sobota, 29 sierpnia 2015

Blue Valentine

Otworzyłam nad ranem zaspane powieki. Trochę zapuchnięte, bo płakałam w nocy. Płakałam cicho, by nikt nie słyszał. By nie słyszeli mnie Aga z Ibim, śpiący w drugim pokoju, by nie słyszał mnie On, leżący obok. Nie lubię zwracać na siebie uwagi, nie lubię płakania przy ludziach, przy przyjaciołach nawet, nie lubię litości i klepania po ramieniu, kiedy drży mi broda. Wiem, że wtedy pomaga tylko jedno. Jego przytulenie, nic więcej. Głupie będzie dobrze wyszeptane do ucha. Przytuli? - myślałam nad ranem, gdy usłyszałam, jak się przebudza. Zawsze przytulał przecież, gdy budziliśmy się obok siebie, nawet, gdy całą noc spaliśmy odwróceni do siebie czterema literami, lub toczyliśmy zajadłe walki o kołdrę.

Od paru dni nie poznaję siebie. Posypało mi się parę spraw. Straciłam ukochaną pracę, o której często Wam pisałam i która wydawała się być nadzieją na najbliższą przyszłość. I choć nie straciłam jej z mojej winy, po prostu firma upada... to jakoś umiem sobie z tym poradzić. Żyję teraz nadzieją w oczekiwaniu na telefon z Przedsiębiorstwa, które w moim mieście ma przejąć pieczę nad zielenią. Bo podobno będą potrzebowali architekta krajobrazu, a to byłaby dla mnie szansa na rozwój i pracę w zawodzie. Raczej na pewno będą potrzebowali. Nie wiem tylko, czy za tydzień, czy za miesiąc, czy może za pół roku. Póki co pozostaje mi tylko czekać. I się modlić. W międzyczasie biegam po urzędzie pracy załatwiając tymczasowy staż w sklepie mojej Mamy, bo pomóc muszę jej i tak, a każde pieniądze są naprawdę potrzebne. Trochę wręcz histeryzuję. Prawie wkopałam się w pracę fizyczną z dwugodzinnymi dojazdami w jedną stronę, o co dostałam ochrzan od Rodziców. Powiedzieli, że nie mogę być aż tak zdesperowana...

A może ja jakoś dziwnie zdesperowana jestem. Za dużo spadło na mnie zmian, rozdroży, a ja nie potrafię sobie z tym wszystkim poradzić. Jestem bez pracy, poszukuję, czekam, żyję w niepewności. Nie zacznę już studiów w październiku, do czego też trudno mi się jakoś przyzwyczaić. Nie mam żadnej bezpiecznej przystani, pewnej przystani. Teraz nawet nie wiem, gdzie mieszkam tak naprawdę, bo raz spędzam czas na mieszkaniu sprzątając i śpiąc na karimatach, bo jeszcze nie mamy mebli, a raz w swoim rodzinnym domu. Zupełnie, jakbym przez moment nie wiedziała zupełnie kim jestem. Jakbym o tym zapomniała.

Pluję jadem na prawo i lewo. Jak nie ja. A później się za to biczuję. Bo to przecież nie w moim stylu. Najgorzej jest, gdy patrzę czasem na Agę i Ibiego. Jak się przytulają, jak patrzą sobie w oczy, jak po prostu rozkwita w nich miłość. Coś mnie kłuje w sercu. Wbija się w nie do tego stopnia, że boli strasznie muszę odwrócić wzrok. Boże, co jest z tobą - myślę. - Przecież sama chciałaś, żeby byli razem, sama do tego doprowadziłaś poznając ich ze sobą, cieszyłaś się z tego jak głupia, bo od początku wiedziałaś, że pasują do siebie jak ulał... Poza tym... nie pamiętasz, jak wy tacy byliście na początku? ...Wy?

