poniedziałek, 28 grudnia 2015

Kabanos, dwie kaleki i święta.

Święta, święta i po świętach, rzec by się chciało, ale po dzisiejszym dniu spędzonym z Mamą w sklepie, to sformułowanie zdecydowanie mi zbrzydło. Ja zaś powiem, że tak dobrze w końcu wyciągnąć nogi pod kołdrą, odetchnąć solidnie i wziąć łyk zimnego browarka. Jak dobrze po prostu przez chwilę zwolnić. Tym bardziej, że przez święta zasuwałam na pełnych obrotach. Znów usłyszałam sławetne "usiądźże na dupę i naucz się odpoczywać", doigrałam się na własnym zdrowiu, ale czy jeszcze kogoś dziwi mój tryb życia i wieczna potrzeba zasuwania, tudzież nieustanny strach przed rutyną? W ostatnich dniach znów rozpędziliśmy się niemiłosiernie - ja i mój los, choć ten drugi nie szczędził mi także pozytywnych niespodzianek, więc w sumie narzekać nie mam na co.

Zastygłam znów na moment w blogowym świecie, ale zrozumiecie mnie, tak myślę, jeśli powiem Wam co, a raczej kto pochłania mnóstwo mojego czasu. Ale to może od początku.

Dwa tygodnie temu, we wtorkowy wieczór wymachiwałam rękami i nogami przed laptopem z Ewką, wmawiając sobie, że muszę zrzucić parę kilo, bo jak tak dalej pójdzie, to przed ołtarz w lipcu pójdę odbijając brzuch kolanami. Kiedy skończyłam brzuszki, uradowana, że wytrwałam do końca tej mordęgi, wykąpałam się i postanowiłam na chwilę posadzić tyłek przed telewizorem. Usłyszałam, jak w drzwiach przekręca się kluczyk. O, czyżby P. tak szybko wrócił? - pomyślałam sobie. Miał wszak do załatwienia jakąś bardzo ważną sprawę, jak mówił mi przez telefon, choć jaką - zdradzić mi wtedy nie chciał. Obiecał, że dowiem się, kiedy wróci, zatem zaciekawiona ruszyłam w kierunku przedpokoju, choć wstając jęknęłam przez zakwasy. Drzwi się otworzyły, moim oczom ukazali się mój przyszły Mąż i jego młodszy brat. I jeszcze ktoś, kogo P. trzymał na rękach.

Ktoś, rasy rudej (jak ja!).
Rasy małej.
Rasy mruczącej.
Rasy kochanej.

Ot, rude, małe, mruczące, kochane kocię.
Poznajcie zatem nasze tygrysiątko, koleżkę sympatycznego, jak nazywa go P.

Nazywa go też Kabanosem, podobnie, jak większość moich przyjaciół i znajomych, którzy twierdzą, że to idealne imię dla kota. Bo zwała, heheszki i w ogóle oryginalnie. Tja. Jako, że o imię dla malucha było mnóstwo sporów, a nazywanie zwierzaka kawałkiem wysuszonej kiełbasy niezupełnie mi odpowiadało, ostatecznie od "kotka" powstał po prostu Kotik. Przed Wami zatem Kotik vel Kabanos. Drugi rudzielec w tym mieszkaniu. Drugi, obok mnie.



Jakaż była moja radość, gdy go wówczas ujrzałam. Choć i zwątpienie, nie powiem, że nie. Z kociakiem nigdy pod jednym dachem nie żyłam, jako, że moja Mama po prostu kotów nie lubi. Aczkolwiek gdzieś tam się tliło marzenie w mej łepetynie, by z takowym futrzakiem się zaprzyjaźnić, kiedy tylko wyprowadzę się na swoje.

Mimo wszystko, gdy P. pojechał odwieźć do domu swojego brata, patrzyliśmy na siebie z Kotikiem zdezorientowanym wzrokiem.

- A co, jeśli mi się zesrasz w kącie? - zapytałam wystraszone kocię.
- Miau. - odpowiedział niepewnie.

Biegiem do ciotki parę domów dalej. Po kuwetę i żwirek. W piżamie. I w laczkach, bo po "poznańskiemu".
Wracam zdyszana.
Kocię żyje, chodzi, miauczy.

- Cholera, chyba głodny... zjemy coś?
- Miau. - potwierdził.

Najadł się, skorzystał z kuwety, obalając mity o kotach znajomych, które srały po kątach i doniczkach. Zaczął się łasić, miauczeć, przytulać, a nawet masować mi cycki. I cholera... skradł moje serce. Dowiedzieliśmy się, że ktoś go porzucił. Przy torach, gdzieś na wsi.

- Kto mógł? No kto mógł ci to zrobić? - przytuliłam się do niego.
- Miau - odparł smutno.

No i mu się pobeczałam w rudą sierść, jak to na rykwę pospolitą przystało. I pokochałam go. Od pierwszego wejrzenia. Mimo mdlejącej choinki, hałasu o drugiej w nocy (bo kulanie orzechów po całym pokoju to taka świetna zabawa!), podrapanych rąk, wywalonych doniczek z moimi kwiatkami i wiele, wiele innych. Mam nowego kumpla. Rudego, jak ja - bo rudość na mój łeb powróciła. I serce mięknie i buzia się śmieje. I fajnie jest z nim, po prostu.


Jednakowoż ostatni czas w same dobre wieści nie obfitował - wszak byłoby zbyt kolorowo. Tuż przed świętami i ja i P. zostaliśmy kalekami. Ale, spoko, żyjemy. Ja wyłożyłam się na podwórzu u rodziców, niosąc w siatce "spadek" od Mamy pod postacią ślicznych, szklanych miseczek i solidnie rozwaliłam sobie kolano. Nie moja wina, że zasuwałam w laczkach (po "poznańskiemu"), że było ślisko i że zamiast siebie wolałam ratować śliczne, szklane miseczki, bo pamiętała je jeszcze moja świętej pamięci Babcia. Kolano puchło jak cholera, rana goiła się paskudnie, kulałam i sykałam przy każdym kucnięciu, ale przeżyłam. Ja, jak ja. Ale kolejnego dnia dołączył do mnie mój przyszły Mąż rozwalając sobie porządnie prawą dłoń w pracy. Szpital, sześć szwów. Dwie kaleki. I rudy kot. Może i zbyt kolorowo nie było i po całym dniu padliśmy jak muchy, nieudolnie próbując sobie zrobić maraton Gwiezdnych Wojen. Ale dziś się z tego śmiejemy. I powtarzamy nieustannie: bez zęba, bez ręki, czy nogi... i tak cię będę kochać.

A później... później dwie kaleki przygotowywały się do świąt. Do naszej pierwszej wspólnej wigilii, którą spędziliśmy u moich Rodziców. Naszykowałam się w kuchni sałatek, uszek i ryb i cholera, wiecie co? Okazuje się, że nie jestem aż takim beztalenciem kulinarnym. Generalnie o świętach mogłabym rozpisywać się godzinami, ale mawiają, że jaka wigilia, taki cały rok. Zatem może skrócę nieco, idąc za tą dewizą, którą powtarzały mi Mama i Babcia.

W 2016 roku będzie nam się co chwile zatykał kibel, Kotik vel. Kabanos przestanie trafiać w kuwetę, my będziemy żarli się jak pies z kotem, a na końcu będziemy godzić się tak, ze ugną się pode mną kolana. Więc generalnie nie będzie chyba źle. :)

Ale o nadziejach na najbliższe dwanaście miesięcy, o podsumowaniach i marzeniach napiszę - módlmy się - jeszcze w tym roku. Tymczasem - dosłownie i w przenośni - zostawiam Was tematycznie. Z Kabanosem.


 

czwartek, 10 grudnia 2015

"I po krzyku" - czyli na temat nauk przedmałżeńskich słów parę.

Przygotowania do ślubu trwają. Powoli dopinamy na ostatni guzik wszelkie formalności związane z weselem, listą gości, czy podziałem kosztów. Spisaliśmy już umowy z właścicielką lokalu, z fotografem i zespołem. Dogadaliśmy się z rodzicami w kwestii poprawin, których nie wyprawiamy - ale o tym innym razem. W głowie mam projekt skromnej sukni i na dniach pojadę tłumaczyć paniom z salonu, co też w moim roztrzepanym łbie siedzi. Wybrałam już nawet zaproszenia. Czaimy się na kupno obrączek, na które mamy już odłożone pieniądze. Zapytacie, dlaczego się czaimy? Śmiejcie się, ale jak to mój P. stwierdził: "a co będzie, jak nam zgrubną paluchy i na ślubie sobie ich nie  wsadzimy?" Niech więc to pozostanie póki co bez mojego komentarza. Cały czas trwają kłótnie o to, jaką wódkę kupić. Choć i tu mój przyszły mąż sypie nie lada mądrościami, twierdząc, że "wódka, jak wódka, smakuje jednakowo - czyli wybornie." I bądź tu człowieku mądry.

To wszystko sprawia mi coraz więcej radości. Dzięki Bogu póki co powoli kończą się kłótnie o podziały kosztów, o pomoc ze strony rodziców i mniej więcej każdy ma swoją działkę i wie na co ma wydać, tak, żeby było sprawiedliwie, ale i z rozsądkiem, bo na kokosach nie leżymy przecież. Więc tragedii nie ma. Nawet mi, jako nerwusowi pospolitemu udało się trochę spuścić z tonu i przestałam drżeć jak osika na myśl o całej bieganinie. Bo zaczęło mi się to wszystko po prostu podobać i rodzić we mnie swego rodzaju podekscytowanie.

Entuzjazm mój jednak gasł, kiedy przypominałam sobie, że oprócz całej tej otoczki jest także sprawa związana z "formalnościami" załatwianymi u księdza.

Pierwszą taką wizytę mamy już dawno za sobą. Nasze nazwiska widnieją już w księdze zapisów z dokładnością co do dnia i godziny zawarcia przez nas związku małżeńskiego. Drugą sprawa, którą mamy "z głowy" w kwestii spraw kościelnych, to nauki przedmałżeńskie. Możecie się dziwić, ale chyba właśnie tego bałam się najbardziej.

Od początku odnosiłam wrażenie, że to właśnie kwestie związane z kościołem będą najbardziej problematyczne. Najwięcej załatwiania, kombinowania, stresu i wmawiania treści, z którymi niekoniecznie nie godzę się ani ja, ani mój przyszły mąż. Zastanawiałam się, ile trzeba przejść, żeby móc przysiąc sobie miłość przed Bogiem, w którego się wierzy. Póki co, tragedii nie było. Albo powiem inaczej - bałam się, że będzie dużo gorzej.

