środa, 30 lipca 2014

Ku wolności.

Wczesnoporanna kawa już zimna, niedopita. Serce gorące i szczęśliwe, bo ustabilizowało się w końcu kilka spraw, które wyrwały mnie na chwilę z blogowego świata i chciały porwać w nicość. Jeździliśmy wczoraj rowerami po naszym więziennym mieście, śmiejąc się tak, jak kiedyś, a kiedy zaczęłam klnąć głośno z przedokresowej złości, przytulił mnie mocno do siebie, tak abym zamknęła w koncu jadaczkę. Tak, jak robił kiedyś. 

Zrobiliśmy sobie przystanek na wronieckim dworcu. Rzuciliśmy rowery bez ładu i usiedliśmy na ławce. Powietrze było już nieco bardziej rześkie, nasze uśmiechy nieco bardziej prawdziwe, niż ostatnio. I piękne niebo, które już nieraz dało popis nad więziennym miastem. 

Pociąg osobowy z Poznania Głównego do Kostrzyna wjedzie na tor pierwszy przy peronie drugim.

- Hej, toż to pociąg na Woodstock! - zapiszczałam, odrzucając za plecy dwa, rude warkocze.

Pociąg wjechał, pozostawiając dzwonienie w uszach po pisku hamulcy, a ja dopiero po chwili zauważyłam dziewczynę, która obserwowała nas zza karimat, uśmiechając się pod nosem. Zupełnie tak, jakby któreś z nas znała, albo jakby po prostu zobaczyła, że w końcu jesteśmy szczęśliwi. Gdy szarpnęły wagony i skład ruszył, dziewczę pomachało do nas radośnie z szerokim uśmiechem. Odmachaliśmy, po czym wznieśliśmy dwa palce w górę, pokazując sobie znak pokoju. 
Jak ja kocham uśmiechy ludzi! Czy taki jest właśnie ten słynny klimat na Woodstocku? Do zobaczenia w czwartek, dziewczyno z pociągu!


Wróciłam do domu, z takim własnie uśmiechniętym nastrojem, który jednak szybko zamienił się w uczucie czegoś ciężkiego w brzuchu. Spotkały mnie wszak lodowate spojrzenia. No tak, zapomniałam. Przecież przestałam być dobrą córką, bo znów postanowiłam być sobą. I w końcu postawić na swoje.

Na (podobno) najpiękniejszy festiwal świata ruszam jutro. Ruszam pierwszy raz w życiu w miejsce, które od wielu lat było moim marzeniem. W miejsce, w które zakazano mi dawniej jeździć, bo w moim domu panują zupełnie inne zasady. Teraz mogę robić, co chcę, bo jestem dorosła, sama zarabiam i życie zamierzam ułożyć sobie z Patrykiem, a nie z Rodzicami.

Przez chwilę nie chciałam jechać, wydawało mi się, że z tego wyrosłam, że to już nie sprawi mi takiej frajdy, jaką sprawiłoby kiedyś, kiedy przeżywałam buntowniczy okres.

- Aśka, z czego ty wyrosłaś? Wyrosłaś z marzeń? W wieku dwudziestu czterech lat się zestarzałaś?!

Nawet nie chciałam dopuścić do mojego upartego łba, jak cholernie dużo racji miał Patryk w tym, co powiedział. Wydawało mi się, że jestem za stara, że z pewnych marzeń się wyrasta, że powinnam być, jak moje koleżanki, rówieśniczki - zaręczyć się, wyjść za mąż i urodzić dzieci. Tylko, że ja zawsze byłam od nich inna. 

W przeszłości zabroniono mi być zbuntowaną. Wszak pochodząc z religijnej rodziny, musiałam pokazać, że jestem normalna. Ważniejsze od mojego szczęścia było to, co powiedzą ludzie. Nieważne było to, że pewnego dnia chciałam po swojemu uruchomić myślenie, odwróciłam się od Boga nie dlatego, że tak nakazywał stereotyp, jak myśli większość rodziców. Odwróciłam się od Boga, bo widziałam wiele złego. Widziałam Mamę, jak płakała, widziałam sytuację z Bratem Mamy, widziałam, jak odchodzi Babcia. Gdyby Bóg był miłosierny, to by mnie wysłuchał i na to nie pozwolił. - myślałam. Gdy jednak pewnego dnia postanowiłam pójść do kościoła w środku tygodnia, uklęknąć przy ławce, spojrzeć na Jego twarz spoglądającą z ołtarza i zadać kilka pytań, prosto z serca, pewien ksiądz powiedział mi, przy bramie kościelnej, że jestem opętana i powinnam udać się do egzorcysty. Opętana tylko dlatego, że weszłam do kościoła w glanach i czerwonych włosach. 

Moi Rodzice - cudowni ludzie, których kocham ponad życie - nigdy nie pozwalali mi tak naprawdę być młodą. Łudzili się, że żeby zapalić trawkę, musiałabym jechać na "jakiś festiwal dla brudów." Choć dziś zapewniają mnie, że są ze mnie dumni, zawsze miałam takie poczucie, że wcale nie jestem ich wymarzoną córką. Nie chodziłam grzecznie do kościoła w niedzielę, nie nosiłam ładnych sukienek, nie słuchałam grzecznej muzyki, nie  wracałam do domu przed dwudziestą drugą. I zawsze byłam za to tępiona.

