poniedziałek, 28 grudnia 2015

Kabanos, dwie kaleki i święta.

Święta, święta i po świętach, rzec by się chciało, ale po dzisiejszym dniu spędzonym z Mamą w sklepie, to sformułowanie zdecydowanie mi zbrzydło. Ja zaś powiem, że tak dobrze w końcu wyciągnąć nogi pod kołdrą, odetchnąć solidnie i wziąć łyk zimnego browarka. Jak dobrze po prostu przez chwilę zwolnić. Tym bardziej, że przez święta zasuwałam na pełnych obrotach. Znów usłyszałam sławetne "usiądźże na dupę i naucz się odpoczywać", doigrałam się na własnym zdrowiu, ale czy jeszcze kogoś dziwi mój tryb życia i wieczna potrzeba zasuwania, tudzież nieustanny strach przed rutyną? W ostatnich dniach znów rozpędziliśmy się niemiłosiernie - ja i mój los, choć ten drugi nie szczędził mi także pozytywnych niespodzianek, więc w sumie narzekać nie mam na co.

Zastygłam znów na moment w blogowym świecie, ale zrozumiecie mnie, tak myślę, jeśli powiem Wam co, a raczej kto pochłania mnóstwo mojego czasu. Ale to może od początku.

Dwa tygodnie temu, we wtorkowy wieczór wymachiwałam rękami i nogami przed laptopem z Ewką, wmawiając sobie, że muszę zrzucić parę kilo, bo jak tak dalej pójdzie, to przed ołtarz w lipcu pójdę odbijając brzuch kolanami. Kiedy skończyłam brzuszki, uradowana, że wytrwałam do końca tej mordęgi, wykąpałam się i postanowiłam na chwilę posadzić tyłek przed telewizorem. Usłyszałam, jak w drzwiach przekręca się kluczyk. O, czyżby P. tak szybko wrócił? - pomyślałam sobie. Miał wszak do załatwienia jakąś bardzo ważną sprawę, jak mówił mi przez telefon, choć jaką - zdradzić mi wtedy nie chciał. Obiecał, że dowiem się, kiedy wróci, zatem zaciekawiona ruszyłam w kierunku przedpokoju, choć wstając jęknęłam przez zakwasy. Drzwi się otworzyły, moim oczom ukazali się mój przyszły Mąż i jego młodszy brat. I jeszcze ktoś, kogo P. trzymał na rękach.

Ktoś, rasy rudej (jak ja!).
Rasy małej.
Rasy mruczącej.
Rasy kochanej.

Ot, rude, małe, mruczące, kochane kocię.
Poznajcie zatem nasze tygrysiątko, koleżkę sympatycznego, jak nazywa go P.

Nazywa go też Kabanosem, podobnie, jak większość moich przyjaciół i znajomych, którzy twierdzą, że to idealne imię dla kota. Bo zwała, heheszki i w ogóle oryginalnie. Tja. Jako, że o imię dla malucha było mnóstwo sporów, a nazywanie zwierzaka kawałkiem wysuszonej kiełbasy niezupełnie mi odpowiadało, ostatecznie od "kotka" powstał po prostu Kotik. Przed Wami zatem Kotik vel Kabanos. Drugi rudzielec w tym mieszkaniu. Drugi, obok mnie.



Jakaż była moja radość, gdy go wówczas ujrzałam. Choć i zwątpienie, nie powiem, że nie. Z kociakiem nigdy pod jednym dachem nie żyłam, jako, że moja Mama po prostu kotów nie lubi. Aczkolwiek gdzieś tam się tliło marzenie w mej łepetynie, by z takowym futrzakiem się zaprzyjaźnić, kiedy tylko wyprowadzę się na swoje.

Mimo wszystko, gdy P. pojechał odwieźć do domu swojego brata, patrzyliśmy na siebie z Kotikiem zdezorientowanym wzrokiem.

- A co, jeśli mi się zesrasz w kącie? - zapytałam wystraszone kocię.
- Miau. - odpowiedział niepewnie.

Biegiem do ciotki parę domów dalej. Po kuwetę i żwirek. W piżamie. I w laczkach, bo po "poznańskiemu".
Wracam zdyszana.
Kocię żyje, chodzi, miauczy.

- Cholera, chyba głodny... zjemy coś?
- Miau. - potwierdził.

