wtorek, 28 października 2014

Przecież ja się dopiero rozkręcam!

Miało być o czymś zupełnie innym, ale chyba trochę za mocno jestem rozwalona własnymi, całkiem pozytywnymi wspomnieniami. Ale może i dobrze się stało, że te wspomnienia mnie dopadły, bo i ta sprawa chodziła mi od dawna po głowie, a jakoś nie mogłam ubrać tego wszystkiego w słowa, by nie było za ponuro, albo za głupkowato. Więc dziś opowiem Wam historię nastolatki. Historię przyprawioną samotnością wymieszaną z czasem totalnym brakiem poczucia konsekwencji. Historię nastolatki, która gdzieś w mojej dwudziestoczteroletniej duszy uwiła sobie wygodne gniazdko i za nic nie chce ustąpić dorosłości mimo, że ta uparcie się z nią przepycha.

Z głośników uchodzą dźwięki ukochanej niegdyś przeze mnie piosenki. Piosenki, której jako pierwszą nauczyłam się grać na gitarze. O ile można nazwać to "grą", bo chwyty do niej są banalne, podobnie, jak mój zapał do gry. Nasze nogi są jak z gumy, jakież to kiedyś było prawdziwe. 


Kiedy miałam trzynaście lat, obiecałam sobie, że będę przykładną i grzeczną córką. I byłam. Przynosiłam do domu świadectwa z paskiem, co niedzielę chodziłam do kościoła, a czasami nawet z moją Iwonką chodziłam na różaniec w październiku. Byłyśmy jak takie dwie poczciwe babuszki, a Iwa nawet popieprzała zimą w berecie moherowym - wierzcie, lub nie, ale był zajebisty! Mam nadzieję, że Franek, który przyjdzie na świat za jakieś piętnaście dni (tak, odliczam!) będzie tak samo zakręcony, jak jego mama, Iwonka. Bo choć byłyśmy grzeczne do granic możliwości, to jednak w jednym byłyśmy (a może jesteśmy i nadal) niepokonane - w śmiechu. Kiedy zaczynałyśmy rżeć na chemii, to nikt nie wiedział z czego. Tylko my. Ja zaciągałam się naśladując kwik zarzynanej świni, a Iwonka chrumkała od czasu do czasu i było uroczo. A powody miałyśmy nieraz tak durne, że dziś aż głupio o tym myśleć. W każdym razie czas gimnazjum wspominam naprawdę nieźle. Cholera, było fajnie, serio. Nie był mi potrzebny do szczęścia facet i nie miałam potrzeby zaglądania na fejsa. Ba, o czym ja mówię. Należałam do ludzi, którzy w gimnazjum dostali swój pierwszy komputer na gwiazdkę. Tak, komputer bez internetu. Wtedy frajdę sprawiało mi pisanie opowiadań w Wordzie i granie w gry z Cyber Mychy. A później? Później rodzice założyli mi internet i... i postanowiłam założyć bloga.

Lat szesnaście. Nadszedł czas liceum. Liceum, które miało być jakąś odskocznią, czymś nowym. A nowość mnie wówczas bardzo przerażała. Nie wiedziałam, co chcę robić w życiu, więc poszłam tam, gdzie szły moja Iwonka i Ika, którą poznałam z gimnazjum - do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Łatwiej było mi się trzymać tego, co już znałam. Nawet nie wyobrażałam sobie rzucić się wtedy w nieznane. 
Z roześmianej dziewczyny stałam się cholernie strachliwa. I coraz częściej chodziłam smutna. Pamiętam, że właśnie wtedy w mojej rodzinie pojawiły się problemy finansowe. Rodzice ledwo wiązali koniec z końcem, ja często chodziłam w trzech sweterkach na zmianę, a to nie budowało we mnie poczucia wartości, gdy patrzyłam, jak dziewczęta w moim wieku się ubierają. I w ogóle... czułam się cholernie brzydka. Pamiętam, że długie włosy ścięłam na krótko, a te w ogóle się nie układały. Wciąż miałam trochę za dużo kilogramów, a na zębach nosiłam aparat, które i tak zawsze pozostaną krzywe. Ale wtedy po prostu chciałam być ładna i ładnie się ubierać, a wiedziałam, że póki co nie mogę sobie na to pozwolić. Żeby było mało, właśnie, gdy byłam w liceum i właśnie w październiku odeszła moja Babcia, na której śmierć patrzyłam przechodząc przez pół roku przez jej pokój. Pamiętam tylko tyle, że to był koszmar, który dodatkowo sprawił, że zamknęłam się w sobie.
I jak to w wieku licealnym, zaczęłam na poważnie oglądać się za chłopcami. Dziwnym trafem - żaden mnie nie chciał. No bo jak miał chcieć smutną dziewczynę "przy kości" z niesforną fryzurą i aparatem na zębach? I jakoś mało miałam kolegów i koleżanek. Z własnej winy. Nie, to nie było tak, że nie byłam fajna. Po prostu nie wychodziłam do ludzi. Moim oknem na świat stał się komputer i blog, w którym poznawałam ludzi. Wspaniałych ludzi. A to był wówczas kolejny, nieświadomy cios, jaki sobie zadawałam, bo przyjaciele, których poznawałam przez bloga byli cholernie daleko. Bądź co bądź, w tamtym czasie pokochałam happysad i Pidżamę Porno właśnie i mogłabym słuchać ich w kółko...

I w końcu nadszedł taki moment, który mnie na swój sposób "wyzwolił" z tego zagnieżdżonego w moim sercu smutku. Pamiętam, jak Mama pozwoliła mi pojechać do Anji, do Krakowa. Miałam wtedy dziewiętnaście lat, złamane serce i wiecznie zapuchnięte oczy.


