środa, 31 grudnia 2014

O nadziei w przełomowym roku

Zdjęłam już ze ściany stary kalendarz. Choć tak naprawdę jutro będzie kolejny, zwykły dzień, choć przyjdzie szare, najzwyklejsze jutro, to tak, jak mówiła Frida - wszyscy potrzebujemy chyba tych przecinków, tych chwil, od których zaczynamy liczyć od nowa. Osobiście do takich dni, jak dzisiejszy, podchodzę dość sentymentalnie.
- To będzie przełomowy rok - powiedział mi Patryk w minionego Sylwestra, krótko po północy, przytulając mnie do siebie. - Przełomowy też dla nas, obiecuję ci to.

Pamiętam, że wtedy płakałam. Ale ja rykwa jestem i łatwo się wzruszam, a o północy w Sylwestra beczę prawie zawsze. Pamiętam, jak dzwoniłam do Rudej i do Olki. Wtedy byłyśmy wszystkie na finiszu pierwszego stopnia studiów, czekała nas obrona i każda z nas do tego jakoś mocno emocjonalnie podchodziła. Pamiętam, że w rok 2014 patrzyłam z ogromną nadzieją. Obserwując ogniste wzory na niebie prosiłam w duchu, by ten rok był dobry. Byłam przekonana, że będzie wyjątkowy. I taki właśnie był. Niesamowity, wyjątkowy, niezwykły. Tak, to zdecydowanie najbardziej trafne określenia. 

Styczeń wydawał mi się wtedy dość nerwowy. Upłynął mi głównie pod znakiem studiów, na zaliczaniu ostatnich egzaminów, oddaniu do dziekanatu pracy inżynierskiej i nauce do obrony. Pamiętam, że mocno to przeżywałam i prosiłam wtedy w duchu, by już było po wszystkim. Dziś jednak wspominam te styczniowe wieczory dość dobrze. Te spokojne, zimowe, mroźne wieczory i które spędzałam nad notatkami, siedząc nad nimi do późnych, nocnych godzin. Nauka zawsze łatwiej przychodziła mi nocą, toteż zawsze kolejnego dnia spałam do południa, żeby być wypoczęta. Pamiętam te noce, podczas których wychodziłam do kuchni wstawić wodę na herbatę, a później paliłam papierosa, spoglądając przez okno i wciągając dym do płuc wraz z mroźnym powietrzem. Wiedziałam, że mam wokół siebie paru ludzi, którzy trzymają za mnie zawsze kciuki i wierzą we mnie najmocniej. I jakoś, mimo tamtego stresu, którego dziś nie pamiętam, wspominam to wszystko naprawdę dobrze. Bo pamiętam tylko dobre chwile.

Początek lutego był zaś naprawdę nerwowy. Ostatnie powtórki, wkuwanie teorii i ustaw na pamięć i dziesiąty dzień miesiąca, kiedy Tata zawiózł mnie na obronę. Pamiętam, że nie trafiłam do końca w pytania. Nie mam pojęcia, skąd wziął się spokój, jaki ogarnął mnie podczas odpowiadania na nie. Ja, wieczny nerwus, wariat... mówiłam spokojnie i powoli. A potem słysząc słowa "Gratulujemy oceny bardzo dobrej, od dziś jest pani inżynierem architektem krajobrazu." prawie wyważyłam drzwi gabinetu dziekana i od razu uryczana rzuciłam się w ramiona Taty, który czekał na korytarzu. To był mój mały sukces. Cel osiągnięty własnymi siłami, prawie czterema latami wyrzeczeń, męczących dojazdów i nauki. I choć dla innych wydawałoby się błahostką, dla mnie to była radość nie z tej ziemi. I nadal jest. Jest taką dobrą, ciepłą myślą. Pamiętam, jak ze znajomymi i rodzicami opijaliśmy ten sukces, pamiętam, jak fajnie było mieć w pokoju tyle kwiatów na raz i kartek z gratulacjami. Żeby było mało, dzień po obronie zadzwoniłam do szefa od praktyk i pochwaliłam się, że się obroniłam na ładną piąteczkę. I właściwie od razu dostałam dorywczą pracę. I to w zawodzie! Myślałam, że to za wiele szczęścia na jeden raz. I w lutym właśnie postanowiłam wrócić na bloga. Właśnie w lutym poznałam Kordiana, poznałam część z Was, która od tamtej pory jest ze mną. I te założenie bloga też okazało się jakimś takim momentem przełomowym. Nie byłam pewna powrotu, a dziś nie wyobrażam sobie stąd zniknąć.