Nauki przedmałżeńskie w kościele, w którym zamierzamy się pobrać za siedem miesięcy trwały sześć dni. Codziennie wieczorem, od niedzieli do minionego piątku. Spotkania były prowadzone przez trzy osoby - księdza, panią z poradni przedmałżeńskiej i jeszcze jakąś inną panią, nie wiem, jaką, ale przynajmniej ona wydawała się całkiem spoko.

Było o wielu różnych sprawach. O antykoncepcji rzecz jasna, a raczej o szkodliwym wpływie na zdrowie kobiety tabletek antykoncepcyjnych - czyli pani ograniczyła się do jednostronnego, negatywnego minimum swojej wiedzy na ten temat. Było o miłości słów parę. Było o różnicach w postrzeganiu świata przez kobietę i mężczyznę, co akurat mi się podobało. Było też o tym, że musimy być ze sobą do końca życia, że to przysięgamy i koniec i kropka. Presja potężna. Jakże smutno zrobiło mi się, kiedy pomyślałam, ileż manipulacji musi być w tych słowach, ileż ogólników. Ktoś zapytał "a jeśli mąż zacznie bić żonę i dzieci, to też ma z nim być do końca życia?" Pani próbowała wybrnąć, ale odpowiedzi ostatecznej, takiej, która zadowoliłaby chociażby mnie - nie znalazła.

Słuchając tych wszystkich "wykładów" zastanawiałam się smutno, ile w tym wszystkim jest Boga. Boga, w którego ja wierzę, nie godząc się zawsze z naukami Kościoła. Ktoś powie mi zaraz, że sobie ułatwiam, że omijam drogowskazy jakieś, że jaka to wiara, nijaka taka. Kiedyś już o moim podejściu do wiary pisałam, a dokładniej tutaj, zatem powtarzała się nie będę.

Wierzę w Boga, który równy jest Miłości. Dla mnie Miłość jest Bogiem i na odwrót. Bo Miłość jest właśnie tą najwyższą, niepojętą siłą, która kryje się w naszych sercach. Siłą Podświadomości, którą ludzkość czci na swój sposób, w zależności od wyznania. Miłość pozwala dostrzec piękno świata, jego kolory, zapachy i odgłosy. Miłość pozwala oddychać, oddać swe serce drugiemu człowiekowi. Miłość pomaga czynić dobro, ukazując w zwierciadle naszych umysłów uczucia skryte gdzieś na dnie. Miłość pozwala się śmiać i płakać. Dopóki mamy w sobie Miłość, nie giniemy. Dopóki kochamy, trwamy w jedności.

A co dzieje się, kiedy Miłości nie wystarcza? Dlaczego jej nieraz braknie? Pomiędzy Jej zwierciadła uczuć wkradają się złość, rozczarowanie i smutek, pociągając za sobą inne nieszczęścia. I myślę sobie - a co, jeśli nie zdołam ich kiedyś udźwignąć? Nie wiem, kim będę za kilkadziesiąt lat. Wiem jednak, że moje serce ma mnóstwo Miłości. I będę kochać dopóty, dopóki mi Jej starczy. A jeśli miałoby Jej któregoś dnia zabraknąć, wolałabym umrzeć, aniżeli bez Niej żyć.

Na początku zastanawiałam się, dlaczego na naukach o Miłości wypowiedziano tylko jedno zdanie i to zakończone pytajnikiem:

Czym jest Miłość?

Odpowiedź pozostawiono nam. I później uznałam to za słuszne. Bo Miłości nie da się sprowadzić do ogólników. Do tych wszystkich, smutnych ogólników, do których sprowadza się nieraz wiarę w Boga.

Dostaliśmy więc zaświadczenia, z pieczątkami, o odbyciu nauk przedmałżeńskich. Kolejny ogólnik wiary, sprowadzony do świstka papieru.

W ciągu trwania całych nauk dostaliśmy jedno zadanie, które mi osobiście się nawet spodobało. Mieliśmy spisać na kartkach, każde osobno, kilka kwestii, celów bycia razem w przyszłości. Karteczkami mieliśmy wymienić się w domu.

Tak też uczyniliśmy z mężem moim przyszłym.

Wiecie, ja, jak to ja, napisałam coś o wzajemnym wsparciu, o okazywaniu miłości, o planowaniu przyszłości, o szczęściu, o spełnianiu marzeń i o dzieciach. P. zacieszał od ucha do ucha czytając to.
- A teraz zobacz, co ja napisałem... - wręczył mi karteczkę zadowolony.

Czytam więc.
"Okazywanie uczuć... bla, bla, bla... i żebyś czasem mi jeść dała, żebym nie głodował. I seksu czasem. Bara bara. Rym cym cym."

-...a potem szybko schowałem tę kartkę, bo bałem się, że ta baba zacznie to zbierać. A ty jakoś ze mną wytrzymujesz, więc pomyślałem sobie, że mnie zrozumiesz.

Nic dodać, nic ująć.


niedziela, 6 grudnia 2015

Nie tym razem, listopadzie

Listopad odszedł po cichu, zostawiając za sobą przejrzystą smugę mgły. Odszedł, nie zadając ran, choć próbował zebrać przykre żniwo. Zupełnie, jakby nie mógł się bez tego obyć. Odszedł, choć mógł skończyć się burzliwym rozstaniem, odszedł, choć mógł skończyć się nawet tragicznie. Odszedł, a ja mogłam odejść razem z nim. Tak samo cicho, tak samo spokojnie.

Ale listopadowi się nie udało. Nadszedł grudzień. Wyjątkowo ciepły grudzień, otulający dwukrotną potrzebą doceniania dobrych chwil i życzliwych ludzi.

Piszę dziś do Was, Przyjaciele z zupełnie nowego miejsca. Miejsca, którego nie nazywam jeszcze domem - mój dom jest wciąż w kamienicy obok. Piszę z mojego, naszego wspólnego mieszkania, w którym jest coraz mniej kartonów, a coraz więcej miłości. Nauki nowego życia. Całkiem nowego życia. Nowego związku, rzekłabym wręcz, na zupełnie nowych zasadach.

Dlaczego nowego?

Mogłam być dziś wolnym strzelcem, samotną wędrowniczką pośród pędzącego tłumu. Samotną, lecz szczęśliwą, bo przecież szczęśliwa być potrafię. Wybrałam jednak inaczej. Wybrałam nas. Ostatni raz, jak sobie obiecałam. Jak nam obiecałam. Gdy nagromadziło się zbyt wiele przykrych spraw, tajemnic i demonów między Nami, to, co budowaliśmy od ponad pięciu lat o mało nie zostało przygniecione gruzami murów, które miedzy sobą stworzyliśmy. Kiedy spędzałam noc u rodziców, a moje serce pękało niemal w dosłowności, myśląc o tym, że On leży w łóżku sam, a Jego serce pęka tak samo, jak moje, uświadomiłam sobie, na czym mi tak bardzo zależy. Kiedy dzwoniłam do Anji, tuż przed Naszą ostateczną rozmową, wymianą zdań, która miała rozstrzygnąć wszystko, moje serce, osłabione serce o mało nie wyskoczyło z piersi wraz z cieknącymi po policzkach łzami. Gdy Go zobaczyłam tamtej soboty, po prostu nie mogłam. Kolejny raz poczułam, że jesteśmy stworzeni dla siebie, że osobno się po prostu żyć nie da. Gdy padliśmy sobie w ramiona i mogłam po dniach rozłąki znów poczuć Jego zapach zrozumiałam, że musimy to naprawić. Że nie mamy po prostu innego wyjścia.

I naprawiamy. Robimy, co możemy. Wspólnie, we dwoje. Pilnujemy siebie wzajemnie, by ani jedno, ani drugie nie zaczęło wątpić. Dbamy o swoje szczęście, choć budujemy je na nowo. Rozmawiamy ze sobą tak, jakbyśmy dopiero co się poznali. Po prostu ze sobą jesteśmy. Bo o tym chyba zapomnieliśmy właśnie - że jesteśmy parą, szczęśliwą parą, która pogubiła się w tym byciu razem. Bo pogubić się w tym, jak się okazało, jest bardzo łatwo. Brnęliśmy prosto w ogień rozstania i gorzkich łez. Ale udało się. Budujemy nowy dom, uczymy się siebie na nowo. I staramy się być szczęśliwi.
Nie tym razem, listopadzie.

W poniedziałkowe przedpołudnie, gdy jeździłam z Marth po Poznaniu autem, załatwiając na uczelni ostatnie sprawy w celu odebrania dyplomu, w pewnym momencie życie stanęło mi przed oczami. Gdy jechałyśmy w kierunku głównego budynku naszej uczelni, nagle z podporządkowanej drogi wjechał tuż przed nas starszy mężczyzna. Gdy zamykam oczy, wciąż widzę srebrnego Matiza ze staruszkiem za kierownicą, który po prostu nas nie zauważył. Widzę go tuż przed nami. Słyszę nasze jedno, niecenzuralne słowo, które równocześnie wyrwało się z ust moich i Marth. Słyszę pisk opon i nasze niespokojne oddechy, czuję strach i łzy w oczach. Gdyby nie refleks Marth i kierowcy, który jechał tuż za nami, naprawdę nie wiem, co zostałoby z jej samochodu. I z nas. Od wypadku dzieliły nas milimetry. I Anioły, w które nieustannie wierzę, wciąż mocniej i mocniej.
Nie tym razem, listopadzie.

Wracam więc tu, cała i zdrowa, z bagażem nowych doświadczeń i dobrych myśli. Bo to podczas burzliwych dni uczymy się przecież ich najwięcej. Bez ulewy nie ma tęczy, a i ta się pojawiła na listopadowym niebie. Doceniam to wszystko jeszcze mocniej. Moją Rodzinę i Przyjaciół, którzy troszczyli się o mnie w tych trudnych dniach, którzy nie wyzywają już o to, że znów palę papierosy (i to prawie paczkę dziennie), którzy po prostu są, rozumieją i pomagają uspokoić moje drżące ręce. Doceniam każdy dzień, który teraz jakby podwójnie jest mi dany, bo przecież mogło mnie już nie być. Żyję tak, jakby jutro miało nie istnieć, jeszcze silniej, intensywniej. Doceniam jeszcze mocniej poranki, ich krwawiące niebo, budzące się do życia. I ja się budzę - wracam, choć wcale stąd nie odeszłam przecież. Wracam, by znów zarażać dobrą energią. Wracam, by Wam opowiadać, co u mnie.

A opowieści parę mam w rękawie. :)
I powiem, że - po prostu - dobrze Was znów widzieć. :)

poniedziałek, 2 listopada 2015

Życie "na kartonach"...

