czwartek, 24 listopada 2016

Koniec...

Gorąca, owocowa herbata, ciepły koc, Fismoll w głośnikach i laptop na kolanach... jest tak, jak wtedy, kiedy wszystko się tu zaczynało. Chociaż może niezupełnie, bo siedzę w zupełnie innych, czterech ścianach, już jako mężatka, jako ktoś, kto być może powinien już dorosnąć, ale nie dorośnie w zupełności chyba nigdy. I dobrze.

Prawie trzy lata. Tak samo było tamtego pewnego, zimnego, lutowego wieczoru, kiedy niepewnie postanowiłam zacząć pisać. Wróciłam do tamtych dni, ze łzami w oczach czytając stare wpisy, dziwiąc się, jakim pozytywnie nastawionym byłam człowiekiem.

Życie szarpie mnie na różne strony. Chłodny powiew próbuje zgasić płomień gdzieś w środku mnie, zupełnie jak ten ze świeczki. Ale on nie gaśnie. Nie gaśnie, mimo smutków, mimo ludzi, którzy kolejny raz zawiedli, mimo nieszczęść. Wciąż się tli.

Tli się, bo takie jest przecież jego przeznaczenie. Nawet, jeśli miałby mieć przez to przerąbane. Jest... promyczkiem. I tyle.

Po bardzo długich przemyśleniach, postanawiam opuścić te miejsce.

Miejsce, które powinnam porzucić już dawno, by mogło pozostać niezmienione.

Zostawiam je więc, jako wspomnieniem, bo jest przecież zbiorem zapisków bardzo ważnych dla mnie chwil.

Nie myślcie sobie jednak, że odchodzę na dobre. Stąd - owszem. Ale niebawem pojawię się w zupełnie nowym miejscu. Po prostu muszę przerzucić kartkę na czystą stronę.

Mam nadzieję, że poczekacie...


czwartek, 3 listopada 2016

Przepaść

Jakie to dziwne uczucie, kiedy idąc po zwykłe, codzienne zakupy układasz sobie w głowie tekst całego posta, a nagle siadając przed komputerem, bezradnie patrzysz na pustą, wirtualną kartkę i zaczynasz zastanawiać się od czego zacząć.

Jakie to dziwne uczucie, kiedy nagle piszesz w ciszy - zawsze przecież towarzyszyła Ci muzyka.

Myśleliście zapewne - mieliście przecież prawo po moim milczeniu - że zapewne odeszłam. Ale ja nie odeszłabym stąd bez pożegnania. Nie zniknęłabym ot tak z miejsca, które tak wiele zmieniło w moim życiu, które uświadomiło mi o posiadaniu kilku - zdaje mi się dobrych cech - które posiadam.

Pisałam tu ostatnio bardzo rzadko, jak nie ja, jakby z przymusu, z poczucia obowiązku, jakiegoś dziwnego przywiązania do tego miejsca.

Wiecie... życie mi się sypie.
Ja się sypię.

Jak liście z listopadowych drzew.

- To co? Serio chcesz się rozwieźć? - zapytał mi się jakiś tydzień temu, po grubej aferze, która nagle wyszła na jaw. 

Zachciało mi się śmiać i płakać jednocześnie. Jakie to byłoby żałosne... ślub, któremu tak wielu ludzi przyklasnęło, którego wszyscy gratulowali. A z drugiej strony - myślałam sobie - rozwódka przed trzydziestką, po trzech miesiącach po zawarciu związku małżeńskiego, po sześciu latach znajomości - trochę taki rock'n'roll, trochę abstrakcja. Wyobrażałam sobie siebie siedzącą przy barze, poznającą jakiegoś nowego faceta i mówiącą na starcie, w obawie przed miłością - Siema, ja już po rozwodzie, a jak tam twoje życie, fajne?

Spokojnie, nie rozwodzę się jeszcze.

Ta sześcioletnia miłość jakoś wygrywa, pokonuje wszystko zawsze, radzi sobie ze wszystkim, co jest między nami. Tylko ja nie radzę sobie sama ze sobą.

Wiele nie pisałam na temat naszego ślubu, a nawet, jeśli pisałam, to z ogromnym przymusem.

Ostatnio wykrzyczeliśmy sobie, że to był najgorszy dzień w naszym życiu. W moim i jego. Osobno. Ale w gruncie rzeczy wcale tak nie myśleliśmy.

To był bardzo ważny dzień w życiu. 
Wcale nie najgorszy. 
Ale dla każdego z nas chyba najtrudniejszy.

Znajomi prawie codziennie wpadają oglądać zdjęcia z tamtego dnia, na którym on przystojny i uśmiechnięty, na którym ja radosna, w rudych włosach i wianuszku z żywych kwiatów zamiast welona. 

Ale to tylko przykrywka, założone maski.

Gdybym umiała cofnąć czas, nigdy nie organizowałabym tego dnia z rodzicami - ani jednymi, ani drugimi. A jeśli już musiało tak być, to zmusiłabym ich do rozmowy. Bo jej brak zabija, a niewyjaśnione sprawy do dziś ciągną się, odciskając swoje piętno na niczym innym, niż właśnie na naszym małżeństwie. Wieczne kłótnie, wieczne pranie brudów, kto miał rację, a kto nie, padające okropne słowa... Niekończący się koszmar i łzy wylewane nocami. Łzy, których już chyba nawet nie mam. Tak samo, jak apetytu i chęci do snu.

Wspominałam dzisiaj dzień naszych zaręczyn. Niejednokrotnie powtarzałam, że najszczęśliwsza byłam przed pierwsze dwie godziny, kiedy po oświadczynach piliśmy wino nad stawami, przytuleni, zakochani... i sami. Zanim powiedzieliśmy o wszystkim naszym rodzinom, zanim zaczęto planować za nas.

Łzy napływają mi do oczu.
A jednak jeszcze je mam.

Ile bym dała, by cofnąć czas. 

Kiedy w czerwcu wszystko się rozsypało, ja jeszcze miałam nadzieję, że wszystkich ze sobą pogodzę, że będzie dobrze... Tylko przyjaciele, którzy widzieli całą sytuację byli przy mnie, byli przy nas. Była Martyna, która trzymała mnie za rękę, kiedy cała się trzęsłam, kiedy niektórzy niedomówione sprawy chcieli załatwić alkoholem i przemocą. 

Nie mogę tego zapomnieć, choć wybaczyłam. Zawsze mówiłam przecież - wybacz, będzie ci lepiej, wybacz, a pozbędziesz się ciężaru z serca.

Ale pamięć o tym zabija mnie od środka. Wyniszcza. Od dłuższego czasu jadę na uspokajaczach, od paru dni prawie nie jem, o bezsenności nie wspominając. Palę półtorej paczki papierosów dziennie, rankami wymiotuję, ale... nie mam nawet czym. Pustym żołądkiem? Skulona leżę na zimnych kafelkach w łazience, zanim wstanę, umyję zęby i spróbuję żyć. Myślałam nawet, że mogłabym umrzeć, pójść na łatwiznę, po raz pierwszy w życiu. Gdybym nie miała dla kogo... Dużo myślałam.

Zmuszam się, wstając każdego dnia do pracy. Nienawidzę jej. Były piękne obietnice w lutym, miałam być miejskim architektem krajobrazu, miałam zarządzać ludźmi, miało być fajnie. Od jakiegoś czasu funkcjonuję tam, jako osoba sprzątająca miasto. Ale, jak to zabawnie mawiał mój poprzedni szef - to takie lepsze grabienie liści, pani Joasiu, lepsze wdeptywanie w psie miny - to się robi po magistersku i trochę inżynierskiej roboty też tam jest.

Ja, zbyt ambitna, która tak bardzo upierała się, że da się pracować w zawodzie.
Ja, użalająca się nad sobą.
Ja, nikt.

Zero. Dno. 

Bo może w końcu mi wolno? Może czas przestać udawać, że wszystko jest okej, że jestem silna, kiedy wyję po nocach w poduszkę, kiedy czuję, że nie jestem szczęśliwa.

Ostatnio rozmawiałam z przyjaciółmi o sylwestrze. Jaka to ulga, że mija ten rok. Choć jego zakończenie najchętniej spędziłabym w domu.

Ktoś powiedziałby - szczęśliwy rok, przecież zostałaś mężatką.

