czwartek, 15 października 2015

Ruda historia



Ruda, nie jesteś już ruda!” 

Ot, jak stwierdziło ostatnio kilku moich znajomych. Paru nie zauważyło, a kilku stwierdziło, że trochę czerwieni jeszcze w tych moich włosach jest. Może faktycznie jest, a może patrzą na mnie przez pryzmat przyzwyczajeń.

Z natury nie jestem rudzielcem. Jako dziecko byłam blondyneczką, a w tej chwili, sądząc po odrostach, mój kolor to szary, mysi blond. Jakiś taki nudny, pospolity. Niby naturalny, a tak naprawdę nigdy nie mój.

Farbowałam więc włosy odkąd tylko poszłam do liceum, bo wydawało mi się, że są jakimś takim moim odzwierciedleniem. A może po prostu chciałam ukryć pospolitość, schować w kieszeń kompleksy, których wtedy miałam przecież  powyżej uszu. Na mojej głowie nie było jakichś szalonych barw, zresztą... kiedy chodziłam do liceum, zbytnie włosowe szaleństwa nie były jakoś w moim środowisku specjalnie modne, dziś zdecydowanie częściej mijam dziewczęta o zielonych, turkusowych, czy niebieskich włosach. Wówczas w mojej szkole spotkałam jedno dziewczę, które się wyróżniało spośród tłumu w ten właśnie sposób. Zresztą… matka z ojcem by mnie przechrzcili, gdybym przyszła „z czymś takim na głowie”, jak mawiali. Byli i są kochani, ale swego czasu trzymali mnie bardzo krótko. Ba, miałam też niezły cyrk, kiedy na mojej czuprynie zawitała po raz pierwszy ognista czerwień. Ale o tym za chwilę.

Odkąd skończyłam szesnaście lat, na mym łbie nie było już widać naturalnego koloru. Byłam parę razy blondynką (sic!), nosiłam jakieś tam pasemka - nieraz doczepiane, a raz udało mi się kłaczyska dosłownie spalić jakimś utleniaczem i chodziłam z sianem na czerepie. Najbardziej jednak polubiłam te włosy jakoś tak przyciemniać. Ciemne i wyprostowane pasowały do zielonych, przydymionych czernią oczu – tak mi się przynajmniej wówczas wydawało. Swoją drogą, patrząc po starych zdjęciach zastanawiam się, jak nauczyciele godzili się na tak ostry jak na nastolatkę makijaż. Nie nosiłam tapety na twarzy, ale oczy musiały być czarne. Uwierzycie, że mając zajęcia na ósmą rano, potrafiłam wstać o piątej tylko po to, by idealnie wyprostować sobie włosy i wysmolić ślepia? Nigdy nie twierdziłam, że byłam, tudzież, że jestem normalna.

Pewnego dnia, kiedy narastał we mnie jakiś taki bunt, a kompleksy zjadały od środka, jako roztrzepana nastolatka o wrażliwej duszy, znająca na pamięć Cierpienia młodego Wertera, chciałam bardzo – jakby to ładnie nazwać – „uzewnętrznić mój ból”. Jakoś tak na siłę chciałam udowodnić, że jestem inna od dziewcząt, które w szkole siedziały w pierwszej ławce i – kolokwialnie rzecz ujmując – lizały dupę nauczycielowi, a co weekend leżały nawalone pod stołem liżąc już zupełnie coś innego.

Tuż po skończeniu liceum, cierpiąca i nieszczęśliwa niczym mój książkowy Werter, ruszyłam więc po szczęście w kierunku Krakowa, przenosząc do realiów pierwszą blogową przyjaźń – ale tę historię wielu z Was już przecież dobrze zna. Wybrałam się do Anji i… och, jak ja się tam wyszalałam! Niczym w słynnej piosence – „dużo wina się piło i mało się spało”. Wtedy też, jakże dojrzała na swój wiek, postanowiłam „na złość staruszkom” pofarbować się na ognistą czerwień. Nie chciałam być już nudna. Chciałam się wyróżniać i byłam przekonana, że jaskrawy kolor na mojej głowie załatwi sprawę. 