Przyszedł więc listopad, a z nim pojawiam się i ja. Pojawiam się tylko na chwilę, by dać znać, że żyję, że wszystko u mnie w porządku. Pojawiam się po cichu, znienacka, siedząc w moim pokoju, który za moment będzie świecił pustkami. W moim małym pokoiku, którego ściany znają wszystkie moje sekrety, wszystkie uśmiechy i smutki. Teraz powolutku przyszło mi się z nim żegnać, choć przecież nie na zawsze.

Trochę mnie to wszystko smuci, ale nie mogę zapominać, że jeden koniec jest początkiem czegoś nowego. A te nowe będzie przecież dobre, szczęśliwe. Już jest, bo choć żyjemy - jak wspomniałam w tytule - "na kartonach", to od dwóch tygodni cudownie nam się razem mieszka, mimo, że nie zawsze jest kolorowo.

Kilka minut temu wyniosłam z tego mojego pokoiku stos następnych rzeczy. Kolejny karton, który zostawiłam tam, gdzie teraz będę budować moją przyszłość. Opróżniłam kolejną szafkę, do której zaglądać bałam się najbardziej. Szafkę, która kipiała wspomnieniami, moimi pamiątkami z wakacji, pierwszymi projektami, upominkami od życzliwych dusz, ciepłymi słowami dobrych ludzi na pożółkłych już nieraz kartkach ukrytych w kopertach. Nie rozczulałam się nad tym jednak, ani nie wczytywałam się w listy. Rozczulę się zapewne wieczorem, kiedy siedząc w piżamie, popijając samotnie drinka w moim mieszkaniu i czekając, aż mój P. wróci z popołudniowej zmiany nieco później niż zwykle, zacznę czytać listy od ludzi, których wciąż kocham, a za którymi bardzo tęsknię. Chociaż, być może, początek listopada nie jest na takie wspominanie dobrą porą. Albo właśnie wręcz przeciwnie? Jak napisała mi ostatnio Frida: czasem dobrze przepłukać oczy.

Oczy więc na pewno przepłukam, bo choć jestem ogromnie szczęśliwa, to jednak czuję się trochę w środku rozdarta. Temu rozdarciu sprzyja także listopadowa atmosfera, przynosząc bagaż wspomnień i pewnej niepewności do co przyszłości. Bo nadal przecież nie wiem, co z pracą, nadal szukam, nadal czekam na telefon, wciąż zastanawiając się, co ze sobą pocznę, kiedy wraz z końcem roku skończy mi się staż. A ja chciałabym tak po prostu wyzbyć się tej niepewności i wybuchnąć radością, jak to ja.

Ale dam sobie radę. Poradzę sobie, bo nie jestem sama.

Mam Jego, a nasz dom wciąż jest otwarty. Uwielbiam, kiedy ktoś puka do naszych drzwi. Kiedy mam komu zaparzyć herbatę, z kim napić się wina, czy się pośmiać. Cieszy mnie, że każdy coś do tego mieszkania wnosi. Kwiat w doniczce, czajnik, kieliszki, talerze, a czasem nawet meble. Każdy pozostawia po sobie jakiś ślad, a ja kolejny raz sobie przypominam, jak bardzo kocham moich przyjaciół.

Nie znoszę tam tylko ciszy odbijającej się od pustych wciąż ścian. Nie mamy tam jeszcze ani radia, ani telewizji, co najwyżej muzykę z komputera, która już się wręcz osłuchała. Ktoś powie, że jestem wybredna, ale ja po prostu już tak mam - zawsze śmieję się, że "coś" musi do mnie mówić, choćby stary telewizor, albo spiker radiowy. Nie mamy też internetu, dlatego bywam tu znów tak rzadko i choć nie mam jak komentować Waszych wpisów, to codziennie czytam je na telefonie. Będziecie musieli mi jednak wybaczyć nieobecność na jakiś czas, dopóki nie zainstalujemy sobie stałego łącza. Póki co będę sobie po cichutku czytać każde z Was (jak zresztą czyniłam do tej pory), nie zostawiając jeszcze śladu. A kto wie? Może jeszcze w listopadzie będę mogła zasypać Was historiami i dobrymi myślami, które nagromadziły się w moim rękawie?

Tymczasem żegnam się na parę dni, lub tygodni, biorę pod pachę gitarę i bęben djembe, który pożyczyła mi Agnieszka i idę zanieść je tam, gdzie teraz będzie ich nowe miejsce. Bo one też muszą się z nowymi ścianami w kolorach pór roku przecież oswoić.

A Was ściskam mocno, zostawiając dużo ciepła na te listopadowe, chłodne dni. :)


czwartek, 15 października 2015

Ruda historia



Ruda, nie jesteś już ruda!” 

Ot, jak stwierdziło ostatnio kilku moich znajomych. Paru nie zauważyło, a kilku stwierdziło, że trochę czerwieni jeszcze w tych moich włosach jest. Może faktycznie jest, a może patrzą na mnie przez pryzmat przyzwyczajeń.

Z natury nie jestem rudzielcem. Jako dziecko byłam blondyneczką, a w tej chwili, sądząc po odrostach, mój kolor to szary, mysi blond. Jakiś taki nudny, pospolity. Niby naturalny, a tak naprawdę nigdy nie mój.

Farbowałam więc włosy odkąd tylko poszłam do liceum, bo wydawało mi się, że są jakimś takim moim odzwierciedleniem. A może po prostu chciałam ukryć pospolitość, schować w kieszeń kompleksy, których wtedy miałam przecież  powyżej uszu. Na mojej głowie nie było jakichś szalonych barw, zresztą... kiedy chodziłam do liceum, zbytnie włosowe szaleństwa nie były jakoś w moim środowisku specjalnie modne, dziś zdecydowanie częściej mijam dziewczęta o zielonych, turkusowych, czy niebieskich włosach. Wówczas w mojej szkole spotkałam jedno dziewczę, które się wyróżniało spośród tłumu w ten właśnie sposób. Zresztą… matka z ojcem by mnie przechrzcili, gdybym przyszła „z czymś takim na głowie”, jak mawiali. Byli i są kochani, ale swego czasu trzymali mnie bardzo krótko. Ba, miałam też niezły cyrk, kiedy na mojej czuprynie zawitała po raz pierwszy ognista czerwień. Ale o tym za chwilę.

Odkąd skończyłam szesnaście lat, na mym łbie nie było już widać naturalnego koloru. Byłam parę razy blondynką (sic!), nosiłam jakieś tam pasemka - nieraz doczepiane, a raz udało mi się kłaczyska dosłownie spalić jakimś utleniaczem i chodziłam z sianem na czerepie. Najbardziej jednak polubiłam te włosy jakoś tak przyciemniać. Ciemne i wyprostowane pasowały do zielonych, przydymionych czernią oczu – tak mi się przynajmniej wówczas wydawało. Swoją drogą, patrząc po starych zdjęciach zastanawiam się, jak nauczyciele godzili się na tak ostry jak na nastolatkę makijaż. Nie nosiłam tapety na twarzy, ale oczy musiały być czarne. Uwierzycie, że mając zajęcia na ósmą rano, potrafiłam wstać o piątej tylko po to, by idealnie wyprostować sobie włosy i wysmolić ślepia? Nigdy nie twierdziłam, że byłam, tudzież, że jestem normalna.

Pewnego dnia, kiedy narastał we mnie jakiś taki bunt, a kompleksy zjadały od środka, jako roztrzepana nastolatka o wrażliwej duszy, znająca na pamięć Cierpienia młodego Wertera, chciałam bardzo – jakby to ładnie nazwać – „uzewnętrznić mój ból”. Jakoś tak na siłę chciałam udowodnić, że jestem inna od dziewcząt, które w szkole siedziały w pierwszej ławce i – kolokwialnie rzecz ujmując – lizały dupę nauczycielowi, a co weekend leżały nawalone pod stołem liżąc już zupełnie coś innego.

Tuż po skończeniu liceum, cierpiąca i nieszczęśliwa niczym mój książkowy Werter, ruszyłam więc po szczęście w kierunku Krakowa, przenosząc do realiów pierwszą blogową przyjaźń – ale tę historię wielu z Was już przecież dobrze zna. Wybrałam się do Anji i… och, jak ja się tam wyszalałam! Niczym w słynnej piosence – „dużo wina się piło i mało się spało”. Wtedy też, jakże dojrzała na swój wiek, postanowiłam „na złość staruszkom” pofarbować się na ognistą czerwień. Nie chciałam być już nudna. Chciałam się wyróżniać i byłam przekonana, że jaskrawy kolor na mojej głowie załatwi sprawę. 

I dzięki Anji udało mi się marzenie o rudości zrealizować. Do dziś pamiętam spojrzenie jej starszego brata, kiedy zastał mnie z krwistą mazią na łbie. Kogoś zamordowała, dziewczę? – zapytał.
A kolor wyszedł super. Dokładnie taki, jaki chciałam. I podobał się przyjaciołom Anji. Wreszcie ktoś mówił mi, że fajnie wyglądam. Wymienialiśmy się koszulkami z zespołami. Paliliśmy ćmiki na balkonie. Mieliśmy zaspy w nosach. Laliśmy alkohol strumieniami. Było super.

Bajka skończyła się, gdy wysiadłam z pociągu we Wronkach, a na dworcu zobaczyła mnie mama. Ujrzała zupełnie inną córkę niż ta, z którą tydzień wcześniej się żegnała. Było jej przykro. A ja, jakże dojrzała na swój wiek, kipiałam złością i hamowanym przez lata młodzieńczym buntem. 

Myślałam, że nie podobają się jej moje włosy. Tymczasem ona płakała wieczorami mówiąc, że nie podoba jej się coś zupełnie innego. Wtedy jej nie rozumiałam.

Ale dzisiaj już wiem.

Wychodziła ze mnie zniszczona dusza. Zmieszana z błotem, papierosowym dymem i wódką, przesiąknięta buntem, pragnąca nadrobić nastoletnie lata, które nieubłaganie się kończyły. Zgnieciona nieodwzajemnionymi uczuciami, desperackim poszukiwaniem miłości i samotnością nie tylko tą sercową. Zabrakło mi przyjaciół. Zrozumiałam wtedy, że zostawiłam ich w Krakowie. Pięćset kilometrów ode mnie. A tutejsi ludzie mnie nie rozumieli. Byłam inna. Byłam rozdarta.