Przeklęty rok.
Może kiedy postawię przecinek na linii życia, to w końcu się poukłada.
Może jeszcze mam resztki optymizmu - zaśmiałam się dziś do Agnieszki przez telefon.

Aż dziw, że rozmawiam jeszcze z ludźmi. Od czerwca odseparowałam się od wszystkich. Nie używałam telefonu, nie wchodziłam na fejsbuka, o blogu właściwie nie wspominając. Pierwszy raz w życiu skupiłam się na sobie i na własnych problemach. Własnych, a nie cudzych.

I, głupia ja, mam wyrzuty sumienia.

Bo to takie nie moje. Zawsze odstawiałam siebie na dalszy plan, zawsze siebie zamiatałam pod dywan, inni zawsze byli ważniejsi. 

I teraz kopią mnie, leżącą.

Mama ze stanem przedzawałowym, ja w rozsypce - psychicznej i zdrowotnej, on rozbity, wieczne kłótnie, ślub rozpieprzony, praca do dupy, wszyscy skłóceni - boję się zapytać, czy może być gorzej.

A do tego wszystkiego ten cholerny listopad.

Dwa lata temu pisałam aż zanadto wylewnie. Pewnie by Jemu się to nie spodobało. Dla mnie to był jednak jakiś upust emocji, których wtedy było aż za dużo. Rok temu nie pisałam wcale. Teraz też nie chciałam pisać, a wiecie dlaczego? 

Bo nie pamiętam o Nim tylko w listopadzie, ani tylko przy zbliżającym się piątym dniu tego miesiąca.

Pamiętam codziennie.

Tak, codziennie. Oswoiłam się już z Jego takową obecnością w moim życiu. Aż dziw, nieprawdaż? Przecież znałam Go tylko z bloga, z maili i sms'ów. Ludzie dziwią się, jak można się tak przywiązać do kogoś poznanego jedynie na drodze wirtualnej. A jednak tyle wniósł w moje życie, tyle ciepła i dobrego słowa, że nie ma dnia, bym o Nim nie wspomniała w myślach. Przy robieniu obiadu, kiedy uśmiecham się, wspominając sobie nasze głupawki. Przy zapalaniu świeczki na stole, na półce, lub parapecie - zawsze sobie przypominam, jak napisał mi, że zapali za mnie światełko w swoje Samhain. Bo on chciał rozświetlać drogę żywym. Ja w swojej wierze zapalam światełko zmarłym. Zapalam także jemu, mówiąc w myślach "wiem, że zawsze trafisz na właściwą drogę Włóczykiju, ale pozwól, że Ci ją odrobinę rozświetlę - w końcu od tego byłam, czyż nie? Ja, Twój Promyczek."

Jakże mi Ciebie teraz Króliczku brakuje.

Własnie w takich chwilach zastanawiam się, jakby to było, gdybyś jednak żył, wiesz? Jak bardzo potrzebny byłby mi człowiek taki, jak Ty, przed którym bez problemu mogłam otworzyć moje serce, tak bardzo zamknięte, opowiedzieć o moim smutku i rozterkach, które Ty, jak nikt inny rozumiałeś. Choć nigdy nie spojrzałeś mi w oczy, a ja do końca życia będę już żałować - choć zabraniałeś - będę żałować, że nie odwiedziłam Cię wtedy w szpitalu. Zabrakło mi odwagi, bo po prostu nie chciałeś, bym oglądała Cię w takim stanie, a ja chciałam to uszanować. 

I co mi po tym, kochany Włóczykiju? Bicie się w pierś do końca życia?

Pewnie dziesiątki razy minęliśmy się na poznańskich Ogrodach, albo nad Rusałką. Jako obcy ludzie, albo jako już ci, którzy w zaciszu domowym klikali między sobą i wysyłali sobie wirtualne, pełne dobrych myśli wiadomości i nawet nie mieli pojęcia, że właśnie się spotkali.

Smutno mi, wiesz? I tęsknię.

Próbuję nie uronić łzy, bo prosiłeś bym tego nie robiła... ale no żesz kurwa, gdzieś to mam, no! Rozryczę się i już, w końcu jam też człowiek, no nie? 

I to wcale nie ze skały, dobrze wiesz.

W dodatku niezła rykwa, jak mawiałeś.

Pewnie byś mi nieźle przygadał. Postawił za rude warkoczyki do pionu. Otarł zapuchnięte od płaczu policzki. I pokazał, że umiem słuchać także Ciebie, o Twoich problemach, przy których moje obecne były może pestką, że nie boję się słuchać o trudach, panice, drących dłoniach i strachu. Przypomniałbyś mi, że umiem być jeszcze sobą.

Tą, która niosła dobre myśli, zamiast takich, jakie napisałam powyżej.

Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko spoko - że tak skwituję, jak kiedyś w porannych sms'ach do Ciebie, kiedy tłukłam się pociągiem do Poznania. Tylko, że Ty mi już nie odpiszesz "Jest lepiej. Miłego dnia, świeć Promyczku."

Choć wierzę, że gdzieś tam, w przestworzach, w innym, lepszym świecie może dosięga Cię jeszcze ten mały, tak bardzo nieistotny promyczek światła, który wysyłam każdego dnia.

I wierzę, że może pewnego dnia ja w końcu sama się pozbieram.

*     *     *

Póki co, nie odchodzę, Mili moi.
Po prostu, jak pieprzy się wszystko, to musiał się rozpieprzyć i mój laptop.
W końcu sześcioletni staruszek...

Wrócę, o ile nie zrobię tego, by się pożegnać.
Tylko nie wiem, czy za tydzień, czy za miesiąc, czy za kilka.
Ale dam znać, obiecuję.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Dobra jesień w sercu na początku sierpnia - bo dlaczego nie?

Od samego rana słońce nie przygrzewało zbyt mocno i czułam, że spadnie dziś deszcz. Taki oczyszczający, spokojny, letni deszcz, pachnący trochę jakby pierwszymi oznakami jesieni. Chociaż, wyśmiałby mnie kto, że na jesień jeszcze przecież za wcześnie... Uwierzycie, że trochę za nią zatęskniłam? Nagle - jak nigdy - zabrakło mi dłuższych wieczorów, kolorowych liści, które uwielbiam "przekopywać glanami", pierwszego chłodniejszego powiewu wiatru, który kazałby założyć na siebie bluzę już wczesnym popołudniem.

Może to... może to wszystko dlatego, że trochę potrzebuję zapaść w jesienny sen. Odpocząć od tego wszystkiego, co działo się u mnie w ostatnich tygodniach, a nawet miesiącach. Na moment zapomnieć o lecie, które co prawda uczyniło mnie najszczęśliwszą na świecie, ale też trochę znużyło. Bo jakby nie było - na tegoroczne lato czekałam także w stresie spowodowanym nie tylko samym ślubem, ale na ten temat nie chcę się rozdrabniać. I jestem tym trochę po prostu zmęczona.

Dlatego ja dziś urządziłam sobie jesienne popołudnie na początku sierpnia. Bo dlaczego nie? Mój Mąż (wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego określenia:)) na popołudniowej zmianie, a więc w mieszkaniu jestem sama. Deszcz bijący o szyby, gorący rosół na obiad, kubek zielonej herbaty, kot pochrapujący pod ciepłym kocem, tuż obok mnie. Jesień jak znalazł. Ale taka dobra jesień.

Wiecie... jestem szczęśliwa.

Jestem szczęśliwa, bo wreszcie wracam do siebie. Wróciła do mnie z podwójną siłą cała ta pozytywna energia, którą zgubiłam przez pewne nieprzyjemne wydarzenia i huśtawkę nastrojów, jakie mi zafundowały. Ale było, minęło. Nie ma sensu rozdrapywać ran. Jestem sobą, a więc wybaczyłam, mimo, że pewnie długo nie zapomnę, a teraz brnę do przodu i uśmiecham się na nowo. I tym uśmiechem przezwyciężam wszystko.

