czwartek, 28 sierpnia 2014

Dziś chciałabym, żeby mnie ktoś przytulił

Chciałam Wam powiedzieć, że jesień wcale nie jest taka zła. Że wcale nie musi odbierać nadziei, nie musi budzić demonów schowanych w najciemniejszych zakamarkach duszy, nie musi przypominać o istnieniu lęku. Chciałam Wam przypomnieć, jakie cudne bywają czasem jesienne wieczory, pełne kolorowych liści i zapachu owocowej herbaty. Chciałam, byście nie czuli lęku...

Ale ten lęk poczułam także ja. Nagły, zimny wiatr, który pojawił się za oknem, deszczowe poranki i chłodne wieczory odbiły się także na mnie. Za szybko to wszystko się dzieje, za szybko.

Dziś chciałabym, żeby mnie ktoś przytulił.

Zaparzyłam sobie czarnego earl greya, żeby pomógł mi rozjaśnić myśli. Tak trudno mi ostatnio złożyć słowa w porządne zdania. Nie zaglądałam tu, bo gdy tylko wracałam z terenu, zmywałam makijaż, brałam prysznic i resztę dnia spędzałam w ciemnym pokoju, pod kocem, oglądając kolejne odcinki serialu. Czasem zapominałam nawet o odsłonięciu rolet, a w moim pokoju znów zapanował bałagan pomieszany z mrokiem. Dziwnym trafem nie przeszkadzało mi to. 

Czuję na siebie złość. Za dużo złości.

Pierwszego dnia czerwca rzuciłam palenie. Wytrzymałam sesję, najbardziej stresujące egzaminy i wyzwania. Wyzbyłam się przeklętych, śmierdzących dymem przyzwyczajeń. Na Woodstocku pewna dziewczyna poczęstowała mnie papierosem. Nie odmówiłam. Dopaliłam go do połowy i doszłam do wniosku, że moje płuca są już zbyt odzwyczajone, Że więcej spalić nie dam rady. Nie smakował mi. Był paskudny.
- Wiesz... Dziś mijają dwa miesiące, odkąd rzuciłam palenie. - powiedziałam jej, gapiąc się, jak ta trucizna sama się żarzy, bez pomocy moich płuc.
- A więc to było słabe, moja droga - odparła dziewczyna, wyrwała mi z ręki papierosa i wyrzuciła.
Woodstockowy wybryk wydawał się bardzo niewinny, ale obwiniałam się o niego. I obwiniam do tej pory, bo chociaż nie palę już na co dzień i nie kupuję papierosów, nie umiem odmówić ich "do piwa". Sięgam po nie też w stresowych sytuacjach. W mojej torebce jest paczka, którą zabrałam z lady, kiedy zastąpiłam Mamę na sklepie. Choć żadnego nie dopaliłam do końca, czuję się beznadziejnie. Jestem do niczego - powtarzam sobie leżąc w ciemnym pokoju pod kocem. Użalam się nad sobą, przez co czuję się jeszcze gorzej i koło się zamyka. Czemu we mnie tyle słabości? Skąd?