Mamo, czy tak robi przyjaciel, którym zawsze chciałaś dla mnie być? Naprawdę myślisz, że to studia sprawiły, że jestem dziś kłębkiem nerwów? Że nie wierzę w siebie? Że czasem patrzę w lustro i mam ochotę rozwalić je pięścią, bo widzę tam kogoś, kto do niczego się nie nadaje? Czy nasza więź jest tak bardzo silna tylko wtedy, gdy się z Tobą zgadzam, a gdy mam swoje zdanie pęka, jak pajęcza nić? I nagle staję się złym człowiekiem, którego stworzyłaś sobie w głowie. Bo przecież jutro znów nie ubiorę grzecznej sukienki i znów będę wyglądać jak "dziwka."

Kolejny z listów utknie na dnie szuflady. Jutro, kochani Rodzice, będziecie mierzyć mnie znów wzrokiem, gdy zrobię to, przed czym zawsze próbowaliście mnie uchronić. Gdy założę plecak, do którego przywiążę glany i karimatę, a pod pachę wezmę śpiwór. Dziś wiem, że się o mnie martwiliście. Ale nigdy nie zrozumiecie, że próbowaliście mnie uchronić też przed byciem sobą. I tego, że o mało mnie nie zabiliście. Wiecie, co kiedyś powiedział Jim Morrison?

"Kiedy inni oczekują od nas, że staniemy się takimi, jakimi oni chcą, żebyśmy byli, zmuszają nas do zniszczenia tego, kim naprawdę jesteśmy. To dosyć subtelny rodzaj morderstwa. Większość kochających rodziców i krewnych popełnia je z uśmiechem na twarzy."

A ja mimo wszystko będę szczęśliwa.
Bo już jest za późno na łzy.
Już zrozumiałam, że mnie nigdy nie zatolerujecie takiej, jaka jestem.
I zrobiłam coś, o co być może nigdy byście mnie nie podejrzewali:

Wybaczyłam Wam.


"Hej! Zamyślone glowy,
Nie chcę z wami walczyć!
Mówicie, że jestem winny,
Bo naruszam waszą przestrzeń...

(...)
Wolność będzie górą,
Przezwycięży strach.
W obawie przed nieznanym
Radość, radość będzie w nas!"

A może jeszcze nie jest za późno, by się zapytać: czy ktoś z blogowej społeczności wybiera się na tegoroczny Przystanek Woodstock i zechce się wyściskać z asikowym rudzielcem? :)

wtorek, 22 lipca 2014

Wszystkie wiersze mają w sobie wilki

Zeszły tydzień miał być przełomem dla naszego związku, który zresztą dziesięć dni temu postawił pieczęć na kalendarzu, przypominając "tak, to już cztery lata." Miał pozwolić mi odpocząć i nabrać sił na dalszą wędrówkę. Miał. I częściowo spełnił swoje zadanie, ale też obudził we mnie mnóstwo wspomnień, które w wielu sytuacjach okazywały się wilkami. Złymi wilkami.

- Jesteś szczęśliwa? - zapytała mnie Szka, gdy dzwoniłam do niej w sobotni wieczór, po raz ostatni podczas tego pobytu czekając na morski zachód słońca.

Siedziałam na usypanych, wielkich kamieniach na jednej z (prawie) dzikich plaż za Kołobrzegiem i nie wiedzieć dlaczego, gdy zadała mi to pytanie poczułam ogromną gulę w gardle. Bardzo często chciało mi się tam płakać. I płakałam. Płakałam, bo czułam, że mnie to oczyszcza. Czulam, że te łzy spływające po policzkach, słone jak te morze są jak katharsis dla duszy. Czułam, że coś jest nie tak. 


- Asiu, jest gorzej, niż myślałam. Nie daję już rady... - słyszałam, jak płakała. - Dobrze byłoby usiąść z tobą w kuchni i pogadać, wiesz, Tacie nie mogę wszystkiego powiedzieć, a ty zawsze rozumiesz. Ale... Jakie jest morze? - usłyszałam, jak pociąga nosem, próbując odbiec od tematu i jak nadal łamie jej się głos. - Spokojne? To dobrze... Uda ci się odpocząć i nabrać sił. Korzystajcie, dzieci...

Mama bardzo walczyła ze sobą, rozmawiając ze mną przez telefon. Z jednej strony bardzo chciała się wygadać, a z drugiej chciała, bym odpoczęła od domowych problemów. Patryk czasem śmiał się, że dzwonię do niej tak często, ale nie był o to zły. Rozumiał. Wiele razy patrząc na te nawet najspokojniejsze fale tak bardzo chcialam, by była obok mnie. Czułam się źle, gdy co jakiś czas nachodziła mnie myśl, że wolałam, by na chwilę zajęła miejsce Patryka, któremu czasem zbierało się na marudzenie. 

