poniedziałek, 28 marca 2016

"Słońce uśmie­chem od­bi­jało się w wodzie. A marze­nia krążyły w po­wiet­rzu. Bo wios­na była wśród nich."

Błękitne niebo dodaje uroku nawet ponurym, szarym murom za moim oknem. Budzące się do życia owady próbują jakby jeszcze trochę nieudolnie rozprostować skrzydła. Późniejsze, niż ostatnio zachody słońca uderzają promieniami prosto w oczy.

Moje oczy, które znów były mocno zmęczone.

Ale uśmiechały się. Uśmiechały się, dekorując je zmarszczkami, które nawet lubię. Moimi pierwszymi zmarszczkami w wieku niespełna dwudziestu sześciu lat. Zmarszczkami od uśmiechania.

Bo przyszła wiosna. Niewątpliwie wprosiła się w nasze życia, jakby trochę niezapowiedziana, jakby trochę znienacka, kiedy niejednemu z nas wydawało się, że będzie jeszcze trzeba nad ranem skrobać szyby aut.

Przyszła wiosna. Obudziłam się ja. Rozszalały się myśli w mojej rudej głowie, podniecenie życiem stało się jeszcze większe, emocje zaczęły rozpierać serce, jakby chciały się wyrwać z osłony zwanej duszą. Pozwoliłam sobie wybaczyć, zabić demony nienawiści, które jakimś cudem zagościły w moim sercu. A moje serce nie potrafi nienawidzić, nie umie chować urazy. Nienawiść zabija od środka. Niszczy, szarzeje, bezpowrotnie zabiera to, co najpiękniejsze w człowieku. Wybaczenie leczy, przynosząc wiosenne ukojenie, ciepło pod sercem, ulgę i lekkość taką, że można się unieść parę centymetrów nad ziemią.

I chyba znów rozkwitłam.

Kolejny raz, podeptana przez jesienne burze emocji, stłamszona przez zimowe tęsknoty. Kolejny raz dojrzalsza, silniejsza. Już jakby trochę inna, trochę jakby nie ja, jakby ciągle coś mnie trapiło, martwią się ci, którzy mnie znają od lat, choć przecież za chwilę znów założę czerwone trampki, za chwilę znów moje włosy staną się bardziej ogniste, jak to zwykle z nimi bywa na wiosnę, za chwilę znów będę się głośno śmiać i leżeć przy ogniskach, zbyt lekko ubrana, patrząc w gwiazdy, które będą się jakoś nienaturalnie rozpływać przed oczami za sprawką wina.

Chcę żyć. Ostatnie wydarzenia, które mogły wywrócić moje życie kolejny raz do góry nogami uświadomiły mi, jak bardzo chcę żyć. Jak bardzo chcę nadal kochać, być dziecinna, śmiać się, marzyć i szukać dobra. Chcę tak bardzo, mimo pierwszych zmarszczek wokół moich zielonych oczu.

Zmarszczek, które przecież lubię.

W mojej duszy trwa wojna, ale serce nie przestaje kochać. Kochać życia, świata, ludzi. Nawet tych, którzy przyprawiają mnie o zaciskanie pięści w kieszeniach. To oni uczą mnie wierzyć w siebie, pomagają znaleźć w sobie siłę, w którą nigdy chyba tak naprawdę nie wierzyłam.

I tą miłością dziś chcę Was zarazić. W ten świąteczny poniedziałek. Radosny, mam nadzieję. Bez względu na to, czy obchodzicie te Święta, czy też nie. Niech wiosna zaczaruje i Wasze serca. :)


I spotkaj się tam ze mną, z pękami kwiatów,
przebrniemy przez te godziny chłodu,
  zimę - ona zawyje na te ściany
niszcząc bramy czasu,
da schronienie kiedy będziemy wyruszać.

poniedziałek, 7 marca 2016

O pierwszych dniach w pracy słów parę

Niektórzy twierdzą, że godzina o której wstaję w dni robocze z łóżka jest porą co najmniej niegodziwą. Kiedy o tej rzekomo niegodziwej porze robię sobie poranną kawę, w radiu znów mówią, że poniedziałki w pracy są paskudne. W dodatku wczesnowiosenne przesilenie wchodzi w grę i wydawałoby się, że człowiekowi nie zostaje nic innego, jak tylko siąść i płakać.

Tyle, że to nie w moim stylu po prostu.