Czerwień zniknęła z mojej głowy, kiedy zmuszona własnymi ambicjami postanowiłam iść na studia pedagogiczne, podążając za kolejną dojrzałą myślą – „byle studiować.” Na mej głowie więc na nowo zagościła czerń. Ale i w niej mnie tam nie akceptowali. Na zajęcia wchodziłam jak z zupełnie innej bajki. Tupałam glanami, siadałam, a skórzaną kurtkę zarzucałam na krzesło i wpatrywałam się w wykładowcę przydymionymi oczami. Podobno nie nadawałam się na pedagoga, bo wyrażałam się strojem.

Studia rzuciłam, a siedząc w domu i szukając jakiejkolwiek pracy, przygotowując się do poprawki z matury jakoś tak się wyciszyłam. Pozbierałam myśli. Choć nadal ogromnie tęskniłam. Za wariactwem, za Krakowem, za ludźmi. Robiłam kartki i wysyłałam listy na święta. Zaczęłam wychodzić z domu. Nie tylko ze znajomą, która zaczęła wyciągać mnie do baru wieczorami. Choć lgnęłam do ludzi, to wychodziłam też sama. I te jesienno-zimowe spacery w pojedynkę cholernie dużo mi dały. Dojrzałam.

A później przyszła wiosna. Wszystko rozkwitło. Dostałam staż w pracowni plastycznej, zaraz miałam poprawiać maturę i zdawać na wymarzone studia. Już wiedziałam, że to będzie rok zmian. I byłam przekonana, że to będą dobre zmiany. 

- Masz tu stówę. Idź do fryzjera i zrób coś z tymi włosami. – zaskoczyła mnie wtedy mama. – Nie chcę, żebyś była taka ponura. Wiosna idzie.

Od razu wiedziałam, co zrobię z włosami. Nie obchodziło mnie już, czy znów zrobię komuś na złość. Chciałam być sobą. Chciałam po mojemu. U fryzjera spędziłam dwie i pół godziny. Zdejmowanie koloru, rozjaśnianie, farbowanie, przycinanie. 

I wyszłam jako roztrzepana marchewka. Świeciłam włosami, jak żarówka. Podobało mi się. Lubiłam siebie w tym kolorze.

Kolejnego dnia poszłam do pracy. Był to mój trzeci dzień w pracowni. Majowa środa.
- Zrobiłaś coś z włosami… - powiedział mój ówczesny szef. – Ach te baby. Nie wytrzymają bez zmian.

Okazało się, że ta zmiana była dla mnie wyjątkowa. W tym samym tygodniu, w piątkowy wieczór wybrałam się ze znajomą do baru. Na piwo, na soczek, zapalić, posiedzieć, pogadać o nowej pracy. I wtedy weszła grupka ludzi, a pośród nich przystojny chłopak w półdługich włosach i w koszulce z Iron Maiden. Puścili z szafy grającej dużo fajnej muzyki. Grali w bilard. Głośno rozmawiali i śmiali się. A ja siedziałam tyłem do nich.

- Widziałaś tego w koszulce z Iron Maiden? – dopytywała znajoma. – No obróć się, patrz, jakie ciacho.

Odwróciłam się. Faktycznie, przystojny, w moim typie, ale ja byłam zamknięta na miłość. Przynajmniej wtedy nie planowałam się z nikim wiązać, ani nikogo szukać. Kilka godzin później bar zapełnił się ludźmi, gwarem i papierosowym dymem. To były jeszcze te czasy, kiedy wolno było palić w lokalach. Chodziłam ze znajomą, trzymając w jednej ręce papierosa, a w drugiej butelkę piwa. Rozglądałyśmy się za znajomymi duszami, do których można by się przykleić i pogadać. Usiadłyśmy na schodach.

Po chwili dosiadła się do nas dziewczyna ze wspomnianej grupki ludzi. Przedstawiła się i porozmawiałyśmy chwilę.
- W ogóle to może jestem świnia, może nie powinnam, ale kurde nie wytrzymam, jeśli ci nie powiem – zwróciła się do mnie. – Kojarzycie tego kolesia w półdługich włosach i koszulce z Ironami?
Znajoma zrobiła wielkie oczy.
- Jasne! – wykrzyknęła. – A co? A co? – dopytywała zniecierpliwiona. Ów osobnik przecież wpadł jej w oko przed chwilą.
Dziewczyna zmierzyła moją znajomą delikatnie wzrokiem, po czym spojrzała na mnie.
- Spodobałaś mu się – powiedziała, a ja oplułam się piwem.
- Że co?!
Ja się spodobałam, jasne… ta pełna kompleksów, która najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Dobre sobie.
- Mówił o tobie, że jesteś sobowtórem Hayley. Hayley Williams. No wiesz, ta wokalistka Paramore – oznajmiła. – Że nie może wzroku oderwać od twoich rudych włosów. I od ciebie. Cały czas o tobie gadał. Tylko wiesz, jest trochę nieśmiały, ale może następnym razem do ciebie zagada.

Musieli już iść, więc zostawiła mi swój numer GG. Jeszcze wtedy ludzie w większości preferowali komunikator, zamiast fejsbuka. Prosiła, bym się odezwała. Najpierw mnie zatkało, a potem zaczęłam śmiać się na widok zazdrosnego wzroku mojej znajomej. 

- Weź, przecież nic z tego nie będzie – zaśmiałam się. Nie dopuszczałam myśli, że mogłabym być szczęśliwa z takim fajnym facetem. Naprawdę fajnym, zamyśliłam się wtedy.

Kilka dni później odezwałam się na komunikatorze do owej dziewczyny. Sporadycznie pisałyśmy. Pewnego, lipcowego dnia zaprosiła mnie na ognisko. Zaryzykowałam. Wskoczyłam na rower i pojechałam pod wskazany przez nią adres. Sama, do obcych ludzi.  I tamtego chłopaka z koszulką Iron Maiden też wtedy spotkałam. Przywitałam się z nim i do dziś pamiętam, jak nogi się pode mną ugięły.

Poznałam wtedy chłopaka, dziś już mężczyznę, który za parę miesięcy zostanie moim mężem.

Od tamtych dni byłam ruda. Nie odważyłam się na inny kolor. Nie było innej opcji. Rudość  dodała mi pewności siebie, wyrażała mnie, moją niesforność, moją inność. I mój P. go uwielbiał. Powtarzał, że najbardziej lubi moje zielone oczy i właśnie ogniste włosy. A poza tymi dwoma cechami zaakceptował mnie całą taką, jaka jestem. Wyleczył mnie z kompleksów i z niedoskonałości, które odbierały mi pewność siebie. Przestałam mazać oczy na czarno, kiedy pewnego ranka zobaczył mnie bez makijażu i powiedział „zostań tak, taka jesteś piękna”.
 
Byłam sobą. Byłam ruda. Po prostu. 

Aż do jednego z ostatnich dni.
Farba jakoś słabo chwyciła. Wyszedł mi na głowie jakiś dziwny, ciemnokasztanowy kolor. Na końcówkach prawie czarny. Nie przejęłam się. Ładny nawet, pomyślałam. Niech będzie.

Lecz pewne nabyte cechy przylegają do człowieka na zawsze. Znajomi i przyjaciele zaczęli komentować:
- Co ty masz na głowie?
- Jakaś inna jesteś, jak nie ty.
- Takie ciemne wyszły jakieś.
I moje ulubione:
- Ruda, nie jesteś już ruda.

Czuję, jakby odebrano mi kawałek mnie, cechę, z którą mnie kojarzono, która od ponad pięciu lat była tak bardzo moja. Cechę, która tak naprawdę przyniosła mi też masę szczęścia. Ostatnio byłam Rudą, Rudym Asikiem, Rudym Roztrzepańcem. To stało się tak bardzo moje. Uwierzycie, że nawet moja mama, początkowo nieznosząca mojej rudości stwierdziła: „Musisz wrócić do rudego. Bo to tak jakby już nie ty"?

Skoro zatem największy niegdyś przeciwnik moich „włosowych wyskoków” twierdzi, że ja to już nie ja, to okazuje się, że rude włosy przylgnęły do mnie niczym tatuaż.

A tatuaży się przecież nie zmazuje. One za każdym razem opowiadają jakąś historię. Nie zawsze piękną, czasem burzliwą, ale za każdym razem przecież wyjątkową.



A Was zostawiam dziś z Paramore i z Hayley - której rzekomo byłam wtedy sobowtórem. ^^'


To najlepsza rzecz, jaka się mogła wydarzyć
Jeszcze chwila, a nie zrobiłabym tego
To nie wojna, ani ekstaza
Jestem po prostu człowiekiem, 
a ty nie możesz tego znieść.

wtorek, 6 października 2015

"Ride the snake, he's old and his skin is cold."

"Asia, co się z tobą dzieje? Jakbyś nie była sobą od kilku dni. Martwię się..."
Takiego sms'a dostałam dziś rano od mojego P. Siedziałam akurat za ladą w sklepie, kiedy Mama uzupełniała na zapleczu jakieś faktury. Część z Was wie, że odkąd upadła firma w której pracowałam, załapałam się na staż w sklepie mojej Mamy, która i tak potrzebowała tam mojej pomocy. Wiecie - kiosk, pamiątki, upominki, kartki okolicznościowe, artykuły papiernicze i takie tam. Nie jestem dzięki temu aż tak bezużyteczna póki co.

Siedziałam więc i gapiłam się w jeden punkt. Kiedy przeczytałam wiadomość od Niego, oczy zaszły mi łzami. Nie mogłam tego opanować. Jedna z łez popłynęła po policzku, kiedy do sklepu weszła jakaś starsza pani. Nie zdążyłam się ogarnąć. Zauważyła. Nie powinnam sobie na to pozwalać - skarciłam się w myślach.

Nie poznaję siebie. Wiecznie rozmyślam, wspominam, zastanawiam się nad przyszłością. Siedząc w sklepie wspominałam po cichu, jak rok temu spacerowałam z Agą tuż po zajęciach z dendrologii nad kolorową od jesieni Rusałką, zatroskana, pełna nadziei. Dobrze będzie - powtarzałam sobie, dobrze będzie - powtarzałam Komuś. Wiedziałam, że te wspomnienia prędzej, czy później mnie dopadną. Choć obiecałam sobie, że się opamiętam, karciłam się za smutek, nie można - myślałam - nie można, bo inni tęsknią bardziej. Odebrałam sobie prawo do tęsknoty, odebrałam sobie prawo do mówienia o niej głośno. Nie chciałam. Nie chciałam nikogo martwić, nie chciałam nikogo dołować. Myślałam sobie, że mi nie wolno. Że co tam taka ja. I to się pogłębiało. Bo... czymże jest mój smutek w porównaniu do ich smutku? Wystarczyło mi, że od paru dni sama ryczałam w poduszkę wieczorami, kiedy wszyscy już spali. Rok temu w wodach Rusałki odbijały się kolorowe drzewa pełne nadziei. Dziś odbija się w mojej rzeczywistości poprzedni rok. Każdy dzień porównuję do tamtejszego. O ile go pamiętam. Szósty października pamiętałam doskonale, co do godziny, co do minuty, co do słowa wręcz.

