sobota, 27 września 2014

Liebster Blog Award, czyli w końcu dopadło i mnie

I znów dopadła mnie nominacja do blogowej zabawy, a do Liebstera po raz pierwszy(!), za którą dziękuję pannie Anelise. Jako, że grzecznie wywiązuję się z takowych nominacji, to i tym razem ładnie i składnie odpowiem na pytania, tym bardziej, że w mej skromnej ocenie wydają się być nawet całkiem przyzwoite. No to do dzieła! 


1. Jakie wspomnienie nieodłącznie kojarzy ci się ze szkołą podstawową?
Jeśli mam być szczera, to okres podstawówki najchętniej wycięłabym ze swojego życia. Kojarzy mi się z nią przede wszystkim samotność. To był czas, w którym po raz pierwszy dostałam po dupie za zbyt dobre serce. Bycie Matką Teresą nie służy i boleśnie przekonuję się o tym po dzień dzisiejszy. Kwestia charakteru, albo jedna z moich "wadozalet", która zależy od punktu siedzenia. Dziś nie mam kontaktu prawie z żadną osobą z mojej klasy, chociaż wiele z nich nadal mijam na ulicy. Choć "kontakt" to za dużo powiedziane, kiedy większość z nich nie potrafi zdać się na zwykłe "cześć".

2. Każdy z nas ma takie piosenki, przy których skakał ze szczęścia, albo cichutko płakał ze wzruszenia. Podaj proszę kilka tytułów.
Nie ma sprawy! Muzyka to nieodłączny element mojego życia, który idzie też w zgodzie z moim nastrojem. Do szczęścia skaczę często, szczególnie przy:
A do poduszki łkam nieraz w duecie z:
I więcej Wam nie podam, bo jeszcze wpadniecie w deprechę, a podobno taka pogoda jej sprzyja.

3. Twój dzień zaczyna się od..., a kończy na...?
Zaczyna się od wychodzenia z trybu zombie przy pomocy porannej kawy, a kończy się na wszelakie sposoby, począwszy od czytania książki, przez oglądanie serialu, przesiadywanie na blogu, piwo ze znajomymi, zakończywszy na pytaniu, "czy ja w ogóle dziś pójdę spać?" :)

4. Kiedy i jak poznałaś swoją pasję i ile czasu obecnie jej poświęcasz?
Rysuję od dziecka, a to, ile czasu temu poświęcam zależy od tego, ile go mam tak naprawdę. Bądź, co bądź rysunek jest dla mnie lekarstwem na stres i sposobem na wyciszenie - ale o tym większość z Was doskonale już wie. Do czasów studiów byłam samoukiem, później podszkoliłam się nieco na zajęciach z rysunku i malarstwa, ale nigdy nie traktowałam tych przedmiotów jako konieczność zaliczenia na piątkę. Moja pasja miała być dla mnie. Dlatego też zrezygnowałam z rysowania na zamówienie. 


A drugą moją pasją jest pisanie. Będąc w piątej klasie szkoły podstawowej napisałam opowiadanie liczące osiemnaście rozdziałów, a każdy z nich liczył jakieś pięć stron A4 zapisanych czcionką "jedenastką", więc nieźle, co? Dziś unikam zaglądania w te kartki w obawie przed uduszeniem się ze śmiechu, ale uważam to za taki dość fajny, przełomowy moment, jeśli chodzi właśnie o pisanie. Drugim takim momentem było stworzenie scenariusza do spektaklu w pierwszej klasie liceum, który co prawda zrealizowany nie został, ale leży sobie gdzieś na szkolnych półkach, a mój były wychowawca (polonista, którego bardzo sobie ceniłam i cenię nadal) powiedział, że kiedy pewnego dnia uda mi się coś wydać, to prosi o dedykację. Póki co jednak wyżywam się "pisarsko" jedynie na blogu i w moim zeszycie i traktuję tę pasję podobnie, jak rysowanie.

5. Proszę wymień dziesięć słów, które przychodzą ci na myśl, gdy wspominasz swój rodzinny dom.
Trudno wspominać, jeśli wciąż się w tym domu mieszka, ale spróbuję go w ten sposób opisać.
Kamienica, rynek, podwórko, mury, ciepło, przytulnie, Mama, Tata, Braciak, pies.

6. Będąc dziećmi często oszukiwaliśmy przeznaczenie. Czy pamiętasz jakąś sytuację, kiedy to byłaś o krok od nieszczęścia?
Pamiętam. Miałam wtedy czternaście lat, więc można powiedzieć, że byłam już bardziej nastolatką, niż dzieckiem, ale otarłam się wtedy o nieszczęście. Byłam na wakacyjnym obozie pod namiotami w Pszczewie. Wraz z całą grupą przygotowywaliśmy przedstawienie, które miało odbyć się w ramach obozowych zabaw. I kiedy gawędziłam sobie z moją Iwonką siedząc przed namiotem, zerwała się straszna wichura. Konary drzew zaczęły łamać się jak zapałki, od wiatru zaczęło kurzyć się tak, że oczy szczypały od piachu, nic nie było widać, a w powietrzu fruwały kamienie wielkości pięciozłotówek. I trzeba było nam uciekać do pobliskiej świetlicy, która oddalona była od obozu o jakieś trzysta metrów. Wtedy jednak wydawała się ona być potwornie daleko. Pewna kobieta, która przyjechała w odwiedziny do nas zdążyła wyjąć z samochodu swojego synka, zanim na jego dach spadła ogromna gałąź pozostawiając spore wgniecenie i pękniętą szybę. Co pamiętam? Krzyk, hałas, strach, płacz i próbę biegu "pod wiatr", trzymając się za ręce. I tę chęć powrotu do domu, kiedy dowiedziałyśmy się z Iwką, że jakieś dwa metry za naszym namiotem spadł konar drzewa, który spokojnie mógłby zrobić krzywdę którejś z nas, a nawet zabić.

7. Wyjście z domu bez makijażu to odwaga na którą stać tylko nieliczne kobiety, czy zupełnie normalna sprawa?
Zależy od... kobiety. Dla mnie to sprawa całkiem normalna, albo mówiąc dosadniej - naturalna. Przez długi czas miałam straszne problemy z samoakceptacją, właściwie nie ma chyba części ciała, do której bym się u siebie swego czasu nie doczepiła. Pamiętam nawet taki moment, kiedy nie lubiłam swoich powiek. To dopiero była masakra. I pewnego dnia uświadomiłam sobie, że postępując tak dalej, będę niewolnikiem samej siebie. Nauczyłam się więc siebie lubić i akceptować, a pewnego dnia słowa mojego faceta "Nie ubrudziłaś dziś oczu! Ślicznie wyglądasz!" dały mi naprawdę dużo do myślenia. Więc - owszem - malować się lubię, szczególnie oczy właśnie. Nie lubię się "tapetować", bo czuję się wtedy nienaturalnie. W ogóle ciężko znaleźć mi podkład dla siebie, bo jestem dość blada. Uwielbiam za to czerwoną szminkę, bo w połączeniu z moją bladością i czerwonymi włosami komponuje się całkiem nieźle. 