Jeszcze na studiach inżynierskich pożyczyłam mojej Rudej tubę, żeby schowała sobie do niej projekty, które miała zanieść do prowadzącego na konsultacje. Po co bidulka miała targać je w rękach... Jeszcze coś by im się stało i cała jej praca poszłaby na marne. 
- Oddasz mi ją po weekendzie, a ja będę miała jedną rzecz mniej do pilnowania w pociągu - powiedziałam jej z uśmiechem.
Tego samego dnia, wieczorem, zadzwoniła do mnie zapłakana.
- Asik, Asik, ja tak cię przepraszam... Jestem beznadziejna, przepraszam!
- Ale co się stało? Agata uspokój się...
- Zgubiłam twoją tubę... Jezu, nie wiem, jak to się stało, chyba zostawiłam ją w autobusie, sprawdziliśmy z Marcinem wszystkie 50-tki i nie ma jej. Dopiero na Górczynie zauważyłam... Przepraszam...
I chlipała biedna, a ja się roześmiałam.
- Głupku, tuba to rzecz do nabycia! Nie miałam w niej nic cennego, tylko ksero moich starych projektów. Nie przej-muj-się!
- O matko! Naprawdę? - znów długo pociągnęła nosem - Ale ja ci odkupię, naprawdę...
- Na spokojnie, serio. Na razie jej do niczego nie potrzebuję. Nie martw się! Powiedz lepiej, jak projekty? Zaliczone chociaż?
- Zaliczone. Zaliczone na czwórki.
Uśmiechnęłam się, powiedziałam jej jeszcze kilka ciepłych słów, żeby się nie przejmowała i rozłączyłam się. Następnego dnia okazało się, że ktoś uczciwy oddał tubę do MPK. Tuba wróciła do mnie cała i zdrowa razem ze skserowanymi projektami.
Czemu ci ludzie się tak przejmują, jak coś zgubią? Przecież wszystko można zrozumieć. - myślałam sobie.

W poprzednim poście pisałam Wam, że od kilku dni intensywnie zabrałam się za pomiary do mojej magisterki. Choć w ostatnich dniach humor mi raczej już nie dopisywał, to jednak kiedy wchodziłam między powyginane od wiatru i wilgoci rzeki olchy, czułam spokój. Czułam się dobrze, słysząc ich szum. Wiedziałam, że one mnie o nic nie obwinią, nie powiedzą nic złego, co najwyżej zanucą coś uspokajającego. 
W pomiarach pomaga mi Braciak, któremu przy okazji staram się pomóc, wyciągając go z domu - ale o tym innym razem. Notuje wszystko, co mu powiem, a sam od czasu do czasu otwiera się opowiadając o swoich problemach. Wczoraj po śniadaniu, gdy Braciak dopijał kawę, ja otworzyłam plecak, by sprawdzić, czy mamy wszystko, co potrzebne.
- Notes mamy, sprzęt jest, długopisy są... miara... Młody, gdzie jest miara?!
Spanikowałam. To miara taty Patryka, nie mogłam jej ot tak zgubić... I jak, i kiedy? Przecież pilnowałam jak oka w głowie! 
Pobiegłam do pokoju. Do mojego pokoju, w którym znów panuje bałagan. Wszystko fruwało w powietrzu. Nie ma jej, nie ma, matko, co teraz? Rozpłakałam się.
- A pamiętasz, jak wczoraj się pokłóciliśmy? - Braciak wszedł do pokoju.
Taa... dzień wcześniej przyklejałam numerki na młode jesiony, żeby je sobie oznaczyć i wtedy się pożarliśmy. Nawet nie wiem już o co, bo nie jestem pamiętliwa. Najwyraźniej o jakąś durnotę. Ale pamiętam, że byłam wściekła i rzucałam mięsem na prawo i lewo...
- Może wtedy ją zostawiłaś? Tam przy alejce? Bo my zaraz potem szliśmy do domu... - dodał Braciak.
No tak. Może w tej złości nie spakowałam jej, ale... nie, nie, nie... nadal nie wiem, jak to się stało. Chociaż rzeczywiście nie pamiętałam, żebym pakowała ją do plecaka. Pobiegliśmy do parku.
Rozdzieliliśmy się. Szukaliśmy we wszystkich miejscach, w których mierzyliśmy dzień wcześniej. I jej nie znaleźliśmy.
Znów się rozryczałam. Teraz to sobie o mnie dopiero teść pomyśli...
Nie zrobiliśmy tego dnia już wiele. Znów nie mogłam zebrać myśli i Braciak postanowił odprowadzić mnie do domu. 
- Odkupimy mu, nie martw się, zrozumie, przecież cię lubi. Poza tym takie rzeczy się zdarzają - powtarzał.
Po powrocie do domu postanowiłam zadzwonić do Patryka. Przyjął do wiadomości, nawet nie był zły. Jednak po chwili dodał:
- Asia... przed chwilą zgubiłaś podkład geodezyjny, teraz miarę ojca, co się z tobą dzieje do cholery? - powiedział, a ja, choć słyszałam, że się śmieje, miałam już łzy w oczach i wielką gulę w gardle. - Rozkojarzona jesteś jakaś ostatnio, może ty coś na pamięć weź, co? 