Dopóki te wspomnienia będą się odbijać, to wiem, że będzie ciężko. Ale wiem też, że nie tylko mi. I doskonale wiem, którego dnia nastąpi kumulacja. I przełom.

Każdego wieczoru modlę się za tych, których boli to bardziej ode mnie. Nie modlę się za to, żeby zapomnieli o bólu, bo się nie da raczej. Modlę się, by bolało trochę mniej. Jeśli to tylko możliwe.

Dopadła mnie fala jesiennych myśli. Tyle się zmieniło. A co będzie za rok? Według planów będę mężatką, szczęśliwą mężatką, już na swoim... może w końcu wybiorę się na jakiś koncert, a może wyjedziemy w góry, albo nad morze... a jeśli szczęście dopisze, to będę pracować w zawodzie...

Boże, jak brakuje mi mojej pracy. Z chęcią pomagam Mamie, w dodatku uwielbiam z nią nadrabiać czas, którego dawniej miałyśmy dla siebie bardzo mało. Lubię pracować z ludźmi. Lubię z nimi rozmawiać i uśmiechać się do nich. Lubię ich po prostu nawet, jeśli  czasem sprawiają, ze idę na zaplecze się wyryczeć, bo i tacy się przecież zdarzają, a ja mam niestety za miękkie serce.

Kolejna łza popłynęła po policzku, kiedy przypomniałam sobie, jak odbierałam świadectwo pracy od mojego szefa.
- Czy pan Michał z panem Irkiem są na szkółce? - zapytałam szefa. - Chciałam się... pożegnać.
Ledwo wydusiłam z siebie ostatnie słowo. Szef tylko skinął głową i powiedział, że mogę pójść.
Ruszyłam więc w kierunku szkółki.
- Ruda przyszła! - wykrzyknął pan Michał radośnie, jak zawsze. Lubiłam go za to. Nawet, jeśli na przywitanie powiedział mi coś uszczypliwego. Pan Irek za to przywitał się ze mną grzecznie, jak zwykle. - Siadaj Aśka, zaraz ogarniemy jakąś kawę, bo akurat jest przerwa. A na szkółce cię nie było widać... w biurze dzisiaj byłaś?
- Nie, panie Michale - uśmiechnęłam się. - Ja tylko na moment. Właściwie... to przyszłam się pożegnać.
- Osz ty cwana... o dziesiątej już do domu? Taka to pożyje... A jutro będziesz od siódmej, czy ósmej?
Jakaś gula utknęła mi w gardle.
- Wcale mnie nie będzie, panie Michale.
Momentalnie spoważniał. Wiedział przecież. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaka jest sytuacja w firmie, wiedział, że czas się żegnać.
- Smutno tu będzie bez ciebie i nudno, rudzielcu.
Wyściskałam ich oboje i pożegnałam się, ruszając ostatni raz w kierunku szkółki. Zrobiłam to pospiesznie, żeby się tylko przy nich nie rozryczeć.
Mijałam rośliny, którymi się opiekowałam. Które przycinałam, przesadzałam i dzieliłam na mniejsze sadzonki zawsze z dużą ostrożnością. Mijałam wszystko to, do czego tak mocno się przywiązałam, w co włożyłam całe moje serce i całą moją pasję. I smutno mi było. Bardzo smutno.

Brakuje mi pracy w zawodzie. Brakuje jak cholera. Brakuje biegania w terenie z miarą, w roboczym obuwiu, brakuje ubrudzonych rąk. Brakuje siedzenia przy komputerze i robienia projektów, sporządzania dokumentacji. Brakuje uczenia się przy pracy, mojej wiecznie niezaspokojonej ciekawości i uczenia się nowych łacińskich nazw na pamięć przy dźwiękach mojego ulubionego radia. Brakuje mi tego poczucia, że się rozwijam, że robię to, co kocham.

Złożyłam kilka CV i cierpliwie czekam. Najbardziej zależy mi na pracy w pewnym przedsiębiorstwie w moim mieście jako architekt krajobrazu. Bo podobno przejmują zieleń w mieście. Bo podobno będzie całkiem nowa jednostka zieleni miejskiej. Bo podobno ruszają od stycznia. Bo podobno mogę być bardzo potrzebna. Podobno.

Męczy mnie niepewność, uczucie siedzenia w miejscu. Ciągłe zastanawianie się: uda się, czy nie? Mam za dużo czasu na myślenie. Myśli zżerają mnie od środka. Za dużo analizuję. I zamykam się w sobie.

W miniony piątek jechałam z moim P. i jego bratem samochodem. Jako, że dosiadłam się później, usiadłam z tyłu. Chłopcy z przodu świetnie się bawili, rozkręcając piosenki AC/DC na cały regulator. A ja zamykałam się w sobie. Milczałam. Ja. Ta, która dawniej rozniosłaby ten samochód, powtarzając: "ej dajcie mi poprowadzić!" Ja. Smutna, zgaszona, hamująca łzy. Czy to na pewno jeszcze ja?

Zastanawiam się, gdzie podziało się moje szaleństwo, moja niesforność i roztrzepanie. Mój głośny, głupkowaty śmiech rozbawiający innych. Nie chcę, by to była sprawka jesieni, bo ją przecież na swój sposób lubię. Ma swoją szarlotkę, kasztany, smakową herbatę pod kocem i książki. I długie wieczory spędzane tylko z Nim i z winem. Za Nim też ostatnio tęsknię. Pracuje jak oszalały, zostaje na nadgodzinach, obiecuje, że kolejny weekend spędzimy razem, a ja nie chcę się nastawiać, bo jestem prawie przekonana, że znów nie wyjdzie i usycham z tęsknoty.

Nie lubię ostatnio siebie. Spoglądam w lustro i odwracam wzrok. Ja to nie ja. Przytyłam, oczy mam podkrążone, nawet rudość jakoś zniknęła z moich włosów, które stały się kasztanowe. Złamałam obietnice, których nie złożyłam, złamałam Czyjeś tak ważne dla mnie prośby. Nie spodziewałam się, że jestem aż tak słaba. W mojej głowie kłębią się myśli, niczym dym w płucach, myśli, których nawet bym się po sobie nie spodziewała, których nie wolno dopuszczać do siebie. Uciekam w książki, by wkraść się na moment w cudze życie, by uciec od swojego, pełnego niepewności i złych myśli.

Wyszłam późnym popołudniem do mojej Iwonki, licząc, że towarzystwo jej i małego Franka poprawi mi humor. I faktycznie. Maleńkie dłonie niespełna rocznego dziecka, obejmujące moją twarz i śmiejące się szczerze do mnie, wielkie, niebieskie oczyska mówiące: "uśmiechnij się" sprawiły, że się przełamałam. Dla niego, bo zawsze kradnie moje serce bez reszty. Ale znów na moment, na chwilę, kiedy nosiłam go na rękach.

A później... pożegnałam się i ruszyłam w stronę chłodnego, październikowego miasta i wzdrygnęłam się, czując powiew listopada obok starego cmentarza.

Smutno mi.


"To już jest koniec,
Piękna przyjaciółko
To już jest koniec,
Moja jedyna przyjaciółko, koniec

Koniec naszych rachub niespełnionych
Koniec tego, co trwa nieporuszone
Nie umkniesz, ani nie zdziwisz się, to koniec
Już nigdy nie spojrzę w oczy twoje... ponownie

Czy możesz zobrazować mi to, co będzie?
Ten brak granic i wolność
Desperacko potrzebuję czyjejś obcej dłoni 
w zdesperowanym świecie"

sobota, 3 października 2015

Kolejna fala zalewa blogosferę, czyli Liebster Blog Award po raz czwarty

Blogosferę zalewa ostatnio kolejna fala Liebstera. Także mnie zatem nie mogło te zadanie ominąć - nominację otrzymałam od Gemini, za którą dziękuję i mimo, że niektóre pytania wydają się wbrew pozorom dość trudne dla mnie, to postaram się na nie dzielnie odpowiedzieć. Do dzieła zatem!
 
 
1. Co uważasz za swoje największe osiągnięcie w życiu?
Mogłabym powiedzieć, że największym osiągnięciem w moim dotychczasowym życiu było chociażby ukończenie studiów, o którym niedawno zresztą jeszcze pełna emocji Wam opowiadałam. Uważam jednak, że moim największym osiągnięciem w życiu jest jednak to, że nadal potrafię być sobą. Że nie zabiłam w sobie wrażliwości. Że nie wstydzę się łez. Że doceniam środowisko w którym jest mi dobrze, a ludzi, którzy mnie otaczają nie zamieniłabym za nic na świecie. Że bywam roztrzepana i niesforna, ale te cechy są częścią mnie. Że wyzbyłam się kompleksów i nie porównuję się z innymi. Że zaakceptowałam siebie taką, jaką jestem. Że nie wyzbyłam się swoich wartości i własnych marzeń. I najpiękniejszymi życzeniami jakie dostaję z wszelakich okazji są słowa "nigdy się nie zmieniaj".
 
2. Jakbyś mógł spotkać się z Bogiem, co byś mu powiedział, o co zapytał?
Jako "była ateistka" (o ile można to tak nazwać) zawsze mawiam, że wierzę i modlę się po swojemu, dlatego odpowiem, że z Bogiem spotykam się codziennie. Rzadko widzę go w kościele, ale najczęściej właśnie widzę go w niebie, w chmurach, w słońcu, w deszczu, w tęczy, w porannej rosie, w kolorowych liściach, w skrzydłach motyla, a nawet w drugim człowieku. Co bym mu powiedziała? Że dziękuję. Uważam, że wdzięczność to najlepsza forma modlitwy, bez względu na to, czy jest się wierzącym, czy nie. Kiedy każdego wieczoru daję sobie kilka minut na to, by pomedytować, mówię sobie w duchu: dziękuję. Za co? Za to, że poranna kawa była taka dobra, że widok wschodzącego słońca zatykał dech w piersi, za uśmiech i życzliwość sprzedawczyni w sklepie spożywczym, za to, że obudziłam się uśmiechnięta, za to, że mogłam zobaczyć Tych, których kocham, że byli przy mnie, za to, że nie byłam samotna, za to, że się wzruszyłam, a nawet za to, że się potknęłam, bo to mnie właśnie nauczyło patrzeć pod nogi.
 