Zaczęłam nawet znów rysować. I to w kolorach, zamiast odcieni szarości. To dobry znak. Ostatnio wymyśliłam sobie nawet osobiste plenery malarskie w towarzystwie wina i czekam na dobrą pogodę. Wróciłam do pracy pełną parą. Do pracy, w której nie zawsze dobrze się dzieje, ale jestem zadowolona, że w ogóle ją póki co mam. Mam ochotę wychodzić z domu, spacerować nawet w deszczu. Codziennie wyprowadzam siebie na spacer.  I nie mogę doczekać się wyjazdu w Karkonosze we wrześniu, który - mam nadzieje - wypali. Moje mieszkanie prawie codziennie jest pełne ludzi. Wciąż ktoś nas odwiedza - a to na herbatę, czy kawę, a to na piwo, czy najzwyczajniej na chwilę, na papierosa. Czasem ktoś zapyta o nocleg, czasem zje talerz gorącej zupy. Dom otwarty - tak, jak zawsze chciałam. I nie męczy mnie to nic a nic.

Fajnie jest.

Śmiałam się dziś, gdy przeczytałam gdzieś w internetach stwierdzenie, że ślub przed trzydziestką jest jak wyjście z imprezy po dwudziestej drugiej.

Nam ten ślub dodał skrzydeł, wiecie?

Najgorsze było chyba czekanie. Gdy wyszłam już od fryzjera, a M. skończyła mi robić makijaż po dwunastej. I weź tu człowieku znajdź sobie zajęcie do piętnastej, bo o tej godzinie miała przyjechać fotograf.

A to, co działo się później... przeszło moje najśmielsze oczekiwania i pozostanie w mojej pamięci do końca życia.

W kościele, podczas mszy, przed którą stresowałam się chyba najbardziej - wyciszyłam się totalnie. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Choć - przyznaję - gdyby nie ścisnęło mnie za gardło, nie byłabym przecież sobą. Gdy podczas kazania, tuż przed przysięgą ksiądz powiedział, byśmy przypomnieli sobie, jak się poznaliśmy, jak pierwszy raz spojrzeliśmy sobie w oczy, jak pierwszy raz chwyciliśmy się za ręce. Byśmy nigdy nie zapomnieli, jak to było. I cholera... jak to wszystko wtedy wróciło do mnie, nie wierzyłam, że obok mnie siedzi wciąż ten sam mężczyzna. Ten sam, jedyny od sześciu lat, przy którym odmieniło się moje życie. Z którym piłam wino, z którym jeździłam na koncerty, który stał się moim najlepszym kumplem. I ten mój kumpel tuż za moment, za chwilę miał zostać moim mężem.


I został.

Nic nie było wtedy ważne. Żadne rodzinne kłótnie, nieporozumienia, przeszłość. Cieszyliśmy się z tego, że jesteśmy razem, tylko my we dwoje, wciąż i uparcie.

I wiecie... Dziś myślę sobie, że żal mi ludzi, którzy mówią, że ślub to tylko papier i obrączka na palcu. Że nic się nie zmienia. A ja jakoś uparcie odczułam, że coś się jednak zmieniło. Umocniło nas. Sprawiło, że jesteśmy jeszcze bliżej siebie, jeszcze bardziej szczęśliwi. Bo droga do tego ślubu nie była wcale usłana różami. Ale przebrnęliśmy. I nic nas nie zabiło,a wręcz przeciwnie - dodało nam sił.

Choć, kiedy to mówiłam pewnego razu tuż po ślubie, ktoś sceptycznie powiedział mi, że mam poczekać z tym stwierdzeniem co najmniej miesiąc, albo rok, że rutyna nas nie ominie.

A ja wierzę, że nie damy się jej. Wciąż będę z moim kumplem-mężem pić wino na koncertach. A dla urozmaicenia walniemy sobie dziary. Nie pytajcie jeszcze jakie - bo nie wiemy. Ale na pewno nie będą to motylki i dmuchawce.




Pamiętasz wczorajsze - za rękę spacery?
Listy miłosne na piasku pisane?
Podczas bezsennych nocy, przez niekończące się dni
Chciałbym usłyszeć jak mówisz: "Pamiętam o Tobie"

(...)

Przeszliśmy wspólnie przez trudy i bóle,
Drogo za to zapłaciliśmy.
I mimo wszystko obiecaliśmy sobie:
"Nigdy nie będziemy samotni"

środa, 15 czerwca 2016

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy...

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy... czujesz, jak wszystkie troski odchodzą na bok. Wszystkie niedograne jeszcze sprawy, wszystkie, które trzeba będzie jeszcze załatwić.

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, jeszcze taką niewykończoną, pospinaną szpilkami, wiesz, że jesteś szczęśliwa. Bo przecież będzie taka, jaką sobie wymarzyłaś. Skromna, delikatna, bez zbędnych zdobień, a wymarzony, kolorowy wianek ślubny zamiast welonu pasowałby do niej idealnie. Byłby taki... taki mój.

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, przestajesz wreszcie się bać i zaczynasz z niecierpliwością wyczekiwać tego dnia. Na twarzy maluje się radosny uśmiech. Czujesz, że będzie pięknie, kolorowo, szczęśliwie. Wiesz, że na pewno będzie stres, na pewno nie raz zadrży ci głos i zatrzęsą się ręce, ale... ale otaczać będą cię przecież ukochani ludzie. A oni są lekarstwem na wszystko. I będzie On. Pan Młody.

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, przypominasz sobie dzień, w którym się poznaliście i nikt nie widzi uronionej w przymierzalni łzy. Przypominasz sobie, jak czarne oczy uciekały nieśmiało przed twoim zaciekawionym, łobuzerskim trochę wzrokiem. I przypominasz sobie, jak nagle spojrzały prosto w twoje i wbiły cię w ziemię czyniąc maleńką. Przypominasz sobie pite wino przy ognisku, długi pijacki już lekko spacer pełen śmiechu, podczas którego założył ci na plecy swoją kurtkę, choć sam trząsł się przez chłód dziwnie zimnej lipcowej nocy. Przypominasz sobie wspólne liczenie gwiazd na niebie i pierwszy pocałunek. Przypominasz sobie ogromną tęsknotę, która była tak bardzo potrzebna, bo oboje zdążyliście się zakochać w sobie na zabój. Przypominasz sobie koncert Perfectu na który wyciągnął cię po twojej prawie dziesięciogodzinnej podróży pociągiem z Krakowa, tylko po to, by po jednej z piosenek powiedzieć pierwszy raz, że... że kocha.

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, wracają najpiękniejsze, wspólne wspomnienia. Nagle przychodzi ci do głowy piosenka, którą zagrał ci na gitarze, a ty się popłakałaś. Przed oczami masz pierwszy, koślawy jak cholera rysunek, który dla niego zrobiłaś. Pamiętasz nagle, jak po kłótni przywiózł ci na przeprosiny bukiet marchewek, zamiast kwiatów tylko po to, byś za chwilę zaczęła się śmiać przez łzy. Recytujesz w myślach napisany przez niego wiersz. Wiersz, który miał być dedykowaną piosenką, a pozostał najpiękniejszym wylanym na kartkę słowotokiem schowanym głęboko we wspólnej już szufladzie.

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, przypominasz sobie najtrudniejsze chwile. Jakbyśmy się często nie żarli jak pies z kotem, jakbyśmy nie rzucali na siebie najgorszych słów, które nieraz trudno było zapomnieć, a niektóre pamięta się do dzisiaj, jakbyśmy nie trzaskali drzwiami i nie fundowali sobie morza łez... on zawsze był. Po prostu w najgorszych chwilach zawsze był. Z kochanka stawał się najlepszym kumplem. Trzymał za rękę i głaskał po głowie, wycierał zapłakaną twarz. Był, gdy moja mama była w szpitalu i pomagał, był, kiedy umarł Ktoś dla mnie ważny, trzymał na kolanach i mocno przytulał, bym wypłakała Mu się w rękaw... był nawet, kiedy wybiłam sobie przedniego zęba na imprezie i powtarzał, że kochałby mnie nawet bez rąk i nóg, że co tam głupi ząb...

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, przypominasz sobie najważniejsze chwile. Był, kiedy panikowałam przed najtrudniejszymi egzaminami. Stał pod drzwiami dziekanatu z bukietem kwiatów, kiedy obroniłam pracę magisterską. Cieszył się ze mną, kiedy dostałam - jak mi się wtedy wydawało - wymarzoną pracę. I choć nieraz bywało naprawdę źle między nami - ostatecznie zawsze mogłam na niego liczyć. Jak właśnie na najlepszego kumpla.