8. Najgorsza książka, jaką przeczytałaś w życiu i dlaczego Ci się nie spodobała.
Nie zmuszam się do czytania książek, które mi się nie podobają. Ale czymś, co mnie odrzuciło na sto kilometrów, było "Pięćdziesiąt twarzy Greya." Sięgnęłam po nią z ciekawości, bo wiele koleżanek polecało mi ją z wypiekami na policzkach. Doczytałam do połowy, bo - jak wspomniałam - nie zmuszam się i nie byłam w stanie zmuszać się dalej do czytania o bohaterce, która przeżywa pińćset pisiąt pińć orgazmów i pińćset pisiąc pińć razy rozpada się na kawałki. Także "Pisiąt twarzy Greja" zdecydowanie nie dla mnie.
Wybaczcie dziewczyny, ale wyjaśnijcie mi - co Was tak urzekło w tej książce?

9. Wymień proszę kilkanaście miejsc, które musisz zobaczyć jeszcze przed śmiercią.
Ha! Fajne pytanie! Muszę znaleźć się jeszcze raz za barierką podczas koncertu Pearl Jamu. Muszę odwiedzić Paryż i zobaczyć grób Jima Morrisona. Za parę lat muszę zakładać ogród na naszej działce, którą planujemy kupić i pić wino w domu, który chcielibyśmy wybudować. I muszę znaleźć się w Krakowie, u mojej Anji - a to już w listopadzie! Muszę pozwiedzać historyczne miasta-ogrody, o których nasłuchałam się na zajęciach. A właściwie, to ja nic nie muszę. Ja chcę!

10. Dziś czy jutro? Który dzień jest dla Ciebie ważniejszy? [ Nie mam na myśli konkretnej daty, a pojęcie ogólne.] 
Zdecydowanie dziś. Zdecydowanie tu i teraz. Tym bardziej, że staram się żyć chwilą i cieszyć każdym dniem. Jak miałabym to robić, zastanawiając się nad tym, co czeka mnie jutro?
11. Mój blog to dla mnie…?
...miejsce w którym poznałam i poznaję cudownych ludzi, którzy potrafią być przyjaciółmi nawet, jeśli nigdy nie widzieliśmy się na oczy. Moje swoiste katharsis. Miejsce, w którym mogę pisać o moich radościach i smutkach. Miejsce, w którym znalazłam akceptację i przyjaźń nawet w momencie, kiedy sama siebie nie akceptowałam.


Jeśli chodzi o nominowanie to chyba ciężko po ostatniej fali Liebstera wybrać kogoś, kto się jeszcze w to nie bawił. Dlatego nominuję wszystkich, którzy się jeszcze nie bawili, a chcieliby :)

poniedziałek, 22 września 2014

Hej ludzie, żoną będę!

Kiedy w sobotę rano odsłoniłam okno, nic nie zapowiadało jednego z najbardziej kolorowych dni w życiu. Mgliście, deszczowo i ponuro. Ale jakimś dziwnym trafem od początku dnia nie mogłam przestać się uśmiechać. To będzie fajny dzień - myślałam sobie, zupełnie, jakby podświadomość podsuwała mi dobry humor na tacy.

W końcu mieliśmy spędzić dzień tylko we dwoje, a tak mało czasu mieliśmy ostatnio dla siebie. Od paru dni dostawałam sms'y: Kochanie, żeby tylko była ładna pogoda w sobotę!

W ogóle się nie domyśliłam, co Wy.

No i jak za dotknięciem magicznej różdżki już od południa niebo stało się cudnie niebieskie, babie lato w powietrzu, piękny wrześniowy dzień, ach! Nic tylko uporać się jak najszybciej z obowiązkami i spędzić wspólnie popołudnie gdzieś na świeżym powietrzu.
I znów sms: Skarbie bądź gotowa o szesnastej, okej?
Pewnie, że będę gotowa! - pomyślałam sobie radośnie i coby się do umówionej szesnastej wyrobić, podwinęłam rękawy i zabrałam się za porządki, jak w każdą zresztą sobotę.

I - uprzedzając Wasze pytanie - wcale, a wcale się nie domyślałam, o co biega.

Walka z odkurzaniem skończona, kwiaty podlane, obiad skończony, brzuszek pełny, gary w zmywarce i łazienka wyszorowana. Bingo! Jestem mistrzem! - myślę sobie, po czym zerkam na zegar a tam - Chryste Panie! Piętnasta czterdzieści! A ja upocona i umarnowana jak ten prosiak. No to biegiem pod prysznic, szybki makijaż, taki, żeby choć na trochę ładniejszą wyglądać. Nowa koszula w kratę w sam raz na jesienny, sobotni spacer, a jakże! I przyznajcie, tempo mam całkiem niezłe.

No i szesnasta na zegarze, dzwonek do drzwi, Asik leci, jakbyśmy pierwszy raz na oczy mieli się zobaczyć.
- Jak ty ślicznie wyglądasz!
 Tak się ucieszyłam na taki miły komplement od samych drzwi. I - nie, wcale się nie domyśliłam, chociaż intrygowało mnie jedno: co On ostatnio taki miły? 
No ale zastanawiać za długo się nie chciałam, przecież było między nami raz źle, raz dobrze, ostatnio z naciskiem na to pierwsze. Wolałam nie rozmyślać zatem, a zamiast tego cieszyć się, że jest dla mnie taki kochany.
- To co? Idziemy?
Pewnie, że idziemy!
No to zaczęliśmy wędrować w nasze ulubione miejsce nad stawami. Po drodze z ciekawości ukradkiem powąchałam moje łapy, a te jeszcze rękawiczkami i płynem do mycia kibla waliły, no po prostu czad!
- Pijemy coś? Jakieś wino? W sumie to bym się napiła!
Serio, miałam straszną ochotę na wino.
- Wiesz, jak mnie mama podrzucała do miasta, to już wino kupiłem. Jak będziesz miała mało, to drugie wypijemy, kiedy będziemy oglądać mecz, o!
Taki układ jak najbardziej mi podpasował, tym bardziej, że musiałam zobaczyć półfinał przecież!
I wcale nie. Nadal nie wpadłam o co biega, a moje myśli zajęły się jakże ważnym dylematem: Ile wygramy z Niemcami? No bo przecież wygramy, tylko ja jeszcze nie wiem ile.

Zapytał mi się, czy pójdziemy okrężną drogą. Czemu nie! Taka piękna pogoda, to i żal ze spacerowania nie skorzystać. A okrężna droga okazała się serio... okrężna. Ale nam czas biegł bardzo przyjemnie. Tylko nie wiedziałam, komu się tak pocą ręce, czy Jemu, czy mi. A może mam takie łapska przez ten cholerny płyn do kibla... Boże.


I w końcu, po przedzieraniu się przez jakieś krzaki i chaszcze doprowadził mnie do miejsca nad stawem, w którym nie byliśmy jeszcze nigdy, a które było co najmniej magiczne. Nad nami parasol z olchy, a przed nami staw i las, cudowny jesienny las. I słońce. Kochane słońce, które wciąż tak cudnie grzało...

Patrzę, wyciąga bandamkę z kieszeni. Myślę sobie Jaki On kochany, pewnie pod dupkę mi podłoży, żeby mi się nowe spodnie nie ubrudziły.

Proszę bardzo, śmiejcie się dalej, bo ja się wcale nie domyśliłam!
A Jemu wcale się nie widziało podkładać czerwonej bandamki pod moją dupkę. Zamiast tego założył mi ją na oczy.
- Na pewno nic nie widzisz? Poczekaj sekundę! rzucił, a ja powoli wpadałam w panikę, że za chwilę wpadnę do stawu i uznałam, że najbezpieczniej będzie stać na baczność.
- Nic nie widzę! - wydarłam się, chyba trochę panicznie.

