wtorek, 29 kwietnia 2014

Wspólnie

Wina zawsze leży po obu stronach. Zawsze i bez wyjątku. Dziś wiem, że choć nigdy za świętą się nie uważałam, to jednak zbyt wiele zrzucałam tylko i wyłącznie na Jego barki. Mała Czarna napisała mi, bym "zagięła Go swoją miłością". Nie sądziłam, że takie proste gesty okażą się receptą na zło. W prawie czteroletnim związku wydają się one czymś tak oczywistym, że człowiek zaniedbuje je do tego stopnia, aż w końcu przegapia moment, kiedy gorące i szczęśliwe uczucie zaczyna powoli zmieniać się w bryłę lodu. Miałaś rację, Kochana. Wciąż uśmiecham się pod nosem, przypominając sobie jego zaskoczenie w piątkowy wieczór, kiedy niespodziewanie go pocałowałam. Powiedział mi, że ostatni raz poczuł coś takiego na początku naszego  związku. Dało mi to do myślenia. Uwierzycie, że ten jeden, niewinny buziak stopił lód między nami? Uwierzycie, że zaczęliśmy śmiać się i wydurniać, jak małe dzieci, a ja w końcu przestałam wiercić mu dziurę w brzuchu?



Kordian przypomniał mi o syndromie "jaskini". Od jakiegoś czasu wmawiałam sobie, że rozmowa jest najlepszym wyjściem. Bo jest. Tylko zapomniałam, że nie każdy jest na nią gotowy od razu. Czasem po prostu trzeba zamknąć się w czterech ścianach swoich myśli i pozwolić na to, by wędrując swobodnie, w końcu poukładały się w jedną całość. Nie zawsze jest łatwo, ale jedną z podstaw szczęśliwego związku jest kompromis. I tego się trzymamy. 

Dziękuję Wam za każde dobre słowo.

środa, 23 kwietnia 2014

Coś jest nie tak

Spacerowaliśmy późnym wieczorem przez spustoszałe i zmęczone miasto, a powietrze było tak ciężkie, jak atmosfera między nami. Coś jest nie tak, powtarzałam sobie w myślach, odpalając kolejnego papierosa i doszukując się błyskawic w czarnym niebie nad blokami. Coś ostatnio jest nie tak.

Próbowaliśmy rozmawiać. O wszystkim i o niczym. "Próbowaliśmy" - o tak, to odpowiednie słowo, choć niekoniecznie dobre. Częściej odpowiadała nam cisza. Cisza, której tak bardzo nienawidzę.Odwracałam głowę, kiedy chciał mnie pocałować. Odsuwałam się, kiedy próbował mnie dotknąć. Coś jest nie tak. 

Ciężkie, burzowe powietrze przeplecione z ponurą ciszą i ciemnością towarzyszyły nam, kiedy się rozstawaliśmy. Mi ponadto towarzyszył smutek, kiedy szukałam w torebce kluczy, choć na pożegnanie posłał mi uśmiech. Ten sam uśmiech, który za każdym razem od prawie czterech lat hipnotyzuje moje serce. 

*  *  *
Oczy kleiły mi się niemiłosiernie, głowa bolała od nadmiaru myśli, marzyłam tylko o ciepłym łóżku i wyciszeniu burzy w mojej głowie. Zdziwiłam się, gdy wychodząc z łazienki zobaczyłam Tatę, palącego w kuchni papierosa. Przecież jest po północy, powinieneś spać, o piątej wstajesz! - powiedziałam, mu, ale za bardzo się moim biadoleniem nie przejął. 

- Coś jest nie tak... Asiu. Coooś jeeest nie taaak - powtórzył przeciągając leniwie każdą sylabę.

Nie do końca wiedziałam o co chodzi, choć po cichu domyślałam się. Wolałam się jednak upewnić. Zrobiłam coś źle? - zapytałam żywiąc nadzieję, że nie czekają mnie żadne kazania, że znów szlajam się po nocy, bo moje ciężkie powieki i pulsujący ból wręcz domagały się odpoczynku.

- Ty?! - zaśmiał się pod nosem. - Ty Asiu jesteś dobra. Czasem wydaje mi się, że aż za dobra.


Coś ścisnęło mnie za serce. Wiedziałam, że niekoniecznie chce przekazać mi, że myśli, że postępuję dobrze, choć czułam, że tak uważa. Między wierszami wyczytałam jednak jego pogląd o tym, kto ostatnio dobrze nie postępuje. Intuicja mnie nie zawiodła. 

- Jesteś dobra. Ale ktoś tego nie docenia. Czy ty widzisz, jak on cię ostatnio traktuje? Niczym sobie na to nie zasłużyłaś. Bo jesteś dobra.