3. Największe życiowe zaskoczenie?
Cholera, chyba zaręczyny. Serio. Cały czas myślałam, że zakrywa mi oczy żeby wyjąć z plecaka mamine burrito, bo umierałam z głodu, a ten po chwili przede mną klęka... jedna z najfajniejszych chwil w życiu.
 
4. Twoje wymarzone miejsce na świecie?
Gdzieś między Jego lewym, a prawym ramieniem :)
 
5. Czym dla Ciebie jest szczęście?
Słońcem, Księżycem, gwiazdą, niebem, chmurą, drzewem, kotem, psem, domem, ciepłem, śniegiem, wodą, muzyką, oddechem, uśmiechem, życiem.
 
6. Jakbyś mógł cofnąć się w czasie, co byś zmienił w swoim życiu?
Nic. Gdybym coś zmieniła, byłabym zupełnie kimś innym. Każde doświadczenie, bez względu na to, czy było dobre, czy złe, czegoś mnie nauczyło. Ze wszystkiego wyciągnęłam, lub wyciągam nadal wnioski. I serio, lubię swoje życie i miejsce, w którym jestem. Moim ostatnim celem było nauczyć się nie gdybać. Dlatego w czasie wolę się nie cofać nawet w myślach.

7. Za kim najbardziej tęsknisz?
Za wieloma ludźmi. Za tymi, którzy odeszli na zawsze, ale także za tymi, z którymi nie mogę się zobaczyć przez odległość. Ale skali tej tęsknoty nie da się chyba jakoś rozdzielić. Tęsknię jednakowo. I tak samo nie lubię tego uczucia w każdym z przypadków. Jest okropnie uciążliwe.
 
8 Jaka piosenka określa Ciebie?
Nie sądziłam, że to właśnie będzie pytanie, nad którym będę zastanawiała się najdłużej. A jednak. Piosenek, w których odnajduję siebie jest kilka. Bo ja zazwyczaj odnajduję siebie właśnie w muzyce. Ale dziś odkopałam płytę Brodki, której nie słuchałam od pięciu lat, dusza eksplodowała wspomnieniami i serducho uradowało mi się na dźwięk piosenki "Kropki kreski". Niech więc będzie Brodka.
Wszystkie na ciele znaki
Zapis bezcennych chwil
Jak z pamiętnika kartki
Kropek i kresek szyfr

Mapa wspomnień i krętych dróg
Szkielet utwardza mi
W klatce z kości mięsień wiotki
Pulsuje, przyspiesza rytm

To początek, wschód słońc
I drżenie w kącikach ust
Wielkie oczy ma strach
Palcem pogrożę mu



Na topografii ciała
Niezamieszkały ląd
Konturem oddzielam teren
Gruntuję, dobieram tło

Permanentnym tuszem bądź
W czerwieni do twarzy mi
Bez szablonu i bez wzoru
Namiętnie i aż do krwi
 
 
9. Ulubiony cytat?
Mam kilka, szczególnie cenię cytaty Jima Morrisona, jednak ostatnio często powtarzam dobitne i jakże proste słowa Henricha Heina, które zawsze jakoś tak dodają mi otuchy: "Jaki by nie był powód łez, w końcu i tak trzeba wytrzeć nos."
 
10. Kogo w swoim życiu cenisz najbardziej i dlaczego?
Rodziców. Za to, że są moimi przyjaciółmi. Za to, że potrafią dać mi mentalnie w pysk, kiedy histeryzuję i za to, że potrafią mnie przytulić i pocieszyć, kiedy jestem smutna. Za to, że zawsze starają mi się pomóc i za to, że razem ze mną cieszą się z moich sukcesów.
 
11. Jest pożar w Twoim domu, co wynosisz? Co jest dla Ciebie najcenniejsze?
Ratuję ludzi, których kocham. Nic więcej.
Tradycyjnie nie nominuję nikogo, ale rzecz jasna, jeśli ktoś będzie miał ochotę na powyższe pytania odpowiedzieć, to nie ma ku temu żadnych przeszkód. :)

piątek, 2 października 2015

O szczęściu, które przyspiesza kroku

Wszystko nabiera kolorów zupełnie, jak liście na drzewach. Wszystko się układa w piękne kształty sprawiając, że nie mogę przestać się uśmiechać, mimo uciążliwego bólu brzucha przez kobiece dni.

Wiem, że to dopiero początki przedślubnej bieganiny, ale już teraz wizja tego, co zbliża się wielkimi krokami uszczęśliwia mnie ogromnie, jednocześnie budząc senne ostatnimi czasy motyle w brzuchu. Motyle, tym razem trochę jakby poddenerwowane, ale tak samo kolorowe, jak dawniej.

Już odliczam, choć jeszcze zostało trochę czasu.

Szesnastego o szesnastej zatem. W miesiącu, który zawsze przynosił najwięcej szczęścia - w lipcu. Termin w kościele zaklepany. W lokalu też. Kapela wybrana. Fotograf także. I to ostatnie przyniosło mi dzisiaj ogrom radochy. Wszystko staje się jakieś takie bardziej przejrzyste, widoczne nawet w przykładowych kadrach. I jego uśmiech i słowa, że może wcale nie będzie tak strasznie. Coraz więcej znajomych ludzi się do mnie uśmiecha, pytając: "jak przygotowania?" Rozmowy o gościach, o świadkach, o drużbach. Przeglądanie zaproszeń w hurtowni. Sukienka ślubna, której projekt wyostrza mi się gdzieś w głowie, pewność, że "to będzie to". Rozmowy z Mamą, kiedy wybierzemy się do salonu, by wykonać pierwsze przymiarki. Nucenie z nim piosenek. Słuchanie, pod drzwiami, kiedy gra w samotności w moim pokoju na gitarze. Częstsze "przepraszam" po kłótni. Częstsze "kocham" bez okazji. Przekomarzanie się z nim, że właśnie ta, a nie inna piosenka nadaje się na pierwszy taniec.

I obietnica, że w naszym ślubnym albumie widniały będą zdjęcia ogniście rudej panny młodej w białej sukni, skórzanej kurtce i glanach. Przy panu młodym, gitarzyście, który zdąży do tego czasu zapuścić włosy, bo w długich podobał jej się przecież najbardziej. Z butelką Jacka Danielsa w tle, paczką Marlboro Gold'ów i trochę zakurzonym piecem od gitary.

Dokładnie tak, jak chciałam.

Przypomniałam sobie, że dawniej wcale się tego wszystkiego nie bałam. Ja przecież o tym marzyłam. A nauczyłam się, że marzeń nie wolno się bać.

Ta jesień to czas dobrych zmian. Pora się zatem na nie otworzyć. Jak na szczęście, które obejmuje mnie dziś niczym dobry anioł swoimi skrzydłami. Uspokoiłam się, wyciszyłam. Wszystko będzie dobrze. Wystarczy się tylko oddać dobremu Losowi. I niczego, niczego się już nie bać.

Bo ja już teraz jestem szczęśliwa.


"Dzisiaj mój świat się uśmiecha
Twoja dłoń w mojej, idziemy całe mile.
Dzięki tobie to się dokona
Bo ty jesteś dla mnie jedynym.

Szczęście nie ma już smutku,
Szczęście... jestem zadowolona.
Nawet jeśli słońce przestanie świecić,
Nadal będę cię kochać.
Kiedy góry zwalą się do morza,
Nadal będziemy ty i ja."

poniedziałek, 21 września 2015

O małym, listopadowym cudzie trzymanym w ramionach i jego wielkich, niebieskich oczach

- Asik, dasz radę zrobić rysunek dla mnie? Wiesz, na roczek Marcelinki, chciałam jej portret - usłyszałam w słuchawce głos Iwonki.
- Dla ciebie wszystko Słońce - odparłam, krocząc w pośpiechu do domu.
- Ale na pewno dasz radę? Nie chciałabym robić ci kłopotu... 
- Dam radę, dam. Spokojnie.
 
Nie byłam pewna, czy dam. Owszem, próbowałam wrócić do rysowania i nawet nie sądziłam, że po roku czasu tak ciężko będzie mi "oderwać się" od kartki papieru. Zaczęłam od portretu Khaleesi, całkiem nowego, tamten już nieważny, ale chciałam jakoś się przełamać. Ale to był portret dla mnie, taki, który albo powiesiłabym na ścianie, albo schowała starannie do teczki, albo jak część moich niedokończonych rysunków - po prostu wylądowałby w koszu na śmieci. Gdybym tylko zechciała. Ale rysowanie dla kogoś, to coś innego, to zobowiązanie, obietnice, których - obiecałam sobie - nie powinnam już składać, by nie czuć zmuszania się do tego, co powinno sprawiać mi radość.

No to się wkopałam - jęknęłam w duchu. Ale Iwonce po prostu nie potrafiłam odmówić. Tym bardziej, że bez względu na to, czy nie widzimy się dwa dni, miesiąc, czy rok, zawsze mogę na nią liczyć. Wystarczy jeden telefon. I tak od jakichś piętnastu - olaboga! - lat, odkąd jeszcze chodziłyśmy do podstawówki.

Rysunek był jej potrzebny na jutro, na wtorek, w sobotnie popołudnie zabrałam się więc do pracy. Złapałam kontury, zrobiłam szkic i... tak zostawiłam do niedzieli. Nawet nie spodziewałam się wczoraj, że tak szybko się z nim uporam. Kolejny raz się przekonałam, że uwielbiam rysować maleńkie dzieci, ich duże, błyszczące oczka i delikatną skórę.

Gdy dokończyłam portret, przyglądałam mu się dłuższą chwilę zastanawiając się, czy powinnam coś jeszcze poprawić. I jakoś tak wtedy do oczu wezbrały mi łzy. Udało się. Przełamałam się. Dokończyłam rysunek. Pierwszy raz od roku, pierwszy raz od tamtego portretu, którego nie zdążyłam skończyć i komuś dać przez jego nagłą śmierć. Pierwszy raz od tamtego portretu, który najpierw stał na biurku przyklejony do sklejki i straszył mnie wyrzutami sumienia, a później wylądował najgłębiej w szufladzie. A teraz... zobaczyłam, że wciąż potrafię to robić. I, cholera, nawet nieźle mi to wychodzi.

