sobota, 16 stycznia 2016

Dobry dzień, w którym znienawidzone cisza i samotność nie przeszkadzają już wcale.

Otworzyłam oczy wczesnym rankiem słysząc cichutkie mruczenie i czując, jak małe, puchate łapki pocierają moje ramię. P. już nie było, wstał wcześniej ode mnie, a przebłyski pamięci wyrwane ze snu przypominały mi, jak przyniósł mi do łóżka ten kawałek rudego, kochanego futerka, bym ani przez chwilę nie spała sama, kiedy już będzie musiał wyjść.

To będzie dobry dzień - pomyślałam sobie. Pomyślałam tak, mimo wszystkich złych myśli, które ostatnio mnie dopadły i z którymi nie zawsze umiałam sobie poradzić. Pomyślałam tak, pomimo paskudnego poniedziałku, który sprawił, że znów tęskniłam, że tym razem wszystkie drobne sprawy skumulowane w jedną, niszczącą całość zaczęły mnie wykańczać powoli, że kolejny raz usiłowałam płakać, nie mogąc uronić ani jednej łzy. Pomyślałam tak, bo był piątek, a ja chciałam i chcę nadal po ludzku mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Wstałam zatem leniwie z łóżka, po cichu oddając się codzienności. Wyszłam z domu na świeże powietrze znajdujące się jeszcze pod osłoną kolejnej, długiej nocy, czując znajomy ostatnio chłód na twarzy, dotyk zimy, z którą niekoniecznie się w tym roku zaprzyjaźniłam. Kolejny raz próbowałam być dobra, starałam się pomóc tym, których kocham, kolejny raz uśmiechałam się do ludzi na tyle, na ile mogłam i doceniałam ich życzliwość w moim kierunku.

Od późnego popołudnia próbowałam coś tutaj napisać. Próbowałam... i złapałam się na tym, że regularne bywanie tutaj sprawia mi coraz większą trudność. Pisanie, mój tlen, staje się dla mnie pustym powietrzem, którego nagle nie mogę nawet nabrać.

Styczeń jest dla mnie dziwnym miesiącem. Funduje mi różne niespodzianki od losu, raz lepsze, raz gorsze, a ja miotam się pomiędzy tym wszystkim. Miotam się, niczym bezpański już pies z dnia na dzień wyrzucony na ulicę i nieumiejący znaleźć sobie miejsca, które było gdzieś indziej. Który nie może znaleźć w tym wszystkim spokoju ducha, który do tej pory go otaczały.

Początek roku zrzuca na mnie sporo. Oprócz niepewności, oczekiwania na telefon w sprawie obiecanej rozmowy kwalifikacyjnej przynosi problemy związane z urzędem pracy i zakończeniem stażu. Obarcza mnie koniecznością walki z papierologią, której tak bardzo nie znoszę i która za każdym razem mnie wykańcza. Chwilę potem przynosi ogromne przeziębienie, z którym po dwóch tygodniach dopiero spora dawka antybiotyku jakoś sobie radzi. Przynosi zawroty głowy, o których mój P. mówi, że miewam je za często i martwi się, a mi jest głupio. Przynosi w ostateczności wysypkę, która martwiła mnie od kilku, dłuższych dni. Dacie wiarę, że z ostatnimi moimi ekscesami zdrowotnymi byłam aż u dwóch lekarzy i to w ciągu jednego dnia? Ja. Jedno wielkie, chodzące "nie", jeśli chodzi o odwiedzanie naszej służby zdrowia. Naprawdę. Zresztą, Frida mi świadkiem. I nagle od jednego i drugiego lekarza słyszę, że muszę się oszczędzać, że muszę zwolnić, że przemęczenie też z czasem zabija i - tak - istnieje coś takiego, jak dosłowne wykończenie. A mój organizm daje już wyraźne znaki, dosłowne znaki, że ma dość mojego pędu.