A tam? Tam wszystko było inne. Spędziłam tam tydzień czasu i poznałam cudownych ludzi. Ludzi, którzy właśnie przez ten tydzień czasu byli moimi przyjaciółmi, których do tej pory mi brakowało. Tak fajnie było po prostu dostać sms'a "Asik, wpadnij dziś z Anją na piwo do Fuksa!" No to szłyśmy na piwo do Fuksa. Albo na domówkę. I mogłam nosić koszulki z zespołami, przymierzać glany i tańczyć pogo w pokoju cztery na cztery metry. I mogłam śmiać się i śpiewać głośno piosenki Pidżamy. I mogłam przytulić się do chłopaka, który mi się wtedy podobał, a on mnie po prostu przytulił i wcale nie powiedział "nie jesteś w moim typie". Powiedział: "jesteś fajna i słuchasz fajnej muzy." To się wtedy liczyło. A mnie się podobało, że miał długie włosy i miał na sobie koszulkę Rancid. Słuchał punka, tak, jak ja. I mogłam wymieniać się ciuchami z Anją, mogłam skakać po parku i drzeć się w niebogłosy, mogłam palić papierochy i pić tanie wino na garażach. Cholera jasna. Mając dziewiętnaście lat po raz pierwszy byłam młoda i robiłam głupstwa. Mając dziewiętnaście lat zrozumiałam, że nie nadaję się do roli grzecznej dziewczynki, która chodzi do kościoła co niedzielę i nosi idealnie wyprasowane sukienki, a zamiast tego chce mieć czerwone włosy i nosić zdarte trampki. 
Jednak po tygodniu przyszło mi wracać do domu. Wracać do rodziców, którym nie spodobały się ani czerwone włosy, ani mój nowy styl bycia. Wracać do miasta, w którym nie miałam przyjaciół, ani znajomych, bo kiedy miałam czas, by ich poznać, nie wychodziłam z domu. Na Boga, zmarnowałam sobie młodość, myślałam.
Ryczałam całą drogę do domu.
A potem, ni stąd, ni zowąd pojawiła się Magda. Magda, która tak naprawdę w liceum zawsze mnie lubiła. Cholera, dało się lubić takiego ponuraka? I zaczęła wyciągać mnie z domu. W końcu miałam koleżankę tu, na miejscu, z którą mogłam iść na piwo, albo wino, z którą mogłam wymienić się bluzkami, z którą mogłam wydzierać się na środku miasta "Kiedyś kuuuupieeee nóóóóż!" i to dzięki niej poznałam w pewnej knajpie paczkę świetnych ludzi, którzy później stali się moimi najlepszymi kumplami. A wśród nich był Patryk... Wiecie, co poczułam, jak się dowiedziałam, że przystojny facet w długich włosach, trampkach, koszulką Iron Maiden i łańcuchem przy spodniach ma na mnie oko? Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, odwróciłam się, mówiąc pod nosem "pierdolić miłość" i wzięłam ogromny łyk lodowatego piwa, nie mając pojęcia, że ten właśnie facet za parę lat mi się oświadczy. 
Było na zmianę kolorowo i ponuro.
Buntowałam się. Cholernie się buntowałam i gotowałam w środku, ale rodzice... rodzice mnie hamowali. Nadal nie pozwalali mi kupić sobie glanów, nosić czerwonych włosów, jeździć na Woodstock, a jedną z moich koszulek z zespołem wrzucili do pieca. Cóż, kiedy z głośników wydobywały się dźwięki Vadera faktycznie mogli sobie pomyśleć, że ich córka jest satanistką.
Ale ja nigdy żadną satanistką nie byłam.

Martwili się i dziś, jako dorosła kobieta (cholera, to niepodobne do mnie) rozumiem to. Tylko nie pozwolili mi się zbuntować. Nie pozwolili mi zrobić porządku w moich własnych szufladach. Nie pozwolili mi popełniać błędów. Nie pozwolili mi doszukać się pewnych wartości.
Długo miałam im to za złe.

Ale wiecie co? Już nie mam.
Zamiast przesiąkać złością, pomyślałam sobie, że przecież wszystko mogę nadrobić.
Więc teraz, kiedy jestem już rzekomo dorosła, noszę nadal glany, jeżdżę na koncerty (swoją drogą już w listopadzie wybieram się na kolejny, do Krakowa właśnie), w tym roku po raz pierwszy pojechałam na Woodstock, a czerwonowłosa będę już chyba do końca życia. 
Moi rodzice chcieli mnie uchronić, a tak naprawdę sprawili, że jeszcze długi czas będę młoda. Bo nie zdążyłam się wyszaleć, kiedy miałam na to czas. Najpierw ograniczyłam się sama, a później ktoś ograniczał mnie. 
Myślałam sobie, że tak wypada, ze pewnego dnia trzeba będzie po prostu założyć szpilki i białą bluzkę i iść do pracy. Myślałam sobie, że będę magistrem za chwilę, to będzie trzeba spoważnieć. I myślałam sobie, żeby trochę spuścić z tonu, bo może czasem jest aż głupio?
I w pewnej chwili pomyślałam sobie dokładnie, jak wtedy, kiedy ten późny bunt rozszalał się we mnie: Fuck off!
W końcu mam byc rock'n'rollową panną młodą, a zaraz potem trzasnąć sobie porządny tatuaż!
Przecież ja dopiero się rozkręcam...

"Chociaż pogasły milionowe miasta,
Opustoszały rojne ulice,
Ja płynę w sześćdziesiątym siódmym wymiarze
I nikogo, nikogo nie widzę.
Tutaj jest tak bardzo psychodelicznie,
Odbijamy się w kałuży,
Właśnie spadł pierwszy deszcz tej wiosny,
Nasze nogi nogi są jak z gumy (...)" 

środa, 22 października 2014

A ludzie mawiają, że Jezus przyjdzie w glanach...

Lubię z Nim rozmawiać, ale kiedy to robię, wolę patrzeć w niebo, zamiast na figury i obrazy. Jadąc pociągiem, lub idąc do pracy wpatruję się w błękitne i słoneczne, lub szare i mokre niebo. I mówię w myślach, a pod nosem się uśmiecham. Rano i wieczorem. Bo wtedy najłatwiej Go spotkać, wiecie? Jest w porannej rosie, w płatkach śniegu, w promieniach słońca, w kroplach deszczu, a nawet w gwiazdach, które wygasły, ale ich światło rozjaśnia jeszcze kosmiczne przestworza.

I za każdym razem, kiedy z Nim rozmawiam, mówię Mu "dziękuję". Bo jestem wdzięczna, choć przez wiele lat nawet nie próbowałam dziękować. Kiedyś mówiłam, że nie mam komu i nie mam za co. O głupia ja... 

Nauczyłam się wdzięczności, gdy wpoiłam sobie do głowy pewien cytat, do którego od czasu do czasu wracam. 
„Jeżeli dzisiaj rano wstałeś z łóżka raczej zdrowy niż chory… masz większe szczęście niż milion ludzi, którzy nie przeżyją tego tygodnia. Jeżeli nigdy nie doświadczyłeś niebezpieczeństw wojny, samotności, więzienia, tortur ani głodu.. jesteś w lepszym położeniu, niż 500 milionów ludzi na świecie. Jeżeli możesz chodzić do kościoła bez strachu, nie obawiając się aresztowania, tortur lub śmierci… jesteś szczęśliwszy niż miliard ludzi na tym świecie. Jeżeli masz dach nad głową, ubranie na grzbiecie, jedzenie w lodówce i masz gdzie spać… jesteś bogatszy niż 75% ludzi. Jeżeli masz pieniądze w banku i trochę drobnych w portfelu… jesteś wśród 8% światowych bogaczy. Jeżeli twoi rodzice żyją i ciągle są małżeństwem… jesteś wyjątkową rzadkością.
Jeżeli możesz przeczytać tą notkę… Jesteś szczęśliwszy niż dwa miliardy ludzi, które w ogóle nie umieją czytać.”

Pokrzepiające, czyż nie? Nie pamiętam, gdzie wyczytałam te słowa, ale zapisałam je sobie jako moją małą, osobistą motywację. Bo ja... dziękuję. Tak po prostu. Dziękuję za to, że mogę chodzić, wstawać każdego dnia z łóżka. Dziękuję za moją rodzinę, z którą nie zawsze się dogaduję. Dziękuję za przyjaciół, którzy nie zawsze są wtedy, gdy ich potrzebuję, ale to uczy mnie samodzielnej walki. Dziękuję za ludzi, którzy mnie otaczają, choć nie za wszystkimi przepadam, choć niektórzy sprawiają mi przykrość, kładą kłody pod nogi, choć przez niektórych upadam... dziękuję. Bo właśnie dzięki tym, którzy próbują uczynić mnie słabą, ja staję się silniejsza. Dziękuję, że umiem się śmiać. Bo wiecie, Kochani, nie każdy potrafi. I nie każdy ma dystans do siebie. I dziękuję za miłość, jaką zostałam obdarzona. To więcej, niż potrafiłam sobie kiedykolwiek wymarzyć.