Napisałam o tym pewnego dnia Anji.
- Hmm, tak się zdarza, ze irytują nas zachowania, które nam tez się zdarzały, ja to rozumiem - odpowiedziała. - Ale ostatnio doszłam do wniosku, ze jeśli wkurza nas coś, co kiedyś sami robiliśmy to albo dlatego, ze nam tego brakuje albo ze zrozumieliśmy jak głupie to było, ale to zależy od zachowania...

Dobrze wiem, że to nie było głupie. Byliśmy sobą zaślepieni, jak to bywa na początku związku, jak teraz właśnie zaślepieni są sobą Aga i Ibi. Ale to było dobre. Magiczne. Gdy odliczał dni do mojego powrotu z Krakowa, gdy mówił mi, zapłakanej z tęsknoty przez telefon "ja też tęsknię Skarbie, muszę ci coś powiedzieć... i powiem ci, powiem te dwa słowa, tylko wróć, bo nie chcę przez telefon, chcę patrzeć ci w oczy." Gdy obejmował mnie znienacka. Gdy dał mi płytę z naszymi piosenkami na którąś rocznicę. Gdy nauczył się dla mnie jednej z moich ulubionych piosenek i zagrał mi z zaskoczenia na gitarze w pewien zimowy wieczór, a ja się popłakałam. Bo zawsze wściekałam się, gdy brał do ręki gitarę przy mnie. Dobrze wiedziałam, że "zniknie" na długo, wystygnie mu herbata, a ja swoją dopiję sama. Gdy łapaliśmy na język płatki śniegu na środku ruchliwej ulicy. Gdy zrobiłam mu album na pierwszą rocznicę. Gdy schowaliśmy się przed deszczem do myśliwskiej ambony i przeżyliśmy tam swój pierwszy raz. Gdy zobaczyłam, że w portfelu trzyma ususzoną stokrotkę, którą pewnego dnia mu zerwałam i dałam na spacerze, żeby poprawić mu humor. Gdy po prostu byliśmy... razem.

I to nie były tylko początki, bo przez cały związek mieliśmy mnóstwo naprawdę magicznych chwil. Chwil, którym nasi przyjaciele przyklaskiwali i trzymali za nas kciuki. Nie zapomnę słów Ibiego sprzed trzech lat:
- Założę się, że to wy pierwsi weźmiecie ślub, mówię wam! Daję stówę, albo dwie. Albo i więcej. Za was!
I ja teraz też powinnam przyklaskiwać i trzymać kciuki za niego. I w głębi serca robię to, ale te moje plucie jadem i chamskie teksty, które nigdy nie wyszłyby ode mnie tak naprawdę uświadomiły mi jedno.

Gdy patrzę na nich, potwornie mi tego wszystkiego brakuje.
Brakuje.
I dlatego pluję jadem. Jestem opryskliwa, chamska i wychodzę nagle z pokoju, trzaskając drzwiami ku zdziwieniu wszystkich. 
Po prostu brakuje mi, gdy idą przed nami objęci, a my z tyłu nawet nie łapiemy się za ręce. Patrzymy w dwie różne strony po kolejnej kłótni. Kiedy robię wszystko, żeby się nie rozpłakać przy ludziach, bo tak bardzo, bardzo tego nie znoszę. I jest źle, bo czekam. Bo nie robię pierwszego kroku. Bo już nie chcę się starać, nie mam sił kolejny raz wyciągać pierwsza ręki.

I nie chodzi o to, by robić to wszystko na pokaz, przy ludziach, żeby widzieli. Bo oboje nie mamy takiej potrzeby. Sami zawsze wiedzieliśmy przez co przeszliśmy i rozumieliśmy się bez słów. To wszystko było takie nasze. I przeważnie jedyną formą okazywania sobie uczuć wśród ludzi było zwykłe trzymanie się za ręce. 

Ale teraz tego brakuje. Brakuje nie tylko trzymania za ręce przy ludziach, ale też czułości na osobności. Zawsze byliśmy jak para kumpli, ale za każdym razem towarzyszyło temu uczucie. 