I dzięki Anji udało mi się marzenie o rudości zrealizować. Do dziś pamiętam spojrzenie jej starszego brata, kiedy zastał mnie z krwistą mazią na łbie. Kogoś zamordowała, dziewczę? – zapytał.
A kolor wyszedł super. Dokładnie taki, jaki chciałam. I podobał się przyjaciołom Anji. Wreszcie ktoś mówił mi, że fajnie wyglądam. Wymienialiśmy się koszulkami z zespołami. Paliliśmy ćmiki na balkonie. Mieliśmy zaspy w nosach. Laliśmy alkohol strumieniami. Było super.

Bajka skończyła się, gdy wysiadłam z pociągu we Wronkach, a na dworcu zobaczyła mnie mama. Ujrzała zupełnie inną córkę niż ta, z którą tydzień wcześniej się żegnała. Było jej przykro. A ja, jakże dojrzała na swój wiek, kipiałam złością i hamowanym przez lata młodzieńczym buntem. 

Myślałam, że nie podobają się jej moje włosy. Tymczasem ona płakała wieczorami mówiąc, że nie podoba jej się coś zupełnie innego. Wtedy jej nie rozumiałam.

Ale dzisiaj już wiem.

Wychodziła ze mnie zniszczona dusza. Zmieszana z błotem, papierosowym dymem i wódką, przesiąknięta buntem, pragnąca nadrobić nastoletnie lata, które nieubłaganie się kończyły. Zgnieciona nieodwzajemnionymi uczuciami, desperackim poszukiwaniem miłości i samotnością nie tylko tą sercową. Zabrakło mi przyjaciół. Zrozumiałam wtedy, że zostawiłam ich w Krakowie. Pięćset kilometrów ode mnie. A tutejsi ludzie mnie nie rozumieli. Byłam inna. Byłam rozdarta.

Czerwień zniknęła z mojej głowy, kiedy zmuszona własnymi ambicjami postanowiłam iść na studia pedagogiczne, podążając za kolejną dojrzałą myślą – „byle studiować.” Na mej głowie więc na nowo zagościła czerń. Ale i w niej mnie tam nie akceptowali. Na zajęcia wchodziłam jak z zupełnie innej bajki. Tupałam glanami, siadałam, a skórzaną kurtkę zarzucałam na krzesło i wpatrywałam się w wykładowcę przydymionymi oczami. Podobno nie nadawałam się na pedagoga, bo wyrażałam się strojem.

Studia rzuciłam, a siedząc w domu i szukając jakiejkolwiek pracy, przygotowując się do poprawki z matury jakoś tak się wyciszyłam. Pozbierałam myśli. Choć nadal ogromnie tęskniłam. Za wariactwem, za Krakowem, za ludźmi. Robiłam kartki i wysyłałam listy na święta. Zaczęłam wychodzić z domu. Nie tylko ze znajomą, która zaczęła wyciągać mnie do baru wieczorami. Choć lgnęłam do ludzi, to wychodziłam też sama. I te jesienno-zimowe spacery w pojedynkę cholernie dużo mi dały. Dojrzałam.

A później przyszła wiosna. Wszystko rozkwitło. Dostałam staż w pracowni plastycznej, zaraz miałam poprawiać maturę i zdawać na wymarzone studia. Już wiedziałam, że to będzie rok zmian. I byłam przekonana, że to będą dobre zmiany. 

- Masz tu stówę. Idź do fryzjera i zrób coś z tymi włosami. – zaskoczyła mnie wtedy mama. – Nie chcę, żebyś była taka ponura. Wiosna idzie.

Od razu wiedziałam, co zrobię z włosami. Nie obchodziło mnie już, czy znów zrobię komuś na złość. Chciałam być sobą. Chciałam po mojemu. U fryzjera spędziłam dwie i pół godziny. Zdejmowanie koloru, rozjaśnianie, farbowanie, przycinanie. 

I wyszłam jako roztrzepana marchewka. Świeciłam włosami, jak żarówka. Podobało mi się. Lubiłam siebie w tym kolorze.

Kolejnego dnia poszłam do pracy. Był to mój trzeci dzień w pracowni. Majowa środa.
- Zrobiłaś coś z włosami… - powiedział mój ówczesny szef. – Ach te baby. Nie wytrzymają bez zmian.

Okazało się, że ta zmiana była dla mnie wyjątkowa. W tym samym tygodniu, w piątkowy wieczór wybrałam się ze znajomą do baru. Na piwo, na soczek, zapalić, posiedzieć, pogadać o nowej pracy. I wtedy weszła grupka ludzi, a pośród nich przystojny chłopak w półdługich włosach i w koszulce z Iron Maiden. Puścili z szafy grającej dużo fajnej muzyki. Grali w bilard. Głośno rozmawiali i śmiali się. A ja siedziałam tyłem do nich.