Najadł się, skorzystał z kuwety, obalając mity o kotach znajomych, które srały po kątach i doniczkach. Zaczął się łasić, miauczeć, przytulać, a nawet masować mi cycki. I cholera... skradł moje serce. Dowiedzieliśmy się, że ktoś go porzucił. Przy torach, gdzieś na wsi.

- Kto mógł? No kto mógł ci to zrobić? - przytuliłam się do niego.
- Miau - odparł smutno.

No i mu się pobeczałam w rudą sierść, jak to na rykwę pospolitą przystało. I pokochałam go. Od pierwszego wejrzenia. Mimo mdlejącej choinki, hałasu o drugiej w nocy (bo kulanie orzechów po całym pokoju to taka świetna zabawa!), podrapanych rąk, wywalonych doniczek z moimi kwiatkami i wiele, wiele innych. Mam nowego kumpla. Rudego, jak ja - bo rudość na mój łeb powróciła. I serce mięknie i buzia się śmieje. I fajnie jest z nim, po prostu.


Jednakowoż ostatni czas w same dobre wieści nie obfitował - wszak byłoby zbyt kolorowo. Tuż przed świętami i ja i P. zostaliśmy kalekami. Ale, spoko, żyjemy. Ja wyłożyłam się na podwórzu u rodziców, niosąc w siatce "spadek" od Mamy pod postacią ślicznych, szklanych miseczek i solidnie rozwaliłam sobie kolano. Nie moja wina, że zasuwałam w laczkach (po "poznańskiemu"), że było ślisko i że zamiast siebie wolałam ratować śliczne, szklane miseczki, bo pamiętała je jeszcze moja świętej pamięci Babcia. Kolano puchło jak cholera, rana goiła się paskudnie, kulałam i sykałam przy każdym kucnięciu, ale przeżyłam. Ja, jak ja. Ale kolejnego dnia dołączył do mnie mój przyszły Mąż rozwalając sobie porządnie prawą dłoń w pracy. Szpital, sześć szwów. Dwie kaleki. I rudy kot. Może i zbyt kolorowo nie było i po całym dniu padliśmy jak muchy, nieudolnie próbując sobie zrobić maraton Gwiezdnych Wojen. Ale dziś się z tego śmiejemy. I powtarzamy nieustannie: bez zęba, bez ręki, czy nogi... i tak cię będę kochać.

A później... później dwie kaleki przygotowywały się do świąt. Do naszej pierwszej wspólnej wigilii, którą spędziliśmy u moich Rodziców. Naszykowałam się w kuchni sałatek, uszek i ryb i cholera, wiecie co? Okazuje się, że nie jestem aż takim beztalenciem kulinarnym. Generalnie o świętach mogłabym rozpisywać się godzinami, ale mawiają, że jaka wigilia, taki cały rok. Zatem może skrócę nieco, idąc za tą dewizą, którą powtarzały mi Mama i Babcia.

W 2016 roku będzie nam się co chwile zatykał kibel, Kotik vel. Kabanos przestanie trafiać w kuwetę, my będziemy żarli się jak pies z kotem, a na końcu będziemy godzić się tak, ze ugną się pode mną kolana. Więc generalnie nie będzie chyba źle. :)

Ale o nadziejach na najbliższe dwanaście miesięcy, o podsumowaniach i marzeniach napiszę - módlmy się - jeszcze w tym roku. Tymczasem - dosłownie i w przenośni - zostawiam Was tematycznie. Z Kabanosem.


 

czwartek, 10 grudnia 2015

"I po krzyku" - czyli na temat nauk przedmałżeńskich słów parę.

Przygotowania do ślubu trwają. Powoli dopinamy na ostatni guzik wszelkie formalności związane z weselem, listą gości, czy podziałem kosztów. Spisaliśmy już umowy z właścicielką lokalu, z fotografem i zespołem. Dogadaliśmy się z rodzicami w kwestii poprawin, których nie wyprawiamy - ale o tym innym razem. W głowie mam projekt skromnej sukni i na dniach pojadę tłumaczyć paniom z salonu, co też w moim roztrzepanym łbie siedzi. Wybrałam już nawet zaproszenia. Czaimy się na kupno obrączek, na które mamy już odłożone pieniądze. Zapytacie, dlaczego się czaimy? Śmiejcie się, ale jak to mój P. stwierdził: "a co będzie, jak nam zgrubną paluchy i na ślubie sobie ich nie  wsadzimy?" Niech więc to pozostanie póki co bez mojego komentarza. Cały czas trwają kłótnie o to, jaką wódkę kupić. Choć i tu mój przyszły mąż sypie nie lada mądrościami, twierdząc, że "wódka, jak wódka, smakuje jednakowo - czyli wybornie." I bądź tu człowieku mądry.