Przez resztę rozmowy z nim nie mogłam wydusić słowa. Sama nie wiem, co się ostatnio ze mną dzieje. Przedokresowa świnia, to na pewno. Płacz na wierzchu i wieczna złość. W dodatku tyle tęsknot się we mnie ostatnio budzi. Tyle lęków. Tyle demonów złych. Jesień? Czy to oby na pewno tylko jesień?

Znów zawijam się w koc, za oknem robi się ciemno, a ja jeszcze chwilkę chcę pozostać sama. Zawsze to ja przytulam wszystkich, ocieram łzy... Zawsze to ja muszę być silna. Dziś chciałabym, aby przytulono mnie. Nie potrzebuję nic więcej, nie potrzebuję ochrzanu, może tylko o te pieprzone fajki. 

Chciałabym tylko, żeby ktoś mnie dziś przytulił. 
Tak po prostu, do serca. 
Nie mówiąc nic, swoim ciepłem sprawił, że znów nabrałabym sił.
Bo przecież ja też jestem tylko człowiekiem.


"Wierzba dziś płacze,
Wietrzyk z dali wzywa twoje imię.
Rozpościeraj swe czarne skrzydła 
i czekaj na niego.
Przez horyzont przybywa,
By cię zmieść,
Przybywa, by cię zmieść..."

czwartek, 21 sierpnia 2014

Magisterko - czas start!

- O czym piszesz pracę? - zapytał mnie Krzyś podczas naszej ostatniej rozmowy. 
- Jak to o czym, o drzewach!
- Dziwna jesteś Asiu... - wyczułam nutkę niedowierzania w jego słowie pisanym. Choć był po drugiej stronie monitora, dobrze wiedziałam, że uśmiecha się pod nosem. Nie mógł uwierzyć, że znów wzięłam sobie to na głowę. 

Pamiętam, jak w styczniu, na tydzień przed oddaniem pracy inżynierskiej dzwoniłam do niego zaryczana, mówiąc że pilnie muszę wydrukować moje wypociny dla promotorki, bo musimy poprawić ostatnie błędy, a na monitorze, jak wiadomo, trudno wyłapać wszystkie chochliki. No i rzecz jasna i mi i Patrykowi padła drukarka w najbardziej potrzebnym momencie.
- Ile stron? - zapytał, jak zawsze nie potrafiąc odmówić mi pomocy.
- Yyy... no sto sześćdziesiąt osiem.

Siedzieliśmy u niego w mroźne, ciemne już popołudnie. Patryk zabawiał się gitarą, a ja nerwowo obracałam w dłoniach kubek z dostygającą herbatą zerkając od czasu do czasu, czy drukarka się oby nie zacina. 
- Dobrze, że przywiozłaś papier, bo tyle bym nie miał - śmiał się Krzyś.
- I czteropak! - dorzuciłam z uśmiechem.
Wiem, że jest najlepszym kumplem na świecie.
- Za to co zrobiłaś, powinni dać ci doktorat, a nie jakiegoś tam inżyniera!