Czasem przychodzi mi do głowy myśl, że to takie jakby moje przekleństwo. Moja chęć pędu, wiecznie niezaspokojona potrzeba smakowania życia, wpychania się w każdą jego szczelinę, czucia się potrzebną. Uzależniło mnie pomaganie ludziom, których kocham. Mojej Mamie, która nagle stała się słabsza, która czuje się znów gorzej i która nieraz wymaga tej mojej cholernej pomocy. Każda myśl, że mogłoby jej się coś stać jest jak demon, który znienacka dopada moje myśli i zwija mnie w środku w kokon. Mojemu P., który po wypadku w pracy nie mógł wiele robić w mieszkaniu i więcej obowiązków spadło na mnie, obwiniał się o to, szarpał się, ale to nic. Przecież to nic. Ja tak bardzo lubię być potrzebna, tak bardzo chcę czasem czuć się doceniona.

A mimo wszystko nieraz nie umiem znaleźć złotego środka. A Ktoś mądry mówił mi, że we wszystkim trzeba wypośrodkować. I ja o tym wiem, wiem, na litość Boską, tylko te moje roztrzepane serducho nie może się uspokoić. Tak bardzo emocjonalne, zbyt mocno biorące wszystko do siebie, zbyt się przejmujące i do bólu czasem kochające. Jaki to paradoks, kiedy z osłabionego ciała wyrywa się serce napompowane zbyt dużą chęcią życia.

Ileż bym dała, by odzyskać spokój, stabilizację. Dokładnie za pół roku wezmę ślub. Mieszkanie jak klocki domina, wciąż jeszcze rozsypane, wciąż niezłożone jeszcze w całość, wciąż wymagające jeszcze cierpliwości. Praca stoi pod znakami zapytania i jednej wielkiej nadziei, której nie chcę sobie odbierać. I mimo, że znalazł się jeden pozytywny aspekt mojego oczekiwania, kiedy to dostałam telefon z propozycją nawiązania współpracy z jedną z firm i możliwością zaprojektowania ogrodu, wciąż czegoś mi brak. Ostatnio K. narzekała, że musi w poniedziałek wstać do pracy. Do jasnej cholery, ile ja bym dała, żeby tę pracę już mieć. Żeby przestać czekać, trząść się i mieć nadzieję. Żeby wiedzieć, że w cholerny poniedziałek mogę wstać o tej szóstej i będę miała gdzie pójść. Żeby móc działać. Żeby wyjść z biura, ubrać buty robocze i rękawice i zasuwać z ludźmi w terenie. Jak to ja. Bo w biurze się dłuży, bo w biurze nieraz nudno, bo w biurze się czasem wypija za dużo kaw. Bo trzeba być wśród tego, co rysuje się na kartce papieru, a później przenosi na ekran monitora, trzeba się ubrudzić, tak, jak tylko ja ubrudzić się w mojej pracy uwielbiałam, trzeba poczuć przyrodę, jej zapach, jej dotyk, jej słowa wypowiadane prosto do ucha. Brakuje mi tego. Bez tego usycham, jak rośliny, którymi musiałam przestać się wtedy opiekować.

I siedzę tak w te piątkowe popołudnie i rozmyślam nad pustą, wirtualną kartką. Rozmyślam i mimo wszystko uśmiecham się pod nosem, bo uświadamiam sobie, że w tym całym ambarasie nie utraciłam jeszcze nadziei.

Czuję, że muszę wyjść z domu, że muszę zaciągnąć się mroźnym powietrzem, że zwariuję, jeśli dłużej będę tkwić sama w tych czterech ścianach. Kolejny dzień będę się za mocno szarpać i wcale się to dla mnie dobrze nie skończy. Ubieram się ciepło więc, bo choć czuję się o niebo lepiej, to wciąż jestem jeszcze na antybiotyku. Zakładam buty. Chcę wyjść, kawałek tylko, przejść się na drugą stronę Warty, do której mam przecież żabi skok. Chcę wyjść, pooddychać.

Wychodzę więc. Schodzę na dół, wąską uliczką. Mijam gromadkę głośnych, roześmianych, młodych ludzi. No tak, przecież jest piątek - przypominam sobie. Kiedy pracowałam, piątkowe wieczory też zawsze były błogosławieństwem od losu nawet, kiedy wracałam z terenu po dziesięciu godzinach.

Zapalam papierosa z nowej paczki, którą przed chwilą kupiłam. Zapalam go wbrew woli Zmarłego, zapalam, bo wiem już od jakiegoś czasu, że On by zrozumiał, że nie robię to z Jego powodu, co zdrażniłoby Go przecież najbardziej. Zapalam, bo lubię. Zapalam, bo palę więcej, niż paliłam kiedykolwiek.