Marzec i kwiecień też okazały się miesiącami przełomowymi. Rozpoczęłam studia magisterskie i... nagle zabrakło na nich osób, dzięki którym studiowanie było do tej pory całkiem fajne. Nie było Rudej, z którą zawsze było najzabawniej, z którą paliło się czasem jointa przed wykładem, a potem okazało się, że teorie gospodarki przestrzennej mogą być naprawdę, cholera śmieszne. Zabrakło Olki i Dagmary, nie było Dziedzia, który zawsze żydził ode mnie ćmiki. Zabrakło tych, z którymi chodziło się na piwo nad Rusałkę, a potem jeździło po pijaku rowerem nad jeziorem. Nagle musiałam przyzwyczaić się do innych ludzi, którzy też jakoś na mnie wpłynęli. Musiałam przestać być wystraszoną dziewczynką, trzeba było stać się naprawdę twardą babką i umieć przekrzyczeć tłum nieraz, by walczyć o swoje. Ale jak jedni ludzie odchodzą, to drudzy przychodzą przecież. Mocniej zżyłam się z Agą i z Marth, które też jakoś pozytywniej wpłynęły na mój spokój, pomagały się nieraz ogarnąć. I po prostu były, to najważniejsze. I Wy przy mnie byliście.

Maj upłynął mi pod znakiem terenówek. Ciągłe wyjazdy, na które do tamtej pory narzekałam, a nagle okazało się, że całkiem je polubiłam. Zaczęło mnie fascynować wszystko, co nowe. Polubiłam się jakoś uczyć, poznawać, stałam się bardziej... ciekawska. I w maju właśnie skończyłam dwadzieścia cztery lata. To były strasznie zabiegane urodziny, ale wspominam je niezwykle ciepło. Pamiętam, że kiedy wróciłam z Poznania i przekroczyłam próg domu, czekała mnie niespodzianka od wszystkich, których kocham i którzy sprawiają, że jestem o siebie czasem spokojna. Zostałam obsypana prezentami, ale już pal pies prezenty... Oni byli wtedy dla mnie najważniejsi. Moja Rodzina i Patryk. Ci, którzy ostatecznie zawsze zostają do końca, którzy nieraz nic nie muszą mówić, a pomagają. Ci, którzy sprawiają, że się uśmiecham i najlepiej wiedzą, jak pociągnąć mnie za rude warkocze, by ustawić mnie na nowo do pionu, bym nigdy nie upadła.

Czerwiec to spacery nad Rusałkę, to egzaminy i wygranie ostatecznej walki - z najtrudniejszym, ustnym egzaminem z kształtowania krajobrazu miasta. Pamiętam, jak wtedy właśnie Królik pisał mi, że jakbym miała koczować pod salą wiele godzin, jak ostatnio, to on jest w gotowości z termosem i kawą, bo ma blisko przecież. To był chyba pierwszy raz, kiedy mieliśmy się spotkać i jak zwykle później, ostatecznie nie wyszło. Egzamin zdałam, kawa nie była potrzebna, a ból głowy nakazywał prędko jechać do domu. Czerwiec to był ślub Iwony, moment niezwykle sentymentalny, na którym jak zawsze musiałam mazać się jak dziecko. Ale opowiadałam Wam o tym wiele razy przecież. Czerwiec to był czas upadku na zdrowiu moim. Omdlenia, zasłabnięcia... i pójście po rozum do głowy. Znów dzięki Kordianowi w sumie. Bo kto potrafi truć dupsko tak, jak tylko On potrafił? Okazało się ostatecznie, że jestem po prostu przemęczona, ale do anemii niewiele mi brakowało. Musiałam na siebie zacząć uważać. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie przemęczenie może mieć nieraz paskudne skutki dla zdrowia. Nauczyłam się na siebie uważać, choć robiłam to głównie dla tych, których kocham. Czerwiec to koncert Aerosmith i wyprawa do Łodzi. Masa wspomnień, masa radości. W czerwcu postanowiłam rzucić palenie po raz pierwszy. Wtedy wytrzymałam dwa miesiące.