Przypomniało mi się nagle w środku nocy obudziła mnie, pytając: Chcesz zobaczyć gwiazdy nad morzem? Chodź! Miałam wtedy dziesięć lat. To był jeden z ostatnich wyjazdów z Rodzicami, przed powolną śmiercią Babci. Tata stał na schodach, trzymając na rękach mojego pięcioletniego Braciaka. A my we dwie, jak szalone, na boso biegałyśmy po lodowatym piasku tak długo, aż padłyśmy na plecy. Boże, jak pięknie. Nie wiem, kiedy miałam przed oczami cudowniejszy widok. Nie wiem, kiedy czułam się lepiej. 

W zeszłym tygodniu oglądałam z Patrykiem zachód słońca. Było cudnie. Było cudnie, gdy próbowaliśmy wepchnąć się do morza, wracając z centrum na naszą (prawie) dziką plażę. Było cudnie, gdy śmialiśmy się z byle czego. I było cudnie, gdy powiedział mi W końcu kochanie wrzuciłaś na luz... Oparłam głowę na jego ramieniu, gdy słońce było już prawie poza horyzontem.
- Chcesz zobaczyć gwiazdy? - zapytałam, choć widziałam, jak pociera ramiona. Miał za cienką bluzę. - To piękny widok.
- Gwiazdy, jak gwiazdy, kochanie... wszędzie świecą tak samo.
Znów zachciało mi się płakać.


W Kołobrzegu spędziłam sporą część swojego dzieciństwa. Siedząc na plaży wspominałam Mamę, która jeszcze nie odpalała papierosa od papierosa. Wspominałam Tatę, który miał jeszcze wszystkie włosy na głowie i trochę częściej się śmiał. Wspominałam Braciaka, z którym bawiliśmy się przy brzegu, nie spodziewając się jeszcze przykrości, jakie staną na naszych życiowych drogach.

Wspomnienia pożarły mnie żywcem. Jak wilki. Złe wilki.
Zapomniałam o tu i teraz.
Zapomniałam, że teraz jestem z Nim, że mamy być szczęśliwi, że to czas, w którym możemy się cieszyć z naszej czwartej rocznicy, że to pierwsze tak długie wakacje na które wyjechaliśmy zupełnie sami. 
Prawie ciągle chodziłam ze łzami w oczach.

I wiecie... nawet nie chciało mi się płakać przez to, co dzieje się teraz. Mieszkanie z chorym psychicznie Bratem Mamy pod jednym dachem powoli staje się koszmarem. I tu nie chodzi o porażenie mózgowe ciała, z którego Babcia jeszcze za życia go prawie całkowicie wyciągnęła. Może chodzić i sam funkcjonować. Ale niestety to, co siedzi w głowie to inna sprawa. To człowiek, który nieraz nad sobą nie panuje. Był już kilka razy w szpitalu psychiatrycznym. Nasza domowa lekarka powiedziała kiedyś Mamie: Oddaj go tam, gdzie będzie wśród swoich. Tak samo, jak poleciła Mamie oddać Babcię do hospicjum. Ale ja już wiem, po kim mam tak dobre serce. 

Tymczasem ostatnie wydarzenia stają się jakby przełomowe. Agresja w nim rośnie. Mama dzwoniła do mnie, gdy siedziałam wieczorem na balkonie. Patryk się kąpał. Ja płakałam, z przyzwyczajenia szukając w kieszeni od bluzy paczki fajek. Asieńko, ja się boję spać. Ja się boję, że on coś nam zrobi.

Myślałam, że będę miała moment załamania. Naprawdę myślałam, że po prawie dwóch miesiącach pójdę do najbliższego sklepu i zapłakana kupię papierosy. 


Tak bardzo chciałabym Jej pomóc. Chciałabym, by odpoczęła, zamiast mnie. Ciągle żyje w biegu, w stresie... I ciągle stara się, bym to ja była szczęśliwa, twierdząc, że ona już schodzi z tego świata. Tylko, że nie skończyła jeszcze nawet pięćdziesięciu lat. I tak bardzo chciałabym pomóc Braciakowi, który ostatnio nie może znaleźć sobie znów miejsca, z powodu kilku spraw. A gdy patrzę na Patryka, który zawiedziony zastanawia się, co się ze mną dzieje, serce pęka mi z nadmiaru miłości i żalu.

Ostatni raz pojechałam do Kołobrzegu - mojej wylęgarni wspomnień. Dobrych i szczęśliwych wspomnień. Wspomnień, które w pewnych sytuacjach stają się bardzo złymi wilkami.

Jesteś szczęśliwa? - zapytała mnie Szka, gdy dzwoniłam do niej w sobotni wieczór, po raz ostatni podczas tego pobytu czekając na morski zachód słońca.
- Jestem, Kochana, jestem. - odpowiedziałam, nie będąc do końca pewna, czy przypadkiem nie kłamię.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Tylko na chwilę zamykam oczy

Tak bardzo chciałabym Wam umieć opisać, te radosne uczucia, jakie towarzyszyły mi przez ostatnie kilkadziesiąt godzin, lecz po kolejnej próbie gapienia się w monitor i bezwiednie wiszących nad klawiaturą palcy postanowiłam, że chyba pozostawię to na inną okazję.