I mówię Mu, że nauczyłam się wybaczać. Że pamiętam, bo trudno zapomnieć - przecież jestem tylko człowiekiem. Ale wybaczyłam, nie trzymam urazy w sercu. I jestem wolna. Wolna od złości wszelakiej.

I mówię Mu, że przepraszam. Przepraszam za to, że nie jestem zawsze taka, jaka być powinnam. Przepraszam za to, że ranię czasem. Przepraszam za to, że czasami składam obietnice, których nie jestem w stanie później dotrzymać. Przepraszam za to, że czasami chciałabym za dużo. I przepraszam za to, że czasem mam za dobre serce.

I mówię Mu, że proszę. Proszę o zdrowie dla mojej rodziny i przyjaciół, a później dla mnie. Proszę o dobry dzień. Proszę o pomoc w moich małych i wielkich walkach. I proszę o to, by pewni ludzie nigdy ode mnie nie odeszli. Bo odejścia bolą czasem aż za bardzo.

I po każdej takiej rozmowie czuję się szczęśliwa i spokojna. Bo lubię rozmawiać z Nim.
Lubię rozmawiać z Bogiem.
Bo wierzę w Niego.
Ale nie wierzę już w Kościół.

A przynajmniej nie w taki Kościół, który zepsuli ludzie, a nie taki, jaki stworzył Chrystus. Bo coś, co dostanie się w dłonie człowieka zawsze prędzej czy później staje się wadliwe tak samo, jak on. Taki Kościół był, ale dla mnie dziś już nie istnieje. To, co stworzył Bóg było dobre. A może nadal jest, tylko dostało się pod władze niewłaściwych ludzi?

I nie chcę tu mówić o wizerunku księdza-pedofila, czy księdza chytrego na pieniądze. Bo nie chcę być hipokrytką. Bo nie chcę osądzać stereotypowo tak, jak pewien ksiądz ocenił mnie, nazywając mnie opętaną, gdy chciałam wejść do kościoła w glanach i ogniście rudych włosach. "A co to za piekło w tych włosach!? - do dziś jego głos szumi mi w głowie. Bo ja nawet nie zauważyłam, że mam glany, a do rudych włosów przyzwyczaiłam się już za bardzo. Po prostu noszę się, jak się noszę. Mimo moich dwudziestu czterech lat jeszcze z rudości i glanów "nie wyrosłam" w przeciwieństwie do innych "glaniar", które znałam w przeszłości. A gdzie ten Bóg, o którym ksiądz mówił? Gdzie ten Bóg, który kocha nas takich, jacy jesteśmy? Gdzie ten Bóg o którym ksiądz mówi w swoich kazaniach?
Pewne pytania nie dawały mi spokoju.
A znam paru cudownych księży i świetnych braci franciszkanów. Nawet takich, z którymi można było usiąść przy piwie i pogadać o Bogu. Albo pograć na gitarze. Takich, przy których można było siarczyście przeklnąć. Takich, którzy przychodząc po kolędzie odpalali ćmika, a potem mówili, że Jedyneczka Zeppelinów to najlepszy album wszech czasów.
Ale znam też takich, którzy podczas spowiedzi pytali się, w jakich pozycjach uprawia się seks.

I w pewnym momencie się zbuntowałam.
Kiedyś myślałam, że jestem ateistką.
Tylko ze względu, że pochodzę z religijnej (choć nie przewrażliwionej!) rodziny, moją rzekomą niewiarę mogłam skrywać tylko głęboko w sercu. Kiedy szłam z nimi do kościoła, "bo tak trzeba", stawałam z tyłu i wbijając wzrok w ziemię zaciskałam usta, czasem do bólu, czasem do krwi. Starałam się nie słuchać, nie czuć. Buntowałam się całą sobą.
Jednak gdy umarła Babcia, poszłam do kościoła w środku tygodnia. Podziękowałam Bogu, że wreszcie przestała się męczyć, że wreszcie się nad nią ulitował, że wreszcie nie muszę patrzeć, jak cierpi. I poprosiłam, by trafiła do Nieba, jeśli ono istnieje. Płakałam.

I wtedy pomyślałam, że trudno nie wierzyć w nic...

Wydawało mi się więc, że znów wierzę. Choć nie byłam pewna w co. I nie byłam pewna jak. Byłam zagubiona. Dziś też jestem, chociaż nieco mniej.

Wciąż nie rozumiałam tego, o czym mówił Kościół. Nie umiałam wyznawać czegoś, co wydawało mi się nielogiczne. O przykazania, których sensu nie rozumiałam. Ktoś kiedyś powiedział mi: "uznałem, że jestem katolikiem, bo po co mam się kłócić o wiarę z ludźmi, którzy wiedzą więcej ode mnie na jej temat?" No zdecydowanie. Wiedzą nawet więcej od seksuologów chociażby i od doktorów innych nauk. I nie chodziło tu o "ułatwienie sobie wiary" - jak powiedział mi pewien ksiądz. Chodziło o nadzieję, którą te sprzeczności mi odbierały.

Przecież jestem dobra do cholery, więc o co chodzi? - myślałam.

Ale wiecie co? Pewnego dnia zechciałam zgodnie z zasadami Kościoła pójść do spowiedzi, bodajże przed Bożym Narodzeniem i powiedzeniem wszystkich grzechów, nawet tych, których do tej pory wstydziłam się wypowiadać. Po czym wyczuwając, że ksiądz jest w porządku zadałam mu to samo pytanie, co wyżej.  
- Przecież czuję, że jestem dobra, staram się, więc o co chodzi?
Nigdy nie zapomnę tego, co wtedy mi powiedział:
- Wiesz, w ostatecznym rozrachunku Bóg zada ci tylko jedno pytanie. Czy kochałaś? Tylko to się liczy. Nie ma na tym świecie nic ważniejszego od miłości. A jeśli będziesz chciała się szczerze wyspowiadać, po prostu idź, usiądź tam w ławce i pogadaj z Jezusem, jak z najlepszym kumplem od piwa. Powiedz mu, co leży ci na sercu, a on cię wysłucha.

I wiecie... od tamtej chwili po prostu staram się kochać. Kochać świat, ludzi i Boga, choć widzę Go nieco inaczej, niż mówi o tym Kościół. Bo "mój" Jezus siada czasem ze mną w ławce i wiecie co? On też, cholera, ma glany!
Swoją drogą, z tego, co mi wiadomo ksiądz, od którego usłyszałam powyższe słowa został przeniesiony do innej parafii za głoszenie herezji. Głosił herezję, bo dawał nadzieję?
Dziękuję za takie zasady.
I chodzę do kościoła. Wbrew pozorom. Wchodzę do niego nawet w glanach. Nie zawsze jestem w nim w niedzielę, bo niekoniecznie lubię czuć na sobie wzrok starszych pań w moherowych czapeczkach z kikutem, ale lubię do niego iść w tygodniu, wieczorami, gdy świeci pustkami.
Siadam w ławce i rozmawiam z Nim, bo tak po prostu chcę.
I chcę mieć nadzieję.
Czasem po prostu tyle wystarczy, by móc spokojnie żyć.


piątek, 17 października 2014

O zgubionym chłopcu, którego imienia nie pamiętam

Choć dobrze wiedziałam, że za oknem panuje chłód, a mgła uparcie próbuje przytulić się do każdej napotkanej istoty, wyobraziłam sobie burzowe, duszne powietrze i przyjemnie ciepłe krople rozbijające się o moje ciało w pewne letnie popołudnie. Takie deszcze pamiętają dobrze wczesnoletnie burze. I ja pamiętam. Pamiętam nie do końca obumarłe jeszcze lato.