I boję się. W tym wszystkim boję się tego, co będzie. Bo po prostu nie mam sił wyciągać ręki pierwsza. Nie mam siły zaczynać rozmowy, podczas której znów się popłaczę. Nie kolejny raz. Albo  nie teraz. Po prostu czasem czara goryczy się przelewa i nie ma się siły, leżąc nad ranem i czekając, aż to on przytuli. Nie mam siły, w tej wczesnojesiennej depresji, która mnie dopadła, zupełnie, jak w zeszłorocznym sierpniu.




I boję się, że będzie zupełnie tak, jak w tym jednym filmie, który pewnego dnia wstrząsnął nami do łez. Gdy zdaliśmy sobie sprawę, co wyprawiamy. I jak bardzo siebie niszczymy.
Po prostu się boję tej jesieni. 
I tęsknię. 
Bo nie przytulił.

niedziela, 23 sierpnia 2015

O ludzkiej życzliwości, czyli wspomnienie 21 Przystanku Woodstock

I znów mnie tu trochę nie było. Wszystko za sprawką tego, że odkąd wróciłam z Woodstocku, czekała na mnie fala zmian - raz lepszych, raz gorszych, ale ostatecznie jakoś tak wszystko wychodzi na plus. Te zmiany sprawiły też, że bardzo szybko wróciłam do codzienności po woodstockowych szaleństwach. Codzienność ta jednak odrobinę zaczęła mnie na swój sposób przytłaczać. Ale o tym innym razem.

Kiedy zerkałam tutaj w ostatnich dniach i widziałam Wasze komentarze, w których prosiliście mnie o relację z tych kilku dni spędzonych w Kostrzynie - przyznaję, prawie rwałam sobie włosy z głowy. Przygnieciona nagłymi sprawami zastanawiałam się, jak uda mi się wrócić do tamtych dni, naprawdę magicznych dni.

Dziś, w chłodny, niedzielny, sierpniowy jeszcze wieczór myślę sobie, że być może się uda. A nawet przyda się małe cofnięcie w czasie.

Przyznaję, nie jestem woodstockową weteranką. Byłam tam dopiero drugi raz w życiu. Nie poznałam Woodstocku w Żarach, czy w Szczecinie Dąbiu. Nie poznałam Woodstocku który zdaniem niektórych ludzi nie był jeszcze komercyjny. Owszem, zabrakło mi większej ilości polskich, dobrych kapel typu Hey, czy KSU, zabrakło Piotra Bukartyka na zakończeniu, ale... nie zabrakło młodych, wybijających się zespołów, jak chociażby Pull The Wire, czy Trzynasta w Samo Południe, których kawałka "Hell Yeah" słucham namiętnie. Poza tym każdy, kto choć raz był na Woodzie, doskonale wie, że nie o samą muzykę tam chodzi. Byłam tam nie jako - oczywiście nie urażając nikogo - nastoletnia gówniara szukająca przygód w cudzych namiotach, ale jako ktoś, kto mimo chęci zabawy posiada swój rozum i pewne wartości, których łamać nie zamierza.

Wtorek, godzina 14:35. Wpakowałam się z chłopakami do pociągu, rozglądając się za Agą, która wyczekiwała nas, jadąc z Poznania. I od razu to poczułam. Powiew szczęścia i beztroski. Groźne spojrzenia starszych, moherowych pań. Jakże się zdziwiły, gdy roześmiane "bydło" o mało nie wyściskało ich wysiadając w Krzyżu, życząc przy okazji przyjemnej reszty podróży. Czekała na nas przesiadka. Tłum nieco zdezorientowanych ludzi, część koczująca po bilety, część z podkrążonymi ze zmęczenia oczami. Ale jedno pozostawało niezmienne - uśmiech. Ciepły uśmiech i zwyczajna, ludzka życzliwość. Próbując ogarnąć nasze pogięte stado podeszłam do jednego z panów ochroniarzy i... uzyskałam odpowiedź, zanim zdążyłam zapytać:
- Z trzeciego Słoneczko. O, tam! - odwrócił mnie delikatnie wskazując kierunek. - I spokojnie, macie jeszcze prawie dwadzieścia minut do odjazdu. Zdążycie.