To wszystko sprawia mi coraz więcej radości. Dzięki Bogu póki co powoli kończą się kłótnie o podziały kosztów, o pomoc ze strony rodziców i mniej więcej każdy ma swoją działkę i wie na co ma wydać, tak, żeby było sprawiedliwie, ale i z rozsądkiem, bo na kokosach nie leżymy przecież. Więc tragedii nie ma. Nawet mi, jako nerwusowi pospolitemu udało się trochę spuścić z tonu i przestałam drżeć jak osika na myśl o całej bieganinie. Bo zaczęło mi się to wszystko po prostu podobać i rodzić we mnie swego rodzaju podekscytowanie.

Entuzjazm mój jednak gasł, kiedy przypominałam sobie, że oprócz całej tej otoczki jest także sprawa związana z "formalnościami" załatwianymi u księdza.

Pierwszą taką wizytę mamy już dawno za sobą. Nasze nazwiska widnieją już w księdze zapisów z dokładnością co do dnia i godziny zawarcia przez nas związku małżeńskiego. Drugą sprawa, którą mamy "z głowy" w kwestii spraw kościelnych, to nauki przedmałżeńskie. Możecie się dziwić, ale chyba właśnie tego bałam się najbardziej.

Od początku odnosiłam wrażenie, że to właśnie kwestie związane z kościołem będą najbardziej problematyczne. Najwięcej załatwiania, kombinowania, stresu i wmawiania treści, z którymi niekoniecznie nie godzę się ani ja, ani mój przyszły mąż. Zastanawiałam się, ile trzeba przejść, żeby móc przysiąc sobie miłość przed Bogiem, w którego się wierzy. Póki co, tragedii nie było. Albo powiem inaczej - bałam się, że będzie dużo gorzej.

Nauki przedmałżeńskie w kościele, w którym zamierzamy się pobrać za siedem miesięcy trwały sześć dni. Codziennie wieczorem, od niedzieli do minionego piątku. Spotkania były prowadzone przez trzy osoby - księdza, panią z poradni przedmałżeńskiej i jeszcze jakąś inną panią, nie wiem, jaką, ale przynajmniej ona wydawała się całkiem spoko.

Było o wielu różnych sprawach. O antykoncepcji rzecz jasna, a raczej o szkodliwym wpływie na zdrowie kobiety tabletek antykoncepcyjnych - czyli pani ograniczyła się do jednostronnego, negatywnego minimum swojej wiedzy na ten temat. Było o miłości słów parę. Było o różnicach w postrzeganiu świata przez kobietę i mężczyznę, co akurat mi się podobało. Było też o tym, że musimy być ze sobą do końca życia, że to przysięgamy i koniec i kropka. Presja potężna. Jakże smutno zrobiło mi się, kiedy pomyślałam, ileż manipulacji musi być w tych słowach, ileż ogólników. Ktoś zapytał "a jeśli mąż zacznie bić żonę i dzieci, to też ma z nim być do końca życia?" Pani próbowała wybrnąć, ale odpowiedzi ostatecznej, takiej, która zadowoliłaby chociażby mnie - nie znalazła.

Słuchając tych wszystkich "wykładów" zastanawiałam się smutno, ile w tym wszystkim jest Boga. Boga, w którego ja wierzę, nie godząc się zawsze z naukami Kościoła. Ktoś powie mi zaraz, że sobie ułatwiam, że omijam drogowskazy jakieś, że jaka to wiara, nijaka taka. Kiedyś już o moim podejściu do wiary pisałam, a dokładniej tutaj, zatem powtarzała się nie będę.