Lipiec wspominam absolutnie najlepiej ze wszystkich miesięcy w minionym roku. Wyjazd do Trójmiasta, wspomnienia z plaży w Gdańsku, chłopcy wbiegający do lodowatej wody, my z dziewczętami upite whiskey przy zachodzie słońca i ja z Karoliną skaczące po zmroku i krzyczące do gwiazd "Jedziemy na Peral Jaaaaaaam!", a chwilę później pijane, całe mokre od morskiej wody. Powrót do domu, z którego nie pamiętam nic, oprócz wkurzonych min chłopaków i naszego śmiechu. Udawane "będę rzygać, szukajcie miski!" i nabijanie się, jak M. wpada w popłoch. I ten koncert. Koncert na którym skakałam przez barierkę, który był absolutnie wyjątkowy i wzbudził tyle emocji... Pearl Jam na Open'erze. Spełnione marzenie, ukochani ludzie obok, zdarte gardło i niejedna przygoda.
Lipiec to nasz wyjazd do Kołobrzegu we dwoje. Nie wiem czemu, ale jakoś najcieplejszą chwilą wydał mi się moment, kiedy nawigacja zaprowadziła nas... na pole pełne elektrycznych, białych wiatraków. Nie zapomnę, jak oboje zaczęliśmy płakać ze śmiechu, jednocześnie nie mając pojęcia, jak stamtąd się wydostać. Lipiec to mnóstwo chwil tylko we dwoje, ale też czas pewnego strachu w mojej Rodzinie, z którym ostatecznie jakoś sobie wszyscy poradziliśmy. Przecież jak jest miłość, to zawsze da się jakoś radę.

Początek sierpnia to Woodstock. Mój pierwszy Woodstock. Kilka dni, które sprawiły, że oszalałam, jednocześnie zyskując wiarę w Ludzi. Mnóstwo koncertów, głupstw i zabawy. Wysmarowanie namiotu pasztetem, serio, zupełnie przez przypadek. Budzenie się w namiocie przez próby perkusji i zakurzony marsz ludzi na zwenątrz. A potem... potem powrót do rzeczywistości. Trudny, bo trudny, ale jednak było trzeba. Trzeba było wrócić do codzienności i zabrać się za pracę magisterską. Biegałam więc z miarą i mierzyłam drzewa, jakkolwiek to nie brzmi. I jakoś wcale już nie panikowałam, jak przy pracy inżynierskiej, że nie dam sobie rady. Zaczęłam odzyskiwać spokój. Nauczyłam się wyciszać. 

Wrzesień oprócz dalszych walk z magisterką, był właśnie momentem przełomowym dla nas. Dwudziestego dnia miesiąca usłyszałam słowa "Wyjdziesz za mnie?" na które czekałam przez ponad cztery lata związku. Nie pamiętam, kiedy byłam tak bardzo szczęśliwa, jak w tamtej chwili. Dziś czasem modlę się, by takie właśnie szczęście do mnie powróciło.