Próbowałam Go bronić, chociaż doskonale wiedziałam, że Tata ma rację. Widział to, co i ja ostatnio zauważyłam. On zauważył, jak się męczę. Za dnia siałam uśmiech do każdego, kogo spotykałam na swej drodze, nawet, jeśli nie miałam siły się uśmiechać. W nocy kładłam się do łóżka samotna, telefon milczał, a ja coraz częściej usypiałam się łzami. Następnego dnia nie przyznawałam się do tego nawet sobie. Budząc się z zapuchniętymi oczyma mówiłam sobie: Głupia, o co ci chodzi? Weź się w garść. 

Ostatnio P. bardzo rzadko odwzajemniał mi uśmiech. Nawet, kiedy w poniedziałek mieliśmy jechać z Malką do lasu, bo pogoda była cudowna. Będziemy zbierać szyszki kochanie, wiesz? A potem budować z nich domek! - mówiłam jej, próbując wymusić uśmiech, w momencie, gdy P. burczał z boku: Jakby nikt inny nie mógł się tym kurwa zająć.

Jestem Jego, ale czuję się samotna. Bardzo samotna. Całymi dniami. I to nie tylko, kiedy załatwiam swoje małe sprawy, ale też, kiedy On jest dwa pokoje obok, a ja pomagam Mamie przy obiedzie. Nie przyjdzie do kuchni, jak kiedyś, tylko leży na łóżku i przegląda durne strony w internecie. Coraz częściej zapomina o tym, że moi Rodzice nie znoszą przeklinania przy stole. Coraz częściej mylą Mu się żarty z oczernianiem mnie. Przy Rodzicach. A Oni mają swoją cierpliwość i naprawdę podziwiam Ich, że jeszcze nie wybuchli. Nie rozumie tego, że mój dom charakteryzuje się tym, że panują w nim pewne zasady. Zasady, które zostały wpojone mi od dziecka. Nie szanuje tego, że jestem wierząca. Ma to gdzieś. Jakieś dwa lata temu powiedział mi: "Jak będziesz chciała, abym poszedł z tobą do kościoła, to powiedz mi wprost." Cieszyłam się wtedy, bo miałam nadzieję, że wcale nie jest tak do końca niewierzący - w sumie nigdy się tak konkretnie nie określił. Powiedziałam więc, prosząc go, by poszedł ze mną w Wielkanoc. Usłyszałam, pytanie: Ile razy będziesz mi wciskać tą twoją chrześcijańską wiarę?! Zatkało mnie. Co prawda do kościoła ostatecznie poszedł, ale zachowywał się tak, że szybko pożałowałam, że nie wybrałam się tam sama. 

* * *
Położyłam się do łóżka, a z czarnych chmur, w które jeszcze kilkadziesiąt minut temu się gapiłam, lunął deszcz. Uderzał bezlitośnie w parapet, ale burzy nie było. I znów zaczęłam płakać.

Brakuje mi Go. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zapytał, co u mnie słychać, albo czy wszystko dobrze. Smutne jest to, że częściej dzwoni do mnie Mama, pytając, czy pociąg się nie opóźnił, czy wszystko dobrze na uczelni, albo czy nie odebrać mnie z dworca.

Masz rację tato, coś jest nie tak i to bardzo. A najgorsze, że było już na ten temat tyle rozmów, że ja nie mam pojęcia kompletnie, jak zacząć i czy jest jakikolwiek sens. Jaka jest recepta na prawie czteroletni związek? Powiecie mi, że pewnie powinnam wiedzieć, albo porozmawiać. Tylko, że On ostatnio nic nie rozumie, a każde moje słowo odbiera jako atak.

Coś jest nie tak...

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Od przyjemności do przymusu

Trudno jest mi znaleźć chwilę na samotną kawę, chociaż święta mijają raczej leniwie, jak zwykle. Większość czasu spędzam z Rodzicami, lub z moim P. i Przyjaciółmi, a teraz, kiedy sobie (w końcu) w spokoju usiadłam, chcąc Wam przypomnieć o moim istnieniu, przypomniała mi się niecna rzecz.

Cholera jasna, przecież on chciał rysunek... !

Si, si, już wyjaśniam... Część z Was, Kochani moi, wie, że od paru lat zajmuję się rysunkiem fotorealistycznym. Jakiś czas temu znajomy mojej Mamy zrobił dla niej kilka przysług, a przy okazji zapytał się, czy mogłabym zrobić dla niego dwa portrety jego wnuków. Rodzicielka moja entuzjastycznie odpowiedziała mu, że przecież nie ma problemu i ja nic za to nie chcę, bo przecież i tak wisimy mu niejedną przysługę! Jasne, spoko, i tak bym od niego nic nie wzięła (choć za takowe portrety kasuję), bo człek poczciwy z niego i taki dobry wujek, na którego zawsze można liczyć. Ale cholera szlag mnie trafia, kiedy Rodzicielka decyduje za mnie. Wszak to mój stracony czas, bez radości, jaką zazwyczaj czerpię z rysowania. 