Na miejsce dotarliśmy dość szybko. Lekko podchmieleni ruszyliśmy w kierunku pola. Nie zdążyliśmy ujść dwustu metrów, a już zostaliśmy powitani hucznie przez R. - naszego kolegę-Spidermana. Tak, mieliśmy w obozie Spidermana. Z krwi i kości. I z gardłem nie do zdarcia, powtarzającym nieraz do znudzenia te same przyśpiewki. Zresztą... ba. Supermana też mieliśmy, który dzielnie w nocy wdrapywał się na drzewa po gałęzie do ogniska, przy czym odcinając je, spadał pokracznie razem z nimi na ziemię. Spokojnie, kości (i zęby) miał całe!

Szukanie miejsca do rozbicia namiotu zawsze wiąże się z jakimś dramatem. I tym razem też się bez tego nie obyło. A bo jeden nam zajął miejsce, a bo drugi wolałby bliżej sceny, a trzeci zaś na totalnym "wypiździajewie". Nijakie, leśne "wypiździajewo" okazało się jednak strzałem w dziesiątkę. Mnóstwo miejsca, świetni sąsiedzi, z którymi utrzymaliśmy kontakt i ogniska, które paliły się tam nocami, cichutko tląc się jeszcze nieraz nad ranem.


Ludzie byli niesamowici. Obcy, z naprawdę odległych stron Polski, ale jednocześnie jacyś tacy... bliżsi. Jeden przyniósł flaszkę, drugi gitarę, a trzeci po prostu dobry humor. Cholernie chłodne noce ogrzewała genialna atmosfera. Gdy na dniach dotarła reszta moich przyjaciół, istnym koncertom nie było końca. Gitary, bębny i harmonijki szły w ruch. Wino, dużo wina, którym wszyscy się dzielili. I uśmiech, który prawie nigdy nie schodził z twarzy. A jeśli już...

Dość dotkliwie przeżyłam jedną z kłótni. Zupełnie o nic. Ostra wymiana słów zrobiła swoje i zaryczana ruszyłam... sama nie pamiętam już w jakim kierunku. Moi przyjaciele wiedzą dobrze, że kiedy ryczę, lub dostaję napadu szału to nie wolno mnie pocieszać, a już broń Boże głaskać po ramieniu. Po prostu muszę się wyryczeć, a kiedy będę potrzebowała się przytulić, lub wygadać to sama przyjdę. A wtedy jakoś... poczułam się cholernie samotna w tym tłumie ludzi. Przez moment, ułamek sekundy dosłownie. Poczułam, jak ktoś pociąga mnie za rękę do siebie. "Nie płacz!" - powtarzały jakieś obce usta, obce ramiona zaczęły mnie przytulać i nieść ukojenie. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się w środku kółka. Ludzie tak po prostu przystanęli, żeby mnie pocieszyć.Jakiś chłopak, który zatańczył pokracznie i zagrał dla mnie na harmonijce, żebym się uśmiechnęła. Przyznaję, przez jego fałszowanie nie dało się nie wznieść kącików ust do góry. Jakieś dziewczyny, które poczęstowały mnie winem i zaśpiewały wesołe piosenki. Usłyszałam dziesiątki, setki słów, dobrych słów. I nagle miałam siły, by wrócić do namiotu i porozmawiać z Nim. Już na spokojnie, bez nerwów. I w dobrym nastroju przeżywać resztę festiwalu.