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, zapominasz o tym, co było złe. Wiesz, że niebawem zwiążecie się ze sobą jeszcze mocniej, jeszcze silniej, że od tego dnia, który już przecież niedługo, będziecie na dobre budować swoją przyszłość. Jakaś niewidzialna siła pomaga ci myśleć jak dawniej... po twojemu. Przestają istnieć cudze sugestie i opinie. Słyszysz trochę uciszone ostatnio różnymi sprawami serce, które wyraźnie podpowiada ci, co masz robić.

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, przypomina ci się dzieciństwo i wracają marzenia małej dziewczynki. Pamiętasz, jak chciałaś założyć białą sukienkę i zostać szczęśliwą panną młodą. Teraz właśnie okrywa twoje ciało.

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, uświadamiasz sobie, jak bardzo kochasz i jak bardzo chcesz być kochana.  Czujesz, że wszystko zaczęło się układać. I ułoży się do samego końca. Bo kochasz ze wszystkich sił całym swoim sercem i wiesz, że nic oprócz tej miłości się nie liczy.

Kiedy masz na sobie suknię ślubną po raz pierwszy, przypominasz sobie, jak bardzo jesteś szczęśliwa. I wiesz, że nikt, ani nic tego szczęścia w tobie nie zadusi.

I ja miałam moją suknię ślubną pierwszy raz na sobie. Wczoraj. Jeszcze niewykończoną, jeszcze spinaną właśnie szpilkami. Uśmiecham się do siebie cały czas. Trafiłam w dziesiątkę, po prostu. Niekoniecznie z suknią - z Nim. Z moim przyszłym mężem. Nie złamie mnie nic. Kiepska praca, szukanie innej, zwykłe, codzienne smutki i stresy. Nie złamie mnie nic. Bo kocham.

...i chyba jestem cholernie szczęśliwa.



wtorek, 31 maja 2016

Dobry poniedziałek

Promienie słońca drażniły wczoraj zaspane powieki. Otwierałam oczy i czułam, jak coś pęka w środku. Nowy dzień, nowe wyzwania - rzekłabym kiedyś. Kiedyś.

Miałam wrażenie, że zmartwychwstaję, zamiast budzić się do życia. Ledwo byłam w stanie zwlec się z łóżka. Coraz częściej w ustach oprócz pieprzonego papierosowego kapcia czułam suchość. Nie wiedziałam, ile palę już dziennie. Dużo. Dużo za dużo. Łapczywie sięgałam po butelkę z resztką wody. Nie piłam już porannej kawy, bez której nie wyobrażałam sobie dnia. Kręciło mi się w głowie. Niedobrze było. Wymiotowałam.

Spojrzałam w lustro. Widziałam podkrążone oczy, zapadnięte powieki skrywające radość rzadkich, zielonych patrzadeł. Widziałam koszmarne odrosty zbyt długo niefarbowanych włosów. Pół-rude, pół-mysie. Widziałam szarą twarz. Była tak bardzo ponura, nawet, kiedy próbowała się uśmiechnąć. A może dobrze  wiedziała, że uśmiech jest nieszczery, wymuszony? Nie da się oszukać, nie założy maski, nie będzie udawać. Udawać, jak ja udawałam każdego dnia. Że jestem jak kiedyś.

Łzy napływały do oczu. Znów niekontrolowanie, znów znienacka. Dałam im upust, płyną więc powoli po szarych policzkach. Wytarłam je kantem dłoni i próbowałam żyć. Iść do przodu.

Ktoś powiedziałby, że nie doceniam tego, co mam. Że przecież jestem szczęśliwa, mam pracę, mieszkanie i za półtora miesiąca biorę ślub z facetem którego kocham nad życie. Ktoś powiedziałby, że coś mi uderzyło do głowy.

Moja praca przestała mnie fascynować. Szczerze? Znienawidziłam ją. Kiedy czekasz na coś pół roku, nie szukając niczego innego w zawodzie, bo obiecują ci cuda, stanowiska, umowę i dobrą płacę, a potem okazuje się nagle, że te obietnice były jedną wielką ściemą... idzie się wkurwić. Kiedy nagle masz jednocześnie kierować i pracować fizycznie, zbierać baty od ludzi, "sił wyższych" z urzędu, czytać hejty w internecie, bo przecież anonimowo najłatwiej kogoś oczernić bezpodstawnie. Mówiono mi do cholery, że będę musiała mieć grubą skórę, ale nikt do kurwy nędzy nie pytał, dlaczego w CV nie mam napisane nic o umiejętności rozdwojenia, tudzież roztrojenia się.

Ta praca miała być spełnieniem marzeń. Póki co - prawie mnie wykończyła. Psychicznie i fizycznie. Jakby ktoś tam zapomniał, że jestem tylko człowiekiem. Przenoszę ją na dom, mimowolnie. Emocje targają mną jak wiatr wiotkimi gałązkami płaczącej jak ja wierzby. Trzęsą mi się ręce, trzęsie mi się broda. On to wszystko widzi, próbuje mi pomóc, przytula, rozśmiesza. A ja w ryk. On się nie poddaje, próbuje od nowa, przytula, rozśmiesza, kula się z kotem po podłodze. Uśmiecham się pod nosem, a po chwili znowu w ryk. Aż w końcu i on ma dość, bo ile można żyć z takim (ni)kimś, jak ja?

W końcu i on ode mnie ucieka. Potrzebuje oderwania, wypadu z chłopakami w zupełnie inny świat. Zostawia mnie - myślę, jak egoistka. Zostawia i wyjeżdża. Jedna kłótnia, druga kłótnia. Padają okropne słowa. Na miesiąc przed pieprzonym ślubem. Pojechał. Ja zostałam.

Taka biedna i nieszczęśliwa.
Użalająca się nad sobą.
Obrzydliwie się użalająca.

I nagle przyszedł poniedziałek. Rzekomo podły poniedziałek, choć przez uchylone okno jak małe uśmiechy wpadały promienie słońca. Wstaję więc, po nocy, w której nawet się do siebie nie przytuliliśmy. Siadam na brzegu łóżka, głaszczę go po głowie. Nie umiem nie kochać tego gnojka, myślę sobie. Wędruję do pracy i jadąc w teren głupimi żartami poprawiam wszystkim humor. Nawet ja się śmieję. Sama z siebie. Z własnej głupoty. Może jednak nie jest tak źle?

Mówię ludziom, z którymi pracuję i nadzoruję o tym, że myślałam o odejściu.
To, co słyszę w zamian sprawia, że mam szklanki w oczach.

- Jak ty odejdziesz, to ja za tobą - mówi M.
- I ja. Spierdalam stąd - dodaje D. - Bez ciebie będzie tu jedna, wielka chujnia.
- Weź się... - wtrąca się R., niesforny, młody jeszcze dość, ale lubiany przeze mnie - Kurde, jak ty sobie pójdziesz to kto będzie kierował nami co? Weź mnie nie wkurwiaj. Przecież z tą Czarną Mambą* wszyscy dostaniemy na łeb. Z tobą jest lepiej. Dużo się śmiejesz i w ogóle. Nawet jak ja nie lubię słuchać  ludzi to ciebie słucham. I piwa bym się z tobą napił.

Niby tylko słowa, a jak podnoszą na duchu.

Nie zwolnię się tylko ze względu na nich. Będę dalej brała sobie na barki baty z urzędu i innych wyższych sił. Może wmówię sobie, że jestem wystarczająco silna na to wszystko. Już nauczyłam się walić pięścią w stół w urzędzie. Już dotkliwie poznałam, jacy ludzie bywają podli i kłamliwi.

Zostanę.
Dla tych paru ludzi.

Lecz postanowiłam sobie, że najpierw przestanę przenosić pracę do domu. Uspokoję się, wyciszę, pożyję tym, co czeka mnie za półtora miesiąca. Poodliczam dni. Pożyję też moim mieszkaniem, które wciąż się urządza i staje się przytulnym gniazdkiem.

I obiecałam sobie, że oddam się w jego ręce. Że aby było dobrze, musimy sobie wybaczyć oboje. Musimy sobie przypomnieć, jak się kochamy. Wspólnie naprawić swoje błędy.

I powtarzałam mu z trudem w półmroku młodej jeszcze nocy, w te czarne i zamglone z podniecenia oczy, że kocham, że tęskniłam, że płakałam, że tak bardzo mi go brakowało... Przywarł mnie do siebie. Przytulił tak mocno, że nie mogłam przez moment oddychać. Wtapiał tylko twarz w moje włosy. Może płakał, a może po prostu nie był w stanie powiedzieć słowa.