Za kilka godzin wyjadę, zapewne cholernie niewyspana, do mojej małej oazy nad nasz polski Bałtyk. Z Nim. I tylko z Nim. I niech ten wyjazd będzie lekarstwem. Lekarstwem na moje ostatnie wahania zdrowotne i lekarstwem na nasz związek. Bo tak bardzo różnie bywało ostatnio między nami, tyle było złości, niepotrzebnie wypowiedzianych słów, a później milczenia. Tak bardzo brakowało nam intymności i czasu tylko dla siebie. Gdzieś tam zaczęliśmy siebie gubić w tym codziennym pędzie, na pierwszym miejscu stawiając pracę, a dopiero później naszą miłość. A przecież w sobotę, dwunastego lipca stuknęły nam cztery lata. Czterdzieści osiem miesięcy naszego związku. Tak, tak, ja wciąż liczę, wszak jak bardzo "męskiego" mózgu bym nie miała, jestem tylko kobietą, czasem właśnie jedną z tych upierdliwych. 


Dlatego od jutra, wsłuchując się w szum fal, przez przymrużone powieki obserwując wschody i zachody słońca, wpatrując się w niezliczoną potęgę gwiazd będę szukała w tym wszystkim szczęścia. Szczęścia, które znów zainspiruje mnie do leczenia dusz, nie tylko tych zranionych, ale też tych (pozornie) całkiem szczęśliwych. Tymczasem żegnam się z Wami, Kochani moi. I choć zjawię się tu niebawem, bo już za tydzień i trochę, to ciężko będzie usiedzieć mi na czterech literach, niewiedząc, co dzieje się u Was. 

Ściskam Was mocno i obiecuję powrócić cała i zdrowa :) 

środa, 9 lipca 2014

Nie mogę odejść

Mama przyglądała mi się, kiedy siedziałam w kuchni i próbowałam dodzwonić się do mojej Rudej, by zapytać Jej się, czy mogę od niej pożyczyć nawigację na nasz poniedziałkowy wyjazd nad morze. Wszak na nią zawsze mogłam liczyć.
- Więc jednak jedziecie samochodem? - zapytała mama. - Dzieci, nie możecie jechać pociągiem? Przecież do Kołobrzegu macie bezpośredni.
- Ale autem jest przecież wygodniej - odpowiedziałam z uśmiechem, odkładając telefon. 
- A pociągiem jest bezpieczniej... Poza tym przy Czaplinku jest taka brzydka droga. Pamiętasz, jak byłaś mała i liczyłaś tam zakręty?
- Pamiętam. A Patryk jest dobrym kierowcą i jeździ powoli, Mamuś. - próbowałam Ją uspokoić, nie przestając się licytować. Moja Mama słynie z tego, że zawsze biedna na zapas się martwi, czasami aż za bardzo. Zresztą... wiem po kim mam tę moją wrażliwość. 
- Ale Asiu - nie poddawała się Mama - A po co wam ta nawigacja? Przecież to gada, przeszkadza... Weźcie sobie mapę, będzie wam łatwiej.
Oparłam założone ręce o stół. O tym, dlaczego mamy się tak martwią, przekonam się pewnie dopiero, gdy sama nią zostanę.
- Bo to jest ułatwienie, Mamuś. Za dużo się denerwujesz na zapas. My jesteśmy dorośli, poradzimy sobie. I tak nam dużo pomogłaś, że załatwiłaś nam ten nocleg. Poza tym, ja będę Patryka pilnować, by nie jechał szybko i to ja będę jego nawigacją. Wy z Tatą dojechaliście do Kołobrzegu w dwie i pół godziny, my możemy jechać dwa razy dłużej. Ale na pewno dotrzemy bezpiecznie na miejsce, zobaczysz. - próbowałam ją uspokoić.
- Ponoć podobnie brzmiały ostatnie słowa Izy, jakie wypowiedziała do cioci Ewy.
W tym momencie mnie zagięła tak, że nie mogłam powiedzieć nic.