I w takie dni, jak dzisiejszy piątek dobrze jest przypomnieć sobie też bajecznie błękitne niebo i ciepło lipcowego słońca muskającego po policzkach. Nadmorskie powietrze łaskoczące przyjemnie płuca przy każdym oddechu.

Wędrowaliśmy sobie we dwoje na jedną z (prawie) dzikich plaż, daleko za przeludniony turystami Kołobrzeg. Rozmawiałam z Mamą przez telefon o dość nieciekawej wówczas sytuacji z jej Bratem i w pewnej chwili zauważyłam, że Patryk, który jeszcze chwilę temu wędrował przede mną obrywając z nudów liście z przydrożnych krzewów, zatrzymał się i zaczął rozmawiać z jakimś chłopcem.

- ...a co jest kolego? Zgubiłeś się? - tylko tyle usłyszałam z tego, co powiedział.
- Mamuś, oddzwonię - rozłączyłam się i podeszłam do nich, słysząc z ust małego rozmówcy "dom dziecka". - Co się dzieje? - zapytałam, przyglądając się chłopcu.

Rower, który prowadził, był większy od niego. Chłopcu nie dałabym mu więcej, niż dziewięć lat. Niski, w ciemnych włosach, z okularami na nosie. Chłopiec, jak chłopiec. Tylko w tych jego bystrych oczach, którymi mrugał zbyt często, widać było strach i powoli napływające łzy.
- Zgubiłeś się? - powtórzył Patryk. - Hej...

Po policzkach chłopca popłynęły dwie wielkie łzy.
- Tak proszę pana... Bo ja jestem na wakacjach... byłem u mamy, ona tu niedaleko pracuje... Miałem jechać do mojego taty, on mieszka w centrum, ale chyba... chyba pomyliłem drogi... I teraz... Teraz nie wiem, gdzie jestem.

Pociągnął nosem i wytarł oczy brzegiem dłoni. Poczułam, jak coś kłuje mnie w sercu. Coś mi w tej jego opowieści nie pasowało.
- Nie martw się kolego. Dobrze trafiłeś, mam w kieszeni mapę miasta. - powiedział Patryk i przykucnął, odkładając ciężki plecak na chodnik i rozkładając mapę Kołobrzegu. - Zobacz, jesteśmy tutaj.
- Pamiętasz nazwę ulicy? - zapytałam.
- Tak proszę pani... - odpowiedział chłopiec, energicznie kiwając głową, po czym podał adres domu, w którym mieszka jego tata.
- To spory kawałek stąd... Właściwie drugi koniec miasta - powiedział Patryk. - Ale nic się nie martw. Zaprowadzimy cię do taty.
- Ja... ja... dziękuję - z oczu chłopca znów popłynęły łzy.
- Nie płacz. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz - powiedziałam, uśmiechając się do niego, choć sama czułam w gardle wielką gulę.

Ruszyliśmy, a chłopiec podążał obok nas, co jakiś czas pociągając nosem. Spojrzeliśmy na siebie z Patrykiem, oboje ze zdziwieniem w oczach. Dziwna sytuacja, myślałam. Ale pomóc dzieciakowi było trzeba.
- A jak ty masz właściwie kolego na imię? - zapytał go Patryk.
I choć próbowałam dzisiaj długo przypomnieć sobie, jak chłopiec się przedstawił, to jednak mam nieuchwytną lukę w pamięci. A mówiłam do niego po imieniu kilkakrotnie.
Zdążyliśmy dojść do plaży, a chłopiec pokazał już na wysoki budynek.
- O, to tutaj! W tym hotelu pracuje moja mama!
- Więc możemy zrobić tak, że zaprowadzę cię do niej? - zapytałam. Już nawet nie chodziło mi o to, że nie chce mi się iść tych paru kilometrów pieszo, bo przecież spacer promenadą w tak piękny dzień byłby istną przyjemnością, ale w głębi serca miałam ochotę porozmawiać z tą kobietą i zapytać, dlaczego każe dziecku samemu się poruszać po obcym (?) mieście.
- Dobrze, proszę pani - odparł chłopiec.

Postanowiliśmy się rozdzielić z Patrykiem. On miał jedną sprawę do załatwienia jeszcze - oddanie innej zguby, telefonu, który znaleźliśmy po drodze.
- A pani dobrze zna Kołobrzeg?  - zapytał się chłopiec, kiedy wędrowaliśmy.
- Może nie aż tak dobrze, ale całkiem nieźle - uśmiechnęłam się do niego. - Jak byłam mała, przyjeżdżałam tu często z rodzicami. Ile masz lat?
- Trzynaście.
W życiu nie wyglądał na trzynastolatka. Jak Wam napisałam, dałabym mu może z dziewięć lat. Drobniutki. Ale od samego początku wydawał mi się cholernie bystry i inteligentny. Niezwykle grzeczny, jak na chłopca w jego wieku. I bardzo kontaktowy.
- Jest pani bardzo miła i dobra - powiedział do mnie w pewnym momencie, uśmiechając się przez te zapuchnięte od łez oczy.
Coś ukuło mnie w sercu znów.
- Ty też - odpowiedziałam, uśmiechając się.