Idę powoli mostem, przestępując z nogi na nogę. Moje płuca wypełnia mroźne powietrze wymieszane z dymem. Patrzę na oddychające młodą nocą miasteczko i czuję, jak wypełnia mnie spokój. Mijam parę, która przedrzeźnia się zupełnie tak, jak ja i P. podczas tych spacerów, w których dopisują nam szampańskie humory. I uśmiecham się pod nosem, bo przypominam sobie, że wciąż mam z kim tak spacerować, wciąż mam z kim wygłupiać i tak głośno się śmiać moim piskliwym i nierozumianym nieraz przez ludzi śmiechem. On rozumie. Rozumie, choć czasem w afekcie głupawek mówi sam do siebie "Boże, jak to się dzieje, że ja z tobą wciąż jestem?", kiedy w tle rozbrzmiewa mój dziki, nieopanowany śmiech, przez który ludzie zwykle się na mnie co najmniej dziwnie patrzą. Idę dalej. Po chwili mijam chłopaka, który w mroźny, piątkowy wieczór wybrał się pobiegać. Och, jakże za tym zatęskniłam. Spojrzałam smutno na dopalającego się papierosa, przypominając sobie, jak zamiast paląc, wychodziłam pobiegać. I okazywało się to czasem jeszcze lepszym lekarstwem na stres, czy złość. Ale nie ma się przecież co obwiniać.

Życie jest nieustanną sinusoidą naszych słabości. 

Gaszę papierosa. Wracam na mieszkanie. Dorzucę do pieca, usiądę w fotelu, spróbuję skleić słowa w parę sensownych zdań. Może się uda. Może się uda, bo uśmiecham się wciąż, mimo złych myśli, które spadają na moje barki, które sprawiają, że coś przewraca mi się w brzuchu.

To nic.

Na końcu wszystko będzie dobrze. A jeśli nie jest, to znaczy, że to jeszcze nie koniec - słyszę w głowie ciepły głos wypowiadające jeden z moich ulubionych, zapisanych nie wiadomo skąd, gdzieś na dnie serca krótkich cytatów.

To był dobry dzień.

To był dobry dzień nawet, jeśli późny wieczór spędzam w samotności.
Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu cisza i samotność nie przeszkadzają mi wcale.



"Jestem szczęściarzem mogąc zliczyć na obu dłoniach
Tych, których kocham.
Niektórzy ludzie mogą tylko na jednej.
Jeszcze inni nie mają nikogo.

Zostań ze mną,
Po prostu oddychajmy.

Grzechy, które popełniam
Nie pozwalają mi być lepszym ,
Ale w końcu
jestem tylko człowiekiem.

Nie chcę ranić...
Jest na tym świecie tak wiele rzeczy,
które sprawiają przykrość

Zostań ze mną.
Jesteś wszystkim co widzę."

wtorek, 5 stycznia 2016

Zamknęłam jedne drzwi, by otworzyć następne

Od jakiegoś czasu chwaliłam się wszystkim, że dawno nie byłam przeziębiona. No i przechwaliłam, bo dopadło mnie choróbsko. Ale żeby tylko mnie! Jak chorować, to zbiorowo, mój P. też przeziębiony. Żeby było mało, nasz Kotik też został kaleką, bo od wczoraj z niewiadomych przyczyn kuleje. Szpital w domu, serio. Ale wiecie, że i to ma swoje dobre strony?

W końcu mamy czas na to, by ze sobą pobyć, nawet, jeśli smarkamy na zmianę, a między nas na łóżko wskakuje kulawy kociak. Wreszcie mamy okazję zatroszczyć się o siebie. Mamy czas na to, by otulać się wzajemnie kocem, by dotykać czule czoła sprawdzając, czy te drugie ma gorączkę, by przynosić sobie herbatę z cytryną. Możemy w końcu oglądać śmieszne filmiki na Youtube i śmiać się do łez nawet, kiedy śmiech przerywa czasem duszący kaszel. Możemy odpalić kolejny odcinek serialu nie ważąc na to, że jest już późno. Tak dobrze jest usłyszeć "Leż, nie wychodź spod kołdry. Ja pójdę dorzucić do pieca, robi się chłodno. Chcesz jeszcze jedną herbatę?", by za moment powiedzieć dokładnie to samo.