I wiecie co? Przypomniało mi się, że on ten portret chciał... na 22 kwietnia. A więc na jutro. Rzeczywiście, cholera, przecież jeszcze w piątek mówiłam mu, że dostanie go we wtorek na rano. Chyba spodziewałam się, że będę miała więcej czasu w święta. Jak już wspominałam, człek z niego dobry i poczciwy, mówił mi, że nie mam się spieszyć i że jak nie dam rady na wtorek, to nic się nie stanie. Jednak jak Rodzicielka sobie przypomni, to będzie mi suszyć głowę.

A mi rysowanie na zamówienie nie sprawia już tyle radości. Wręcz przeciwnie - męczy mnie. Jak wspomniałam - to dla mnie stracony czas. Te wszystkie terminy, konieczność niemalże perfekcyjnego wykonania rysunku... strasznie mnie to stresuje. I obiecałam sobie, że to ostatni raz. Może zrobię dla kogoś kiedyś prezent, ale sama, od siebie, bez pośpiechu. Dawniej, zawsze kiedy zaczynałam rysunek, to go kończyłam. Dziś w mojej szufladzie leży kilkanaście niedokończonych prac. Najczęściej są to kadry z ulubionych filmów, więc wymagające trochę więcej skupienia i dopracowania. 



Rysowanie zawsze było dla mnie lekarstwem na stres i złe samopoczucie i nie chcę dopuścić do tego, by stało się przykrym obowiązkiem. Spróbuję więc zmusić się ten ostatni raz i "urodzić" coś w miarę przyzwoitego, bo tęsknię za godzinami spędzonymi ze słuchawkami w uszach, nad portretami ulubionych muzyków, aktorów, czy postaci z filmów i seriali, w momencie, kiedy było to prawdziwą przyjemnością



A Was Kochani moi zostawiam z kojącymi dźwiękami gitary Jimmy'ego Page'a i życzę udanej reszty świąt. Korzystajcie, wypocznijcie i nie przejadajcie się za bardzo, bo brzuchy pewnie już pełne! :)

środa, 16 kwietnia 2014

Ktoś do kochania

Spędzałam popołudnie dość spokojnie, próbując odreagować ostatnie uczelniane stresy, kiedy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Przyjechał mój P. ze swoją siostrzyczką. - Asia, a ja ci przywiozłam zaproszenie na moje urodzinki. Prawie sama je zrobiłam! Wiesz, niedługo będę miała pięć latek!

Jest niemożliwym dzieckiem. Wszędzie jej pełno, a do tego jest tak słodka, że nie mogę się przy niej nie uśmiechać. Zajęłam ją rysowaniem, chcąc pospiesznie posprzątać bałagan w pokoju, co - jak P. stwierdził - jest w moim przypadku normą. 

- Patrz! Narysowałam ci świnię! Zieloną! Przypnę ci na tablicę, żeby ci poprawiała humor, jak będziesz smutna.

No i oczywiście zielona świnia wylądowała obok zaproszenia na piąte urodzinki., a gdy P. poszedł porozmawiać z moimi rodzicami, my postanowiłyśmy pooglądać śmieszne koty na youtube - coś, co Młodą zawsze przyprawia o płacz ze śmiechu, chociaż te koty oglądała już ze mną setki razy. A ja uwielbiam jej śmiech. Taki szczery, dziecięcy, niewymuszony.

- A wiesz co? Ja cie tak kocham. Jesteś moją kochaną Asiunią, nawet, kiedy jesteś zmęczona i nie masz siły się bawić ze mną miśkami.

I wtuliła się we mnie, chichocząc pod nosem i nucąc sobie cichutko własną melodią: "Kocham tak, kocham! Kocham moją Asiunię". Coś mnie ścisnęło ze serce. 



W poniedziałek dowiedziałam się, że moja przyjaciółka jest w ciąży. Nieplanowanej, co prawda, co skończyło się szybkimi zaręczynami. Ucieszyłam się jak cholera i wracając w poniedziałkowe popołudnie do domu, myślałam już o prezencie dla maleństwa. Ale obok szczęścia, pojawiła się także nutka zazdrości...