I słyszę jakieś szmery, cuda niewidy. A w mojej głowie istna wojna doprawiona strachem przed wylądowaniem w stawie: Mówił, że Jego mama zrobiła dzisiaj burrito... A co, jeśli ukradł po kawałku dla nas i właśnie robi piknik? Kochany, wreszcie się postarał! Oho, słyszę jakieś szkło! Wziął szklaneczki do wina! Ja cię kręcę, ale czad!

Już nawet prawie nie słyszę, jak kwiczycie ze śmiechu. Serio - nadal się nie domyślałam.

- Gotowa? - zapytał.
- Pewnie, że tak! - zapiszczałam radośnie, bo już bardzo się niecierpliwiłam. No i miałam ochotę na wino. I na burrito.

Zdjął mi z oczu chustę. I co ukazało się mym oczom?
Koc, dwa kieliszki i moje ukochane, czerwone Cin Cin.

- Jeeej kochany jesteś! - ucieszyłam się.  
Tylko zaraz, zaraz... gdzie burrito? Nie ma burrito?

I wtedy spojrzałam na Niego.
Co Ty wyprawiasz... Ej, co robisz... Skarbie? Nie! No nie! Chrystusie amerykański... Bogowie wszystkich plemion, Matko Boska i Wszyscy Święci.
 O mój Boże, On klęka!

Zza koszuli wyjął małe, czerwone pudełeczko w kształcie serca.
- Oszalałeś... - nie pytajcie, dlaczego to mi się wyrwało, naprawdę nie wiem!

- Wyjdziesz za mnie? - zapytał. Głos Mu drżał, nerwowo przełykał ślinę. Zależało Mu! Wyczułam to. Tak cholernie Mu zależało, jak nigdy wcześniej! Poryczałam się jak głupia. Nie wierzyłam.
- Jasne, że wyjdę! Tak, tak, tak!
I jak para dzieciaków rzuciliśmy się w sobie w ramiona i się poryczeliśmy. Nawet nie zdążył założyć mi pierścionka.
- Hej, musisz założyć mi go...
- Jasne! Ej... a na który palec?
- Boże, nie wiem, na który palec zakłada się pierścionek zaręczynowy, nie mam pojęcia!
- Ja też... I co teraz?
- A załóż na ten, tak będzie dobrze!

I pierścionek wylądował na palcu serdecznym prawej dłoni - więc chyba dobrze. Zupełnie jak para dzieciaków, śmialiśmy się z siebie. Jaki jest? Troszeczkę za duży, ale ja przez moje kościste paluchy ostatnio wcale pierścionków nie nosiłam. Jest śliczny! Z białego złota, delikatny...  I musicie uwierzyć mi na słowo, bo nawet nie mam czym zrobić Wam zdjęcia.

Tak czy siak... zostałam narzeczoną!


Spędziliśmy wspaniałe popołudnie, opowiedział mi, jak się do tego przygotowywał. Okazało się, że cała jego rodzina Mu kibicowała, chociaż dobrze wiedzieli, że to tylko formalność. Moja Mama też wiedziała, że ma taki zamiar, chociaż nie wiedziała, że akurat w ten dzień. Pomagała Mu określić rozmiar pierścionka. Ach to dlatego mierzyła mi wszystkie pierścionki w domu sprzedając ściemę, że chce je dać do złotnika... a to cholera jedna!
Śmiejcie się dalej. Naprawdę nie potrafię się niczego domyślić. Ale może to dobrze? Może właśnie dlatego tak bardzo cieszą mnie wszelkie niespodzianki?
Wysłaliśmy sms'y do przyjaciół z wiadomością o zaręczynach. Wszyscy uradowani.

Pozostało tylko powiedzieć moim Rodzicom. 

Wróciliśmy więc do mnie, a po drodze żadnemu z nas nie pociły się już dłonie. Ach więc to Ty, pomyślałam sobie. Gdy weszliśmy do domu postawiliśmy flaszkę na stół i oznajmiliśmy jednogłośnie:
- Zaręczyliśmy się!
 Rodzice oszaleli ze szczęścia, a Mama przeskakując przez mojego głupkowato-kochanego psa, z ręcznikiem do naczyń w dłoni o mało nas nie udusiła. 

I zaczęliśmy planować. :) 

Na razie rozglądamy się za salą. I za domem! Wiemy już, w którym kościele chcemy się pobrać i kto prawdopodobnie zagra na weselu. Myślimy o sierpniu w przyszłym roku. :) I wiemy, jakiego chcemy mieć psa, o! I wiem też, że będę na moim ślubie ryczeć o jeden raz mniej, bo i Teściowie i Rodzice moi zabronili jednogłośnie grania Cudownych rodziców

Zamyśliłam się, wtedy, przy stole. A może wypiłam o jeden kieliszek za dużo. Spojrzałam na pierścionek. Pamiętam, jak Iwona mówiła mi, że to nieprawda, co mówią że zaręczyny to tylko symbol, tak samo, jak ślub. Że to naprawdę umacnia. Że wystarczy w to wierzyć. Tego było nam trzeba. kroku naprzód. To rozwiało wszystkie wątpliwości. Teraz musi być już dobrze.

- Czas się rozglądać za suknią. - powiedziała Mama przy stole wybijając mnie trochę z rytmu.
I wtedy do mnie dotarło, jak bardzo się denerwuję, jak bardzo mi na tym zależy i jak bardzo jestem szczęśliwa!


Tak więc oświadczam wszem i wobec iż: będę rock'n'rollową panną młodą!

sobota, 20 września 2014

Za ścianą strachu

Wczoraj na stronie mojej uczelni pojawił się nowy plan zajęć. Na pierwszy rzut oka wydał mi się straszny, ale kiedy go na spokojnie przeanalizowałam, to okazało się, że jeszcze nie jest tak źle. Co prawda przeważają popołudniówki, pojawiają się dwugodzinne okienka, pojedyncze dni zawalone od godziny ósmej do osiemnastej i zajęcia w co drugi piątek. Od razu pomyślałam sobie, jak wpleść w to wszystko moją pracę i nawet znalazłam na to dobry sposób: będę pracowała we wtorki, zamiast jeździć na wykład (o ile znajdę kogoś życzliwego, kto moją skromną osobę będzie wpisywał na listę) i w co drugi piątek, skoro ten jest wolny. W najgorszym wypadku będę chodziła do pracy w soboty, chociaż wtedy dorabiałam sobie w sklepie u mojej Mamy, próbując ją też trochę odciążyć, a przy okazji chcąc sobie zarobić więcej.

Ktoś mi ostatnio powiedział, że moja praca w wymiarze 1/4 etatu to żadna praca i że w ogóle nie powinnam mówić, że pracuję, bo tak naprawdę nie pracuję
Zostałam wyśmiana.
Wiecie, że się przejęłam?

Przejęłam się i tak to się głęboko wryło gdzieś w mojej głowie, że po powrocie do domu nawet się popłakałam. Znów zaczęłam wmawiać sobie (olaboga), żem do niczego, że ludzie w moim wieku pracują na pełen etat, że szybciej zestarzeję się, niż odłożę na swoje marzenia, bla, bla, bla...
I nagle powiedziałam sobie: stop!