Moja promotorka uważała nieco inaczej. Moim zadaniem była inwentaryzacja drzew na dwóch osiedlach w Poznaniu. Każdy z jej inżynierantów dostawał określony rodzaj. Jedni mieli pomierzyć dęby, inni kasztanowce, a mi przypadły lipy. Na początku mojej przygody z lipami, w sierpniu zeszłego roku byłam dość optymistycznie nastawiona do czasu, aż nie wybrałam się na poznańskie Rataje i nie zaczęłam ich liczyć. Gdy doliczyłam do sześciuset okazów, pojechałam do promotorki prawie z płaczem, że może jednak zrobimy jedno osiedle, że może o połowę mniej, że ja przecież nie dam rady
- Asia! - pamiętam podniesiony ton pani profesor, gdy przerwała moje biadolenie. - Co to jest sześćset drzew?!  - dodała z ironią w głosie, po czym pokazała mi pracę magisterską dziewczyny, która inwetaryzowała ponad dwa tysiące drzew gdzieś pod Poznaniem. - Ty? Ty nie dasz rady?
Nie wiedzieć czemu, złość, jaką wtedy we mnie wzbudziła, cholernie mnie zmotywowała do działania. Tak, jasne, że dam sobie radę!

Na czym polegała moja praca? Do każdej lipy na terenie wyznaczonych osiedli musiałam podejść, rozpoznać jej gatunek, bądź odmianę, zmierzyć obwód na wysokości 130 cm, wysokość drzewa, wysokość osadzenia korony, odległość od krawężników, chodników i każdego kolejnego mierzonego drzewa, spisać współrzędne geograficzne z GPS-u i każdą lipę ładnie opisać, dla przykładu: czy ma szczeliny mrozowe, niebezpieczne rozgałęzienia, obnażone korzenie, czy uschnięte konary. I tak razy dokładnie sześćset siedemdziesiąt dziewięć.

I wierzcie mi - byłam wykończona. Ale bardziej nerwowo, niż fizycznie. I chyba bardziej na własne życzenie. A pewnego dnia, chodząc od drzewa do drzewa, dotykając kory, sprawdzając, czy mają zdrowe liście, poczułam, że naprawdę to polubiłam.

Z obrony wyszłam uryczana ze szczęścia, jak małe dziecko. I nie było mi wstyd moich łez. Wszak mało kto mógł powiedzieć, że napisał pracę inżynierską na sto sześćdziesiąt stron z dwoma potężnymi podkładami graficznymi i z badaniem prawie siedmiuset drzew. Tak, byłam i jestem cholernie z siebie dumna. Tak dumna chyba pierwszy raz w życiu.

I po tym wszystkim, po tym płaczu, nerwach, zmęczeniu... powiedziałam mojej promotorce, gdy zadzwoniła do mnie przed rozpoczęciem studiów magisterskich: 
-Tak, chcę pisać u pani pracę!
Pozwoliła mi wybrać sobie teren w moich rodzinnych Wronkach, żebym miała bliżej. Tym razem zadanie mam trudniejsze. Muszę zinwentaryzować wszystkie drzewa, krzewy i pnącza w podobny sposób, jak w pracy inżynierskiej. Od razu wiedziałam, jaki teren sobie wybiorę. 

Nasze wronieckie tzw. "Olszynki", teren rekreacji i sportu ograniczony z jednej strony lasem, z drugiej rzeką, a z trzeciej drogą wojewódzką. Drzewa i krzewy zasadzone ręką człowieka, ale i sporo tych dzikich, zwanych "samosiewami". To one nadają temu miejscu szczególny urok.

I tak, odkąd posiadam sprzęt od ponad tygodnia "walczę" z moimi drzewkami i krzaczkami, powoli się do nich przyzwyczajając. Na razie naliczyłam i zmierzyłam około czterystu sztuk, a nie jestem pewna, czy to już połowa. Niektóre miejsca są tak zarośnięte, że nie da się w nie wejść. A mnie aż rwie do pracy. W głowie pojawiają się pomysły na rozdziały, zrywam sobie pędy roślin, których nie znam tylko po to, by po powrocie do domu wertować książkę Senety w poszukiwaniu odpowiedniego gatunku. Wymyśliłam sobie nawet pomysł na projekt i od razu musiałam nim się podzielić z promotorką, dzwoniąc do niej popołudniu - przyznała, że pomysł świetny i że możemy się za to zabrać. 