Weszliśmy do hotelu. Był to dość duży, czterogwiazdkowy hotel. Po głównym holu spacerowało wielu ludzi w szlafrokach, znajdowało się tam jakieś spa. Podeszłam do pani recepcjonistki i zaczęłam opowiadać o sprawie, podczas, gdy chłopiec trzymając się blatu, opierał się o niego brodą i przysłuchiwał się rozmowie z uwagą.
Recepcjonistka potrafiła wzbudzić w człowieku zaufanie. Młoda czarnulka, mogła być w moim wieku, może trochę starsza. 
Chwyciła za telefon.
- Kolego, zaraz zadzwonię do kogoś, kto zawoła twoją mamę. Przedstaw się proszę - powiedziała z uśmiechem, a chłopiec powiedział jej swoje nazwisko. - Mhm, rozumiem, że twoja mama nazywa się tak samo...
- Nie, proszę pani - przerwał jej. - Moja mama ma inne nazwisko.
Recepcjonistka spojrzała na mnie dziwnie zatroskanym wzrokiem. Chłopiec podał jej nazwisko swojej matki, a ja przyglądając mu się, jak z nadzieją spogląda na tę kobietę zastanawiałam się, co go w tym jego trzynastoletnim życiu spotkało. Co spotkało tego bystrego i wygadanego chłopca. Najprawdopodobniej wychowuje się w domu dziecka, przyjechał do rodziców na wakacje, którzy być może mieli odebrane prawa rodzicielskie, ale widocznie na pewnych warunkach mogą spędzać czas z chłopcem. Szkoda tylko, że tak nieodpowiedzialnie.
Recepcjonistka odłożyła telefon.
- Usiądź sobie na kanapie, tam, proszę. - powiedziała do chłopca z uśmiechem. - Zaraz przyjdzie tu twoja mama. A pani może już spokojnie iść, zaopiekuję się nim - zwróciła się do mnie.
Uśmiechnęłam się nieśmiało. Z jednej strony wiedziałam, że będzie w dobrych rękach, a z drugiej nie chciałam zostawiać chłopca z jego matką znów. Z kobietą, która postąpiła tak nieodpowiedzialnie. Zaprowadziłam go na kanapę i poprosiłam, by usiadł. Gdy na niego spojrzałam, znów miał łzy w oczach.
- Niech mnie pani nie zostawia samego, proszę... nie chcę być znów sam, pani jest dla mnie taka miła...
Nie wytrzymałam. Przytuliłam go mocno do siebie. Wydawało mi się, że bardzo brakowało mu takiego przytulenia. Recepcjonistka przyglądała się nam smutnym wzrokiem. Co chwilę podnosiła słuchawkę do góry. Szukała jego matki. Matki, która się nim w ogóle nie interesowała.
- Dobrze, nie zostawię cię - powiedziałam mu, mocno go przytulając. - Posiedzę sobie tu i poczekam z tobą na twoją mamę.
- A pani chłopak? Niech pani do niego zadzwoni, żeby się nie martwił. Jest tak samo miły, jak pani.
- Dobrze, dam mu znać, obiecuję - poczochrałam go po jego czarnej czuprynie.
Później siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Przyglądałam mu się, jak nerwowo splata palce u rąk i wbija wzrok w podłogę.
- Hej, kolego - odezwała się recepcjonistka, która znalazła się tuż obok nas. - Twoja mama jest na górze. Chodź - złapała go za rękę - pójdziemy do niej. Proszę już iść, naprawdę, zaopiekuję się nim - zwróciła się do mnie widząc zapewne, że chłopiec gra mi trochę na emocjach.
Tak szybko ruszyli w stronę schodów, że nawet nie zdążyłam się z nim pożegnać. Patrzyłam tylko, jak znikają między ludźmi. Chłopiec się jeszcze odwrócił, zdążyłam mu pomachać, ale on nie odmachał już mi. I kiedy tak stałam i się przyglądałam, zadzwonił Patryk.
- No i jak kochanie? Gdzie jesteście? Jak to wszystko wyszło?
- Już do ciebie idę - powiedziałam. - zaraz wszystko ci opowiem.


- Ta sprawa faktycznie śmierdzi - stwierdził Patryk, kiedy opowiedziałam mu o całej sytuacji. - Wiesz, że ja na początku pomyślałem, że powinniśmy zgłosić to na policję? W pierwszej kolejności.
- Ja też tak pomyślałam. Ale wiesz co? Chyba dobrze, że tego nie zrobiliśmy... - odparłam.
- Wiem, też tak myślę. Może jego rodzice mieliby jeszcze jakieś problemy przez to. I może nie mógłby ich już wcale widywać. Chociaż...
- Chociaż może to by było lepsze - odpowiedziałam smutno.
Przyglądał mi się przez chwilę, po czym mnie przytulił. Rozumieliśmy się bez słów.
- Za dobre masz serce, skarbie. Nie zbawisz jednak całego świata.
A mi było tego chłopca tak po prostu cholernie żal. Bo ja jeździłam nad morze z rodzicami, jako dziecko. Cudownie spędzałam czas. Może bywają czasem nadopiekuńczy, szczególnie Matka, ale wiem, że mnie kochają. A nawet nad taką nadopiekuńczością da się popracować, da się ją zmniejszyć. Wszak lepsza nadopiekuńczość od braku zainteresowania i miłości. Miałam wyrzuty sumienia, być może powinniśmy zaprowadzić go do jego ojca, chociaż... i on był jedną wielką niewiadomą, podobnie, jak jego matka.
A może ten chłopiec był takim małym Aniołem, który stanął na naszej drodze? Może miał nam coś do powiedzenia? Może chciał nam coś przekazać?
- Za dobre serducho - powtórzył się Patryk. - Ale wiesz co? Będziesz kiedyś świetną mamą.

sobota, 11 października 2014

A gdyby moje serce kiedyś w innej piersi zabiło...

W środowy wieczór, po późnym powrocie z Poznania siedziałam sobie w kuchni z Mamą i Patrykiem. Kuchnia jak zwykle zadymiona, bo Mama odpala papierocha od papierocha, a kawa była jak zbawienie, bo niewiele brakowało, a przespałabym stację w pociągu.

- A wiecie co ja sobie dzisiaj pomyślałam? - zaczęłam nagle, a dwie pary oczu wbiły we mnie wzrok. - No bo sobie tak myślałam i mnie tak naszło, że... wiecie... chciałabym zostać... no... pośmiertnym dawcą narządów.
Patryk nie odrywał ode mnie wzroku. Nic nie mówił, tylko przestał bawić się pierścionkiem zaręczynowym, który dziwnym trafem, mimo ostatniego pomniejszenia, znów zsuwa mi się z palca.
- Skończ! - rzuciła Mama już prawie ze łzami w oczach. - O jakiej śmierci mi tu mówisz?! Nie masz innych zmartwień?

Wiedziałam, że nie będzie lekko.
Łatwy temat to jednak nie jest, a już kiedyś pisałam Wam, że moja Mama nie dopuszcza do siebie myśli, że coś mogłoby mi się stać. Bywa nadopiekuńcza i jak za długo nie daję znaku życia, gdy chociażby wyjeżdżam gdzieś ze znajomymi, to zaczyna panikować, zasypując mnie telefonami. Kiedyś bardzo mnie to irytowało, ale wiecie... dziś mnie to nawet cieszy, bo wiem, że bardzo mnie kocha, a ja to doceniam. Po prostu dojrzałam do tego. Tymczasem moja Mama bardzo boi się śmierci i tak jakby nie akceptuje faktu, że ta prędzej, czy później zapuka do drzwi każdego z nas. Za każdym razem bardzo przeżywała śmierć kogoś z naszej rodziny. Unika jak ognia rozmów o niej, a wiem, że często o niej myśli. A takie podejście wydaje mi się po prostu nieco niezdrowe.

- Ale ja się przecież nie wybieram na tamten świat! - upierałam się. - Pewnie umrę dopiero, jak się zestarzeję, nie martwcie się.
Patryk nadal nic nie mówił, tylko mi się przyglądał.
- No to jak będziesz stara, to już twoje narządy nikomu się nie przydadzą. - odpowiedziała Mama.

Za życia bardzo chciałabym oddawać krew. Niestety nie mogę tego robić, bo po niedawnych omdleniach i zesłabnięciach lekarka powiedziała mi, że choć wyniki badania krwi mam w porządku i ogólnie zdrowe dziewczę ze mnie, to jednak póki co krew muszę pozostawić przede wszystkim dla siebie. Na razie muszę się powstrzymać i dbać o siebie, jeśli chciałabym dzielić się swoją krwią w przyszłości. Mimo to za każdym razem pęka mi serce, kiedy znajomi wybierają się grupowo na oddawanie krwi, mając z tego wielką radochę, a ja muszę odpuścić.
Ale nie dziś, to jutro przecież.