Długo potem rozmawialiśmy, leżąc w łóżku. Kolejny raz dołożyliśmy cegiełki do budowy naszego wspólnego życia. Kilka moich łezek skapnęło na jego tors, ale byłam już spokojna. I tak spokojnie zasnęłam, tym razem mocno przytulana aż do samego rana. Tak, że rankiem nie mogłam wyplątać się z jego objęć, by wstać do pracy.

I wstałam.
Odsłoniłam okno.
Moja twarz w lustrze wciąż jeszcze szara, ale uśmiechnięta.
Oczy zmęczone, już nie smutkiem, lecz kochaniem.
Idę do pracy, która póki co może nie spełnia moich oczekiwań póki co, ale idę z uśmiechem do ludzi, z którymi pracuję. Idę z uśmiechem, że w ogóle mam pracę. I kiedy odbijam dyskietkę na wyjście, staram się o wszystkim zapomnieć.

Czas w końcu zacząć żyć.
Od poniedziałku.
Tego dobrego poniedziałku.


Witaj, nieznajomy,
Pytanie do ciebie mam
Czy zdążę jeszcze wrócić?
Drogi dawno już zasypał czas.

Za oknem szarość wchodzi w czerń,
Ty wciąż nie mówisz do mnie nic
Na tym pustkowiu mieszka śmierć
Czy to tylko część mojego snu, powiedz mi?

Ściany się burzą, szyby pękają naraz.
Lecę w dół przez błędy wszystkich lat
Widzę wyraźnie pełne rozczarowań twarze
A w oczach ból i gniew uśpionych zdarzeń.

* * *

* Określenie mojej wspólniczki, z którą dogaduję się - mówiąc delikatnie - średnio na jeża.

PS: Kochani, nie będę już obiecywać, że postaram się tu bywać regularnie. Przynajmniej na ten moment. W tej chwili mam totalne urwanie głowy, przez co piszę - jak widać powyżej - dość chaotycznie. Mogę Was jedynie zapewnić, że Wasze blogi staram się czytać regularnie. Tak, tak, sprawdzam, co u Was, choć nie zostawiam po sobie śladu.
Jeśli mogę Was jedynie o coś prosić - nie pytajcie o przygotowania do ślubu. Póki co te pytanie potwornie mnie drażni. Obiecuję, że wkrótce wszystko Wam opowiem. Tylko trochę ogarnę się sama ze sobą. :)

sobota, 30 kwietnia 2016

Ar­tyści nig­dy nie przes­tają być dziećmi, ale niektóre dzieci rodzą się dorosłe.

- Ile ja bym dał, żebyś była taka jak dawniej... - powiedział mi z żalem P., podczas jednej z nocnych, zupełnie niepotrzebnych kłótni.
- Czyli jaka?! - krzyknęłam w złości.
- Żebyś była artystką... taką, jak kiedyś. Uwielbiałem to w tobie.

Zrobiło mi się go żal, widząc, jak siedząc przy stoliku wbija wzrok w pusty kubek po herbacie, a jednocześnie poczułam falę złości. Przecież nienawidziłam, kiedy się mnie tak określało. Nie znosiłam, kiedy ktoś nazywał mnie artystką. Choć, przecież często mówiono tak o nas na studiach -artyści, projektanci przestrzeni, z bujną wyobraźnią.

Zawsze wydawało mi się, że zbyt twardo stąpam po ziemi. Miałam bujną wyobraźnię, ale potrafiłam żyć tu i  teraz. Nie chodziłam w tych wszystkich, dziwacznych ciuchach i nie nosiłam dwóch różnych trampków.

- Wiesz, że nie znoszę tego określenia - powiedziałam mu. - I dobrze wiesz też dlaczego.
- Ale pamiętasz, jaka byłaś wrażliwa? - zapytał.
- Nadal jestem wrażliwa. Wręcz nadwrażliwa - prychnęłam.
- Jeny, nie o to mi chodzi, Asik. - upierał się. - Miałaś w sobie wrażliwość. Dlatego takie dokładne były twoje rysunki. Czasami zbyt dokładne, przecież tak mówił twój profesor. Powiedz, kiedy coś narysowałaś, tak dla siebie? Kiedy postawiłaś sobie za cel skończenie choć jednego rysunku, by powiedzieć sobie, że wyszło ci znów lepiej, niż ostatnio? Kiedy coś napisałaś? Potrafiłaś tak pięknie pisać. Opisywać to wszystko, co jest wokół ciebie, wszystko, co tkwi w tobie, no... Miałaś taki dar. Jezu, jak mi to imponowało.

Usiadłam na krześle.
Zrobiło mi się smutno.

Miał rację. Dobrze wiedziałam, że miał rację.

Kiedyś to były porywy. Porywy szczęścia, jak mawiałam. Kiedy naszła mnie wena, po prostu brałam pierwszą, lepszą kartkę. I rysowałam. Lub pisałam. Słuchając Morrisona, lub Planta tak po prostu tworzyłam. Wylewałam to wszystko, co tkwiło we mnie, co czerpałam ze świata. Choć tworzyłam w odcieniach szarości, zarówno rysunki, jak i teksty czasem, mówili mi, że jestem zbyt kolorowa na jednobarwność.

Tęsknię za tym.
Naprawdę za tym tęsknię i boję się, że już nie potrafię.
Że nie umiem tak, jak kiedyś.

Kolejny raz wpadłam w wir pracy, w szpony realizmu, który sobie wmówiłam. Bo czy ja tak naprawdę byłam kiedykolwiek realistką? Zawsze żyłam tu i teraz. Zawsze starałam się być optymistką, nawet, kiedy dopadały mnie najsmutniejsze dni.

Następnego dnia poszłam kupić blok do rysunku ołówkiem. Kupiłam. I znów poczułam dziwny żal. Bo to przecież tak, jakby osoba, która chce zacząć biegać musi najpierw zainwestować w najdroższe buty do biegania. A później całą resztę Zupełnie tak, jakby chciała się do czegoś zmusić. Jakby chciała zrobić coś na pokaz.

A ja nie chcę się zmuszać. Próbuję wciąż wydobyć z siebie to, co dobre. To, co chcę przekazać innym, choć czasem kłuje ich szarość w tym, co tworze. Szarość, która może niezupełnie do mnie pasuje. A może to właśnie jest unikatowe? Ten mój osobisty paradoks?

Może czas przestać się bać nazywać rzeczy po imieniu.
Może czas nauczyć się na nowo być sobą.

Może uda mi się stworzyć jeszcze coś, co poruszy cudze serca. Chociaż odrobinę. Bo te wzruszenia, cudze dusze otwarte na oścież i ich ciepło bywały dla mnie najlepszą zapłatą, jaką kiedykolwiek mogłam dostać za to, co robię.

Próbuję.


Gdybym mogła być tam,
gdzie myślałam, że będę
Jeśli miałabym czas,
by uwierzyć w to,
co wie mnie widziałeś.
Może wtedy oboje
znaleźlibyśmy nasze miejsce,
gdzieś, gdzie nic się nigdy nie zmieniło.
Miejsce, gdzie nic nigdy nie blaknie, nigdy.

poniedziałek, 28 marca 2016

"Słońce uśmie­chem od­bi­jało się w wodzie. A marze­nia krążyły w po­wiet­rzu. Bo wios­na była wśród nich."

Błękitne niebo dodaje uroku nawet ponurym, szarym murom za moim oknem. Budzące się do życia owady próbują jakby jeszcze trochę nieudolnie rozprostować skrzydła. Późniejsze, niż ostatnio zachody słońca uderzają promieniami prosto w oczy.

Moje oczy, które znów były mocno zmęczone.

Ale uśmiechały się. Uśmiechały się, dekorując je zmarszczkami, które nawet lubię. Moimi pierwszymi zmarszczkami w wieku niespełna dwudziestu sześciu lat. Zmarszczkami od uśmiechania.

Bo przyszła wiosna. Niewątpliwie wprosiła się w nasze życia, jakby trochę niezapowiedziana, jakby trochę znienacka, kiedy niejednemu z nas wydawało się, że będzie jeszcze trzeba nad ranem skrobać szyby aut.