Jako dzieciak jeździłam z Rodzicami do rodziny, do Czaplinka. Iza była moją kuzynką. Pamiętam ją jak przez mgłę. Czarnulka, w takiej króciutkiej fryzurze, zawsze uśmiechnięta. Nie pamiętam, czy nosiła okulary. Pamiętam tylko, że miała śliczny uśmiech, którego potwornie jej zazdrościłam, jako dziewczynka z aparatem na zębach. Właściwie jedyne wspomnienie, jakie z nią mam, to kiedy powiedziała mi "Rośniesz jak na drożdżach", gdy miałam jedenaście lat. Poznałam wtedy jej maleńką córeczkę, Marysię. 
Iza była starsza ode mnie o dekadę i dziś miałaby trzydzieści cztery lata. 
Zginęła w wypadku samochodowym.
Dokładnie dziesięć lat temu, mając dwadzieścia cztery lata - tyle, co ja teraz.
Izie łatwo w życiu nie było i długo nie mogła go sobie poukładać. Facet zostawił ją, gdy dowiedział się, że Iza jest w nieplanowanej ciąży. Jeden młodzieńczy wybryk sprawił, że na moment zawalił się jej świat. Myślała, podobnie jak wiele dziewcząt w podobnym położeniu, że jest w sytuacji bez wyjścia. Z depresji pomogła jej wyjść rodzina. Kilka miesięcy później urodziła śliczną Marysię, którą pamiętam, jako małą blondyneczkę. Maleństwo Iza wychowywała samotnie. Po jakichś trzech latach zakochała się ponownie. Pamiętam, jak ciocia mówiła: Izunia była taka szczęśliwa, tak promieniała... Chciała wyjechać z owym chłopakiem pod namiot, na parę dni. Zostawiła Marysię pod opieką cioci. On prowadził. Nie mieli żadnych szans, gdy na szosę wyskoczyła zwierzyna. Wylądowali w rowie. Iza zginęła na miejscu, jej chłopak kilka dni później, po ciężkiej walce o życie w szpitalu, a Marysia została czteroletnią sierotką.


- Mamuś, dlaczego przyszła ci Iza do głowy? - zapytałam, gdy w końcu mogłam z siebie wykrzusić z siebie słowo.
- Bo ja nie wiem, co ja bym bez ciebie zrobiła. 
Ścisnęło mnie w gardle.
- Zawsze mi pomagasz. - kontynuowała. - Jestem z ciebie taka dumna, nawet, gdy jestem na ciebie zła. Skończyłaś studia, jesteś mądrzejsza nawet od swoich głupich rodziców po zawodówce.
- Mamuś, przestań! - przerwałam, nie mogąc tego słuchać i czułam, ja w gardle stoi wielka gula.
- Nie przerywaj mi. 
Poddałam się i słuchałam dalej.
- Jesteś tak zaradna i inteligentna. Godzisz pracę z dojazdami i studiami dziennymi, nie mając nieraz się gdzie podziać w Poznaniu, bo twoje najlepsze koleżanki już nie studiują. Jestem z ciebie taka dumna, a jednocześnie tak bardzo jest mi cię żal. Tak bardzo chcesz być samodzielna i niezależna. I tak czuję, że cię powoli tracę. Chcemy wyremontować ci pokój, wiesz? I tak dziś sobie pomyślałam... po co, skoro za chwilę oboje z Młodym wyfruniecie z domu? I tak bardzo mi pomagasz z M.* Wstyd mi, że nieraz musisz znosić taki problem. 
- Przecież nie miałaś na to wpływu... - odważyłam się wtrącić po cichu.
- Nie miałam. Ale mając taki problem na głowie... gdybym nie miała ciebie, to ja też prędko bym zeszła z tego świata. Dlatego czasem boję się, że nagle cię stracę. Przepraszam za te głupie myśli...
- Nie przepraszaj, Mamuś...
- Ale wiem też, że jesteś uparta. Bo bez uporu nie zaszłabyś tak daleko. Jesteś tak uparta, że musiałaś nosić te cholerne glany, chociaż tak mi się w nich nie podobałaś. Jesteś tak uparta, że musialaś nosić czerwone włosy i czarne ciuchy i jeździć na te wszystkie koncerty. A ja się zawsze tak o ciebie bałam. I przez ten twój upór jestem pewna, że pojedziecie tym cholernym samochodem.
- Zgadłaś, jak zawsze...

Przytuliła mnie mocno, gdy jeszcze nie wiedziałam do końca, co mam powiedzieć. Zrobiło mi się wstyd, gdy przypomniałam sobie o moich myślach samobójczych, gdy byłam jeszcze nastolatką. Zrobiło mi się wstyd, gdy pomyślałam, jaką byłam potworną egoistką i jakim tchórzem, że nie mogłam udźwignąć takich błahostek. Przypomniało mi się, jak Mama zapytała mnie, dlaczego noszę opaski na rękach, gdy miałam szesnaście lat. Powiedziałam jej wtedy, że tak jest modnie, a w rzeczywistości skrywały one moją duszę, którą wórczas sama sobie raniłam. Dziś niejednokrotnie zmagam się z większymi problemami i daję sobie radę. Tak, to jest to, czego nauczyłam się od życia - dawać sobie radę.

- Mamuś, a wiesz, kiedy byśmy pojechali pociągiem?
- Gdyby przyśnił ci się Dziadek.  - odpowiedziała Mama. - Przecież on jest twoim Aniołem. Jeszcze nigdy nie zawiódł.

"Kto będzie cię ratował, kiedy odejdę?
I kto będzie nad tobą czuwał, kiedy odejdę?

I kiedy odejdę, kto przerwie twój upadek?
Kogo obwinisz?

Nie mogę odejść
I zostawić cię z tym wszystkim.
To więcej, niż mogę wziąć.
Kto zgładzi twój ból?
Zgładzi twój ból..."