Dawniej, podobnie jak moja Mama bałam się mówić o śmierci, a jednak myślę o niej prawie codziennie. Czy się jej boję? Chyba trudno nie bać się czegoś, co jest jedną wielką niewiadomą. Ale przecież nie można popadać w paranoję. Przy donacji mowa jest o tym, co nastąpi po śmierci, a nie o samym odchodzeniu z tego świata, a o tym chyba zapominamy.

Narządy można oddawać od 7 do 70 roku życia, z tym, że aby decydować w pełni o swoim ciele, należy być osobą pełnoletnią. W naszym kraju jest możliwość sporządzenia oświadczenia dotyczącego chęci oddania tylko wybranych przez siebie narządów. Takie oświadczenie należy spisać własnoręcznie, a następnie złożyć na nim podpis. Oświadczenie woli nie ma żadnej mocy prawnej. Jest to informacja przede wszystkim dla rodziny, żeby ta wiedziała, jaka była wola osoby zmarłej. Ponadto takie oświadczenie nie jest wyrażeniem zgody na oddanie jakichś organów, chociażby nerki, za życia. Dotyczy to tylko i wyłącznie transplantacji pośmiertnej.

Kłopotliwe wydaje się tylko to, że poniekąd zaczyna się być świadomym tego, co będzie działo się z moim ciałem właściwie z mojej własnej woli. Trzeba być po prostu pewnym, że się tego chce. I w ogóle świadomość samej śmierci staje się tak jakby silniejsza. Więc jeśli takie myśli są dla kogoś zbyt ciężkie, czy na swój sposób przygnębiające, jak chociażby dla mojej Mamy, gdzie na samo wspomnienie o śmierci mimowolnie dostaje gęsiej skórki - nie powinien podpisywać oświadczenia woli, albo przez jakiś czas się wstrzymać.

A ja się zastanawiam.
Cały czas zastanawiam się, czy taka świadomość zrobienia czegoś już po śmierci z własnej woli nie będzie mnie na swój sposób przytłaczała.

Ale coraz silniejsza staje się myśl, że być może moje serce uratuje komuś życie. Moje serce, które mi nie będzie już zupełnie do niczego potrzebne. A może uszczęśliwi rodziców, którzy odchodzą od zmysłów, bo ich córka od dawna czekała na przeszczep. Podobnie, jak reszta organów, które chciałabym oddać. Bo mi się już nie przydadzą, a komuś innemu być może tak.

A w zamian chciałabym tylko tyle, by osoby, które być dostaną moje organy dowiedziały się, kim byłam i mogły o mnie pomyśleć dobrze, lub pomodlić się za mnie, jeśli są jakiś sposób wierzące.

Jednak zanim podejmę jakąkolwiek decyzję, chcę być pewna, że moja rodzina to po prostu zaakceptuje. Nie muszą się na to zgadzać, tak samo, jak nie zgadzali się na krzykliwy kolor włosów, glany, czy spontaniczne wyjazdy na koncerty, na drugi koniec Polski. Ale chciałabym, żeby to w końcu po prostu zaakceptowali, bo robienie czegoś im na złość nawet w drobiazgach bywa dla mnie zbyt przygnębiające.



- Bo widzisz Mamuś, ja to bym chyba wolała, żeby po śmierci moje serce uratowało komuś życie, uszczęśliwiło czyichś rodziców... a nie zostało pożarte przez robale, czy spalone.
- Ty naprawdę chcesz, żebym miała koszmary... - odpowiedziała Mama, ale już uśmiechała się pod nosem.
- No ale pomyśl! Przecież jak będę leżeć w trumnie bez serca, to przynajmniej się w niej nie obudzę i nie będę walić w wieko, dusić się i w ogóle! - próbowałam, żeby zabrzmiało, jak żart, naprawdę!
- Ani słowa więcej!

Cóż, chyba muszę popracować nad moim darem przekonywania, który gdzieś się zapodział. I przemyśleć pewne sprawy. Bo coś mi się mocno zdaje, że chyba jednak warto. I że tego właśnie chcę.

czwartek, 9 października 2014

"Chciałbym kiedyś móc zbudować wielki dom"

Od paru dni chowania emocji w kieszeni, w końcu zamknęłam się w swoich czterech ścianach i pozwoliłam się sobie rozpłakać. I czułam, jak to wszystko tak po prostu ze mnie uchodzi, spływa po policzkach razem ze łzami. Potrzebowałam tego. Bardzo tego potrzebowałam, bo chowanie lęku za maską szczerego uśmiechu jest potwornie trudne. Te spacery z dziewczynami nad Rusałkę, długie rozmowy i żarty bardzo mi pomagały, ale każdy dźwięk przychodzącego sms'a przyprawiał mnie o mocniejsze bicie serca, przywoływał strach i złe myśli, które próbowały zabić nadzieję szepcząc do ucha, że może właśnie stało się coś złego.

Niemądre myśli, złe demony, które próbowały zasiać zamęt. 
Nie wolno tracić nadziei. Nie wolno przestać wierzyć, że wszystko będzie dobrze.
Bo przecież będzie.

I kiedy tak pozwalałam łzom oczyszczać moją duszę ze wszystkich lęków, pomyślałam sobie o Was, kochani blogowi Przyjaciele. Bo cały ten strach, który się skumulował dotyczył jednego z nas - naszego Kordiana, który póki co jest strasznym śpiochem po operacji - kima już trzecią dobę. Ale obudzi się przecież, musi. Pomyślałam sobie, że nie pierwszy raz przekonuję się na własnej skórze, jak silne są te nasze blogowe więzi, tylko po raz pierwszy towarzyszy mi strach. Zazwyczaj zastępowała go tęsknota. W tej mojej blogowej wędrówce z wieloma osobami udało mi się spotkać i w większości przypadków nawiązały się naprawdę wspaniałe przyjaźnie, ciągnące się na kilkaset kilometrów nieraz. Trochę bolą znajomości, które gdzieś tam się rozpłynęły, ale ci ludzie, długie rozmowy z nimi pozostają w moim sercu cały czas.

- Bo widzisz, to zupełnie inne poznanie człowieka, niż w rzeczywistości - mówiłam do Agi, mojej dobrej koleżanki z roku, kiedy opowiadałam jej o blogowej społeczności. - Tutaj poznaje się kogoś od strony, której wielu z nas nie potrafi pokazać w realnym świecie. Tu poznaje się człowieka po duszy i jeśli nie wie się, jak ta osoba wygląda, to właśnie tę duszę sobie wyobrażasz.

Widzieć duszę drugiej istoty, nie niedoskonałości cielesne, na które zwraca się czasem mimowolnie uwagę w pierwszej kolejności podczas poznawania człowieka. Tutaj to się nie liczy. My oczyma wyobraźni widzimy swoje dusze, czy to nie piękne?

Myślałam sobie o Was, kiedy rozrywał mnie przez moment ten bezsilny, choć oczyszczający płacz. O Was wszystkich. Bo mi tak przyszło do głowy, że chciałabym tak po prostu móc Was wszystkich przytulić do serca, każdego z osobna.