Przyszła wiosna. Obudziłam się ja. Rozszalały się myśli w mojej rudej głowie, podniecenie życiem stało się jeszcze większe, emocje zaczęły rozpierać serce, jakby chciały się wyrwać z osłony zwanej duszą. Pozwoliłam sobie wybaczyć, zabić demony nienawiści, które jakimś cudem zagościły w moim sercu. A moje serce nie potrafi nienawidzić, nie umie chować urazy. Nienawiść zabija od środka. Niszczy, szarzeje, bezpowrotnie zabiera to, co najpiękniejsze w człowieku. Wybaczenie leczy, przynosząc wiosenne ukojenie, ciepło pod sercem, ulgę i lekkość taką, że można się unieść parę centymetrów nad ziemią.

I chyba znów rozkwitłam.

Kolejny raz, podeptana przez jesienne burze emocji, stłamszona przez zimowe tęsknoty. Kolejny raz dojrzalsza, silniejsza. Już jakby trochę inna, trochę jakby nie ja, jakby ciągle coś mnie trapiło, martwią się ci, którzy mnie znają od lat, choć przecież za chwilę znów założę czerwone trampki, za chwilę znów moje włosy staną się bardziej ogniste, jak to zwykle z nimi bywa na wiosnę, za chwilę znów będę się głośno śmiać i leżeć przy ogniskach, zbyt lekko ubrana, patrząc w gwiazdy, które będą się jakoś nienaturalnie rozpływać przed oczami za sprawką wina.

Chcę żyć. Ostatnie wydarzenia, które mogły wywrócić moje życie kolejny raz do góry nogami uświadomiły mi, jak bardzo chcę żyć. Jak bardzo chcę nadal kochać, być dziecinna, śmiać się, marzyć i szukać dobra. Chcę tak bardzo, mimo pierwszych zmarszczek wokół moich zielonych oczu.

Zmarszczek, które przecież lubię.

W mojej duszy trwa wojna, ale serce nie przestaje kochać. Kochać życia, świata, ludzi. Nawet tych, którzy przyprawiają mnie o zaciskanie pięści w kieszeniach. To oni uczą mnie wierzyć w siebie, pomagają znaleźć w sobie siłę, w którą nigdy chyba tak naprawdę nie wierzyłam.

I tą miłością dziś chcę Was zarazić. W ten świąteczny poniedziałek. Radosny, mam nadzieję. Bez względu na to, czy obchodzicie te Święta, czy też nie. Niech wiosna zaczaruje i Wasze serca. :)


I spotkaj się tam ze mną, z pękami kwiatów,
przebrniemy przez te godziny chłodu,
  zimę - ona zawyje na te ściany
niszcząc bramy czasu,
da schronienie kiedy będziemy wyruszać.

poniedziałek, 7 marca 2016

O pierwszych dniach w pracy słów parę

Niektórzy twierdzą, że godzina o której wstaję w dni robocze z łóżka jest porą co najmniej niegodziwą. Kiedy o tej rzekomo niegodziwej porze robię sobie poranną kawę, w radiu znów mówią, że poniedziałki w pracy są paskudne. W dodatku wczesnowiosenne przesilenie wchodzi w grę i wydawałoby się, że człowiekowi nie zostaje nic innego, jak tylko siąść i płakać.

Tyle, że to nie w moim stylu po prostu.

Przykrywam mocniej kołdrą mojego P., by nie zmarzł, bo w mieszkaniu chłodno przecież, a on może pospać jeszcze parę godzin. Karmię kota, który łasi się i plącze pod nogami niemiłosiernie. Po chwili odsłaniam okno, by Kotik z nieukrywaną radością mógł wskoczyć na parapet i obserwować, cóż się wyprawia na "jego dzielni".

Widzę, że na budzącym się dopiero do życiu niebie nie ma chmur. Uśmiecham się do siebie. Ładne, poniedziałkowe niebo. A przede mną kolejne wyzwania.

Mam w sobie dużo takiego stresu, z jakim bardzo rzadko miałam do czynienia. Ten stres mnie motywuje. A motywacja sprawia, że czuję się potrzebna. Ubieram się ciepło, pakuję kanapki i buty na przebranie. Wychodzę, a lekko mroźne powietrze szczypie w policzki. To nic. Przecież za parę godzin poczujemy, jak łaskoczą nas promienie słońca.

Nie mogę się łamać, choć przyznaję - w piątek po powrocie z pracy, usiadłam i się popłakałam.

- Płakałaś? - zapytała mnie W., moja wspólniczka. - Wiesz co... mi też puściły nerwy. 

Popłakać sobie trzeba, ale nie możemy sobie na to pozwalać w pracy. W końcu jesteśmy pracownikami nadzoru, wydajemy polecenia i mamy nad wszystkim pieczę. Jesteśmy osobami pierwszego kontaktu z urzędem miasta, to my zbieramy baty za każdą źle wykonaną robotę, to my konsultujemy się osobiście z prezesem, kolejnym solidnym i dobrym człowiekiem, jak się okazuje, którego los postawił na mojej drodze.

Nie możemy się łamać przy ludziach, których mamy pod skrzydłami, bo i oni się załamią.

Na razie mnóstwo jest chaosu. Z jednymi pracownikami dogadujemy się lepiej, z innymi gorzej. Wciąż musimy domówić potrzebny sprzęt, wciąż jeszcze wychodzą pewne braki, przez które z pewnymi rzeczami nie dajemy sobie jeszcze rady. Przez moment wydawało mi się, że ja, taki zwykły, pospolity, rudy Asik nie uporam się z pewnymi sprawami. Wydawało mi się, ale musiałam stanąć na wysokości zadania.

- Jesteście pracownikami, ale jesteście też tylko ludźmi - powiedziałam, kiedy pani Magda parzyła w naszej bazie poranną kawę. Wszak to było moje pierwsze polecenie: dzień zaczynamy od kawy i śniadania. - Nie jesteście robotami - kontynuowałam. - Pracujcie na tyle, na ile was stać. Róbcie sobie przerwy. A kiedy mnie, albo W. nie będzie obok, a będzie się działo coś, co was zaniepokoi macie nasze numery telefonów. 

Ludzie, których mam pod skrzydłami - do rany przyłóż. Pracowici, otwarci, mówiący wprost, co jest nie tak. Zresztą... choćby z panią Magdą znamy się przecież jak łyse konie. Nieraz, gdy wrócimy z terenu i zamykamy drzwi od bazy, leci kurwa za kurwą, ćmik za ćmikiem, czasem pękamy ze śmiechu, a czasem muszę zwyczajnie walnąć pięścią w stół i powiedzieć "Nie łamać się, do kurwy nędzy, ludzie! Damy radę, no!"

Przecież to wszystko dopiero się tworzy, dogrywa, a my jesteśmy tego częścią. To powód do radości, nie do załamywania się - powtarzam sobie, może trochę naiwnie.

Pierwszy dzień w pracy był mocno organizacyjny. Poza szkoleniem bhp, urządzaliśmy sobie bazę i rozpakowywaliśmy narzędzia i testowaliśmy wszelki sprzęt. Była masa papierkowej roboty, podpisywanie ważnych papierów, list i tworzenie harmonogramów.

Następnego dnia ruszyliśmy już w teren. Także ja i W. założyłyśmy robocze ciuchy, wzięłyśmy do rąk grabie i poszłyśmy pomóc. Po drodze spotkała mnie moja przybrana ciocia, o której opowiem Wam innym razem.

- Asiu, a ty nie masz ludzi do pracy, czy Ty też musisz zgrabiać te liście? - zapytała z lekkim niesmakiem w głosie.
- Ciocia, ja nie umiem ich tak zostawić, znasz mnie, Ty wiesz przecież - odparłam. - To nie w moim stylu, nie umiem usiedzieć w miejscu. 

Ktoś powie, że to dobre podejście. Ktoś, że złe. Wszak doprowadziło do tego, że kilku logistyków i kierowników różnych działów zapomniało o tym, że my także jesteśmy kierowniczkami pomimo tego, że nieraz zasuwamy z grabiami. Nie ogarnęli, że jesteśmy troszeczkę wyżej w tej całej hierarchii, w której i ja sama się gubię jeszcze. A dokładnie na równi z nimi. A może - jak twierdzą inni - pokazałyśmy, że jesteśmy zbyt pracowite.