Co ty wyprawiasz, maleńka? Ilu ludzi z twojego roku łączy pracę z dziennymi studiami, jednocześnie codziennie dojeżdżając godzinę pociągiem? I w dodatku opłacając sobie te dojazdy samemu, dzięki własnej, uczciwej pracy! Niektórzy ludzie pracujący na pełen etat zarabiają dwa razy tyle co ty na 1/4 etatu, a stażyści z powiatowego urzędu pracy tylko o 200zł więcej, jeśli nie tyle, co ty. Ilu ludzi z twojego roku pracuje w zawodzie? Ilu ludzi dostało pracę w zawodzie właściwie dwa dni po obronie pracy inżynierskiej? 

I podniosłam siebie na duchu, wiecie?
Nauczyłam się siebie pocieszać.
I doceniać.

Jestem wdzięczna losowi za moją pracę - nieraz przyjemną, z kubkiem kawy pod ręką, robiąc przy komputerze projekt ogrodu, albo bardzo ciężką właśnie pracę w terenie, w strugach deszczu nieraz, kiedy zakładamy, lub pielęgnujemy ogród i muszę czasami dźwigać ciężkie rzeczy. Drę się wtedy, nim zdążą przybiec do mnie pracownicy "spoko panowie, dam se radę!", a oni bulwersują się na mnie:
- Ale my nie możemy pozwolić, pani Asiu, żeby pani inżynier dźwigała takie ciężkie donice! Jak szef się dowie...
Odpowiadam wtedy z uśmiechem:
- A co panowie myślą, że pani inżynier, to tylko do grzania fotela przy biurku się nadaje? Przynajmniej bicepsy sobie wyrobię! :)
I nieraz wracam do domu z pociętymi od igieł jałowców, lub cierni krzewów rękami, paznokciami tak brudnymi od ziemi, że aż ciężko je doszorować, czy ramionami spalonymi od słońca. Bardzo polubiłam tych ludzi. Wołam ich na kawę, kiedy jestem w biurze, a wiem, że oni ciężko pracują w szkółce. Lubię spędzać z nimi czas, rozmawiać i pomagać im, bo wiem, że mnie szanują.

I kiedy poczułam się tak dobrze z wizją pracy, mojej, samodzielnej i bardzo ciężkiej nieraz, na głowę spadł mi inny demon: strach.

Przypomniałam sobie czerwiec, kiedy słabłam prawie codziennie i mogło to się stać wszędzie: na ulicy, na uczelni, w domu, w pociągu, w tramwaju... Przypomniałam sobie to uczucie, kiedy wiedziałam, że zaczyna się to dziać, kiedy nie mogłam nabrać z nerwów powietrza, kiedy osuwałam się po ścianie i widziałam tych ludzi, którzy podbiegają do mnie i podają wodę... Przypomniałam sobie, jak po zjebce od Królika w końcu poszłam do lekarza, a po otrzymaniu wyników okazało się, że nic mi nie jest, że jestem zdrowa jak ryba, ale przeforsowana.

Mój organizm był wykończony i wyjałowiony.
Lekarka powiedziała mi: Asiu, musisz zwolnić, bo zajedziesz się na śmierć i ja wcale w tym momencie nie żartuję.

Na śmierć.
Określenie "wykończyć się" nabrało nowego znaczenia.

Zwolniłam, zaczęłam zdrowiej jeść, fundowałam sobie sporą dawkę witamin, rzuciłam palenie i dbałam o to, by spać osiem godzin dziennie.  
Od końca czerwca nie zasłabłam ani razu.
A więc tak, to było zwykłe przemęczenie materiału.

I poczułam ten strach właśnie, kiedy pomyślałam sobie, że znowu mogę się przez przypadek przeforsować. Teraz do studiów dziennych, dojazdów pociągiem i pracy dojdzie jeszcze pisanie pracy magisterskiej, kończenie pomiarów i badań, w dodatku z doświadczenia wiem, że presja od promotorki będzie spora, a więc wolnego czasu będę miała bardzo mało.

I tak zaczęłam zwijać się w kulkę, pozwalając paraliżować się strachowi.
A potem zadałam sobie pytanie:
Co jest dla ciebie najważniejsze?

Podobno na te pytanie najprościej odpowiedzieć sobie, wyobrażając sobie, że się coś traci. Przy wyobrażeniu straty tego, co najważniejsze, czuje się największy strach. Wypisałam sobie więc na kartce wszystko, co jest dla mnie ważne i wyobrażałam sobie, jak to tracę.

I wiecie co?

Najmniejszy strach poczułam, wyobrażając sobie, że tracę studia, pracę, czy, że odkładam magisterkę na później. Ale zaczęłam drżeć z przerażenia, kiedy pomyślałam o stracie ludzi, których kocham, albo lubię. I poczułam strach, kiedy wyobraziłam sobie, że tracę zdrowie i leżę w szpitalu. Przeraziłam się wyobrażając sobie, że znowu dopada mnie to uczucie, kiedy brakuje mi powietrza.

Pomyślałam sobie wtedy, że nie mogę pozwolić tym drobnym rzeczom, żeby mnie wykończyły. Żeby zajechały mnie na śmierć
Nie mogę doprowadzić do stanu, gdy znów będę osuwała się po ścianie. 
I niech to będzie moim celem od początku października.

wtorek, 16 września 2014

Gdy winobluszcze powoli się czerwienią...

Wskazówki zegara zatrzymały się na godzinie o nazwie melancholia. Budzik zapiszczał, co sił mu było w płucach, wykrzykując głośno najbardziej znienawidzone przeze mnie słowa. Smutek, przybicie, szarość! Nie chciałam otwierać oczu, w końcu jednak siłą rzeczy zmusiłam się do wstania z łóżka nie lewą nogą i podeszłam do okna. Gdy je odsłoniłam, w moje zaspane i kurczące się momentalnie źrenice uderzyły promienie jesiennego słońca. Jaki smutek? Jakie przybicie? Jaka szarość? 

Przecież jest pięknie...

Spacerując po ogrodzie, pozwalałam chłodowi poranka muskać zbyt lekko okryte ciało. Czułam się tak po prostu dobrze. Trudno było mi to przyznać. Tak naprawdę nigdy Jej nie lubiłam. Nie znosiłam panny o imieniu Jesień. Dziś przyglądając się Jej zauważyłam, jak wiele nas łączy. Miała tak samo czerwone włosy jak ja, młode listki rumieniącego się wolno winobluszczu opadały na jej nagie, blade ramiona. Oczy zielone i prawie zawsze mokre od rosy. I muśnięte niedbale czerwoną szminką usta, wykrzywiające się w ciepłym uśmiechu, tak często przysłonięte przez chłód niespokojnego oddechu.

I tak trudno było jej nieraz dopasować się do towarzystwa. Była tak bardzo inna. Była odmieńcem, tak samo jak ja. Wiosnę kochają wszyscy, za nadzieję, którą przynosi i za życie, jakie rodzi. Za pachnące bzy i półnagie magnolie i wiśnie ubrane jedynie w kwiaty. O lecie cudnym nie wspominając, które rozgrzewa serca beztroskie i radosne szumem fal morskich i górskimi przygodami.