Wierzę w Boga, który równy jest Miłości. Dla mnie Miłość jest Bogiem i na odwrót. Bo Miłość jest właśnie tą najwyższą, niepojętą siłą, która kryje się w naszych sercach. Siłą Podświadomości, którą ludzkość czci na swój sposób, w zależności od wyznania. Miłość pozwala dostrzec piękno świata, jego kolory, zapachy i odgłosy. Miłość pozwala oddychać, oddać swe serce drugiemu człowiekowi. Miłość pomaga czynić dobro, ukazując w zwierciadle naszych umysłów uczucia skryte gdzieś na dnie. Miłość pozwala się śmiać i płakać. Dopóki mamy w sobie Miłość, nie giniemy. Dopóki kochamy, trwamy w jedności.

A co dzieje się, kiedy Miłości nie wystarcza? Dlaczego jej nieraz braknie? Pomiędzy Jej zwierciadła uczuć wkradają się złość, rozczarowanie i smutek, pociągając za sobą inne nieszczęścia. I myślę sobie - a co, jeśli nie zdołam ich kiedyś udźwignąć? Nie wiem, kim będę za kilkadziesiąt lat. Wiem jednak, że moje serce ma mnóstwo Miłości. I będę kochać dopóty, dopóki mi Jej starczy. A jeśli miałoby Jej któregoś dnia zabraknąć, wolałabym umrzeć, aniżeli bez Niej żyć.

Na początku zastanawiałam się, dlaczego na naukach o Miłości wypowiedziano tylko jedno zdanie i to zakończone pytajnikiem:

Czym jest Miłość?

Odpowiedź pozostawiono nam. I później uznałam to za słuszne. Bo Miłości nie da się sprowadzić do ogólników. Do tych wszystkich, smutnych ogólników, do których sprowadza się nieraz wiarę w Boga.

Dostaliśmy więc zaświadczenia, z pieczątkami, o odbyciu nauk przedmałżeńskich. Kolejny ogólnik wiary, sprowadzony do świstka papieru.

W ciągu trwania całych nauk dostaliśmy jedno zadanie, które mi osobiście się nawet spodobało. Mieliśmy spisać na kartkach, każde osobno, kilka kwestii, celów bycia razem w przyszłości. Karteczkami mieliśmy wymienić się w domu.

Tak też uczyniliśmy z mężem moim przyszłym.

Wiecie, ja, jak to ja, napisałam coś o wzajemnym wsparciu, o okazywaniu miłości, o planowaniu przyszłości, o szczęściu, o spełnianiu marzeń i o dzieciach. P. zacieszał od ucha do ucha czytając to.
- A teraz zobacz, co ja napisałem... - wręczył mi karteczkę zadowolony.

Czytam więc.
"Okazywanie uczuć... bla, bla, bla... i żebyś czasem mi jeść dała, żebym nie głodował. I seksu czasem. Bara bara. Rym cym cym."

-...a potem szybko schowałem tę kartkę, bo bałem się, że ta baba zacznie to zbierać. A ty jakoś ze mną wytrzymujesz, więc pomyślałem sobie, że mnie zrozumiesz.

Nic dodać, nic ująć.


niedziela, 6 grudnia 2015

Nie tym razem, listopadzie

Listopad odszedł po cichu, zostawiając za sobą przejrzystą smugę mgły. Odszedł, nie zadając ran, choć próbował zebrać przykre żniwo. Zupełnie, jakby nie mógł się bez tego obyć. Odszedł, choć mógł skończyć się burzliwym rozstaniem, odszedł, choć mógł skończyć się nawet tragicznie. Odszedł, a ja mogłam odejść razem z nim. Tak samo cicho, tak samo spokojnie.

Ale listopadowi się nie udało. Nadszedł grudzień. Wyjątkowo ciepły grudzień, otulający dwukrotną potrzebą doceniania dobrych chwil i życzliwych ludzi.

Piszę dziś do Was, Przyjaciele z zupełnie nowego miejsca. Miejsca, którego nie nazywam jeszcze domem - mój dom jest wciąż w kamienicy obok. Piszę z mojego, naszego wspólnego mieszkania, w którym jest coraz mniej kartonów, a coraz więcej miłości. Nauki nowego życia. Całkiem nowego życia. Nowego związku, rzekłabym wręcz, na zupełnie nowych zasadach.

Dlaczego nowego?