Koncerty... były niezwykłe, jednak te, na które czekałam najbardziej nieco mnie rozczarowały. Jak chociażby Black Label Society, którzy zagrali tak... jakby im się nie chciało. Zakk nie wypowiedział ani jednego słowa do publiczności, ze sceny cały czas uderzała typowa, metalowa sieka, a tymczasem BLS ma mnóstwo niesamowicie pięknych ballad, jak chociażby In this river, czy The last goodbye. To był jeden z koncertów na który najbardziej czekałam, a na którym najmocniej się niestety zawiodłam. Wyszłam więc spod sceny w połowie. I skopało trochę też długo wyczekiwane przeze mnie VooVoo, które nieco smęciło niestety przez większość koncertu. Chwała im jednak za to, że utwór Łobi-Jabi zabrali w nieco radośniejszej wersji, niż ta na albumach. Nie zawiodło mnie za to Dream Theater. Zastanawiałam się, jak zespół, który daje ponad trzygodzinne koncerty ze względu na cholernie długie nieraz utwory zmieści się w półtorej godziny z bisem. Tymczasem zagrali nieziemsko, większość dobrze znanych kawałków, a kiedy niespodziewanie usłyszałam Spirit carries on, którego podobno mieli nie zagrać, popłakałam się pod sceną, jednocześnie zdzierając gardło. Mnóstwo dobrych utworów, żadnej technicznej popisówki, jak na DT przecież przystało. Tak samo nieziemsko dobre były koncerty Within Temptation i Eluveitie, przy którym hasałam z jakimś kolegą "pod rękę".

Jednak najmocniej w sercu zapisał się koncert Ani Rusowicz z gośćmi i jej projekt Flower Power, gdy byliśmy kolorowi pod sceną. Totalnie hippisowskie brzmienie. Chciałabym się z Wami podzielić, ale niestety póki co nie mogę nigdzie znaleźć nagrania Jednego serca wykonanego przez Kamila Czeszela u boku Rusowicz, na którym stałam zalana kolorowymi łzami. Zresztą, nie ja jedna. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Do tej pory pamiętam, jak przez moje ciało przechodziły ciarki. Energii, która biła wówczas ze sceny opisać słowami się nie da. Cały koncert był magią. Uderzała we mnie muzyka, którą kocham ponad wszystko, której słucham na co dzień, a w dodatku ubarwiona była (i to w dosłowności) tak niezwykłym ciepłem.

Gdy zapytalibyście, za czym najbardziej tęsknię... nie odpowiedziałabym od razu. Bo tęsknię za wszystkim na swój sposób. Za losowaniem "w miarę ogarniętych" toi-toiów, nawet za porannkami pod kranami z lodowatą wodą (bo umyć przecież się trzeba)... Gdy powiedziałam to Tacie, odparł: proszę bardzo, odkręć sobie na rano lodowatą wodę z kranu i się myj. Ale to nie to samo. Bo gdzie będą okrzyki tych wszystkich ludzi "kurwa mać jak zimno!", bo gdzie będzie ta życzliwość ludzkich dłoni, które lodowatą wodą polewają ci nagle plecy, mając ubaw z twojej złowrogiej miny? Tęsknię za zakupami w Rockowym Lidlu, w którym śpiewało się piosenki stojąc w kolejce do kasy. Tęsknię za śniadaniami w naszym obozie, za głodnymi duszami, bo zawsze się jakaś do nas przypałętała. Tęsknię za ogniskami, za darciem mordy, za graniem i śpiewaniem. I tęsknię za tą całą dziczą, na którą tak długo czekałam.

Ale najbardziej tęsknię za zakurzonym tupotem tysięcy stóp. I za ludźmi. Po prostu za ludźmi. Za ich życzliwością, za ich uśmiechami i taką zwyczajną chęcią przytulenia kogoś. Bezinteresownie.

Tymczasem przyszło mi wracać do rzeczywistości. Trochę dotkliwie, o czym opowiem Wam następnym razem. Mimo wszystko dobrze było przypomnieć sobie te wszystkie chwile. Chwile, które napawają mnie radością i motywacją do działania. Bo po spotkaniu takich ludzi, jak na Woodstocku, po prostu się wie, że warto.


A ja zostawiam Was dziś z Beatlesami, z namiastką wspomnianego Flower-Power. Niechaj i Wam ta piosenka przyniesie odrobinę magii.

Hey Jude, don't make it bad,
take a sad song and make it better.
Remember to let her into your heart,
then you can start to make it better.

Hey Jude, don't be afraid,
you were made to go out and get her.
The minute you let her under your skin,
then you begin to make it better.