Słysząc mój entuzjazm, nawet nie powiedziała "...o ile dasz radę." Bo dam. Muszę i chcę. 


Na studiach każdy w pewnym momencie odnajduje jakąś swoją smykałkę. Odnajduje coś, co go interesuje szczególnie. Ja, studiując architekturę krajobrazu, zakochałam się w drzewach. Po prostu lubię być wśród nich, słyszeć ich szum, zachwycać się ich potęgą, zastanawiać się, ile razy są starsze ode mnie i ile pokoleń przeżyły. Za każdym razem będąc samotnie wśród nich wyobrażam sobie, że mieszkają w nich dobre duchy i czuję, że powietrze wokół nich jest zdrowsze, a moja dusza spokojniejsza. 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Przełom

Ktoś mi ostatnio powiedział, że związek trwa cztery lata i albo się rozpada, albo przypieczętowuje się go zaręczynami, ślubem, wspólnym mieszkaniem, lub ciążą. Nasz czteroletni związek jest jak sierpniowe niebo ostatnimi czasy. Rozgrzane słońcem tylko po to, by za chwilę zmienić się w granatowo-burzowe, chłodne i zalane deszczowymi łzami.

Do końca roku zostały jeszcze co prawda ponad cztery miesiące, ale pamiętam, jak powiedział mi w sylwestra, że ten rok będzie dla naszego związku przełomowy. Cały czas byłam przekonana, że pewnego dnia mi się oświadczy i liczyłam na to chyba aż za bardzo. Dziś sobie pomyślałam, że być może dany został nam zupełnie inny przełom. Że być może uratowaliśmy siebie.

Po ostatnich burzach z gradobiciem spędziliśmy kilka wspólnych dni i nocy. I były to zupełnie inne wspólne dnie i noce, niż kiedyś. Byliśmy sobie wsparciem. Bardzo pomagał mi w tym, co wzięłam sobie na głowę wysyłając Rodziców na wakacje, na które w pełni sobie zasłużyli. Rozśmieszał mnie, gdy byłam smutna, a jego żarty dawno mnie tak nie bawiły. Oboje się do siebie znów uśmiechaliśmy. Przytulał, gdy się bałam. Pozwalał mi na słabość, a potem tłumaczył, że mam w sobie za dużo siły, żeby być słabą. Przykrywał kołdrą i przytulał, gdy marzłam w nocy. I tak fajnie było kombinować we dwoje w kuchni. Lubiłam patrzeć, jak zajada się ze smakiem tym, co upichciliśmy wspólnie, chociaż najmarniejszy kucharz świata ze mnie. I powiedział, że może znów zapuści dla mnie włosy. Uwielbiałam go w długich włosach. Gdy układał na strunach moje odzwyczajone od gry palce, powiedział, że zamówił dla mnie nowe struny, stroik i kostki do gitary. Będziemy znów grać. Razem

Po ponad czterech latach, zamiast się rozstać, lub zaręczać powoli przypominamy sobie, jak to jest być tą najfajniejszą parą. A ja wrzuciłam na luz. Może po prostu potrzebny jest nam czas, by sobie wszystko poukładać. Bym nigdy więcej nie musiała mówić mu To koniec. Jutro możesz przyjść po swoje rzeczy. 


Baby, Baby, I don't wanna leave you,
I'm ain't jokin' woman, I'm got to ramble.
Oh, yeah, baby, baby I believin'
We really got to ramble.