Lubię ten spokój, te bycie we dwoje. "W zdrowiu i w chorobie" - jak będziemy sobie przecież niedługo przyrzekać. Brakowało mi tego. Paradoksalnie, bo przecież pomieszkujemy już tutaj od ponad dwóch miesięcy. Ale wciąż się mijaliśmy, a ja czasem nawet zasypiałam sama i przebudzałam się tylko na chwilę, gdy po powrocie z popołudniowej zmiany próbował jak najciszej wślizgnąć się pod kołdrę i przytulić mnie.

Nie myślcie sobie jednak, że często wolimy być tak sami. Owszem, nadrabiamy wspólny czas, czasem wyłączamy telefony, by w spokoju pobyć tylko we dwoje. Jednak to, co szczególnie mnie cieszy w tym mieszkaniu to to, że ono zaczęło tętnić szczęściem. I nie tylko moim i Jego śmiechem.

Właściwie nie ma dnia, by ktoś nas nie odwiedził. To Aga z Ibim wpadają na herbatę przed pociągiem, to Krzyś przychodzi z butelką "wyśmienitego trunku", jak mawia. Nieraz gnam chłopaków na podwórze, żeby palili szlugi tam, a nie w łazience, bo potem nie mogę wywietrzyć stamtąd dymu. To urządzamy sobie z Kaką i Adą babski wieczór, po którym pędzimy w nocy na huśtawki, a potem przeskakujemy przez krzaki biegnąc na skróty po pizzę. To Dżedaj wpadnie z czekoladą. To wpadnie Marth, znów woląc herbatę od wina, bo musi wracać samochodem do domu. Choć przecież nieraz znajdzie się kawałek wycieraczki do przenocowania. I kubek ciepłej herbaty w mrozie, kiedy ktoś akurat przechodzi przez centrum naszego więziennego miasta.

I cholera, kocham to. Kocham to, kiedy nieraz mówię przez telefon "Nie pukaj, nie dzwoń, tylko właź, zostawię otwarte." Albo śmieję się, że ktoś się dobrze załapał, bo akurat skończyłam smażyć nuggetsy, czy robić pizzę. Nawet nie pytam, czy ktoś jest głodny. Zawsze ściągają z talerza. A mnie to cieszy.

Cieszy mnie nawet, kiedy Krzyś przekomarza się ze mną, że z Asika przemieniłam się w panią domu. A ja tego określenia nie znoszę. Nie pasuje ono do mnie, po prostu. Nawet, jeśli po kolanach pucuję łazienkę, albo smażę schabowe. Chociaż... uwierzycie, że od bałaganiary stałam się jakąś dziwną pedantką? I serio, prędko próbuję się tego oduczyć, bo to mnie jakoś dziwnie wyniszcza. Zresztą, zbyt czysty dom jest oznaką zmarnowanego życia, jak mawiają. A ja życia zmarnować sobie nie zamierzam! Dlatego od nazywania mnie panią domu zdecydowanie wolę świadomość, że robię to po prostu zawsze dla nich. Dla ludzi, których kocham.

Bo oni przecież zawsze robią tak wiele dla mnie, dla nas. Jestem szczęśliwa, kiedy sobie pomyślę, że choćby tak mnóstwo rzeczy w tym mieszkaniu jest tu dzięki nim. Filiżanki, kubki, książki, kwiaty w doniczkach, stolik, a nawet biurko i fotele. I tablica korkowa, która mi o dobrych ludziach zawsze przypomina.

Przypomina nie tylko o tych, którzy mają do mnie po drodze na kawę, lecz także od tych, którzy w
mroźne dni otulają ciepłem słów płynących prosto z listów, czy pocztówek. Pamiętajcie, że i dla Was moje drzwi pozostaną zawsze otwarte. I niekoniecznie musi Waszą cząstkę przynosić tu listonosz. :)



"Rażące, prawie oślepiające światło,
Ciemna noc nadal się tam jarzy
Nie mogę zrobić kroku, wciąż tylko się wspinam,
Szukając tego co już mam.

Mówię ci, najlepszą rzeczą, 
jaką możesz teraz zrobić, 
to uśmiechnąć się,
Do kogoś, kogo przygniata smutek."

sobota, 2 stycznia 2016

"Dla mnie to nic. (...) nowy rok. Słońce, księżyc, gwiaz­dy po­zos­taną te same."