- Widziałaś tego w koszulce z Iron Maiden? – dopytywała znajoma. – No obróć się, patrz, jakie ciacho.

Odwróciłam się. Faktycznie, przystojny, w moim typie, ale ja byłam zamknięta na miłość. Przynajmniej wtedy nie planowałam się z nikim wiązać, ani nikogo szukać. Kilka godzin później bar zapełnił się ludźmi, gwarem i papierosowym dymem. To były jeszcze te czasy, kiedy wolno było palić w lokalach. Chodziłam ze znajomą, trzymając w jednej ręce papierosa, a w drugiej butelkę piwa. Rozglądałyśmy się za znajomymi duszami, do których można by się przykleić i pogadać. Usiadłyśmy na schodach.

Po chwili dosiadła się do nas dziewczyna ze wspomnianej grupki ludzi. Przedstawiła się i porozmawiałyśmy chwilę.
- W ogóle to może jestem świnia, może nie powinnam, ale kurde nie wytrzymam, jeśli ci nie powiem – zwróciła się do mnie. – Kojarzycie tego kolesia w półdługich włosach i koszulce z Ironami?
Znajoma zrobiła wielkie oczy.
- Jasne! – wykrzyknęła. – A co? A co? – dopytywała zniecierpliwiona. Ów osobnik przecież wpadł jej w oko przed chwilą.
Dziewczyna zmierzyła moją znajomą delikatnie wzrokiem, po czym spojrzała na mnie.
- Spodobałaś mu się – powiedziała, a ja oplułam się piwem.
- Że co?!
Ja się spodobałam, jasne… ta pełna kompleksów, która najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Dobre sobie.
- Mówił o tobie, że jesteś sobowtórem Hayley. Hayley Williams. No wiesz, ta wokalistka Paramore – oznajmiła. – Że nie może wzroku oderwać od twoich rudych włosów. I od ciebie. Cały czas o tobie gadał. Tylko wiesz, jest trochę nieśmiały, ale może następnym razem do ciebie zagada.

Musieli już iść, więc zostawiła mi swój numer GG. Jeszcze wtedy ludzie w większości preferowali komunikator, zamiast fejsbuka. Prosiła, bym się odezwała. Najpierw mnie zatkało, a potem zaczęłam śmiać się na widok zazdrosnego wzroku mojej znajomej. 

- Weź, przecież nic z tego nie będzie – zaśmiałam się. Nie dopuszczałam myśli, że mogłabym być szczęśliwa z takim fajnym facetem. Naprawdę fajnym, zamyśliłam się wtedy.

Kilka dni później odezwałam się na komunikatorze do owej dziewczyny. Sporadycznie pisałyśmy. Pewnego, lipcowego dnia zaprosiła mnie na ognisko. Zaryzykowałam. Wskoczyłam na rower i pojechałam pod wskazany przez nią adres. Sama, do obcych ludzi.  I tamtego chłopaka z koszulką Iron Maiden też wtedy spotkałam. Przywitałam się z nim i do dziś pamiętam, jak nogi się pode mną ugięły.

Poznałam wtedy chłopaka, dziś już mężczyznę, który za parę miesięcy zostanie moim mężem.

Od tamtych dni byłam ruda. Nie odważyłam się na inny kolor. Nie było innej opcji. Rudość  dodała mi pewności siebie, wyrażała mnie, moją niesforność, moją inność. I mój P. go uwielbiał. Powtarzał, że najbardziej lubi moje zielone oczy i właśnie ogniste włosy. A poza tymi dwoma cechami zaakceptował mnie całą taką, jaka jestem. Wyleczył mnie z kompleksów i z niedoskonałości, które odbierały mi pewność siebie. Przestałam mazać oczy na czarno, kiedy pewnego ranka zobaczył mnie bez makijażu i powiedział „zostań tak, taka jesteś piękna”.
 
Byłam sobą. Byłam ruda. Po prostu. 

Aż do jednego z ostatnich dni.
Farba jakoś słabo chwyciła. Wyszedł mi na głowie jakiś dziwny, ciemnokasztanowy kolor. Na końcówkach prawie czarny. Nie przejęłam się. Ładny nawet, pomyślałam. Niech będzie.