I nagle Ty, Bidulko, Odmieńcu jeden zastąpić masz to Lato, które tak trudno pożegnać, od którego tak trudno się odzwyczaić. Wcale się teraz nie dziwię, Kochana, że zalewasz się łzami w te listopadowe noce. Że dmuchasz wiatrem chłodnym, by w końcu ustąpić Zimie, która zasypie ulice białym puchem, uszczęśliwi dziecięce pragnienia w Wigilię i da znów nadzieję na nowy rok. Tak wiele zimna w Twym sercu jest przecież, tak wiele samotności. Tak, wiem, jak potworna jest samotność. Pamiętam.

Może się zrozumiemy? Może uda się nam zaprzyjaźnić i polubić nawzajem?

Ludzie tak kochają magnolie i wiśnie wiosenne, czy letnie szaleństwa, ale na drugi plan oddalają jesienne dary. Nie doceniają wieczornego zapachu palonych liści na działkach, jesiennych zachodów słońca, czy koszyków pełnych grzybów. Nie cieszy ich wilgoć stóp od rosy porannej, nie lubią jesiennego deszczu. Nie widzą, że zostawiasz po sobie piękniejszy ślad nieraz, aniżeli głośne i kłaniające się nisko pozostałe pory roku. Piękne wrzosy, czerwień winobluszczu, wybijające się coraz wyżej kwiaty astrów, jeżówek, czy dalii. Kasztany i żołędzie, sprawiające tyle radości dzieciom. I te różnokolorowe, egzotyczne nieraz wręcz, jak u sumaka liście, które powoli opadają i pozwalają się zasuszyć na pamiątkę cudownego lata.

Ja też tego nie doceniałam.
Ja się tego bałam. Wręcz panicznie czasem.
Tak często powtarzałam: Nie chcę jesieni, nie chcę!
 
Ale właśnie dzisiejszego ranka zrozumiałam, że w tym wszystkim też tkwi to piękno, którego na co dzień tak uparcie szukam.
Zrozumiałam, że po raz kolejny dostaję od świata dar. Tym darem jest kosz pełen sił, motywacji i pozytywnych myśli, które będą mi w najbliższych miesiącach bardzo potrzebne. I tylko ode mnie zależy, czy ten prezent przyjmę.


"Jeszcze zdążymy w dżungli ludzkości 
siebie odnaleźć,
Tęskność zawrotna przybliża nas.
Zbiegną się wreszcie 
tory sieroce naszych dwóch planet,
Cudnie spokrewnią się ciała nam.
  (...)
Jeszcze zdążymy naszą miłością siebie zachwycić,
Siebie zachwycić i wszystko w krąg.
Wojna to będzie straszna, 
bo czas nas będzie chciał zniszczyć,
Lecz nam się uda zachwycić go.

Jest już za poźno?
Nie jest za późno..."

piątek, 12 września 2014

Kolejna część układanki

Noc już w pełni, budzik nastawiony na pobudkę do pracy, a w głowie jeszcze szumią resztki wina, które wypiliśmy tak niespodzianie. Nie spodziewałam się, że przyjedziesz, przeprosisz i mówiąc, że masz dla mnie niespodziankę wyciągniesz butelkę z plecaka, byśmy mogli obejrzeć film razem, nic nie mówiąc, po prostu przytulając się do siebie. Bez względu na to, że jest środek tygodnia, bez względu na to, że jutro trzeba iść do pracy, bez względu na to, że z szumem w głowie nie mogłam iść śpiewać na środku miasta, bo za mocno padało i bez względu na to, że chciało mi się jeszcze trochę płakać.

I znów wychodzę z dołka. Znów wędruję pod górkę, by poczuć się lepiej i zastanawiam się, kiedy spadnę z powrotem? W górę i w dół, w dół i w górę. To ostatnio stało się tak naturalne, te nasze huśtawki. Zbyt częste zmiany pogody działają źle, tak samo, jak wieczne zmiany aury pomiędzy dwojgiem ludzi.

Jednej rzeczy jestem całkowicie pewna: do tych zmian nie możemy się przyzwyczajać. One nie były i nie są wieczne. Są chwilowe, wierzę w to, choć nadzieję miewam czasem już słabą.

Mogłabym znów napisać, że rozwiązaliśmy problem - nie, nie rozwiązaliśmy. Za każdym razem mi się tak wydawało, a później znów spadaliśmy w dół. Zauważyliście, prawda? Teraz wiem, że po każdej z kłótni po prostu odnajdowaliśmy gdzieś nową część układanki, tych naszych życiowych puzzli, która za każdym razem okazywała się jakąś nauczką. Oboje mamy trudne charaktery i prędko nie dojdzie do rozwiązania całej zagadki, która buduje między nami zbyt wysokie nieraz mury. I oboje do szczęścia wędrujemy własnym trudem - może dlatego jest nam czasem ciężko i zapominamy o sobie, o drobiazgach po drodze. Może jest tak dlatego, że gapimy się na te wspólne marzenia, które już są na tym naszym horyzoncie widoczne. Może jest tak dlatego, że czasami jest nam po prostu za trudno.

I rozmowa... Tak cholernie ważna rozmowa. Kiedyś wydawało się, że wciąż o tym samym. Może i tak było, może i wdarła się w nią monotonia, ale za każdym razem ta rozmowa właśnie pomagała odnaleźć nowy fragment układanki i rozjaśniała nam drogę do szczęścia, którą my budujemy sobie wciąż sami. Od początku do końca.

Część z Was napisała mi, że powinniśmy zrobić sobie przerwę. Dlaczego nie uznaję przerw? Z dwóch prostych przyczyn. Bo po pierwsze, jeśli się kogoś kocha, to się od niego nie odpoczywa. Można dać drugiej osobie swoistą wolność, ale to powinno być uznane przez obie strony. A po drugie, przerwa w naszym wypadku jest niewykonalna po prostu. I tak, zrobiliśmy sobie kiedyś przerwę. A raczej mieliśmy ją w planach. Skończyło się tak, że po dwóch dniach nieodzywania się do siebie skończyliśmy z rykiem w swoich ramionach. 

I może znów spadniemy w dół. Może jutro, może za tydzień, może za miesiąc. Upadków nie da się wykluczyć. Każdy związek ma jakieś brzemię, które musi dźwigać. My dźwigamy swoje, potykając się co chwilę. Nie wiem, ile to jeszcze potrwa, nie wiem, czy dojdziemy do tego, co jest na horyzoncie, bo często tracę tę nadzieję...

...ale to takie ważne dla mnie, kiedy słyszę, że potrafisz powiedzieć przepraszam, że potrafisz jeszcze pokolorować mój dzień i że mam tę świadomość, że chcesz, chociaż czasem nie do końca wiesz jak.


"Muszę chwycić Twą dłoń, 
Poczuć Twój oddech
Z obawy, że kiedyś to się skończy.
Przyciągam Cię blisko, 
Mając tak wiele do stracenia
Wiedząc, że nic nie trwa wiecznie."

środa, 10 września 2014

Tylko trochę uczucia na tej zimnej i wietrznej drodze

Wieczór, jak każdy. Łóżko zawalone notatkami z pomiarów do pracy magisterskiej, z którymi nie spędzam nawet połowy czasu, który zamierzam dziennie na nie przeznaczyć. Herbata zaparzona z ostatniej torebki z pudełka, którą znów piję w samotności. Samotność... tak bardzo paradoksalna w moim życiu, ale jednak obecna.