Mogłam być dziś wolnym strzelcem, samotną wędrowniczką pośród pędzącego tłumu. Samotną, lecz szczęśliwą, bo przecież szczęśliwa być potrafię. Wybrałam jednak inaczej. Wybrałam nas. Ostatni raz, jak sobie obiecałam. Jak nam obiecałam. Gdy nagromadziło się zbyt wiele przykrych spraw, tajemnic i demonów między Nami, to, co budowaliśmy od ponad pięciu lat o mało nie zostało przygniecione gruzami murów, które miedzy sobą stworzyliśmy. Kiedy spędzałam noc u rodziców, a moje serce pękało niemal w dosłowności, myśląc o tym, że On leży w łóżku sam, a Jego serce pęka tak samo, jak moje, uświadomiłam sobie, na czym mi tak bardzo zależy. Kiedy dzwoniłam do Anji, tuż przed Naszą ostateczną rozmową, wymianą zdań, która miała rozstrzygnąć wszystko, moje serce, osłabione serce o mało nie wyskoczyło z piersi wraz z cieknącymi po policzkach łzami. Gdy Go zobaczyłam tamtej soboty, po prostu nie mogłam. Kolejny raz poczułam, że jesteśmy stworzeni dla siebie, że osobno się po prostu żyć nie da. Gdy padliśmy sobie w ramiona i mogłam po dniach rozłąki znów poczuć Jego zapach zrozumiałam, że musimy to naprawić. Że nie mamy po prostu innego wyjścia.

I naprawiamy. Robimy, co możemy. Wspólnie, we dwoje. Pilnujemy siebie wzajemnie, by ani jedno, ani drugie nie zaczęło wątpić. Dbamy o swoje szczęście, choć budujemy je na nowo. Rozmawiamy ze sobą tak, jakbyśmy dopiero co się poznali. Po prostu ze sobą jesteśmy. Bo o tym chyba zapomnieliśmy właśnie - że jesteśmy parą, szczęśliwą parą, która pogubiła się w tym byciu razem. Bo pogubić się w tym, jak się okazało, jest bardzo łatwo. Brnęliśmy prosto w ogień rozstania i gorzkich łez. Ale udało się. Budujemy nowy dom, uczymy się siebie na nowo. I staramy się być szczęśliwi.
Nie tym razem, listopadzie.

W poniedziałkowe przedpołudnie, gdy jeździłam z Marth po Poznaniu autem, załatwiając na uczelni ostatnie sprawy w celu odebrania dyplomu, w pewnym momencie życie stanęło mi przed oczami. Gdy jechałyśmy w kierunku głównego budynku naszej uczelni, nagle z podporządkowanej drogi wjechał tuż przed nas starszy mężczyzna. Gdy zamykam oczy, wciąż widzę srebrnego Matiza ze staruszkiem za kierownicą, który po prostu nas nie zauważył. Widzę go tuż przed nami. Słyszę nasze jedno, niecenzuralne słowo, które równocześnie wyrwało się z ust moich i Marth. Słyszę pisk opon i nasze niespokojne oddechy, czuję strach i łzy w oczach. Gdyby nie refleks Marth i kierowcy, który jechał tuż za nami, naprawdę nie wiem, co zostałoby z jej samochodu. I z nas. Od wypadku dzieliły nas milimetry. I Anioły, w które nieustannie wierzę, wciąż mocniej i mocniej.
Nie tym razem, listopadzie.

Wracam więc tu, cała i zdrowa, z bagażem nowych doświadczeń i dobrych myśli. Bo to podczas burzliwych dni uczymy się przecież ich najwięcej. Bez ulewy nie ma tęczy, a i ta się pojawiła na listopadowym niebie. Doceniam to wszystko jeszcze mocniej. Moją Rodzinę i Przyjaciół, którzy troszczyli się o mnie w tych trudnych dniach, którzy nie wyzywają już o to, że znów palę papierosy (i to prawie paczkę dziennie), którzy po prostu są, rozumieją i pomagają uspokoić moje drżące ręce. Doceniam każdy dzień, który teraz jakby podwójnie jest mi dany, bo przecież mogło mnie już nie być. Żyję tak, jakby jutro miało nie istnieć, jeszcze silniej, intensywniej. Doceniam jeszcze mocniej poranki, ich krwawiące niebo, budzące się do życia. I ja się budzę - wracam, choć wcale stąd nie odeszłam przecież. Wracam, by znów zarażać dobrą energią. Wracam, by Wam opowiadać, co u mnie.

A opowieści parę mam w rękawie. :)
I powiem, że - po prostu - dobrze Was znów widzieć. :)