Lecz pewne nabyte cechy przylegają do człowieka na zawsze. Znajomi i przyjaciele zaczęli komentować:
- Co ty masz na głowie?
- Jakaś inna jesteś, jak nie ty.
- Takie ciemne wyszły jakieś.
I moje ulubione:
- Ruda, nie jesteś już ruda.

Czuję, jakby odebrano mi kawałek mnie, cechę, z którą mnie kojarzono, która od ponad pięciu lat była tak bardzo moja. Cechę, która tak naprawdę przyniosła mi też masę szczęścia. Ostatnio byłam Rudą, Rudym Asikiem, Rudym Roztrzepańcem. To stało się tak bardzo moje. Uwierzycie, że nawet moja mama, początkowo nieznosząca mojej rudości stwierdziła: „Musisz wrócić do rudego. Bo to tak jakby już nie ty"?

Skoro zatem największy niegdyś przeciwnik moich „włosowych wyskoków” twierdzi, że ja to już nie ja, to okazuje się, że rude włosy przylgnęły do mnie niczym tatuaż.

A tatuaży się przecież nie zmazuje. One za każdym razem opowiadają jakąś historię. Nie zawsze piękną, czasem burzliwą, ale za każdym razem przecież wyjątkową.



A Was zostawiam dziś z Paramore i z Hayley - której rzekomo byłam wtedy sobowtórem. ^^'


To najlepsza rzecz, jaka się mogła wydarzyć
Jeszcze chwila, a nie zrobiłabym tego
To nie wojna, ani ekstaza
Jestem po prostu człowiekiem, 
a ty nie możesz tego znieść.

wtorek, 6 października 2015

"Ride the snake, he's old and his skin is cold."

"Asia, co się z tobą dzieje? Jakbyś nie była sobą od kilku dni. Martwię się..."
Takiego sms'a dostałam dziś rano od mojego P. Siedziałam akurat za ladą w sklepie, kiedy Mama uzupełniała na zapleczu jakieś faktury. Część z Was wie, że odkąd upadła firma w której pracowałam, załapałam się na staż w sklepie mojej Mamy, która i tak potrzebowała tam mojej pomocy. Wiecie - kiosk, pamiątki, upominki, kartki okolicznościowe, artykuły papiernicze i takie tam. Nie jestem dzięki temu aż tak bezużyteczna póki co.

Siedziałam więc i gapiłam się w jeden punkt. Kiedy przeczytałam wiadomość od Niego, oczy zaszły mi łzami. Nie mogłam tego opanować. Jedna z łez popłynęła po policzku, kiedy do sklepu weszła jakaś starsza pani. Nie zdążyłam się ogarnąć. Zauważyła. Nie powinnam sobie na to pozwalać - skarciłam się w myślach.

Nie poznaję siebie. Wiecznie rozmyślam, wspominam, zastanawiam się nad przyszłością. Siedząc w sklepie wspominałam po cichu, jak rok temu spacerowałam z Agą tuż po zajęciach z dendrologii nad kolorową od jesieni Rusałką, zatroskana, pełna nadziei. Dobrze będzie - powtarzałam sobie, dobrze będzie - powtarzałam Komuś. Wiedziałam, że te wspomnienia prędzej, czy później mnie dopadną. Choć obiecałam sobie, że się opamiętam, karciłam się za smutek, nie można - myślałam - nie można, bo inni tęsknią bardziej. Odebrałam sobie prawo do tęsknoty, odebrałam sobie prawo do mówienia o niej głośno. Nie chciałam. Nie chciałam nikogo martwić, nie chciałam nikogo dołować. Myślałam sobie, że mi nie wolno. Że co tam taka ja. I to się pogłębiało. Bo... czymże jest mój smutek w porównaniu do ich smutku? Wystarczyło mi, że od paru dni sama ryczałam w poduszkę wieczorami, kiedy wszyscy już spali. Rok temu w wodach Rusałki odbijały się kolorowe drzewa pełne nadziei. Dziś odbija się w mojej rzeczywistości poprzedni rok. Każdy dzień porównuję do tamtejszego. O ile go pamiętam. Szósty października pamiętałam doskonale, co do godziny, co do minuty, co do słowa wręcz.

Dopóki te wspomnienia będą się odbijać, to wiem, że będzie ciężko. Ale wiem też, że nie tylko mi. I doskonale wiem, którego dnia nastąpi kumulacja. I przełom.