Jakoś tak mnie przygniata. Przygniata mnie myśl, że życie przepływa mi przez palce, a marzenia, które wciąż na nowo sobie wymyślam znajdują sobie miejsce w kolejnych zakamarkach mojej duszy tylko po to, by wygodnie się w nich rozsiąść i nie mając zamiaru nigdzie się ruszać. A ja, podobnie jak one trwam w jednym miejscu czekam, aż coś zrobisz. Aż weźmiesz mój świat w swoje ręce i zrozumiesz, że Ci go oddałam. Że możesz zrobić z nim, co chcesz, zabrać w najpiękniejsze miejsca na świecie, cudownie pokolorować każdy z mych dni i wziąć dla siebie, co tylko zapragniesz. Ale możesz także skraść moje dni, możesz wypełnić je pustką, lub rozgoryczeniem i zostawić z czarnymi rysami już do końca. Rysami, które choć wolno zagoją się, to i tak pozostawią blizny. Możesz wszystko, bo Ci zaufałam. Wybór należy do Ciebie.

Tak, wiem, że powinnam wstać, ruszyć się. Że może lepiej byłoby, gdybym zrobiła coś z tą pustką sama. Tylko, że ja wciąż staram się zapełnić ją sama. Sama się budzę, sama planuję sobie dzień, sama gapię się na telefon, na której nie ma żadnej wiadomości, bo przecież po co powiedzieć, że się kocha, bo przecież to takie oczywiste. I sama spędzam wieczory pijąc z tego cholernego kubka tę cholerną herbatę, którą mieliśmy pić razem. Tak samo, gdy sama piłam ją gapiąc się na dzisiejszy popołudniowy deszcz, jeden z ostatnich tak pięknych, letnich deszczy rodzących wraz ze słońcem dwie cudne tęcze, jedną wyraźniejszą od drugiej. Niebo wysiewało krople na zielone jeszcze liście drzew, a ja wiedziałam, że znowu uznałeś, że jesteś niezastąpiony. 
Nikt nie jest niezastąpiony, Skarbie. 

Każdy centymetr mojego ciała i mojej duszy jest ostatnio przesiąknięty samotnością. Tak, nawet, gdy jesteś obok. To takie paradoksalne, prawda? To takie paradoksalne, gdy wydaje się, że jestem czyjaś. Że jestem i będę, że zostanę, bo inaczej być mnie może. Że o mnie dbać nie trzeba.
A jednak trzeba.
Jestem tylko jedną z tych istot, które są nazbyt wrażliwe i przerażone samotnością, które potrzebują czasem rozmowy, które potrzebują przytulenia częściej, od innych. 

A ja tylko czuję, jak usycham. Jak przyszłość, o jakiej marzyłam powoli staje się teraźniejszością, zupełnie inną od tej, którą sobie wyobrażałam. A ja tak po ludzku tęsknię i się boję jednocześnie. Bo straconego czasu się nie cofnie.
I tęsknię. Tęsknię za tym, żeby chodzić po naszym małym mieście upita winem i śpiewać religijne pieśni, nie zważając na to, co powiedzą ludzie. Tęsknię za tym, by pijąc to wino, gdzieś w plenerze prowadzić rozmowy, jak najlepszy kumpel na świecie. Tęsknię za tym, by móc Cię słuchać. Bo tęsknię za Twoim niemilczeniem. Ale choćbym była takim właśnie najlepszym kumplem na świecie, zwyczajnie tęsknię za byciem kobietą. Tęsknię za dostaniem kwiatów bez okazji, za zabraniem mnie w inne miejsce, niż ten las, w którym lubimy pić wino, za pocałunkami niespodzianymi, za najbardziej szalonymi pomysłami dwóch zakochanych w sobie ludzi. Tęsknię za tym, by każdy dwunasty dzień miesiąca był naszym małym, wspólnym świętem. Tęsknię za tym, byś nie wstydził się łez, mówiąc, że "zaraz pękniesz". Tęsknię za tym, żebyś tęsknił. Tęsknię nawet za trzymaniem mnie za rękę, kiedy idziemy obok siebie, za spacerem w objęciach, za oczami zaszklonymi ze szczęścia, a nie ze strachu przed samotnością. Tęsknię za brakiem strachu przed samotnością.
I tęsknię za nadzieją.




"Czekając na mały znak,
Wydaje się, że na próżno
Spaceruję dalej chodnikiem bez celu.

Ona modli się za kogoś, by porwał jej bagaż wspomnień,
Jak to się nazywa? Przeznaczeniem?
Kiedy krzyż, który dźwigasz jest twoim jedynym
Towarzystwem." 

czwartek, 4 września 2014

O najważniejszym koncercie w moim życiu

Robiłam porządki na tablicy korkowej. W ręce wpadł mi nieoczekiwanie zupełnie tak, jak ponad dwa lata temu. Ten skrawek papieru, ukryty przez długi czas pod stertą moich "przypominajek" wzbudził w moim sercu momentalną burzę emocji. Zupełnie tak, jak wtedy.

Był kwiecień 2012 roku. Wracając z uczelni, wysiadłam z tramwaju na Moście Teatralnym i spiesząc się na pociąg próbowałam przebić się przez opanowane remontami miasto. Stojąc na światłach zupełnie przypadkiem zauważyłam plakat obwieszczający koncert Raya Manzarka w poznańskim Eskulapie. Serce momentalnie zabiło szybciej, jednak wzbudzone podniecenie szybko zmieszało się ze smutkiem. Bilety do tanich nie należą - pomyślałam. A przecież wieść o koncercie spadła na mnie, jak grom z jasnego nieba. Gdy jechałam już pociągiem, katowałam się się myślą, że muszę zapomnieć o koncercie. Ach, jakże lepiej byłoby nie wiedzieć...

Ray Manzarek urodził się w 1939 roku w Chicago. Był muzykiem i reżyserem (nota bene posiadającym polskie korzenie), inspirującym się przede wszystkim muzyką jazzową i bluesową, a sławę zyskał jako klawiszowiec mojej ukochanej grupy The Doors. Założę się, że nie ma wśród Was osoby, która nie znałaby jego fenomenalnego wstępu do utworu Light my fire. W 1965 roku, na plaży w Venice otworzył wraz z Jimem Morrisonem drzwi do percepcji, które z biegiem czasu stały się przepustką dla największych wpływów w muzyce nowoczesnej.


Kilka dni przed koncertem zamiast uczyć się do egzaminu, przeglądałam znów smutno biografię The Doors, wyłapując z niej moje ulubione fragmenty. W tle brzmiało cicho "The Crystal Ship" - moja ukochana piosenka. I wtedy Patryk napisał mi, że jest konkurs i że muszę koniecznie wziąć w nim udział. Na dobrze znanej mi już stronie Magazynu Gitarzysta zorganizowano konkurs, w którym do wygrania były bilety na koncert Raya w duecie z Royem Rogersem. Wystarczyło odpowiedzieć na jedno, proste pytanie: Jak nazywał się pierwszy album stworzony w ramach projektu Manzarek Rogers Band. Od razu wystukałam na klawiaturze "Ballads for the rain"  i wysłałam do redakcji, choć tak naprawdę nie wierzyłam, ze mogłoby się udać.