*    *    *
M. to niepełnosprawny brat mojej mamy - chory na porażenie mózgowe i chory umysłowo. Mieszka z nami pod jednym dachem i choć jest nieszkodliwy, to potrafi rozrabiać, dlatego ciągle trzeba mieć stale oko na niego - człowieka po pięćdziesiątce. Zajmowała się nim moja babcia, dopóki  żyła. 

niedziela, 6 lipca 2014

"I'm still alive...", czyli o spełnionym marzeniu

W moich głośnikach rozbrzmiewa po cichu "Just Brathe" w wersji live, a ja jeszcze mam w oczach łzy szczęścia nie dowierzając, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Zdarte i lekko podziębione gardło jeszcze lekko mnie drapie, ale wspomnienia z kilku ostatnich dni sprawiają, że nie mogę przestać się uśmiechać. Jestem totalnie zaczarowana. Zaparzcie sobie herbatę - może być owocowa, jak moja - i usiądźcie wygodnie, bo mam dla Was naprawdę obszerną relację z jednych z najszczęśliwszych dni w moim życiu. 

Wszystko zaczęło się od kilku godzin spędzonych w środę w pociągu relacji Poznań Główny - Gdańsk Główny w towarzystwie cholernie głośno rozmawiających dziewcząt i pewnej starszej pani, której poniekąd współczułam towarzystwa, choć może niepotrzebnie, bo kobiecina wznosiła z nami toast za udaną zabawę na Open'erze wodą mineralną, cały czas się do nas uśmiechając. Wiecie co? Świetnie jest przebywać w towarzystwie uśmiechniętych ludzi. Uśmiechajcie się jak najczęściej, uśmiechajcie się do ludzi, których mijacie, wierzcie mi, możecie okazać się lekarstwem na lepszy dzień. 

Planowo dotarliśmy do Gdańska po osiemnastej od razu wyhaczając na dworcu nasze kochane Łosie, u których mieliśmy nocować. Wiedziałam, że już ten wieczór będzie magiczny. I był. Był wieczorny spacer po Gdańsku, whisky z colą przy zachodzącym słońcu, kąpiel chłopaków w lodowatej wodzie... Wiecie, jak fajnie było się tam upić? Boże, jak ja dawno się nie upiłam... Pamiętam tylko bieg mój i Karoliny w stronę morza, ból brzucha ze śmiechu, kiedy trzymając się za ręce przyjęłyśmy glebę tuż przed samym morzem, chłopaków krzyczących "Gonić dziewczyny!" i mokre jeansy Karoliny, kiedy podcięła ją fala i chłopcy wyciągali nas za szmaty z lodowatej wody... A my tak po prostu nie mogłyśmy przestać się śmiać chlapiąc wodą i krzycząc do zdziwionych ludzi: "To już jutro! Jutro zaśpiewamy z Eddie'm! Jutro jedziemy na Pearl Jaaaaaam!" A później? Później pamiętam tylko powrót tramwajem na gapę i jak nie mogąc przestać się śmiać robiłam sobie jaja z chłopaków, strasząc ich powtarzanym w kółko "chyba będę rzygać", gdy zajęta była łazienka. Ich panika była bezcenna, mnie ze śmiechu bolał brzuch, a na drugi dzień wcale nie miałam kaca :) 

Już na miejscu, w oczekiwaniu na Pearl Jam. Koncert MGMT. 
Tak, ten kawałek czegoś rudego po lewej, przy barierce to ja. :)

Na Open'erze byłam po raz pierwszy, ale od strony organizacyjnej zaskoczył mnie mega pozytywnie. Ze strony organizatorów czuć było troskę o uczestników festiwalu. Gdy sprawdzono nam bilety, dostaliśmy opaski na nadgarstek, mapy festiwalu i Trójmiasta i małą butelkę wody (którą nota bene i tak musieliśmy zwrócić wchodząc na teren przy scenie głównej). Darmowe autobusy co pół minuty zawożące ludzi na lotnisko Gdynia-Kossakowo spod dworca głównego to był rewelacyjny pomysł. Podobnie było w drodze powrotnej. Nie zauważyłam, by ktoś się przepychał, organizatorzy zadbali o to w każdym calu. 

Pod sceną wylądowaliśmy po siedemnastej, a od ukochanego Pearl Jamu dzieliło nas jeszcze pięć godzin oczekiwania. Siedząc pod barierką zastanawiałam się, cóż zrobić z moją torbą - wszak ktoś musiał poświęcić się, by zabrać bluzy. Ochroniarz pozwolił położyć mi ją za barierką, mówiąc, że po wszystkim mi ją odda.

O dziewiętnastej rozpoczął się koncert MGMT. Byłam pewna, że nie znam kapeli, ale pomyliłam się. Całkiem przyjemne dla ucha riffy, indiańskie tańce z tamburynami wśród publiczności, zachodzące słońce w tle i coraz szybciej bijące serce z radości. Rozglądając się po ziewających ludziach od razu było widać, kto przyjechał po prostu koczować na koncert PJ. Ostatni kawałek "Kids" porwał jednak większość, a zza pleców dało się usłyszeć "Cholera, to ich kawałek? Ja to znam!"