Przykrywam mocniej kołdrą mojego P., by nie zmarzł, bo w mieszkaniu chłodno przecież, a on może pospać jeszcze parę godzin. Karmię kota, który łasi się i plącze pod nogami niemiłosiernie. Po chwili odsłaniam okno, by Kotik z nieukrywaną radością mógł wskoczyć na parapet i obserwować, cóż się wyprawia na "jego dzielni".

Widzę, że na budzącym się dopiero do życiu niebie nie ma chmur. Uśmiecham się do siebie. Ładne, poniedziałkowe niebo. A przede mną kolejne wyzwania.

Mam w sobie dużo takiego stresu, z jakim bardzo rzadko miałam do czynienia. Ten stres mnie motywuje. A motywacja sprawia, że czuję się potrzebna. Ubieram się ciepło, pakuję kanapki i buty na przebranie. Wychodzę, a lekko mroźne powietrze szczypie w policzki. To nic. Przecież za parę godzin poczujemy, jak łaskoczą nas promienie słońca.

Nie mogę się łamać, choć przyznaję - w piątek po powrocie z pracy, usiadłam i się popłakałam.

- Płakałaś? - zapytała mnie W., moja wspólniczka. - Wiesz co... mi też puściły nerwy. 

Popłakać sobie trzeba, ale nie możemy sobie na to pozwalać w pracy. W końcu jesteśmy pracownikami nadzoru, wydajemy polecenia i mamy nad wszystkim pieczę. Jesteśmy osobami pierwszego kontaktu z urzędem miasta, to my zbieramy baty za każdą źle wykonaną robotę, to my konsultujemy się osobiście z prezesem, kolejnym solidnym i dobrym człowiekiem, jak się okazuje, którego los postawił na mojej drodze.

Nie możemy się łamać przy ludziach, których mamy pod skrzydłami, bo i oni się załamią.

Na razie mnóstwo jest chaosu. Z jednymi pracownikami dogadujemy się lepiej, z innymi gorzej. Wciąż musimy domówić potrzebny sprzęt, wciąż jeszcze wychodzą pewne braki, przez które z pewnymi rzeczami nie dajemy sobie jeszcze rady. Przez moment wydawało mi się, że ja, taki zwykły, pospolity, rudy Asik nie uporam się z pewnymi sprawami. Wydawało mi się, ale musiałam stanąć na wysokości zadania.

- Jesteście pracownikami, ale jesteście też tylko ludźmi - powiedziałam, kiedy pani Magda parzyła w naszej bazie poranną kawę. Wszak to było moje pierwsze polecenie: dzień zaczynamy od kawy i śniadania. - Nie jesteście robotami - kontynuowałam. - Pracujcie na tyle, na ile was stać. Róbcie sobie przerwy. A kiedy mnie, albo W. nie będzie obok, a będzie się działo coś, co was zaniepokoi macie nasze numery telefonów. 

Ludzie, których mam pod skrzydłami - do rany przyłóż. Pracowici, otwarci, mówiący wprost, co jest nie tak. Zresztą... choćby z panią Magdą znamy się przecież jak łyse konie. Nieraz, gdy wrócimy z terenu i zamykamy drzwi od bazy, leci kurwa za kurwą, ćmik za ćmikiem, czasem pękamy ze śmiechu, a czasem muszę zwyczajnie walnąć pięścią w stół i powiedzieć "Nie łamać się, do kurwy nędzy, ludzie! Damy radę, no!"

Przecież to wszystko dopiero się tworzy, dogrywa, a my jesteśmy tego częścią. To powód do radości, nie do załamywania się - powtarzam sobie, może trochę naiwnie.

Pierwszy dzień w pracy był mocno organizacyjny. Poza szkoleniem bhp, urządzaliśmy sobie bazę i rozpakowywaliśmy narzędzia i testowaliśmy wszelki sprzęt. Była masa papierkowej roboty, podpisywanie ważnych papierów, list i tworzenie harmonogramów.

Następnego dnia ruszyliśmy już w teren. Także ja i W. założyłyśmy robocze ciuchy, wzięłyśmy do rąk grabie i poszłyśmy pomóc. Po drodze spotkała mnie moja przybrana ciocia, o której opowiem Wam innym razem.