Na szczęście dziś pan prezes wyjaśnił dosadnie tym którzy o tym zapomnieli, kim tak naprawdę jesteśmy. Dobrze jest mieć takiego prezesa, który śmieje się, gdy jeden z panów na spotkaniu przypadkowo rozlewa herbatę wprost na jego kalendarz, zamiast zwyzywać od stóp do głów. Dobrze jest mieć prezesa, który na odchodne mówi:"Nigdy się nie poddawajcie. Pamiętajcie, że ja pokładam w was ogromne nadzieje i wierzę, że mnie nie zawiedziecie. Uśmiechnijcie się, bo uśmiechnięte was poznałem. I skrzydła do góry, a nie w dół. Damy radę." Dobrze jest mieć prezesa, od którego mimo jego posady biją pewnego rodzaju ciepło i troska.

Nasze biuro już się urządza. Wiecie, nawet ono tworzone jest od podstaw. Kiedy byłyśmy tam ostatnim razem, było jeszcze ruiną przypominającą ponurą piwnicę. Dziś leżały tam już płytki, a ściany były odmalowane. Prawdopodobnie do końca tygodnia panowie wniosą tam szafki, biurko, krzesła i komputer, a informatyk wgra wszystkie niezbędne programy do projektowania. I w przyszłym tygodniu będę mogła robić to, co kocham najbardziej. Projektować kolorowe i pachnące kwietniki.

Z W. dogaduję się dobrze. Nieraz ja ją podnoszę na duchu, nieraz ona mnie. Bo bywa różnie przecież. Podobnie jak ja nauczona jest pewnej pokory we wszystkim, co robi. Uzupełniamy się wzajemnie, bo ona jest po ogrodnictwie, a ja jestem architektem krajobrazu.

- Mam nadzieję, że nauczysz mnie też tych wszystkich programów, podpowiesz mi parę rzeczy w projektowaniu - powiedziała mi dzisiaj, kiedy wróciłyśmy z terenu, gdzie tłumaczyłam jej, jak formować młode drzewka. Nauczyłam się tego w poprzedniej firmie. Swoją drogą miałyśmy z tego niezłą frajdę.
- Jasne, że nauczę! A ty nauczysz mnie jak ogarniać sprzęt i podpowiesz, jakich nawozów, czy środków ochrony roślin używać.

Bywa trudno, ale dajemy radę. Musimy dać radę, choć zdarzyło się wrócić z płaczem. Swoją drogą ja także nie panuję nad emocjami ostatnio, jak zauważył słusznie mój P., bo parę rzeczy,nie tylko praca, mnie przerasta. Musimy dać radę, choć i moje roztrzepanie bierze górę nade mną, gdy czwartego dnia w pracy zdarzy mi się zaspać i pędzę na łeb, na szyję.

Damy radę. Ja dam radę, bo wspierają mnie ludzie, których kocham i którzy kochają mnie. Rodzice, Brat, P., Przyjaciele.

Jak miły był wieczór tuż przed pierwszym dniem w pracy, kiedy nagle, gdy szykowałam kolację, do kuchni wszedł P.
- Kaka dzwoniła. Za pięć minut wpadnie na papierosa.
Zdziwiłam się, co robi w naszej skromnej mieścinie, zamiast być w Poznaniu przecież.

Usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Wpadłam na papierosa i dać ci kopa na szczęście. Dasz radę sobie ze wszystkim radę, pamiętaj!

Dam. Bo kiedy ma się wokół siebie takich ludzi, nie może być inaczej.

 
I, może powtarzam się muzycznie.
Ale żaden utwór, ani teledysk nie podnosił mnie na duchu ostatnio tak, jak właśnie ten.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Nie umiałam pozostać śniegiem, który nie topnieje

Usiadłam na drewnianej ławeczce. Przez moment przestałam słuchać, o czym mówił. Wciągając głęboko czyste, leśne powietrze, spojrzałam na staw, w którym niczym jak w zwierciadle odbijało się piękno świata. Biała kora brzóz, nieopadłe, uschnięte liście dębów, wiecznie zielone sosny i śpiewające trawy. I odbicie nieba, na którym przecięły się smugi pozostawione przez samoloty. Odbicie, na którym zobaczyłam leniwe, dzikie gęsi.

Spojrzałam w górę. Leciały, faktycznie. Jakby chciały już wrócić. Leciały. One, moja ulubiona zapowiedź wiosennych dni. Lubiana nawet bardziej, niż przebijające się przez zmarzniętą jeszcze ziemię wczesne kwiaty, czy nabrzmiałe pąki drzew.

Patrzyłam i nagle przypomniałam sobie, jak bardzo potrafiłam kochać ten świat. Potrafię przecież nadal. Wciąż umiem zaciągać się całym jego dobrem wprost do płuc, by później móc to wszystko oddać z nawiązką. Jak dawno się tym pięknem nie napawałam, wmawiając sobie podświadomie, że przecież nie ma czym.

Oczy zaszły mi łzami.
Łatwo im ostatnio się zaszklić.
Łatwiej, niż kiedykolwiek.

Każda zima się kiedyś kończy. Każdy śnieg prędzej, czy później topnieje, dostając szansę na stanie się cudownym zwierciadłem natury. W końcu zawsze przychodzi wiosna. Ta, którą mnie nazywano.

Wiosna. Moje ulubione imię.



Długo szarpałam się z myślą, czy nie przestać pisać. Zastanawiałam się, czy nie zniknąć z blogosfery na dobre, zostawiając po sobie jedynie mapy wspomnień i dobrych myśli. Pozostać tylko nikłym cieniem, wspomnieniem pewnej, rudej istoty, która kiedyś próbowała zlepkiem słów przynieść innym odrobinę ciepła.

Ale nie umiałam pozostać śniegiem, który nie topnieje.
Nie ja.

Nie umiałam sobie z tym wszystkim poradzić. Najpierw sekundy dzieliły mnie od kliknięcia w przycisk "Usuń bloga". Ale pomyślałam, że tak bez pożegnania się nie znika, że trzeba by jakieś skleić, chociaż najprostsze w świecie "do widzenia".

Ale nie dałoby się w tak prosty sposób zamknąć tego, co stworzyłam z Wami przez całe te dwa lata, które stuknęły kilka dni temu.

Później myślałam, żeby zrobić sobie przerwę. Tylko, czy moje ostatnie, nieudane próby pisania nie są właśnie jedną, wielką przerwą?

Ostatecznie przyszło mi do głowy, by zacząć pisać w innym miejscu. Od nowa. Nawet je założyłam, a tego bloga opisałam jako "Wspomnienie", jako coś, co chciałam zamknąć, jako coś, co mnie chyba zaczęło przerastać, jako coś, przed czym chyba próbowałam uciec. Nawet posta napisałam w tamtym miejscu, tylko go nie opublikowałam. Chciałam poczekać, pomyśleć jeszcze, nie byłam przecież pewna. I Bogu dzięki, bo siedząc dziś na tej drewnianej ławeczce uświadomiłam sobie, jakie tamte miejsce byłoby obce, nieogrzane ciepłymi słowami i wspomnieniami chwil, które przeżyłam w przeciągu tych dwóch lat.

I nagle przypomniało mi się, co czułam, kiedy tego bloga zakładałam. Kim byłam i jak bardzo się zmieniłam.




Zobaczyłam przed oczyma nieśmiałą, rudą dziewczynę, która siedzi w swoim pokoiku i oczekując na swojego P., popija w ciszy herbatę. Jest sama. Jest szczęśliwa. Oddychająca wreszcie spokojnie, tuż po obronie pracy inżynierskiej. Marzy o wiośnie. Marzy o zaręczynach. Marzy o ukończeniu studiów i dobrej pracy. Marzy o kolejnej przyjaźni.




Wiecie, Mili moi, wydawało mi się, że osobie, która istnieje w sieci od ośmiu wówczas lat, blogowy świat dał wszystko, na co było go stać, począwszy od słów, poprzez spotkania, łzy tęsknoty, niezapomniane przyjaźnie, aż po przygody, które wspomina się dziś z uśmiechem na ustach, choć o niektórych może wstyd czasem mówić głośno. To nic. Myślałam wtedy, że będę sobie po prostu pisać, a przy odrobinie szczęścia ludzie będą mnie czytać, może ktoś zostawi po sobie jakiś ślad, a potem szybko o mnie zapomni. Sądziłam, że wystarczy mi nieraz wymiana opinii, napisanie komuś paru dobrych słów. Nie liczyłam wówczas na wiele.
 


Tylko marzyłam.
Marzyłam, że daję innym trochę miłości, którą schowałam na dnie serca.