Zrobiłam zdjęcie, wysłałam Iwonce mms-a, z pytaniem, czy mam coś jeszcze poprawić.
Oddzwoniła.
- Jej Asik! - zapiszczała mi do ucha. - Jak ty to zrobiłaś... to jest... świetne po prostu. W ogóle... ja ci zapłacę, matko, gdzie bym ja coś takiego dostała!
- Weź, nic nie chcę... Najważniejsze, że ci się podoba - odpowiedziałam, uśmiechając się do siebie. Naprawdę największą zapłatą było dla mnie to, że sprawiłam jej tak ogromną radość. I że wróciłam dzięki niej do tego, co kocham.
- Asik, tak nie może być, to naprawdę kawał dobrej roboty... powiedz tylko, ile...
- Jakąś czekoladę do kawy. Tyle starczy.

I dziś wpadła na kawę z wielką czekoladą i winem w podzięce dla mnie.
I z dziesięciomiesięcznym Frankiem.
- Hej, teraz to ci nie odpuszczę - śmiałam się. - Musimy te wino wypić we dwie!
- Wiesz Asik, ja wciąż karmię, ale obiecuję, że jak tylko przestanę, to będziesz pierwszą, z którą wina się napiję.  
- Ach, no tak... zapomniałam.
- Póki co macie z Patrykiem na weekend, wypijcie nasze zdrowie.
- To to zawsze! - uśmiechnęłam się i spojrzałam na Franka, który jest najgrzeczniejszym dzieckiem, jakie przyszło mi poznać.

Rozłożyłam łóżko i koc, żeby Mały miał gdzie się bawić.
- Teraz to masz tu istny raj - zaśmiała się Iwona do synka. - Musisz ciotkę wyściskać, że tak cię rozpieszcza!
Nie mogłam się powstrzymać i wzięłam tę kruszynę na ręce. Nawet nie wiem, kiedy chwycił mnie obiema rączkami za twarz i obdarował najpiękniejszym, dziecięcym uśmiechem, jaki kiedykolwiek przyszło mi zobaczyć. Takim uśmiechem tylko dla mnie.
- Brrr brrr buuuuuu..... ammmammmmapuuu - oświadczył radośnie, klepiąc mnie po policzkach.
- Ja też cię kocham, a jakżeby inaczej! - odpowiedziałam mu, pewna, że rozumie.
Przytulił mnie mocno, oplatając się małymi ramionkami wokół mojej szyi.
Chyba zrozumiał.
- No czegoś takiego jeszcze nie widziałam! - zaśmiała się Iwona. - Prawdziwa miłość!
- Zobaczymy Franciszku drogi, czy pokochasz też tak wuja Patryka, jak ci zagra na gitarze i narobi hałasu, jak to na niego przystało - powiedziałam, usiłując się uśmiechnąć.
Tak naprawdę próbowałam się nie rozryczeć.

Mały Franek. Kochane Słoneczko. Jedyne Słońce minionego listopada, Promyczek, którego tak wyczekiwałam, modląc się każdego dnia za Iwonkę, by szczęśliwie urodziła. Za moją Iwonkę, tą, z którą siedziałam w ławce w gimnazjum i z którą planowałam, że zostaniemy albo starymi pannami, albo zakonnicami.

I ten maleńki Promyczek uśmiechał się do mnie przyglądając mi się tymi wielkimi, pięknymi, niebieskimi oczyskami. Czasem głaskał mnie po buzi, jakby wiedział, że się wzruszyłam. Czasem śmiał się z moich głupich min, jakby próbował mnie rozśmieszyć. Po prostu był. Taki kochany, malutki aniołek.

Zawsze w takich chwilach nie mogłam się nadziwić temu, że przyjaźń moja i Iwony jakoś tak przetrwała. Mimo tego, że w pewnym momencie zaczęłyśmy nadawać na zupełnie innych falach. Ona, spokojniejsza, częściej rozmarzona, gustująca w zupełnie innej muzyce, w innych imprezach, w innych ciuchach. Dziś żona i matka. Ja, roztrzepana, mimo pewnego "artyzmu" w mojej duszy, paradoksalnie większa realistka. Wciąż kochająca zabawy i przypałowe historie, koncerty, zamiast domowego zacisza. Dziś - narzeczona mojego ukochanego gitarzysty.

A jednak trzymając ten maleńki skarb na rękach poczułam, że i ja byłabym na to gotowa. Gotowa, by zwolnić. By oddać się temu, co gdzieś tam w duszy i sercu zapisane jest jako najważniejsze. By zostać żoną i matką. Ba... nawet jakoś chciałabym się już wyciszyć. Nawet, jeśli ktoś by mi powiedział, że się starzeję. Kiedyś trzeba dojrzeć, mimo dziecka pozostającego gdzieś w środku, mimo duszy wariatki, roztrzepańca i kogoś, kto uwielbia się głośno śmiać. Mimo wszystko. Byłabym gotowa, a nawet powiem więcej - poczułam, że chciałabym. Chciałabym tu i teraz. Mieć przy sobie zawsze ukochaną osobę i... i tego kogoś trzeciego, będącego naszym maleństwem. Bo poczułam, że to już czas, że byłabym gotowa. Tym razem już naprawdę, na sto procent. Mogłabym być matką, tak po prostu.

I wzruszenie ogromne ogarnęło moje serce, bo w takich chwilach człowiek zdaje sobie sprawę, że wciąż marzy. Czuje, jak budzą się w nim uśpione cele, plany i marzenia. Że wciąż ma po co i dla kogo żyć. I do czego dążyć.

Tak bardzo potrzebne było mi to teraz. Gdy w jednym aspekcie się przełamałam, gdy w drugim uderzała we mnie jesień, budząc jakiś taki niepokój i niepewność.

- Ze wszystkim sobie poradzicie Asik - powiedziała mi Iwonka w pewnym momencie. - Bo się kochacie. Bo macie plany i marzenia, a to... to chyba najważniejsze.

Musimy dać sobie radę. Po prostu musi się udać. Bo kiedy zaczyna się na nowo marzyć, żadna zła myśl nie przychodzi już do głowy.
Wystarczy tylko odrobina cierpliwości.


"Teraz dostrzegam
Twój nieskończony horyzont
W ciszy Ziemi
Chwianej tysiącami
wstrząsów
Wpuściłaś mnie
Do swojego schronienia
Szukałem nas
Wśród samotnych gwiazd"

niedziela, 13 września 2015

"Przetrwaliśmy. Niezmienni, jak gwiazdy w lasach..."

Zatrzymał samochód.
- ...ale teraz ty będziesz rozmawiać! - zaśmiał się P., kiedy wysiedliśmy. - Ja się za cholerę na takich rzeczach nie znam.

Też się nie znam - pomyślałam. Noszę mało takiej biżuterii, a jeśli już, to srebro. Ze złota mam tylko jeden pierścionek, wciąż za duży na moje kościste palce. Jedyną pamiątkę po ukochanym Dziadku, którą dostałam na komunię, choć nie z Jego rąk, bo zmarł ponad pół roku wcześniej.

Weszliśmy do sklepu jubilerskiego.
- W czymś państwu pomóc? - zapytała trochę zbyt miła pani.
- Umm... - zaczęłam jakoś dziwnie niespokojnie - Chcieliśmy się zorientować... w temacie obrączek. Złotych. Bez udziwnień, ani grawery. Najzwyklejszych.
- Rozumiem - odparła z uśmiechem. - Znacie państwo rozmiary palców?
- Ja znam - pokazałam jej pierścionek zaręczynowy. - Ale nie wiem, jak...
Prawie parsknęłam śmiechem widząc jego wystraszony wzrok.
- ...chyba będziemy musieli zmierzyć - dokończyłam.
- No to przymierzymy - uśmiechnęła się pani zza lady przynosząc pudełko z obrączkami. - Na takie drobne palce... ta dwunastka dla pani, proszę przymierzyć.

I założyła mi na serdeczny palec złotą, maleńką obrączkę.

Nie wiem, co to było, ale coś mnie ścisnęło za gardło. Ktoś powie, że to tylko symbol, że to tylko kawałek złota. Ale mnie to poruszyło. Ogromnie.

Rok temu było trochę inaczej.
- Gotowa? - zapytał.
- Pewnie, że tak! - zapiszczałam radośnie, bo już bardzo się niecierpliwiłam. No i miałam ochotę na wino. I na burrito.

Zdjął mi z oczu chustę. I co ukazało się mym oczom?
Koc, dwa kieliszki i moje ukochane, czerwone Cin Cin.

- Jeeej kochany jesteś! - ucieszyłam się.  
Tylko zaraz, zaraz... gdzie burrito? Nie ma burrito?

I wtedy spojrzałam na Niego.
Co Ty wyprawiasz... Ej, co robisz... Skarbie? Nie! No nie! Chrystusie amerykański... Bogowie wszystkich plemion, Matko Boska i Wszyscy Święci.
O mój Boże, On klęka!

Zza koszuli wyjął małe, czerwone pudełeczko w kształcie serca.
- Oszalałeś... - nie pytajcie, dlaczego to mi się wyrwało, naprawdę nie wiem!

- Wyjdziesz za mnie? - zapytał. Głos Mu drżał, nerwowo przełykał ślinę. Zależało Mu! Wyczułam to. Tak cholernie Mu zależało, jak nigdy wcześniej! Poryczałam się jak głupia. Nie wierzyłam.
- Jasne, że wyjdę! Tak, tak, tak!
I jak para dzieciaków rzuciliśmy się w sobie w ramiona i się poryczeliśmy. Nawet nie zdążył założyć mi pierścionka.
Rok temu było trochę inaczej. Rok temu u jubilera był sam. Rok temu trochę mocniej świeciło słońce i było nieco cieplej.

Dokładnie za tydzień minie pierwsza rocznica naszych zaręczyn.

Tylko my pozostaliśmy tacy sami. Przetrwaliśmy. Niezmienni, jak gwiazdy w lasach - jak śpiewa Ben Howard w jednej ze swoich piosenek. My przetrwaliśmy. Nie zmieniliśmy się, choć ostatnio zażartowałam smutno, że w przyszłym tygodniu wypijemy wino wznosząc toast za rok, w którym kłóciliśmy się bardziej, niż przez pozostałe wspólne lata.

My jednak pozostaliśmy niezmienni. Cały czas będąc jak dwa wulkany. Dwójka choleryków, którzy najpierw mówią, potem myślą. Dwójka nerwusów, zbyt mocno przejmująca się wszystkim i wszystkimi. Wciąż po kłótniach lądowaliśmy sobie zapłakani w ramionach. Tak, jak ostatnio, kiedy powiedział smutno "Boże, co my wyprawiamy?!"

Może niektórzy twierdzili inaczej, ale nie potrafiliśmy się rozstać.
Niektórzy...

Ot, co się zmieniło. Ludzie. Ludzie wokół nas. Okazało się, kto chce pomóc, a kto potrafi tylko podcinać skrzydła. Okazało się, kto nam kibicuje, a kto nie szanuje naszych marzeń.