A później... później została już tylko godzinka czekania. Mimo upływu czasu nie czuliśmy zmęczenia. Przyglądając się, jak ekipa techniczna Pearl Jamu wnosi na scenę instrumenty, próbowaliśmy odgadnąć, co zagrają. Widziałam, jak montują wielkie lampy i zasłonę z grafiką z okładki najnowszej płyty Lighting Bolt. I wtedy jeden z technicznych powiedział ochroniarzowi, że musimy wziąć nasze torby zza barierek, ani że nie może być tam żadnych dziennikarzy. Później na własnej skórze przekonaliśmy się, dlaczego tak musiało się stać... Ale o tym za chwilę.

Pięć minut do koncertu. Podniecenie rosło, tłum ludzi też. Czułam już, że jestem wgnieciona w barierkę, ale dopóki mogłam oddychać i czułam Patryka za sobą, wiedziałam, że nic mi nie grozi. Scena przyciemniona, muzyka ucichła, serce biło coraz szybciej, a ludzie zaczęli skandować "Pearl Jam! Pearl Jam! Pearl Jam!" I po chwili... są! Wchodzą!

Pearl Jam - wejście na scenę :) 


I już rozbrzmiewało "Go". Tłum oszalał, a ja trochę spanikowałam, czując, jak niesie mnie fala, a jakąś dziewczynę ochroniarze już po pierwszych riffach ściągali nieprzytomną zza barierek. Zdzierając gardło spoglądałam co chwilę za siebie, czy jesteśmy wszyscy razem. I po chwili zrozumiałam, co techniczny miał na myśli, każąc nam zabrać torby i plecaki. Ochroniarze mieli ręce pełne roboty. Co chwilę wyciągali kogoś zza barierek, dlatego musieli mieć tam łatwy dostęp. Widok noszy i dziewcząt wynoszonych przez ramię mnie przerażał, więc trzymając się mocno barierki starałam się patrzeć tylko i wyłącznie na scenę. 

Trudno ubrać mi w słowa, jak świetny kontakt muzycy mieli z publiką. Eddie co chwilę przemawiał, cały czas się uśmiechał, lecz najbardziej w pamięć zapadł mi moment, gdy próbował mówić po polsku. Był dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam. Niesamowicie sympatyczny człowiek, od którego biło tak wiele ciepła, pozytywnej energii... i troski, gdy widząc, co wyprawia się przy barierkach powtarzał: "be careful!"

O, a tutaj właśnie Eddie próbuje mówić po polsku :)
Tak, "to jest piękna noc!" :)

Zdzierałam gardło śpiewając ukochane utwory. Usłyszałam na żywo "Corduroy", "Mind Your Manners" i "Getaway". Kark bolał mnie od trzepania rudą czupryną. Gdy zaczęli grać "Got Some", Karola powiedziała mi coś, co wydawało się być totalnym szaleństwem. 
- Musimy stąd jakoś wyjść! Niech ochroniarze nas wyciągną za barierkę, to pobiegniemy pod scenę! Przez chwilę będziemy jeszcze bliżej Eddiego, pomachamy mu, a wtedy... wtedy niech się dzieje co chce!
I chłopcy uznali to zadobry pomysł, twierdząc, że choć nie wyglądamy, jakbyśmy miały zasłabnąć, to jednak cały czas się o nas boją, bo w tym szalejącym tłumie w którym dziewczęta powoli się wykruszały, byłyśmy naprawdę drobniutkie. Poza tym to, co się tam wyprawiało, przestało być normalne. Wszystko było zrozumiałe, włącznie z totalnym szaleństwem, ale jednego, czego nie mogłam pojąć, to chamstwo. Kiedy poczułam rwący ból w okolicach żeber i wgnieciona w barierkę zaczęłam krzyczeć i rozpychać się łokciami w panice, że zaraz coś mi się tam stanie, Patryk krzyknął, że nie mamy już wyboru i że musimy spieprzać, nim dojdzie do tragedii. 