- Asiu, a ty nie masz ludzi do pracy, czy Ty też musisz zgrabiać te liście? - zapytała z lekkim niesmakiem w głosie.
- Ciocia, ja nie umiem ich tak zostawić, znasz mnie, Ty wiesz przecież - odparłam. - To nie w moim stylu, nie umiem usiedzieć w miejscu. 

Ktoś powie, że to dobre podejście. Ktoś, że złe. Wszak doprowadziło do tego, że kilku logistyków i kierowników różnych działów zapomniało o tym, że my także jesteśmy kierowniczkami pomimo tego, że nieraz zasuwamy z grabiami. Nie ogarnęli, że jesteśmy troszeczkę wyżej w tej całej hierarchii, w której i ja sama się gubię jeszcze. A dokładnie na równi z nimi. A może - jak twierdzą inni - pokazałyśmy, że jesteśmy zbyt pracowite.

Na szczęście dziś pan prezes wyjaśnił dosadnie tym którzy o tym zapomnieli, kim tak naprawdę jesteśmy. Dobrze jest mieć takiego prezesa, który śmieje się, gdy jeden z panów na spotkaniu przypadkowo rozlewa herbatę wprost na jego kalendarz, zamiast zwyzywać od stóp do głów. Dobrze jest mieć prezesa, który na odchodne mówi:"Nigdy się nie poddawajcie. Pamiętajcie, że ja pokładam w was ogromne nadzieje i wierzę, że mnie nie zawiedziecie. Uśmiechnijcie się, bo uśmiechnięte was poznałem. I skrzydła do góry, a nie w dół. Damy radę." Dobrze jest mieć prezesa, od którego mimo jego posady biją pewnego rodzaju ciepło i troska.

Nasze biuro już się urządza. Wiecie, nawet ono tworzone jest od podstaw. Kiedy byłyśmy tam ostatnim razem, było jeszcze ruiną przypominającą ponurą piwnicę. Dziś leżały tam już płytki, a ściany były odmalowane. Prawdopodobnie do końca tygodnia panowie wniosą tam szafki, biurko, krzesła i komputer, a informatyk wgra wszystkie niezbędne programy do projektowania. I w przyszłym tygodniu będę mogła robić to, co kocham najbardziej. Projektować kolorowe i pachnące kwietniki.

Z W. dogaduję się dobrze. Nieraz ja ją podnoszę na duchu, nieraz ona mnie. Bo bywa różnie przecież. Podobnie jak ja nauczona jest pewnej pokory we wszystkim, co robi. Uzupełniamy się wzajemnie, bo ona jest po ogrodnictwie, a ja jestem architektem krajobrazu.

- Mam nadzieję, że nauczysz mnie też tych wszystkich programów, podpowiesz mi parę rzeczy w projektowaniu - powiedziała mi dzisiaj, kiedy wróciłyśmy z terenu, gdzie tłumaczyłam jej, jak formować młode drzewka. Nauczyłam się tego w poprzedniej firmie. Swoją drogą miałyśmy z tego niezłą frajdę.
- Jasne, że nauczę! A ty nauczysz mnie jak ogarniać sprzęt i podpowiesz, jakich nawozów, czy środków ochrony roślin używać.

Bywa trudno, ale dajemy radę. Musimy dać radę, choć zdarzyło się wrócić z płaczem. Swoją drogą ja także nie panuję nad emocjami ostatnio, jak zauważył słusznie mój P., bo parę rzeczy,nie tylko praca, mnie przerasta. Musimy dać radę, choć i moje roztrzepanie bierze górę nade mną, gdy czwartego dnia w pracy zdarzy mi się zaspać i pędzę na łeb, na szyję.

Damy radę. Ja dam radę, bo wspierają mnie ludzie, których kocham i którzy kochają mnie. Rodzice, Brat, P., Przyjaciele.

Jak miły był wieczór tuż przed pierwszym dniem w pracy, kiedy nagle, gdy szykowałam kolację, do kuchni wszedł P.
- Kaka dzwoniła. Za pięć minut wpadnie na papierosa.
Zdziwiłam się, co robi w naszej skromnej mieścinie, zamiast być w Poznaniu przecież.

Usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Wpadłam na papierosa i dać ci kopa na szczęście. Dasz radę sobie ze wszystkim radę, pamiętaj!

Dam. Bo kiedy ma się wokół siebie takich ludzi, nie może być inaczej.

 
I, może powtarzam się muzycznie.
Ale żaden utwór, ani teledysk nie podnosił mnie na duchu ostatnio tak, jak właśnie ten.