środa, 6 sierpnia 2014

Najpiękniejszy festiwal świata

Jest na świecie takie miejsce, gdzie podchodzisz do człowieka, mówisz mu: Cześć, siema, przybij piątkę! ... a on? On, cholera, nic do ciebie nie ma. Przybija ci tę piątkę, śmieje się do ciebie, życzy ci miłego dnia i mówi, że ma nadzieję, że jeszcze cię spotka. Jest na świecie takie miejsce, gdzie nagle ktoś znienacka zaczepi Cię w upalny dzień, mówiąc: You look awesome!, po czym przytuli cię serdecznie. Jest na świecie takie miejsce, gdzie raz do roku spotykają się ludzie nastawieni pokojowo do świata, posiadający to, czego brakuje w tej szarej codzienności: dystans. Dystans do świata, ludzi i do siebie samego. Bez złosci, agresji, czy chamstwa. I ja byłam w tym miejscu pierwszy raz.


Tylko ci, co odwiedzili kiedykolwiek Przystanek Woodstock zrozumieją, jak cudownie jest spotykać ludzi i być dla nich serdecznym. I jak pięknie jest tę serdeczność otrzymywać wzamian wraz z gorącym uśmiechem. Ktoś, kto tam nie był, nie zrozumie, jak to jest przytulać ludzi innej rasy, słysząc Thank you i widząc czasem łzy w ich oczach. Jakże nam brakuje tego słowa w codzienności, prawda? Jak pięknie jest tańczyć z Hindusami w wiosce Kryszny i rysować sobie markerem na ramionach serca i pacyfki. Ktoś, kto nie odwiedził Przystanku Woodstock nie poczuje, jak to jest być niesionym podczas koncertu przez tłum pod samą scenę, gapiąc się w niebo, gdy w tle leci ukochana muzyka wprost ze skrzypiec Jelonka, a ty zastanawiasz się, czy po policzkach spływają ci łzy, czy krople deszczu, który nagle okazał się jak zbawienie w upalny dzień. Lądujesz na ziemi, upadek amortyzują ręce ludzi, którzy momentalnie wznoszą cię do góry i pytają, czy nic ci się nie stało. Ludzie, jak to możliwe, że tyle troski jest w was? Przecież nawet mnie nie znacie, Jezu... - myślę sobie po cichu, po czym dopowiadam: "Jasne, jestem cała!" i wykonuję piękny, niski ukłon, po którym zgromadzone wokół mnie kółeczko zaczyna bić mi brawo i każdy pokolei przytula mnie do piersi skandując "ruuudy warkoczyk!". Magia. A może wcale nie magia? Może po prostu to, co każdy z nas ma w sobie - dobre serce, które tam okazuje się trochę silniej.


A Rodzice? Moi Kochani Rodzice zostali fanami Woodstocku. 
- Pokaż mi filmiki, pokaż mi zdjęcia! Ja tam od początku wiedziałam, że to wcale nie jest takie złe miejsce! - powtarza moja Mama, a ja śmieję się pod nosem, bo jeszcze przed chwilą patrzyła na mnie spod byka, gdy pakowałam plecak. Dobro czyni cuda, tak samo, jak wybaczenie, o którym wspomniałam w poprzednim poście. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i wszyscy mamy prawo się mylić.

Tylko tak trudno wrócić teraz do szarej codzienności. Do codzienności, w której obcy człowiek widząc twój uśmiech mierzy cię wzrokiem, w której nikt bezinteresownie cię nie przytuli znienacka, w której brakuje wolności i jakiejś takiej wszechobecnej miłości. Trudno mi się po tym wszystkim otrząsnąć i żyć w tym szarym, ponurym świecie. Trzeba po prostu odnaleźć w sercu siłę zawartą w tych wszystkich cudownych wspomnieniach i potraktować każdy dzień jako misję polegającą na kolorowaniu świata dobrem. Wszak ktoś musi wykonywać tę "brudną" robotę. Ja biorę to na siebie.

Na Woodstock jedzie się tylko raz.
Potem się już tylko na niego wraca.