Okazało się, że los znów zaskoczył. Dostałam więcej, aniżeli mogłam się spodziewać. Więcej ciepła, miłości i życzliwości, których nigdy, przenigdy nie zapomnę.

Wspominam teraz, pod osłoną nocy, ze łzami w oczach całe te dwa lata. Ktoś powie, że zupełnie niepotrzebnie, że nie ma nad czym płakać, że to był piękny czas, ale ci, którzy mnie znają wiedzą, że moje serce nie mieści wszystkich emocji, a dusza grzeszy nadwrażliwością.

Przypominam sobie, jak nauczyłam się kochać świat, nie dzięki sobie. Dzięki Wam, Przyjaciele. A później dzieliłam się tą miłością podwójnie, bo pomyślałam sobie, że tak trzeba. Stworzyłam Nominację dobrych myśli, głupią zabawę, ktoś rzekłby, ale ile przyniosła uśmiechu i Wam i mnie, kiedy czytałam Wasze posty pełne pięknych wspomnień. Dzieliłam z Wami moje radości. Pisałam o mojej pasji, o pracy, którą kochałam, o studiach, o niezwykłych w swej zwyczajności ludziach, których spotykałam. Pisałam o miłości i o marzeniach. Pisałam o smutku, który rozdzierał moje serce. Pisałam o wzlotach i upadkach. O sukcesach i porażkach. Nikt mnie nie potępił.

Dodawaliście mi skrzydeł za każdym razem.

Cieszyliście się ze mną, gdy pisałam o koncertach, o zaręczynach, o obronie pracy magisterskiej, czy o dostaniu wymarzonej pracy. Ocieraliście łzy, gdy nie umiałam sobie z niektórymi sprawami poradzić. Pocieszaliście, gdy umarł Ktoś, kogo nie zdążyłam nazwać Przyjacielem.

Tyle ciepła, ile przyniosło mi te miejsce nie zaznałam w blogosferze przez poprzednie osiem lat pisania. Mimo tego, że już wtedy przeniosłam do realnego świata kilka wirtualnych przyjaźni, że poznałam Anję, Szkę, Ametkę i Gemini, spędzając z nimi niezapomniane chwile... ale one wszystkie były także i tu, w tym właśnie miejscu, dodając mu pięknych barw.

Ale... dawniej nigdy nie byłam w jednym, blogowym miejscu przez tak długi czas. Zwykle moje pisanie, to były kilkumiesięczne przy dobrych wiatrach przygody, a później znikałam. Znikałam, by za moment powrócić. A później znów zniknąć. I tak w kółko.

A tutaj od samego początku była jakaś dziwna, pozytywna energia, która do tej pory nie pozwalała mi stąd odejść. Od pierwszego posta, od pierwszych wymienionych komentarzy, będących początkiem kolejnej przygody, której pewnie nie zapomnę do końca życia.

Cały ten okres przyniósł mi  mnóstwo pięknych chwil.




Długie rozmowy z Tym, który żyje już tylko w sercu moim i innych ludzi, dla których był tak samo ważny. Rozmowy, przy których śmiałam się, lub przeciwnie - płakałam jak dziecko. Pierwszy raz, kiedy odważyłam się obnażyć swoją duszę, lęki i bolesne wspomnienia przed Nim właśnie, a On to tak po ludzku zrozumiał. Jak pomogło, jak cholernie pomogło, wiedziałam tylko ja i właśnie On, bo nikomu, nikomu o tym nie mówiłam. Do tej pory, pojawiający się w moich snach, choć żyjący już w sercu. Zostawił w nim piękne wspomnienie, choć znaliśmy się przez cholernie krótki czas. Znaliśmy nienamacalnie, bo przecież nie zdążyliśmy wypić tego obiecanego piwa nad Rusałką, a przecież mijaliśmy się każdego dnia na dzielnicy Poznania, w której On mieszkał, a w której ja studiowałam. Jego życie zgasło, niczym zdmuchnięty nagle płomień, ale zostało dobro zasiane w moim sercu i Jego muzyka, która cały czas gra, tylko jakby z oddali.

Ale byli też Ci, których mi w żaden sposób nie odebrano, a z którymi dane było mi się wyściskać.  Frida, która do tej pory wiele razy pisze do mnie, raz z troską, raz żartobliwie, ale zawsze, tak po ludzku o mnie pamięta. Ta, której książki mam na półkach, a czasu, by za nie solidnie się zabrać, wciąż brak. Ta, z którą jednego dnia piję piwo, też w towarzystwie jej Męża i Red, a kiedy indziej ratuje mnie na poznańskim dworcu, bo nagle robi mi się słabo, a ona - zupełnie przypadkiem - znajduje się w odpowiednim miejscu i czasie.

Martyna, której przyjazd był jednym z najlepszych wspomnień minionego roku. Najpierw krótkie spotkanie nad Rusałką, pełne łez, ale takich dobrych łez. A później... później dłuższy pobyt w Polsce i w naszym jeszcze nieurządzonym mieszkaniu. Spacery nad Wartę i do lasu. Impreza z chłopakami, po której zezłościli się sąsiedzi. Jej dziki i nieopanowany śmiech, który nieraz musiałam uciszać do tego stopnia, że w końcu sama zaczynałam się śmiać z bezsilności. I jej ciepło, które czuję nawet przez dzielące nas kilometry, czy mile.

I jeszcze Lusia przecież, którą wyściskałam w krakowskiej galerii. Kilka chwil spędzonych z tą kruszynką tuż przed koncertem, na który się wybieraliśmy naładowało mnie masą pozytywnej energii, mimo tamtego paskudnego listopada. Długie rozmowy, gdy którejś było źle, takie ludzkie zrozumienie. I uśmiech przez łzy nieraz. Zwłaszcza kiedy napisała do mnie sms'a: "Słuchaj przed 19-stą Muzo.fm!". Słuchałam więc. I nagle usłyszałam jej znajomy głos: "Nic się nie martw Asik. Ze wszystkim damy radę. Ty dasz radę. Będzie dobrze."

Gdy sobie przypomnę wszystkie maile, listy i kartki, które dostałam, łzy same cisną się do oczu. Wszystkie mam schowane w pudełku, głęboko w szufladzie.

No, może poza piernikami od Małej Czarnej. :)

Te dwa lata temu nawet nie przypuszczałabym, że spotkam tak cudownych ludzi. Ludzi, których tak po prostu pokochałam. Pokochałam tak, jak tylko człowieka można pokochać. W ciągu tych dwóch lat uderzyło we mnie więcej dobra i magii, niż kiedykolwiek mogłabym się spodziewać.
 
I dlatego właśnie, Kochani moi, dosłownie walczyłam ze sobą, zastanawiając się, jak nie zniszczyć tego miejsca.

Zostać? Odejść? Żegnać się, czy nie? Przenieść się w inne miejsce? Kontynuować, czy zacząć zupełnie od nowa? Być sobą, czy udawać?

Pogubiłam się.

To wszystko gryzło się we mnie jak nigdy. Silniejsze, niż kiedykolwiek.

I dziś, siedząc sobie na tej drewnianej ławeczce nagle pomyślałam, że za dużo jest jeszcze osób, z którymi chciałabym wypić piwo nad stawami. Za dużo jest tu ludzi, których chciałabym jeszcze wyściskać. Ponownie, lub po raz pierwszy. Za dużo jest we mnie ukrytych słów, miłości, historii w rękawie. Historii moich własnych, lub ludzi, których dane było mi spotkać, pokochać tak najzwyczajniej, o których chciałabym Wam opowiedzieć.

Myślałam, że nie potrafię.
Nadal nie wiem, czy umiem.

Ale spróbuję.

Pozostanę tu, jako wciąż ta sama osoba, która tylko musi wybudzić się z jakiegoś dziwnego snu, w który zapadła nagle, nie wiedząc dlaczego.

Przynajmniej nie będę miała wyrzutów sumienia, że nie próbowałam.

Pozwolę sobie stopnieć. Wyleję uczucia, które mi przeszkadzały. A kto wie? Może i ja ze śniegu przemienię się w zwierciadło odbijające to, co najpiękniejsze?



Jestem wierszem
Splotem słów tęskniących

Szeptem też jestem
Znajdź mi w sobie miejsce

Rozświetlę przestrzeń
Nią też jestem

Musisz tylko zechcieć
Zabronić myślom
Tłumić serce