Kto by pomyślał, że ani człowiek nie zdąży się obejrzeć za siebie, a tu już mu cały rok śmignie przed nosem. Lubię te przecinki życiowe. Lubię ten moment, kiedy wraz z ułudą przeskakuję z jednej krawędzi na drugą i myślę sobie, że teraz też będzie fajnie. Lubię tę chwilę, kiedy przypominam sobie, jak pisałam we śnie list pod tytułem "do siebie rok później". Lubię cichy, ciepły głos odzywający się w głowie.  
Gdziekolwiek nie będziesz i cokolwiek się nie wydarzy, będzie dobrze. Nigdy o tym nie zapominaj.
Jeśli miałabym podsumować miniony rok jednym słowem, określiłabym go dziwnym, jak mówiłam na sylwestrze Marth. Albo raczej dziwną nazwałabym moją ulgę, że się kończy. Choć sama nie potrafię powiedzieć, co mogłoby mi się w nim nie podobać. Było przecież wiele dobrych chwil, pozytywnych myśli i ludzi przy mnie. A jednak cały czas mnie coś w nim uwierało. Może fala zmian, która spadła na mnie. Bo zmieniło się naprawdę sporo.

Lubię podsumowywać. Lubię zbierać dobre chwile do jednego worka, co zapewne już wiecie przecież. Jako, że naprawdę świetny sylwester za nami, a kac wyleczony, podsumuję sobie i tym razem, a co.

Styczeń był czasem tęsknoty i wyrzutów sumienia o których nie mówiłam głośno. Był chwilami zwątpienia i złości na samej siebie. Szukania jakiegoś drogowskazu, zmagając się z szarpaniem uczuć i zapaleniem oskrzeli. Ach... dobrze, że minął szybko.

W lutym spadł śnieg. Śnieg, który od zawsze kojarzył mi się z zabawą. I ten śnieg przyniósł odrobinę nadziei, wiary w ludzi i w siebie, mimo długiej i uciążliwej walki z egzaminami. Przyniósł długie spacery nad Rusałką z grzańcem w termosie i czekoladą. Pozwalał nadal tęsknić, ale też przyniósł śmiech. Znów ten beztroski, nieopanowany nieraz śmiech.


W marcu udało mi się choć na chwilę spotkać się z moją Anją i przytulić ją na poznańskim dworcu. Dobrze było ją zobaczyć choćby przez chwilę. Bo jej obecność była chyba jedynym pozytywnym aspektem tego miesiąca, który poza tym przyprawił mnie niemalże o zawał serca, kiedy zorientowałam się, że na dwa miesiące przed oddaniem mojej pracy magisterskiej zniknął z mojego komputera cały folder z jej zawartością. Całe ponad sto stron mojej inwentaryzacji, artykuły naukowe, które sobie gromadziłam, skany z książek i map poszły w ciężką cholerę razem z moim roztrzepaniem. A co roztrzepańca motywuje bardziej do działania, jeśli nie taki właśnie solidny kop w tyłek?

Dlatego w kwietniu przysiadłam ostro na dupsko i wzięłam się do roboty. Zarywałam całe dnie i nocki, żyłam o kawie i nadziei, ale... wybrnęłam. I duma rozpierała me serce. Bo w międzyczasie przecież wróciłam do mojej pracy, która - choć kochałam ją całym sercem - bywała też czasem cholernie intensywna. Ale z jakiejś niewyobrażalnego źródła brałam jakoś siły na to wszystko. Satysfakcja ogromna. Kwiecień to także czas łez z tęsknoty. Pierwsze spotkanie z Martyną, jej burza warkoczyków na głowie, Heineken nad Rusałką i nostalgia, która nas wówczas ogarnęła. I ciepło, które zostawiła w moim sercu. Naprawdę niewielu ludzi ma taki dar.

Maj to zawsze mój ulubiony czas w roku. Nie było inaczej i tym razem. Może dlatego, że mam wtedy urodziny, a może po prostu dlatego, że wszystko się wtedy tak cudnie budzi do życia. I u mnie także wszelkie sprawy nabrały większego tempa. Począwszy od ustalenia daty ślubu...