"Też na to czekam. Na nic tak nie czekam, jak na dzień, w którym zostaniesz moją żoną." - powiedział mi wczoraj, gdy leżeliśmy wieczorem przytuleni w łóżku. Nie widział, jak moja łza skapnęła ukradkiem na jego koszulkę. Bo ja się bałam, że to już tylko moje marzenie. Bo ja się bałam, że ten ślub to taki ciężki orzech do zgryzienia trochę.

Jedni ludzie odkładają pieniądze na podróże. Inni na kupno wielkiego domu. Jeszcze innym marzy się drogi samochód.

My odkładamy pieniądze na ślub. Na wesele. Zwykłe, pospolite, dla rodziny, którą należy uszanować. Zwykłe, szczęśliwe - dla nas. Na złote obrączki. Na późniejsze życie.

Ludzie śmieją się. Pytają: "po co wam to?", "ile pieniędzy wydacie?", "nie da się taniej?" Mówią "to już przeżytek, tandeta." Za każdym razem mam ochotę odpowiedzieć - brzydko odpowiedzieć - gówno wam wszystkim do tego.

Ileż to złotych rad usłyszeliśmy. Po co nam urządzenie mieszkania przy takim wydatku? Po co nam kupno złotych obrączek? Po co robić wesele, przecież lepiej żyć bez ślubu, bo przecież to nic nie zmienia.

Każdy tylko pięknie mówił. Każdy radził. Każdy miał swój idealny plan dla nas.

Ale cudzych marzeń nie da się zmienić. My naszych za nic nie zmienimy, a tym bardziej nie będziemy spełniać czyichś oczekiwań w stosunku do nas. Mamy swoje.

Może ktoś widzi nas inaczej. Może jesteśmy zbyt pospolici. Może jesteśmy zbyt nudni, bo kochamy się tylko ze sobą, bo nie mamy wygórowanych marzeń, bo chcemy mieć w przyszłości dom z ogrodem, trójkę dzieci i psa. Tyle nam starczy. Dopóki sami kochamy swoje życie i siebie, dopóki nieśmiało sięgamy dopiero po to, co dla innych już oczywiste. Dopóki patrzymy w tym samym kierunku nawet, jeśli nasze spojrzenia bywają różne.

Wciąż się kochamy. Od ponad pięciu lat. Mamy swoje wspomnienia, którym nie oddamy nikomu za nic. Wspomnienia na myśl o których śmiejemy się, bo tych złych staramy się nie pamiętać. Dzięki tym złym staliśmy się tylko silniejsi. Bez nich nie wytrwalibyśmy tego roku. Roku pełnego wyrzeczeń i przygotowań. Bez nich nie byłoby po co kupować wina, którym będziemy mogli uczcić nasze małe święto. Bez nich nie bylibyśmy pewni czy oby na pewno "na dobre i na złe". Mamy wspomnienia, które udowodniły nam, że osobno się nie da. Tak, jak wtedy, na koncercie Pearl Jamu, gdy nasza ukochana kapela zagrała naszą piosenkę, zagrała Nothingmana, a my, spanikowani, rozdzieleni przez ochroniarzy przebijaliśmy się na ślepo przez tłum szukając siebie. Gdy w końcu te duże, kochane, czarne oczy powiedziały mi, że nigdy więcej nie pozwolą, by nas rozdzielono. I nie pozwoliły.

Na przekór wszystkim wciąż jesteśmy tak szczęśliwi, jak wtedy, dwudziestego września zeszłego roku, gdy siedzieliśmy nad brzegiem stawu ciesząc się z kolejnego kroku do przodu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak będzie ciężko. Ale wciąż umiemy patrzeć sobie w oczy z czułością, gdy po ostrej kłótni nagle nie wytrzymuje i przyciąga mnie do siebie, mocno przytulając i całując tak samo, jak za pierwszym razem.

Nikt nas nie rozdzieli. Nikt nie zmieni naszych marzeń. I nikt nie przeżyje życia za nas.

Zatroskana trochę spojrzałam na mojego P., który wciąż walczył z przymiarką. Bądź, co bądź, ale na ślubie na pewno nie pomylę obrączek.
- Jeszcze większa? - zdziwiła się pani jubiler. - No wie pan...

Bo to dłoń mojego gitarzysty - uśmiechnęłam się do siebie. Gitarzysty, który za dziesięć miesięcy zostanie moim mężem.



Zorientowani już nieco w temacie obrączek wyszliśmy ze sklepu jubilera.
- Zobacz - zaczął P. - Takie te cholerstwo małe, a takie drogie. I tak nie będę tego nosił...
Zatrzymałam się gwałtownie.
- Cholera - próbował wybrnąć - znowu za dużo klapnąłem... to znaczy wiesz, nie będę zakładał do pracy, bo tam przy maszynach i robotach to niebezpiecznie, nie wolno... ale tak poza tym to zawsze... dla ciebie.

Nic dodać, nic ująć. Kwintesencja naszego związku.
Czasem zastanawiam się, które z nas jest bardziej roztrzepane.

poniedziałek, 7 września 2015

W kolorach pór roku

- Mam coś dla pani, pani Asiu - powiedziała pewna kobieta, wchodząc do sklepu, gdy pomagałam Mamie.
Kobieta, która zawsze jest uśmiechnięta. Obładowana torbami ze wszystkich stron. Mimo, że w sklepie zaczęła robić się coraz większa kolejka, Mama poprosiła, bym zostawiła ją za ladą samą.
- A cóż to takiego? - zaśmiałam się, odbierając od niej torby i idąc z nią na magazyn.
- Pani Asiu, bo ja słyszałam, że pani się wyprowadza - odparła z uśmiechem. - Na pewno przydadzą się pani, proszę spojrzeć... 
Wyjęła z jednej z toreb duże, szklane kubki. Zwykłe, najzwyklejsze. Ale naprawdę ładne...
- ...bardzo lubiłam z nich pić kawę - kontynuowała. - Pamiętam, jak z mężem wprowadzaliśmy się na nasze pierwsze mieszkanie. Wtedy cieszyło się z każdej drobnej rzeczy, która była "nasza", a nie wszystko szło kupić. Pomyślałam o pani...
Coś mnie ścisnęło za gardło.
- Dziękuję, ale naprawdę... nie trzeba było...
- Wie pani, ja nie mam córki, a pani jest tak ciepłą osobą... jak takie słoneczko. Chciałabym, żeby miała pani ode mnie jakąś pamiątkę. O, proszę. A tutaj mam jeszcze taki ciepły, wełniany koc. Przyda się na takie chłodne dni, jak dzisiejszy... A te filiżanki może chociaż będą ozdobą, jeśli nie będzie pani z nich pić...
Po prostu ją przytuliłam.
- Pani jest kochana - powiedziałam. - Dziękuję raz jeszcze.

Porozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę, nim wyszła. Ludzka życzliwość czasami naprawdę mnie zaskakuje. Takie drobiazgi, dane prosto z serca bywają najbardziej cenne. Obiecałam sobie, że nawet, jeśli z tych filiżanek nie będę pić, ustawię je sobie w widocznym miejscu. Lubię, kiedy przedmioty są pewnego rodzaju przypominajkami, sprawiającymi, że wracają wspomnienia o dobrych chwilach, czy życzliwych ludziach. Dlatego pisałam kiedyś już o kolekcjonowaniu książek na półkach, dlatego moja tablica korkowa jest pełna zdjęć, kartek z życzeniami, czy rysunków, dlatego mój regał jest tak zagracony różnymi pamiątkami. Uważam, że to najlepsze, co można zrobić dla ludzi, którzy okazali się dla mnie kiedyś życzliwi i sprawili, że się uśmiechnęłam. Pamiętać o nich i czasem się za nich pomodlić, tyle wystarczy.

Tymczasem trzeba było zanieść nowe "nabytki" na mieszkanie. Gdy otworzyłam drzwi i znów poczułam ten specyficzny zapach, uśmiechnęłam się. Zapach naszego mieszkania. Naszego pierwszego mieszkania.

Gdy pisałam o nim ostatni raz, jakoś na początku lipca, było jeszcze w totalnej rozsypce. Teraz jest już po remoncie. Dość spontanicznie wymyśliliśmy, że nasze mieszkanie będzie miało kolory pór roku. Łazienkę pozostawiliśmy w bieli, więc mimowolnie pozostała zimą. W sypialni zielony, spokojny kolor przypomina o wiośnie. Cytrynowa kuchnia już jest pełna słonecznego lata. A pokoik gościnny ma barwę jesieni.

I te barwy mnie tak cieszą, sprawiają, że śmieję się od ucha do ucha. Ostatnio pisałam Magdzie, że podobnie, jak Ona nie malowałam od roku. Ołówki, farby i kredki leżą na dnie szuflady z niedokończonymi rysunkami. Wczoraj patrząc na zieloną ścianę sypialni pomyślałam o wyjęciu farb i pasteli i stworzeniu paru obrazów, które przyozdobiłyby tę zieleń, sprawiając, że będzie jeszcze piękniejsza. Może czas odkurzyć sztalugę. Może czas znów przekonać się do kolorów. Może czas po prostu na nowo się przełamać. A może nawet dokończyć rysunki?

- Jak już będziemy mieli kanapę, to musisz nas odwiedzić! - powtarzałam ostatnio dość często.
Tak sobie myślałam ostatnio, że chciałabym, żeby moje mieszkanie było otwarte. W środku duży stół, na nim świeży chleb - jak było w jednej z moich ulubionych piosenek. Chciałabym, żeby to mieszkanie było otwarte dla wszystkich życzliwych ludzi. Dla tych ludzi, o których teraz przypominają mi listy schowane w pudełku, kartki przypięte na korkowej tablicy, czy pamiątki poustawiane na półkach. Dla nich zawsze znajdzie się kubek ciepłej herbaty.

Czasem, gdy patrzę na te ściany, wyobrażam sobie w nich naszą przyszłość. Nie wiem, jak długo dane będzie nam tam mieszkać. Nie wiem, jak długo będziemy mówić, że na początek wystarczy. Lecz widzę w nich naszą miłość, naszych przyjaciół, nasze radości i zmartwienia.

Przed nami jeszcze sporo wydatków i mnóstwo urządzania, które idzie zdecydowanie wolniej, niż na początku zamierzaliśmy. Chociażby w tym miesiącu po zapłaceniu czynszu wystarczy nam jedynie na lodówkę z odzysku. Lecz każda wniesiona tam nowa rzecz sprawia, że serce rośnie. Bo nasza, bo własna. Jak te pokoiki w kolorach pór roku.