I stało się. Karola odwiązała nasze torby, pomachałyśmy do ochroniarzy. Pierwsza przefrunęła Karolina, później na, a później chłopcy. Wypuszczali nas pokolei. 
To był moment.
- Złap mnie za szyję, mocno! - usłyszałam od ochroniarza. 
I fruuuu, po chwili byłam już za barierką, a na wprost siedział Eddie. Ochroniarz kazał mi biec w kierunku sceny. Boże, serio?! - pomyślałam szczęśliwa i ruszyłam, podskakując i machając do Eddiego. Stojąc pod schodami na przód sceny rozglądałam się w lekkiej panice za Karoliną i nim rzuciło się na mnie kilku ochroniarzy, zobaczyłam, jak skręca w prawą stronę wciąż machając do Eddiego i wysyłając mu buziaki. Pobiegłam za nią, a ochroniarze przekazywali mnie sobie, jak piłkę na meczu i każdy pytał mnie, czy wszystko dobrze. Po chwili byłyśmy już obie w bezpiecznej strefie. Pozostało czekać na chłopaków. M. do nas dobiegł po paru sekundach. Ale nie było Patryka. Minęła dłuższa chwila i... nadal go nie widziałam.
Zaczęłam panikować. 
- Gdzie on jest do cholery?! - wykrzyczałam do Karoli, mając przed oczami najgorsze scenariusze. 
Chciałam się cofnąć, wrocić tam, ale ochroniarze nie pozwolili mi już wejść pod scenę. I wtedy zagrali "Nothingman'a". Moją ukochaną piosenkę. Naszą piosenkę. Piosenkę, która grają tak rzadko na koncertach, piosenkę, o którą się modliłam, by usłyszeć na żywo i przy której tak bardzo chcieliśmy się do siebie przytulić. Rozpłakałam się. Nie wiedzialam, co robić, gdzie iść, gdzie go szukać, myślałam o tym, czy on na pewno zdążył stamtad wyjść...
Po kilku chwilach odchodzenia od zmysłów dostałam od niego sms'a, że ochroniarze pokierowali go na lewą stronę i przez to nas rozdzielili. Był za reżyserką.
I wtedy trzymając za ręce Karolę i M. zaczęliśmy się przebijać przez tłum. Po kilku minutach znalazłam go i zapłakana rzuciłam mu się w ramiona. 
- Teraz już nigdy cię nie wypuszczę! - mówił mi przytulając mnie mocno.
- Ale... Nothingman - powiedziałam umazana jak małe dziecko.
- Nothingman? To był właśnie znak, jak bardzo się kochany Skarbie...
Założył mi bluzę, przytulił mnie, pozwolił się wypłakać i uspokoić, a resztę koncertu oglądaliśmy już z bezpiecznej odległości. 


Jeszcze zapłakana uslyszałam ukochane "Sirens" z najnowszej płyty i pomyślałam o mojej arafatce, którą zapomniałam zabrać, a która była moją ukochaną arafatką, jeszcze z czasów liceum. 
- Pomyśl, że zginęła w słuszym celu! - powiedział mi Patryk, próbując mnie pocieszyć. - A ja kupię ci nową, taką samą, nie martw się.
Gdy trochę opadły ze mnie emocje, zaczęłam znów podskakiwać i śpiewać głośno, szczególnie, gdy pojawiały się utwory z mojego ukochanego krążka "Ten". Nie sądziłam, że zaśpiewają "Jeremy'ego", jeden z moich ulubionych utworów. Po "Rearviewmirror" zespół zszedł ze sceny, ale doskonale wiedziałam, że wrócą. No, panowie, ja czekam jeszcze na "Alive", "Porch" i "Better Man'a"!

Długo czekać nie musiałam. Po chwili Eddie wrócił z resztą zespołu i swoją butelką wina, rozpoczynając bis od "Elderly woman" - kolejnego utworu, który ubóstwiam. A później usłyszałam mojego "Better Mana", na którym znów się popłakałam, tym razem ze szczęścia. Ciarki miałam na całym ciele. Och Eddie, jak ty potrafisz wzruszać...

"Better Man"

Nie zabrakło też "Alive" i "Porch". A na zakończenie zagrali cover grupy The Who "Baba O'Riley", który w ich wykonaniu zabrzmiał po prostu przezajebiście, a gościnnie wystąpił na nim wokalista wspomnianego wcześniej MGMT. 

Gdy zgasły światła, nie dowierzałam jeszcze, że to już koniec, ale jednocześnie czułam szczęście tak ogromne, że nie potrafię tego ubrać w żadne słowa. Przeżyłam to, widziałam i słyszałam na żywo. Dzwoniło mi w uszach, a ja wiedziałam, że nie odpuszczę kolejnego koncertu. Nie zamieniłabym tych paru chwil na nic innego. 

- Ej a wiecie... - zaczęła Karola - bo jak ja machałam do Eddiego, to on mi odmachał. I rzucił mi kostkę! Ale przez tych cholernych ochroniarzy... nie mogłam się po nią schylić!

Gdy wracaliśmy do Gdańska, każdy z nas był zaczarowany. Bo to była magia. Niesamowita magia, chociaż mam nadzieję, że kolejnym razem posłucham ich na zwykłym koncercie, a nie na festiwalu. 

*   *   *

A nad morzem zostaliśmy o jedną dobę więcej, niż planowaliśmy. Cały kolejny dzień spędziliśmy na plaży. Znów śmiałam się, patrząc na moich wariatów, jak próbują wbiec do lodowatej wody. Poszliśmy na rybę, a później znów oglądaliśmy zachód słońca, słuchając Pearl Jamu z telefonu i popijając drinki z whisky z colą - choć tym razem się nie upiliśmy :) 

- Wiesz, co sobie pomyślałem? - powiedział mi Patryk, gdy na dworcu czekaliśmy na pociąg do Poznania. - To były tylko trzy dni, ale tego nie da się opisać. Chyba długo będziemy musieli czekać, by znów przeżyć tak zajebiste chwile.

Miał rację. Za tydzień jedziemy we dwoje do Kołobrzegu, ale już teraz wiem, że po tych chwilach będzie nam tam czegoś brakowało, choć pewnie i tak zrobimy wszystko, by ten czas spędzić jak najlepiej :)