I pomyślałam sobie o czymś, co być może nigdy się nie ziści, ale marzyć zawsze przecież wolno, prawda? Wyobraźcie sobie, jak pięknie by było, gdybyśmy mogli spotkać się w jednej czasoprzestrzeni. Gdyby każde z nas mogło się nawzajem przytulić. Większość z nas widziałaby się pierwszy raz na oczy, a tak naprawdę wiedziałaby o sobie tak wiele... Bo w oczach każdego z nas odbijałyby się nasze dusze, które przecież już tak dobrze znamy. Znamy lepiej, niż niejeden przyjaciel, którego mianem określamy osoby znajdujące się w naszym najbliższym otoczeniu.

I wyobraziłam sobie, jak wszyscy pijemy razem wino przy ognisku, jak większość mówi do siebie po blogowych pseudonimach, bo nie może przyzwyczaić się do imienia. Jak wymieniamy się opowieściami, które przecież każdy z nas ma na zapas w rękawie. Jak gramy na gitarach, śpiewamy i nie musimy wstydzić się swoich niedoskonałości i wad, bo przecież wciąż liczą się nasze dusze, które tak dobrze znamy.

Byłoby pięknie, prawda?
Dlatego czasem dobrze jest pogdybać. Dlatego czasem gdybanie maluje uśmiech na twarzy. Zupełnie tak, jak namalowało teraz, chociaż uśmiecham się wciąż przez łzy.

Powiem szczerze, że myślałam, że przez te osiem i pół roku, gdy pojawiam się w blogosferze, blog dał mi już wszystko, co miał do zaoferowania. Dziś wiem, że się myliłam. Kiedy wracałam po dłuższej przerwie, nie spodziewałam się, że spotkam tak wspaniałych ludzi, z którymi można dzielić radości i smutki.
Dziękuję, że jesteście.
Tak, zdecydowanie chciałabym Was wszystkich dziś przytulić.
Moi kochani, blogowi Przyjaciele.


"Chciałbym kiedyś moc zbudować wielki dom.
Tak ogromny, żeby miał jasnych okien sto,
W środku wielki stół, na nim świeży chleb,
Żeby moi przyjaciele chcieli mieszkać w nim.

Dobrze byłoby przy tym stole siąść,
Zamiast błąkać się po świecie, razem sobie żyć.
Chciałbym kiedyś moc zbudować wielki dom
I zaprosić was do siebie, razem z wami być..."

piątek, 3 października 2014

Czasem warto otworzyć oczy

Środowe popołudnie. Październikowe. Stałam na pętli na Ogrodach i czekając na osiemnastkę przyglądałam się ludziom spieszącym w różnych kierunkach. Uśmiechnęłam się do siebie. To chyba ja powinnam teraz się spieszyć... - rzekłam do siebie w myślach. Ale jakiś czas temu przestałam przejmować się rzeczami, na które nie mam wpływu. Jeśli osiemnastka podjedzie, to zdążę na pociąg. Jeśli przyjedzie dziesięć minut później, pojadę następnym. Przynajmniej będą miejsca siedzące, a ja zdążę sobie jeszcze kupić gorącą kawę do pociągu. Zamknęłam oczy i wciągnęłam mocno do płuc wilgotne, jesienne powietrze, a moją twarz rosił delikatny deszcz. Ach, jak ja tęskniłam za Poznaniem. Jak ja tęskniłam za Jeżycami... Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo.

Nagle poczułam, jak mój węch gryzie zapach papierosa. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się. Po mojej lewej stronie stała dziewczyna. Ładna, blondyneczka, o delikatnych rysach. Drobniutka i niższa ode mnie. Katowała swoje płuca dymem papierosowym. I w pewnym momencie zrobiło mi się jej żal, bo zobaczyłam w niej siebie - nie tak dawnego palacza. Przypomniało mi się, jak co przerwę w zajęciach wybiegałam na zewnątrz, na papierosa. Lubiłam palić od strony ulicy Dąbrowskiego, bo stamtąd mogłam obserwować ludzi. Tak, jak tej deszczowej środy, gdy przyglądałam się blondyneczce. I zawsze wychodziłam na papierosa z Olką, która właściwie nauczyła mnie palić i z Rudą, która prawie nigdy nie miała przy sobie paczki, ale zawsze brała papierosa od którejś z nas, mówiąc za każdym razem: Kurde, a skuszę się, sorry, znowu was oszwabiam z fajek, następnym razem ja kupię.

Zatęskniłam za tymi moimi dwoma wariatkami. Do Rudej, do Lubonia nie mam jeszcze tak daleko, ale Olka mieszka w Kaliszu, a ja nawet nie zdążyłam z nimi porządnie się upić, kiedy obroniłyśmy inżyniera. Mój Boże, a to było  lutym. Czas pędzi nieubłaganie. I  pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu spędzałam z nimi całe dnie na uczelni, albo nad Rusałką, lub właśnie na papierochu, siedząc na schodach od strony Dąbrowskiego i narzekając na facetów i wykładowców, lub śmiejąc się do łez. Nieraz dosiadał się do nas Dziedziu i żydził fajkę, a później namawiał mnie, bym pojechała do jego ekipy na wieczorne jam session. Kimniesz się garażu, a jutro pójdziemy na zajęcia! - mówił. A ja nigdy nie pojechałam, bo przecież zawsze spieszyłam się na pociąg.

Teraz rozpoczęłam piąty rok studiów. Ostatni. Nikt nie wyciągał mnie na papierosa od strony Dąbrowskiego. Bo ja już nie palę, nie licząc lekkich grzechów imprezowych, kiedy to nawet nie mogę dokończyć fajki, a nawet, gdybym paliła, pewnie robiłabym to w samotności. Dawniej wyczekiwałam października, bo tęskniłam za moimi Łosiami. Zawsze witaliśmy się rzuceniem się sobie w ramiona, a że ja przylepa jestem i przytulać się uwielbiam, z każdym jesiennym powrotem wyprzytulałam pół roku. Jednak w ten poniedziałek, wejście na uczelnię było niczym zderzenie ze szklaną szybą. Nie miałam ochoty przytulać nikogo. I znów przyszła mi do głowy myśl, że nie tego chcę, że wolałabym być gdzie indziej, że wszystko, tylko nie to i wszystko, tylko nie oni.

Ale nie wolno mi było rozczulać się. Nie zmienię tych ludzi, ale mogę zmienić siebie. Mogę uczyć się hamować moją wrażliwość, uodpornić się na chamstwo, ale nie stanę się zimna, jak oni. Już wolę być tam czerwonowłosą o bladej, poważnej buzi, która w kulminacyjnych momentach zamyka oczy i myśli: "tylko oddychaj", a jednak przytuli i pomoże, kiedy ktoś będzie mnie potrzebował. 

Bo ja lubię być dla kogoś dobrą duszą, promyczkiem rozświetlającym mrok, dobrym sercem, które przytuli. Czasem przez to cierpię, ale lubię to mimo cierpienia, nawet, jeśli to brzmi masochistycznie. Lubię to w sobie.

I wtedy miałam ochotę przytulić tę drobną blondyneczkę, w której oczach zasiany był lęk. Ale zmierzyła mnie już wzrokiem, kiedy próbowałam się do niej po prostu uśmiechnąć, a gdybym spróbowała do niej podejść, pewnie uznałaby mnie za dziwną. 