...w czerwcu nadszedł czas na powolne zwieńczanie edukacji. Ostatnie egzaminy, załatwianie wpisów, absolutorium, dopinanie na ostatni guzik pracy magisterskiej i oddanie jej do dziekanatu. Szczęście mnie rozpierało i wiedziałam wtedy, że dobre duchy czuwają nade mną. Spełniało się jedno z moich najważniejszych marzeń, do którego dobrnęłam o własnych siłach i dzięki pomocy tych, którzy mnie kochają.

Kto znajdzie rude, ten ma browara!

Lipiec... pełen emocji, stresu, ale i pozytywnych zdarzeń. Obrona ósmego lipca - dzień pełen wrażeń. Pozytywnych wrażeń. Uzyskanie tytułu magistra inżyniera architekta krajobrazu, niespodzianka od moich cudownych przyjaciół, wieczorne opijanie z Rodzicami, choć pijana byłam już samym zmęczeniem... A później błogi odpoczynek przez kilka dni, którego tak bardzo było mi potrzeba. Pamiętna impreza, na której złamałam sobie pół górnej jedynki. Ryk w niebogłosy i panika, czy doprawią mi tego zęba do wyjazdu na Woodstock...

...doprawili. A Woodstock... kolejne fajne wspomnienie. Kilka świetnych dni  spędzonych z cudownymi ludźmi, nie tylko moimi przyjaciółmi, ale także z tymi, którzy po prostu podchodzili i przybijali piątki, lub po prostu chcieli się przytulić.



Sierpniowy powrót z Woodstocku i jednocześnie wracanie do szarej rzeczywistości okazało się jak zwykle dość trudne. Dowiedziałam się, że muszę odejść z mojej pracy, co też nie było dla mnie łatwym doświadczeniem, bo po prostu lubiłam tę robotę. Ciężkie rozstanie z tym, co kochałam przywołało wczesnojesienną deprechę szybciej, niż myślałam. Oprócz tego sierpień to wynajęcie naszego mieszkania. Remont, malowanie, sprzątanie, masa roboty... ale warto było. Teraz siedzę w naszym zielonym pokoiku, Kotik pochrapuje w plecaku, a P. się raduje, że zmusiłam go do kolejnej partii w Leauge of Legends, twierdząc, że muszę dokończyć posta w spokoju. Fajnie jest.

Wrzesień to początek stażu u mojej Mamy, który właśnie skończyłam. Załapanie roboty na szybko, żeby tylko jakiś grosz wpadł do kieszeni. Październik to kolejne fale tęsknoty i smutku, które mnie dopadły. Jesień, która spadła na barki i przytłoczyła mnie mimo moich prób pozytywnego myślenia.

Listopad miał minąć łagodnie. I w zasadzie taki był nawet, oprócz jego końcówki, która mogła skończyć się rozstaniem, a nawet tragedią. Wolę nie wspominać nawet.

W grudniu zamieszkał z nami nowy współlokator, o którym Wam ostatnio opowiadałam. Małe, rude i kochane. Grudzień to nasza pierwsza wspólna wigilia. Sylwester, na którym świetnie się wybawiłam, mimo, że właściwie z całkiem obcymi ludźmi. A skoro do końca roku dobrnęliśmy...

Życzę Wam, Kochani moi, aby ten rok był szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy. Byście mieli masę powodów do uśmiechu, by nigdy nie brakowało Wam nadziei nawet, jeśli będzie źle, a los położy na Wasze ramiona kolejne zmartwienia. To nic, dopóki jest nadzieja, dopóki są ludzie, którzy pomagają to wszystko przetrwać. Życzę Wam Kochani, by spełniały się Wasze marzenia i - co ważne - byście nie bali się do nich dążyć i o nie walczyć. Byście w następnego Sylwestra powiedzieli, że ten rok był dla Was po prostu i po mojemu - fucking awesome!


A czego życzę sobie? Siły i wytrwałości. Ten rok będzie dla mnie ogromnym przełomem. Za pół roku zostanę żoną. Na dniach czeka mnie rozmowa kwalifikacyjna w przedsiębiorstwie, w którym staram się o pracę od sierpnia.

Po prostu trzymajcie za mnie kciuki. I bądźcie tu ze mną czasem, jeśli mnie jeszcze trochę lubicie :)