W dzień feralnego egzaminu - jednego z najcięższych tamtego semestru o szóstej nad ranem zadzwonił do mnie Patryk - Dzięki, miałam się dziś wyspać... Odebrałam, z nieukrywaną złością w głosie.
- Jedziemy! - wykrzyczał uszczęśliwiony.
- Nigdzie nie jadę, śpię... - wystękałam do słuchawki.
- Łosiu, wygrałaś! 
Nie ogarnęłam.
- Ale co?
- Matko... Wygrałaś bilety na koncert Manzarka! Pojutrze zobaczysz go na żywo! No i rzecz jasna ja jadę z tobą, przecież gdyby nie ja, to nie miałabyś pojęcia o bożym świecie!
Nie umiem Wam opisać, co wtedy poczułam. Wystrzeliłam z łóżka jak pocisk z procy. To było, jak wygrana w totka, jak spełnienie marzenia, które zawsze miało tylko marzeniem pozostać. Zawsze myślałam, że urodziłam się o jedno, może dwa pokolenia za późno, by usłyszeć choć jednego z nich na żywo. Byłam przekonana, że nie zdążę... Zdążyłam.

Nie wiedzieć dlaczego, przed samym koncertem czułam stres. Stres połączony z niedowierzaniem. Może po prostu bałam się, że to wszystko zaraz pęknie niczym bańka mydlana, że zbudzę się z tego muzycznego snu. Opierając się o barierkę pod Eskulapem odpaliłam papierosa. I wtedy ktoś szturchnął mnie, jakby przypadkiem i usłyszałam za sobą głos.
- Yeeeah, you're nice girl...
Odwróciłam się. To był Ray, który w towarzystwie ochroniarzy wyszedł właśnie na zewnątrz. Uśmiechał się do mnie szeroko. A moja mina musiała wyglądać tak samo głupio, jak miny pozostałych ludzi, którzy właśnie stali obok niego.

- Ty durniu, czemu nie zrobiłaś sobie z nim zdjęcia, nie wyściskałaś go, no?! -  kilka dni później łapał się za głowę Tomek, mój serdeczny kolega i równie wierny fan The Doors, który na koncert Raya niestety dotrzeć nie mógł, ale liczył na moją obszerną relację.
- Nie martw się, on jeszcze przyjedzie, pojedziemy wtedy na koncert razem i zrobimy sobie zdjęcie!


Nie wiedziałam wtedy, że Ray zmagał się już z bardzo ciężką chorobą. Jednak gdy stał tak blisko mnie dostrzegłam na jego twarzy zmęczenie, któremu jednak usilnie nie chciał ustąpić uśmiech Prawie nie znikał z jego twarzy...


Sam występ był... poezją. Odczuwałam mocno to, że oboje z Patrykiem jesteśmy na koncercie jednymi z najmłodszych widzów. Emocje, które unosiły się w powietrzu sprawiały, że moje oczy były cały czas zaszklone, a słuch nienasycony. 
Kulminacyjnym dla mnie momentem okazała się chwila, gdy przygasły światła, a Ray zaczął opowiadać o Jimie. Mówił, że cokolwiek usłyszelibyśmy i przeczytali w mediach musimy wiedzieć, że Jim był dobrym człowiekiem. Zazwyczaj uśmiechniętym, choć cholernie nieszczęśliwym i zagubionym. Coś ściskało mnie mocno za gardło, bo już dobrze wiedziałam, ze za chwilę usłyszę mój ukochany utwór, wzruszający za każdym razem tak samo mocno, tak samo uwrażliwiający na wspomnienia i na marzenia, które jednak się spełniają. 
Crystal ship przeleciało przez przepełnioną wzruszeniem salę tak szybko, jakby ten dźwięk był ułamkiem sekundy. Jednak pamiętam każdą nutę, która uderzała w moje serce z prędkością światła, tak intensywnie, że w pewnym momencie nie wytrzymałam, a po policzkach popłynęły łzy. Nawet nie ocierałam ich, przestałam się ich wstydzić, gdy rozejrzałam się po sali, a za dłoń chwycił mnie niewidomy, starszy już mężczyzna, który płakał tak samo, jak ja. Koncert zakończył się słynnym Riders on the storm i był to drugi i ostatni utwór The Doors, jaki zabrzmiał w tamtym miejscu i czasie. Gdy ludzie wykrzykiwali tytuły piosenek znanych z najstarszych albumów, Ray odpowiadał, że teraz jesteśmy na koncercie zupełnie innej kapeli. Miał rację.

Ray odszedł z tego świata prawie dokładnie rok po tym wydarzeniu. Odszedł dzień przed moimi dwudziestymi trzecimi urodzinami. Pamiętam, jak dziś sms'a od Szki, którego dostałam w środku nocy: Dziś Jim poszedł otworzyć drzwi Rayowi... I wiem, że w Zaświatach trwa najpiękniejszy koncert, a ja nigdy już na tym świecie nie zrobię sobie z Rayem zdjęcia.


"Jasne są dni i wypełnione bólem,
Utul mnie w delikatnych kroplach deszczu.
Twoje życie było zbyt szalone,
Znów się spotkamy, znów...

Powiedz mi, gdzie wolność twoja?
Ulice przypominają nieśmiertelne pola.
Uchowaj mnie od szukania przyczyn,
Dla których ty zapłaczesz, a ja raczej odfrunę.

Kryształowy statek napełnia się
Tysiącem dziewcząt, tysiącem wzruszeń,
Milionem sposobów na spędzenie czasu.
Kiedy wrócimy - dam znać..."

I zostawiam Was z tym moim kryształowym statkiem na dobranoc. Zostawiam Was z muzyką, która w te wczesnojesienne wieczory okazuje się być idealnym lekarstwem. Zostawiam Was z jednym z moich najpiękniejszych wspomnień. Z całej sterty koncertów, o której mogłabym Wam opowiedzieć - tak, to był najważniejszy koncert w moim życiu.

A ten skrawek papieru, szczęśliwie wygrany bilet przyczepiłam w dużo wyraźniejszym miejscu. Tuż obok zdjęć z najpiękniejszych chwil, z najwspanialszymi ludźmi.
Bo o pięknych momentach, dających siłę i przypominających, jak wiele jest w nas dobrych emocji, których na co dzień się wstydzimy po prostu warto jest pamiętać.

poniedziałek, 1 września 2014

Czas na spowiedź, czyli Versatile Blogger Award

Jako, że zostałam nominowana przez Anelise do opisania siedmiu faktów dotyczących mej skromnej osoby i mego skromnego życia, należycie spróbuję się z tego zadania wywiązać. Ponadto śmiem rzec, że jako mój nastrój poprawił się - tak, wbrew deszczowemu, wrześniowemu już poniedziałkowi - do stanu wręcz głupawki, stawiam sobie za cel i  Państwu humor poprawić. No to lecim!

1. Na początek fakt prosty i nieszkodliwy, o którym część z Was doskonale już wie, a część pojęcia nie ma. Asik jest rudzielcem. Ale nie naturalnym, nie, nie! Otóż Asik farbuje włosy swe (na głowie rzecz jasna) od ponad pięciu lat. Na zmianę jest na asikowej głowie rudo i czerwono. Pierwszy raz pofarbowała mnie Anja, gdy wybrałam się w okolice Krakowa, a nasze blogowa przyjaźń po raz pierwszy przeszła do realnego świata. Gdy wysiadłam we Wronkach z powrotnego pociągu Matka powiedziała, że wyglądam jak zło wcielone i że się do mnie nie będzie przyznawała na ulicy. E tam Mamo, zła wcielonego nie widziałaś! W końcu wścieklizna Mamie mej przeszła i dziś sama farbuje mnie na moje rudości i czerwienie. I jest w tym mistrzynią. Kocham moją Mamę :) A najbardziej intensywny i najładniejszy odcień, jaki udało mi się uzyskać, wyglądał tak:


I w najbliższym czasie mam zamiar właśnie do tego odcienia wrócić, bo teksty znajomych typu "Ruda, nie jesteś już ruda!", tudzież "Wstydź się, Asiu, wyglądasz jak blondynka!" (wszak Asik naturalnie ciemną blondynką jest - bez podtekstów proszę!) zaczynają być co najmniej irytujące i mam ochotę komuś przyłożyć... A co do przyłożenia...