Pozostałam więc na swoim miejscu, nadal pozwalając zraszać się październikowemu deszczowi.

- Asik, czekasz na osiemnastkę? Jedziesz na pociąg? - zapytała Marta, która pojawiła się tam zupełnie niespodzianie, wybijając mnie nieco z tego mojego melancholijnego rytmu. Jedna z tych dobrych dusz, które zostały jeszcze na tej uczelni. 
Uśmiechnęłam się.
- Ano jadę, jadę, tylko chyba nie zdążę na ten o siedemnastej, będę musiała pojechać kolejnym. Ale to może...
- Kawa albo żarcie? - czytała w moich myślach. - Mogę ci potowarzyszyć? Bo nudzi mi się, a w domu jest ojciec i wiesz... niespecjalnie chce mi się wracać.

Dobrze było mieć ją obok. To była pierwsza osoba, z którą udało mi się nawiązać taki dobry kontakt na uczelni. To jedna z tych osób, z którą można płakać ze śmiechu, że rozlało się kawę na uczelnianym korytarzu, a plastikowy kubek nadal niemiłosiernie parzy w palce. Nie zawsze się dogadywałyśmy, nieraz milczałyśmy, ale myślę dzisiaj, że nawet to milczenie było nam potrzebne. Bo Marta to dziewczyna po przejściach, jakby nie patrzeć. Lubiłam z nią rozmawiać, pomagać jej, ale pewnego dnia po prostu zagubiłam się między jej życiem, a swoim, mając wrażenie, że ona nie chce dać sobie pomóc. Egoistycznie uciekłam, mówiąc, że nie dam rady, że nie rozwiążę jej problemów za nią, bo zagłębiałam się w nie tak mocno, że o mało zapomniałam o własnym życiu, o własnym związku i o własnych przyjaciołach. Ona z kolei nie do końca przyjmowała do wiadomości, że ja poza uczelnią mam jednak swoje życie, do którego wracam, kiedy zamykają się drzwi od pociągu. Wtedy niemiłosiernie znikałam, zostawiałam ją samą, obwiniałam się o to, ale przecież nie miałam innego wyjścia. Musiałam wracać. To był właśnie ten ból masochistycznie dobrego serca. Czasem aż za dobrego.

Ale dziś jest już dobrze. I nawet jeden z projektów będziemy robić razem. Czekając na mój pociąg siedziałyśmy na dworcu wcinając fast foody i pijąc pyszną kawę.

- No to opowiadaj, mamy godzinę czasu! - rzuciłam, zabierając się za frytki. Spędzenie prawie całego dnia o jednej bułce nie było rozsądne, ale tam brakowało mi czasu na rozmowę z ludźmi, a co dopiero na jedzenie. Chyba szybko zrzucę te pięć kilo, które nadrobiłam w wakacje.

No to zaczęła opowiadać o tym, co robiła przez te ponad trzy miesiące, odkąd ostatni raz się widziałyśmy. Mówiła o pobycie w Holandii, o swoim dużo starszym facecie, do którego uczucie może nie do końca jest rozsądne, ale ja jej za to nie potępiam. Potrafię zrozumieć. Tym bardziej, kiedy opowiada, że on o nią tak dba i daje jej tyle ciepła. Mało tego ciepła od życia dostała - myślałam, patrząc jej w oczy. Nie ma się co dziwić, że szuka go w ten sposób. Mówiła o swoim buddyzmie, a ja słuchałam ją z zainteresowaniem. O Portugalczyku, którego poznała w pracy w Holandii, a który okazał się strasznie upierdliwy. Nie przerywałam. Widziałam, jak bardzo chce mi to opowiedzieć. Uśmiechałam się tylko pod nosem.

Gdy skończyła, ja opowiedziałam jej o moich wakacjach. Mówiłam o koncercie Pearl Jamu, o tym, jak ochroniarz przerzucał mnie przez barierkę, jak pijane od whiskey z Karoliną wparowałyśmy w nocy do morza w Gdańsku śmiejąc się z "małych" fal, które mimo wszystko powaliły Karolinę na dupsko. Opowiadałam jej o wyjeździe nad morze z Patrykiem i o zagubionym chłopcu, który szukał u nas pomocy. Opowiadałam jej o Woodstocku i mówiłam, że muszę ją tam zabrać. O tej atmosferze, jaka tam panuje, o ludziach, o muzyce. O tym, jak tłum zaniósł mnie na fali podczas koncertu Jelonka pod samą scenę, bo powiedziałam tylko, że nie mam siły się przeciskać do przodu. Opowiadałam jej o zaręczynach, o tym naszym szczęściu. I o LuxFeście, na którym byłam w niedzielę i który nie do końca wyglądał tak, jak chciałam, aby wyglądał.

- Wiesz co Asik... - powiedziała Marta, kiedy skończyłam snuć swoje wakacyjno-rock'n'rollowe opowieści. - Zmieniłaś się.
Zaśmiałam się pod nosem.
- No co ty... - odpowiedziałam i zerkając na zegarek uświadomiłam sobie, że muszę zacząć się pakować, bo spóźnienie się na kolejny pociąg sprawiłoby, że zlądowałabym w domu po dwudziestej, a tego nie chciałam.
- Mówię poważnie. Ach, jak ja sobie przypomnę ciebie na pierwszym roku... 
Wzięłam torbę na kolana i spojrzałam na nią.
- Byłaś straszną marudą, wiesz? - kontynuowała. - Na wszystko narzekałaś. A bo pogoda kiepska, a bo musisz jechać na pociąg, a bo trzeba zrobić projekt, a bo masz odrosty, a bo jesteś zmęczona, a bo Patryk krzywo spojrzał... Nawet nie wiesz, jak wtedy zazdrościłam ci twojego życia. Fajnego faceta, świetnych przyjaciół...
Zrobiło mi się głupio.
- A teraz... Teraz jesteś osobą od której można się uczyć radości z każdego dnia. Bije od ciebie takie ciepło, wiesz? Bo jesteś szczęśliwa, doceniasz to i umiesz to kurcze... przekazać. Dlatego fajnie jest spędzić z tobą trochę czasu.

Nie byłam jej w stanie odpowiedzieć na to ani słowa, a że musiałam biec na pociąg, zdążyłam ją tylko wyściskać i uśmiechnąć się do niej najszczerzej, jak potrafiłam. 

Nie mam już tu, na studiach swojej paczki, jest mi tu trudniej, niż kiedykolwiek, bo czasem, kiedy nie mam Marty obok - a jesteśmy w różnych blokach - nie mam z kim po ludzku pogadać. Czuję się tu czasem obca, czuję, że straciłam coś, ale jestem pewna, że zyskałam dużo więcej.

Bo nauczyłam się czerpać radość z każdego dnia, nie przejmować się rzeczami, na które nie mam wpływu. I zrozumiałam, jak ogromną siłę mają dobre wspomnienia, które rozpalają w sercu prawdziwy ogień. Takie marudzenie i narzekanie jest ludzkie, szczególnie teraz, kiedy jesienna aura daje ku temu mnóstwo powodów. 

Ale czasem warto otworzyć oczy, zaciągnąć się tym jesiennym, mokrym od mżawki i mgły powietrzem i powiedzieć sobie w duchu: kocham cię życie. 

Naprawdę warto.