Każdego wieczoru modlę się za tych, których boli to bardziej ode mnie. Nie modlę się za to, żeby zapomnieli o bólu, bo się nie da raczej. Modlę się, by bolało trochę mniej. Jeśli to tylko możliwe.

Dopadła mnie fala jesiennych myśli. Tyle się zmieniło. A co będzie za rok? Według planów będę mężatką, szczęśliwą mężatką, już na swoim... może w końcu wybiorę się na jakiś koncert, a może wyjedziemy w góry, albo nad morze... a jeśli szczęście dopisze, to będę pracować w zawodzie...

Boże, jak brakuje mi mojej pracy. Z chęcią pomagam Mamie, w dodatku uwielbiam z nią nadrabiać czas, którego dawniej miałyśmy dla siebie bardzo mało. Lubię pracować z ludźmi. Lubię z nimi rozmawiać i uśmiechać się do nich. Lubię ich po prostu nawet, jeśli  czasem sprawiają, ze idę na zaplecze się wyryczeć, bo i tacy się przecież zdarzają, a ja mam niestety za miękkie serce.

Kolejna łza popłynęła po policzku, kiedy przypomniałam sobie, jak odbierałam świadectwo pracy od mojego szefa.
- Czy pan Michał z panem Irkiem są na szkółce? - zapytałam szefa. - Chciałam się... pożegnać.
Ledwo wydusiłam z siebie ostatnie słowo. Szef tylko skinął głową i powiedział, że mogę pójść.
Ruszyłam więc w kierunku szkółki.
- Ruda przyszła! - wykrzyknął pan Michał radośnie, jak zawsze. Lubiłam go za to. Nawet, jeśli na przywitanie powiedział mi coś uszczypliwego. Pan Irek za to przywitał się ze mną grzecznie, jak zwykle. - Siadaj Aśka, zaraz ogarniemy jakąś kawę, bo akurat jest przerwa. A na szkółce cię nie było widać... w biurze dzisiaj byłaś?
- Nie, panie Michale - uśmiechnęłam się. - Ja tylko na moment. Właściwie... to przyszłam się pożegnać.
- Osz ty cwana... o dziesiątej już do domu? Taka to pożyje... A jutro będziesz od siódmej, czy ósmej?
Jakaś gula utknęła mi w gardle.
- Wcale mnie nie będzie, panie Michale.
Momentalnie spoważniał. Wiedział przecież. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaka jest sytuacja w firmie, wiedział, że czas się żegnać.
- Smutno tu będzie bez ciebie i nudno, rudzielcu.
Wyściskałam ich oboje i pożegnałam się, ruszając ostatni raz w kierunku szkółki. Zrobiłam to pospiesznie, żeby się tylko przy nich nie rozryczeć.
Mijałam rośliny, którymi się opiekowałam. Które przycinałam, przesadzałam i dzieliłam na mniejsze sadzonki zawsze z dużą ostrożnością. Mijałam wszystko to, do czego tak mocno się przywiązałam, w co włożyłam całe moje serce i całą moją pasję. I smutno mi było. Bardzo smutno.

Brakuje mi pracy w zawodzie. Brakuje jak cholera. Brakuje biegania w terenie z miarą, w roboczym obuwiu, brakuje ubrudzonych rąk. Brakuje siedzenia przy komputerze i robienia projektów, sporządzania dokumentacji. Brakuje uczenia się przy pracy, mojej wiecznie niezaspokojonej ciekawości i uczenia się nowych łacińskich nazw na pamięć przy dźwiękach mojego ulubionego radia. Brakuje mi tego poczucia, że się rozwijam, że robię to, co kocham.

Złożyłam kilka CV i cierpliwie czekam. Najbardziej zależy mi na pracy w pewnym przedsiębiorstwie w moim mieście jako architekt krajobrazu. Bo podobno przejmują zieleń w mieście. Bo podobno będzie całkiem nowa jednostka zieleni miejskiej. Bo podobno ruszają od stycznia. Bo podobno mogę być bardzo potrzebna. Podobno.

Męczy mnie niepewność, uczucie siedzenia w miejscu. Ciągłe zastanawianie się: uda się, czy nie? Mam za dużo czasu na myślenie. Myśli zżerają mnie od środka. Za dużo analizuję. I zamykam się w sobie.