2. Z Asikiem możecie czuć się bezpiecznie. Asik lubi stawać w obronie i bić się nie boi. Pierwszy raz przywaliłam koledze w zerówce. Wszystko dlatego, że pokazał fakersa i język mojemu najlepszemu kumplowi (zawsze wolałam trzymać z chłopakami, kto to widział bawić się lalkami?). Jakiś czas temu będąc z przyjaciółmi w domku nad jeziorem w pobliskim Chojnie (i w stanie wskazującym też), stanęłam w obronie Jima Morrisona. Facet wyśmiał mój gust muzyczny, dodając, że Morrisek gwałcił dzieci. Skończyło się tak, że ruszyłam na niego z pięściami, a moi chłopcy mieli co robić, żeby utrzymać mnie w miejscu. Dopiero później spędziłam godziny w Empiku, czytając książkę "Jim Morrison w intymnych wspomnieniach" Huddleston Judy i doszłam do wniosku (choć nie doczytałam, by gwałcił dzieci), że jednak był seksualnym potworem nieraz. Ale za to też go kocham i to drugi mężczyzna mojego życia, ot co. Obrażać go nie pozwolę!
No i prawdziwego mężczyznę mojego życia też już broniłam, a co! I to w te wakacje. Wracaliśmy z purtelamu mojej Iwonki. No i zahaczyło nas trzech kolesi rodem z imprezy techno disco bandżo z czego dwóch było gorylami, a jeden był mojego wzrostu. Patryk oczywiście z drogi nie zszedł (męska duma, wiecie), szturchnęli się barkami, no i zaczęło się. Matko boska, toż to trzech na jednego?! Nie mogłam na to pozwolić! Gdy już powoli stawali na palcach, by pokazać wyższość jednego nad drugim, wparowałam pomiędzy nich, odepchnęłam gościa mojego wzrostu (tamtych nie dałabym rady) i puściłam taką wiązankę, że cytować sobie jej nie pozwolę - uwiędłyby Wam oczy i uszy. Na koniec tylko dodałam, że jak są tacy mądrzy, by ruszać w trzech na jednego, to mogą przywalić dziewczynie, a dziewczyna pokaże, na co ją stać! Późniejszy dialog między nimi był mistrzostwem świata:
- Ej... biłeś kiedyś dziewczyne? Ej? - rzekł pierwszy do drugiego głupkowatym, przeżartym sterydami głosem.
- Ej... no nie. - powiedział drugi do pierwszego, tak samo tępym głosem.
- Dobra ej, to dziewczyny nie będziemy bić, nie? - rzekli oboje do swojego "szefa" mojego wzrostu.
Szef gangu zmierzył nas tylko wzrokiem, splunął na ziemię i wydał rozkaz "w drogę panowie", mówiąc kulturalnie rzecz jasna. 
Ha! Victory!

3. Nienawidzę zakupów! Jak mam chodzić po galeriach, sklepach, przeglądać ciuchy i kosmetyki, to dostaję - tym razem mniej kulturalnie - pierdolca. Gdy chcę koszulę w kratę, idę po koszulę w kratę. Gdy chcę eyelinier, idę po eyelinier. Gdy chcę nowe buty, to określam, czy chce trampki, botki, czy baleriny i idę z konkretnym zamiarem. Także kochani - mnie na zakupach nie odstresujecie, mnie na zakupach wkurzycie.

4. Mam psa ruchacza. Ale i tak go kocham. Kapsel - bo tak się wabi - jest w stanie przegrzmocić nogi wszystkich moich gości. Tak więc zapraszam do siebie :) Blogowi przyjaciele, którzy mieli okazję odwiedzić moje skromne progi, wiedzą do czego jest zdolny. Kapsel czasem lubi się też wytarzać w kocich, tudzież swoich odchodach, nie pytajcie dlaczego. Wiele razy ojcu puszczały nerwy i chciał go uśpić, twierdząc, że mamy psa psychopatę. Tym bardziej, że jest zdolny ugryźć swojego (obcego nigdy!). Asik jednak, jako osoba o miękkim sercu, obrońca zwierząt i ludzi nigdy się na to nie zgodziła, rycząc i wyjąc na cztery strony świata. Tym bardziej, że Kapsel właśnie kończy dziewięć lat i nie widzi już na jedno oczko. A ja go kocham. Bo jak jest ze mną, to jest grzeczny i kochany, o!

5. Jak się upiję, to śpiewam. Albo raczej drę papę w niebogłosy. Gdy moi chłopcy mieli jeszcze zespół, dwa razy zdarzyło mi się wparować na scenę i zaśpiewać "Knocking on heaven's door". I to mi nawet jeszcze jakoś wychodziło. Ale jak przyszło do wyciągania refrenu "Run to the hills" Maidenów, no to już robiłam z siebie pośmiewisko. Ale chyba zagłuszały mnie gitary, bo ludzie nie przestawali się bawić. Aż ktoś kiedyś powiedział, że chce ze mną zdjęcie i autograf. Co nie Gocha? 

6. Moim ukrytym talentem, który bardzo lubię, jest rysowanie. O czym wielu z Was wie. Rysuję ołówkiem i najczęściej portrety. Przestałam rysować na zamówienie i nie żałuję, bo najbardziej lubię to robić dla siebie, ewentualnie jako prezent. Nie biorę jednak już za to pieniędzy. Bardzo mnie to wycisza i relaksuje. Obiecałam od czasu do czasu wrzucać jakiś mój rysunek, więc może teraz jest dobra okazja. 


7. Uwielbiam się śmiać, a jak dostanę ataku śmiechu, to śmieją się wszyscy wokół. Może to dlatego, że spotkałam się już z określeniami, że mam śmiech, jak świnia kaszel, lub rozrusznik od jelcza. Zwał, jak zwał, ale jak zacznę kwiczeć, to nie można mnie nieraz długo uspokoić. A jak w pobliżu znajduje się Szka i też ataku śmiechu dostanie, no to już jest koniec. A rozbawić mnie może wszystko. Włącznie z pierdem i beknięciem. A najbardziej już rozwala mnie, kiedy ktoś się porządnie skasztani i się nie umie do tego przyznać. Wy kłamczuchy jedne!


No i to by było na tyle. Mam nadzieję, że zadanie wykonałam poprawnie i że na dostateczny zasłużyłam! No i że lubicie mnie jeszcze chociaż trochę. 

A osoby nominowane do zabawy to:

Rzecz jasna udział w zabawie jest dobrowolny i za niewywiązanie się z nominacji nikogo nie pobiję, bo w gruncie rzeczy jestem potulna, jak baranek :) Nie jestem do końca pewna, czy któraś z dziewczyn już nominacji nie otrzymała, bo to ostatnio powszechna zabawa, ale najwyżej będziecie mieć dwie, o!

Miłego poniedziałku :)