Jakieś dwa lata temu myśl o ciąży przerażała mnie. "Ale jak to? Studiuję, chce pracować, co na to rodzice, nie ma pieniędzy, bla, bla bla..." Jednak od pewnego czasu, gdy zaczęliśmy z P. rozmawiać o zaręczynach i planować wspólną przyszłość, a w dodatku kiedy usłyszałam o ciąży przyjaciółki i gdy Mała tuliła się we mnie podśpiewując sobie pod nosem "Kocham moją Asiunię", zapragnęłam mieć takie maleństwo. Moje, własne. Najpierw czekać na nie dziewięć miesięcy. Patrzeć, jak po raz pierwszy się uśmiecha, jak rośnie, jak zaczyna chodzić. Jak zasypia przy mnie, słuchając czytanej książki. Uczyć je wiązania sznurowadeł, pisania, czytania i liczenia. Czuć, jak kocha. Ocierać łzy porażek, cieszyć się z sukcesów. Prowadzić przez życie. Mieć je. 

Przestałam się bać. Już teraz wiem, że oszalałabym ze szczęścia. :)

sobota, 5 kwietnia 2014

Stresujący stres

Mój Braciak zdaje w tym roku maturę. Został mu ostatni tydzień zajęć. Obserwuję go od dłuższego czasu i widzę, że chodzi coraz częściej przygnębiony. On, człowiek o żelaznych nerwach, mający w nosie wszystko, oprócz sportu. Postanowiłam zapytać go więc, cóż go tak trapi, bo nie wierzyłam, że nadchodząca matura - przecież jak zwykle miałby to w głębokim poważaniu i jak zwykle by mu się udało (i to zapewne nie najgorzej). Powiedział, że problem tkwi w nauczycielach, którzy robią wszystko, by nie dopuścić ludzi do matury. Robią niezapowiedziane sprawdziany, sypią się jedynki, stwarzają nieziemskie problemy, a rodzice chcą ruszyć do akcji i generalnie jest jedno, wielkie, nerwowe zamieszanie. Doskonale pamiętam to z własnego doświadczenia.

Szkoła od dzieciństwa do ukończenia ewentualnych studiów jest naszym drugim domem. Powinna uczyć nas motywacji, chęci do walki i życia. Tymczasem uczy nas tego jedynie przez okres przedszkola, kiedy zaczynają pojawiać się pierwsze obowiązki. Wtedy dzieci uczą się literek, cyferek, wiązania sznurowadeł, a także zwyczajnie rozwijają swoją wyobraźnię, choćby poprzez rysowanie. A później?

Z własnego doświadczenia mogłabym na palcach jednej ręki policzyć nauczycieli, czy wykładowców z powołania. A co się z tym wiąże? Zamiast nauki motywacji, chęci do walki i życia, rozwija się w nas stres, który skutecznie paraliżuje nas w mniejszym, lub większym stopniu, już w najmłodszych latach. Sprawia, że w momencie, gdy powinniśmy być najbardziej aktywni zawodowo, stajemy się kłębkiem nerwów i nierzadko przestajemy wierzyć w siebie.



Kiedyś byłam podobna do mojego Brata. Pamiętam przedstawienie, bodajże w trzeciej klasie szkoły podstawowej, kiedy musiałam wyrecytować "Samochwałę" Jana Brzechwy. Zacięłam się w połowie i w momencie, gdy pani za kulisami próbowała podsunąć mi zapomniany wers, ludzie na sali wstali i zaczęli klaskać. A ja? Ja zbulwersowana tupnęłam nogą i wydarłam się: "Cicho bądźcie! Ja jeszcze nie skończyłam!" Musielibyście zobaczyć moją wściekłą minę, wielkie oczy ludzi na widowni i płaczącą ze śmiechu panią dyrektor... Awesome :)

A dziś? Dziś jestem totalnym przeciwieństwem mojego Brata. Stałam się zbyt wrażliwa, dokładna i przejmuję się każdą negatywną opinią. Jestem typowym nerwusem i palę pół paczki papierochów dziennie. Przykładowo, już dziś denerwuję się przyszłym tygodniem, kiedy to mam do przedstawienia dwie prezentacje i projekt do oddania. Obecnie jestem typem człowieka, który nie znosi stać na środku, być obserwowany i oceniany. Próbuję od dłuższego czasu, jednak ciągle nie mogę nauczyć się pewności siebie. Stres sprawia, że nie mogę uspokoić drżenia rąk, nerwowo przełykam ślinę, mając wrażenie, że zaraz zwymiotuję i nierzadko nie mogę skleić logicznego zdania. To paskudne. A przecież to tylko prezentacja! Chciałabym mieć tak stalowe nerwy, jak mój Brat, choć i on, biedny, już powoli wysiada. Móc powiedzieć im wszystkim: "Zamknijcie mordy, Asik mówi!" i pokazać tym wszystkim ludziom, na co mnie stać. Bo stać. Tylko czasem myślę sobie, że w ich przypadku zachowanie milczenia jest co najmniej złotem.