W miniony piątek jechałam z moim P. i jego bratem samochodem. Jako, że dosiadłam się później, usiadłam z tyłu. Chłopcy z przodu świetnie się bawili, rozkręcając piosenki AC/DC na cały regulator. A ja zamykałam się w sobie. Milczałam. Ja. Ta, która dawniej rozniosłaby ten samochód, powtarzając: "ej dajcie mi poprowadzić!" Ja. Smutna, zgaszona, hamująca łzy. Czy to na pewno jeszcze ja?

Zastanawiam się, gdzie podziało się moje szaleństwo, moja niesforność i roztrzepanie. Mój głośny, głupkowaty śmiech rozbawiający innych. Nie chcę, by to była sprawka jesieni, bo ją przecież na swój sposób lubię. Ma swoją szarlotkę, kasztany, smakową herbatę pod kocem i książki. I długie wieczory spędzane tylko z Nim i z winem. Za Nim też ostatnio tęsknię. Pracuje jak oszalały, zostaje na nadgodzinach, obiecuje, że kolejny weekend spędzimy razem, a ja nie chcę się nastawiać, bo jestem prawie przekonana, że znów nie wyjdzie i usycham z tęsknoty.

Nie lubię ostatnio siebie. Spoglądam w lustro i odwracam wzrok. Ja to nie ja. Przytyłam, oczy mam podkrążone, nawet rudość jakoś zniknęła z moich włosów, które stały się kasztanowe. Złamałam obietnice, których nie złożyłam, złamałam Czyjeś tak ważne dla mnie prośby. Nie spodziewałam się, że jestem aż tak słaba. W mojej głowie kłębią się myśli, niczym dym w płucach, myśli, których nawet bym się po sobie nie spodziewała, których nie wolno dopuszczać do siebie. Uciekam w książki, by wkraść się na moment w cudze życie, by uciec od swojego, pełnego niepewności i złych myśli.

Wyszłam późnym popołudniem do mojej Iwonki, licząc, że towarzystwo jej i małego Franka poprawi mi humor. I faktycznie. Maleńkie dłonie niespełna rocznego dziecka, obejmujące moją twarz i śmiejące się szczerze do mnie, wielkie, niebieskie oczyska mówiące: "uśmiechnij się" sprawiły, że się przełamałam. Dla niego, bo zawsze kradnie moje serce bez reszty. Ale znów na moment, na chwilę, kiedy nosiłam go na rękach.

A później... pożegnałam się i ruszyłam w stronę chłodnego, październikowego miasta i wzdrygnęłam się, czując powiew listopada obok starego cmentarza.

Smutno mi.


"To już jest koniec,
Piękna przyjaciółko
To już jest koniec,
Moja jedyna przyjaciółko, koniec

Koniec naszych rachub niespełnionych
Koniec tego, co trwa nieporuszone
Nie umkniesz, ani nie zdziwisz się, to koniec
Już nigdy nie spojrzę w oczy twoje... ponownie

Czy możesz zobrazować mi to, co będzie?
Ten brak granic i wolność
Desperacko potrzebuję czyjejś obcej dłoni 
w zdesperowanym świecie"

sobota, 3 października 2015

Kolejna fala zalewa blogosferę, czyli Liebster Blog Award po raz czwarty

Blogosferę zalewa ostatnio kolejna fala Liebstera. Także mnie zatem nie mogło te zadanie ominąć - nominację otrzymałam od Gemini, za którą dziękuję i mimo, że niektóre pytania wydają się wbrew pozorom dość trudne dla mnie, to postaram się na nie dzielnie odpowiedzieć. Do dzieła zatem!
 
 
1. Co uważasz za swoje największe osiągnięcie w życiu?
Mogłabym powiedzieć, że największym osiągnięciem w moim dotychczasowym życiu było chociażby ukończenie studiów, o którym niedawno zresztą jeszcze pełna emocji Wam opowiadałam. Uważam jednak, że moim największym osiągnięciem w życiu jest jednak to, że nadal potrafię być sobą. Że nie zabiłam w sobie wrażliwości. Że nie wstydzę się łez. Że doceniam środowisko w którym jest mi dobrze, a ludzi, którzy mnie otaczają nie zamieniłabym za nic na świecie. Że bywam roztrzepana i niesforna, ale te cechy są częścią mnie. Że wyzbyłam się kompleksów i nie porównuję się z innymi. Że zaakceptowałam siebie taką, jaką jestem. Że nie wyzbyłam się swoich wartości i własnych marzeń. I najpiękniejszymi życzeniami jakie dostaję z wszelakich okazji są słowa "nigdy się nie zmieniaj".
 
