już do Niego, bo wiedziałam, że znów pomyli mnie z Mamą. Nie rozpoznawał mnie już ponad pół roku.

Pewnego, niedzielnego wieczoru idąc pokazać Mamie zadanie z matematyki, przechodziłam przez pokój w którym leżał. Próbowałam Go zignorować, Jego widok był dla mnie już zbyt przykry. Wtedy usłyszałam: "Asieńka moja kochana... Moja malutka. Kto by ciebie serduszko nie kochał?" Pamiętam tylko, że zeszyt z matematyki wylądował z hukiem na podłodze, a ja się do Niego mocno tuliłam, trzymając Go za rękę i rycząc jak bóbr - jak teraz. Nie mogli mnie od Niego odciągnąć. Nie chciałam Go zostawiać, bo w końcu wiedział, kim jestem. Tamtego wieczoru rozpoznał mnie po raz ostatni. Dokładnie tydzień później, w następną niedzielę, odszedł na zawsze.




Zmarł 27 lipca 1998 roku. Długo nie mogłam przyzwyczaić się, ze Go nie ma. Widziałam, jak cierpiała Mama, jak codziennie chodziła na cmentarz, jak płakała po nocach.

Śmiejcie się z mej przesądności, jednak po śmierci Dziadka (początkowo trochę nieświadomie) związałam swoje życie z liczbą 27. Widzę ją, gdy spoglądam na zegar, na rejestrację przypadkowego samochodu, czy numer mijanego domu. Kiedy zdarzały się jakieś małe cuda w moim życiu, szczęśliwe chwile - przeważnie był to 27 dzień miesiąca. Mój numer w dzienniku w gimnazjum - 27. Dzień, w którym dowiedziałam się, że dostałam wymarzoną pracę - 27 kwietnia. Dzień, w którym dowiedziałam się, że zdałam egzamin z rysunku - 27 czerwca. 27 było wszędzie, gdzie działo się coś dobrego w moim życiu, lub kiedy pojawiała się przestroga. Z czasem, jak z datą egzaminu, zaczęłam doszukiwać się tej liczby, bo wiedziałam, że Dziadek wtedy jest przy mnie, że czuwa nade mną i nadal jestem Jego oczkiem w głowie, choć minęło już wiele lat.

Rzadko mi się śni, jednak kiedy taki sen się już przytrafi, zapamiętuję go na bardzo długo. Zwykle śni mi się przed wydarzeniami, których się boję, lub które mnie stresują. Przyśnił mi się pierwszy raz po paru latach przed moją obroną. Siedział na moim łóżku i mówił: "Dasz sobie radę, przecież jesteś najlepsza, a ja przy tobie będę, Asieńko, jak zawsze." Nagle pospiesznie dodał: "O, ale już mój czas. Zobacz na zegar, zbliża się 8:00, zaraz zadzwoni ci budzik, muszę iść..." Kiedy był przy drzwiach, budzik zadzwonił o godzinie 8:00. Wyskoczyłam z łóżka, jak z procy, jeszcze w półśnie, miałam nadzieję, że choć na chwilę Go zobaczę, ale Jego już nie było. Podobny sen miałam po kłótni z P. Śniło mi się, że Dziadek znów siedział na moim łóżku i mówił: "Daj spokój, nie złość się na niego, to dobry chłopak. Kocha cię przecież nad życie, tak jak ja."

"Dobrze, że masz swojego Anioła" - powiedział mi kiedyś P., kiedy opowiedziałam Mu o Dziadku, chociaż sam jest niewierzący. On daje mi siłę i wiarę w siebie, myślę o Nim przed każdym egzaminem, przed każdą trudną rozmową, przed każdym ciężkim dniem. 

Dzięki Niemu wiem, że nie jestem sama. 

niedziela, 2 marca 2014

Mierz siły na zamiary

Niecałe trzy tygodnie temu skakałam dwa metry w górę ze szczęścia. Nie dość, że stałam się świeżo upieczonym inżynierem architektem krajobrazu, to jeszcze miałam przed sobą wizję czterotygodniowego odpoczynku, który - powiem egoistycznie - należał mi się jak cholera po półrocznych łzach, męczarniach i stresach. 

Żeby było mało, dzień po obronie zadzwoniłam do mojego szefa od praktyk, żeby się pochwalić, bo to dusza człowiek jest i bardzo pomógł mi przy pisaniu pracy inżynierskiej, ratując masą przydatnych publikacji i innych materiałów. Zaskoczył mnie pozytywnie jego entuzjazm. Przez piętnaście minut wymieniał mi dziesiątki firm w ramach rozglądania się za pracą, a na końcu dodał, że jeśli nic nie znajdę, to jest w stanie od ręki przyjąć mnie na pół etatu. No to wtedy skakałam już trzy metry w górę. Lepiej być nie mogło. No,bo przecież ilu młodych ludzi dostaje pracę w zawodzie dzień po obronie tytułu zawodowego? Dobrze wiedział, że chcę kontynuować studia dziennie, na które bez problemu się dostałam. Miałam zgłosić się w momencie, gdy dostanę plan zajęć, co by jakoś logicznie grafik dostosować. Ponadto dostałam nakaz odpoczynku i zregenerowania sił - i nie powiem, nie pogardziłam. 

No i plan się pojawił. Jako, że ja nocny marek jestem, zobaczyłam go w nocy, z piątku na sobotę. Pierwsza myśl: "super jest, piątek wolny!" A później zobaczyłam pozostałe dni. Co drugi poniedziałek wolny, ale wtorek, środa i czwartek zawalone zajęciami od godziny 8:00 do 20:00. Przewróciło mi się coś w żołądku i już wiedziałam, że z nerwów nie będę spać. Dojeżdżam pociągiem na uczelnię niecałą godzinę z mojej skromnej mieściny (w której notabene znajduje się firma, w której mam pracować), a z pociągami jest bardzo słabo, a kończenie zajęć o 20:00 wiąże się z bardzo późnymi powrotami.

Jeden dzień takiego maratonu był dla mnie wykańczający, a co dopiero trzy dni pod rząd? Tak cholernie zależy mi na tej pracy, a jednocześnie chciałabym kontynuować studia. I nagle czar mej radości prysł. i pojawiło się zatroskanie. Pewnie dam radę, ale już teraz wiem, że będzie mi cholernie ciężko, może też z winy mojego charakteru, bo kiedy za coś się biorę, to robię to porządnie, przynajmniej na tyle, na ile potrafię i daję z siebie wszystko. Mama powtarza: "wykończysz się dziecko, bo jesteś za ambitna". Jednak chcę się kształcić i chcę pracować, usamodzielniać się i zdobywać doświadczenie. Nie mam już piętnastu lat i głupio mi wyciągać pieniądze od Rodziców. Czuję się wtedy jak rozpieszczony dzieciak. To jest właśnie ten moment, kiedy potrzebny jest mi przełom. Ponadto mamy plany z P., nie mogę teraz się poddać, przestać działać. Tylko boję się, bo z moim zdrowiem bywało źle, nerwica i przemęczenie dawały mi się we znaki, a moja wizyta u lekarza, którą sobie obiecałam od roku, skończyła się na zbesztaniu służby zdrowia od stóp do głów.

Dziś zostawiam Was z Jimem, bo poza nim, jedno, co mnie teraz pociesza, to fakt, że mam przed sobą jeszcze jeden wolny, piękny, wiosenny tydzień i chcę go wykorzystać najlepiej, jak tylko się da. Oby tylko głowa mi nie pękła od zamartwiania się.