2. Jakbyś mógł spotkać się z Bogiem, co byś mu powiedział, o co zapytał?
Jako "była ateistka" (o ile można to tak nazwać) zawsze mawiam, że wierzę i modlę się po swojemu, dlatego odpowiem, że z Bogiem spotykam się codziennie. Rzadko widzę go w kościele, ale najczęściej właśnie widzę go w niebie, w chmurach, w słońcu, w deszczu, w tęczy, w porannej rosie, w kolorowych liściach, w skrzydłach motyla, a nawet w drugim człowieku. Co bym mu powiedziała? Że dziękuję. Uważam, że wdzięczność to najlepsza forma modlitwy, bez względu na to, czy jest się wierzącym, czy nie. Kiedy każdego wieczoru daję sobie kilka minut na to, by pomedytować, mówię sobie w duchu: dziękuję. Za co? Za to, że poranna kawa była taka dobra, że widok wschodzącego słońca zatykał dech w piersi, za uśmiech i życzliwość sprzedawczyni w sklepie spożywczym, za to, że obudziłam się uśmiechnięta, za to, że mogłam zobaczyć Tych, których kocham, że byli przy mnie, za to, że nie byłam samotna, za to, że się wzruszyłam, a nawet za to, że się potknęłam, bo to mnie właśnie nauczyło patrzeć pod nogi.
 
3. Największe życiowe zaskoczenie?
Cholera, chyba zaręczyny. Serio. Cały czas myślałam, że zakrywa mi oczy żeby wyjąć z plecaka mamine burrito, bo umierałam z głodu, a ten po chwili przede mną klęka... jedna z najfajniejszych chwil w życiu.
 
4. Twoje wymarzone miejsce na świecie?
Gdzieś między Jego lewym, a prawym ramieniem :)
 
5. Czym dla Ciebie jest szczęście?
Słońcem, Księżycem, gwiazdą, niebem, chmurą, drzewem, kotem, psem, domem, ciepłem, śniegiem, wodą, muzyką, oddechem, uśmiechem, życiem.
 
6. Jakbyś mógł cofnąć się w czasie, co byś zmienił w swoim życiu?
Nic. Gdybym coś zmieniła, byłabym zupełnie kimś innym. Każde doświadczenie, bez względu na to, czy było dobre, czy złe, czegoś mnie nauczyło. Ze wszystkiego wyciągnęłam, lub wyciągam nadal wnioski. I serio, lubię swoje życie i miejsce, w którym jestem. Moim ostatnim celem było nauczyć się nie gdybać. Dlatego w czasie wolę się nie cofać nawet w myślach.

7. Za kim najbardziej tęsknisz?
Za wieloma ludźmi. Za tymi, którzy odeszli na zawsze, ale także za tymi, z którymi nie mogę się zobaczyć przez odległość. Ale skali tej tęsknoty nie da się chyba jakoś rozdzielić. Tęsknię jednakowo. I tak samo nie lubię tego uczucia w każdym z przypadków. Jest okropnie uciążliwe.
 
8 Jaka piosenka określa Ciebie?
Nie sądziłam, że to właśnie będzie pytanie, nad którym będę zastanawiała się najdłużej. A jednak. Piosenek, w których odnajduję siebie jest kilka. Bo ja zazwyczaj odnajduję siebie właśnie w muzyce. Ale dziś odkopałam płytę Brodki, której nie słuchałam od pięciu lat, dusza eksplodowała wspomnieniami i serducho uradowało mi się na dźwięk piosenki "Kropki kreski". Niech więc będzie Brodka.
Wszystkie na ciele znaki
Zapis bezcennych chwil
Jak z pamiętnika kartki
Kropek i kresek szyfr

Mapa wspomnień i krętych dróg
Szkielet utwardza mi
W klatce z kości mięsień wiotki
Pulsuje, przyspiesza rytm

To początek, wschód słońc
I drżenie w kącikach ust
Wielkie oczy ma strach
Palcem pogrożę mu



Na topografii ciała
Niezamieszkały ląd
Konturem oddzielam teren
Gruntuję, dobieram tło

Permanentnym tuszem bądź
W czerwieni do twarzy mi
Bez szablonu i bez wzoru
Namiętnie i aż do krwi
 
 
9. Ulubiony cytat?
Mam kilka, szczególnie cenię cytaty Jima Morrisona, jednak ostatnio często powtarzam dobitne i jakże proste słowa Henricha Heina, które zawsze jakoś tak dodają mi otuchy: "Jaki by nie był powód łez, w końcu i tak trzeba wytrzeć nos."
 
10. Kogo w swoim życiu cenisz najbardziej i dlaczego?
Rodziców. Za to, że są moimi przyjaciółmi. Za to, że potrafią dać mi mentalnie w pysk, kiedy histeryzuję i za to, że potrafią mnie przytulić i pocieszyć, kiedy jestem smutna. Za to, że zawsze starają mi się pomóc i za to, że razem ze mną cieszą się z moich sukcesów.
 
11. Jest pożar w Twoim domu, co wynosisz? Co jest dla Ciebie najcenniejsze?
Ratuję ludzi, których kocham. Nic więcej.
Tradycyjnie nie nominuję nikogo, ale rzecz jasna, jeśli ktoś będzie miał ochotę na powyższe pytania odpowiedzieć, to nie ma ku temu żadnych przeszkód. :)

piątek, 2 października 2015

O szczęściu, które przyspiesza kroku

Wszystko nabiera kolorów zupełnie, jak liście na drzewach. Wszystko się układa w piękne kształty sprawiając, że nie mogę przestać się uśmiechać, mimo uciążliwego bólu brzucha przez kobiece dni.

Wiem, że to dopiero początki przedślubnej bieganiny, ale już teraz wizja tego, co zbliża się wielkimi krokami uszczęśliwia mnie ogromnie, jednocześnie budząc senne ostatnimi czasy motyle w brzuchu. Motyle, tym razem trochę jakby poddenerwowane, ale tak samo kolorowe, jak dawniej.

Już odliczam, choć jeszcze zostało trochę czasu.

Szesnastego o szesnastej zatem. W miesiącu, który zawsze przynosił najwięcej szczęścia - w lipcu. Termin w kościele zaklepany. W lokalu też. Kapela wybrana. Fotograf także. I to ostatnie przyniosło mi dzisiaj ogrom radochy. Wszystko staje się jakieś takie bardziej przejrzyste, widoczne nawet w przykładowych kadrach. I jego uśmiech i słowa, że może wcale nie będzie tak strasznie. Coraz więcej znajomych ludzi się do mnie uśmiecha, pytając: "jak przygotowania?" Rozmowy o gościach, o świadkach, o drużbach. Przeglądanie zaproszeń w hurtowni. Sukienka ślubna, której projekt wyostrza mi się gdzieś w głowie, pewność, że "to będzie to". Rozmowy z Mamą, kiedy wybierzemy się do salonu, by wykonać pierwsze przymiarki. Nucenie z nim piosenek. Słuchanie, pod drzwiami, kiedy gra w samotności w moim pokoju na gitarze. Częstsze "przepraszam" po kłótni. Częstsze "kocham" bez okazji. Przekomarzanie się z nim, że właśnie ta, a nie inna piosenka nadaje się na pierwszy taniec.

I obietnica, że w naszym ślubnym albumie widniały będą zdjęcia ogniście rudej panny młodej w białej sukni, skórzanej kurtce i glanach. Przy panu młodym, gitarzyście, który zdąży do tego czasu zapuścić włosy, bo w długich podobał jej się przecież najbardziej. Z butelką Jacka Danielsa w tle, paczką Marlboro Gold'ów i trochę zakurzonym piecem od gitary.

Dokładnie tak, jak chciałam.

Przypomniałam sobie, że dawniej wcale się tego wszystkiego nie bałam. Ja przecież o tym marzyłam. A nauczyłam się, że marzeń nie wolno się bać.

Ta jesień to czas dobrych zmian. Pora się zatem na nie otworzyć. Jak na szczęście, które obejmuje mnie dziś niczym dobry anioł swoimi skrzydłami. Uspokoiłam się, wyciszyłam. Wszystko będzie dobrze. Wystarczy się tylko oddać dobremu Losowi. I niczego, niczego się już nie bać.

Bo ja już teraz jestem szczęśliwa.


"Dzisiaj mój świat się uśmiecha
Twoja dłoń w mojej, idziemy całe mile.
Dzięki tobie to się dokona
Bo ty jesteś dla mnie jedynym.

Szczęście nie ma już smutku,
Szczęście... jestem zadowolona.
Nawet jeśli słońce przestanie świecić,
Nadal będę cię kochać.
Kiedy góry zwalą się do morza,
Nadal będziemy ty i ja."