Październik był powrotem na uczelnię. Był lękiem spowodowanym przez operację Kordiana. A później był radością, kiedy jednak się wybudził. I przez ten późniejszy, niespełna miesiąc zdążyłam się z nim zżyć, jak z najlepszym kumplem na świecie. Był właśnie kimś, kto mówił "Jak ci będzie źle, dzwoń, pisz, a jak mnie wypuszczą ze szpitala, to wsiadam w auto i przyjeżdżam. Nie ma sytuacji bez wyjścia, pamiętaj." Pamiętam. I pamiętam, że starałam się Go rozśmieszać, jak tylko mogłam. Później pisał "Skończ już, w szpitalu jestem, mam przez ciebie głupawki!" A ja się tak cieszyłam, że mimo tego cierpienia, jakie Go dotknęło, On jednak śmieje się. I pamiętam ostatni dzień października i słowa Kordiana "Dziś jadę na Samhain, zapalę za ciebie świeczkę i za ciebie się pomodlę. Dzięki że jesteś Promyczku."

O listopadzie trochę strach mi mówić. Bo wciąż czuję ból po nagłej śmierci Kordiana. Listopad zawsze będzie miał w sobie już bolesne daty, ale czy to, co sprawia nam największy ból, nie czyni nas właśnie najsilniejszymi? Listopad to łzy kapiące na pożegnalny list, prosto na słowa "Dawaj czadu! Jesteś wspaniałym człowiekiem i masz dobre serce. Masz na pewno silniejsze serce, niż ja." Ale listopad to też spotkanie z Fridą, z którą przesiedziałam dwie godziny na ławce pod poznańską Areną i nie wierzyłam, że w tych dość smutnych okolicznościach można z człowiekiem, którego widzi się pierwszy raz na oczy śmiać się do łez i rozmawiać na przeróżne tematy. Listopad to narodziny Franka, kochanego maleństwa mojej przyjaciółki Iwony. Listopad to też wyjazd do Krakowa, spotkanie z moją Anją po wielu miesiącach rozłąki, spotkanie z ludźmi, za którymi tęskniłam potwornie. Koncert Slasha, spacery po Krakowie i poznanie Lusi, bez której sobie nie wyobrażam tego listopada. Bez tej ciepłej osóbki, która ostatecznie tak bardzo podnosiła mnie na duchu i dzielnie robi to nadal, kiedy tylko powiem, jej, że upadam. Dziękuję Ci za wszystko!

A grudzień to spokój. To wyciszenie, jakiego długo mi brakowało. Szukanie w sobie zagubionego ciepła, ognia stłumionego morzem łez. Grudzień to ludzie, do których lgnęłam i lgnę. Grudzień to zrozumienie, że jest się innym człowiekiem...

Bo ja się czuję zupełnie innym człowiekiem. Pod pewnymi względami lepszym człowiekiem. Jestem spokojniejsza, nauczyłam się wysłuchiwać, cieszyć się z drobnych chwil. Zaczęłam czerpać większą radość z dawania innym szczęścia i ciepła, nie oczekując niczego w zamian. Rok temu byłam szarą myszką, wystraszoną, zapłakaną. Dziś jestem odważniejsza, pewniejsza siebie, ale wciąż łatwo się wzruszam. Ale przecież dobre i wrażliwe serce, to nie przekleństwo

Miniony rok był absolutnie wyjątkowy. Bo spotkałam ludzi niezwykłych. I jestem wdzięczna, że wpadłam na dusze, które pomogły mi stać się lepszym człowiekiem. Czy czegoś żałuję? Może tylko jednej sprawy, niezależnej ode mnie. Żałuję, że nie zdążyłam przytulić Kordiana. Bo że znalazłam w końcu kogoś, kto Przyjacielem być potrafił jak mało kto, kto zawsze wiedział i kto dawał mi poczucie, że zasługuję na szczęście to wiem. I żałuję, że nie zdążyłam Go przytulić w tym cierpieniu, nim odszedł z tego świata. Nigdy nie spotkałam człowieka obcego tak naprawdę, który potrafiłby aż tak wczuć się w cudzą sytuację. Dziękuję, że byłeś Indie.

A Was zostawiam z Eddiem i piosenką, przy której zawsze rozpadam się na kawałki. Szczególnie ta właśnie wersja tego utworu sprawia, że mam ciarki, a łzy mieszają się z uśmiechem. Mało jakie utwory mają taką moc do wychwytywania uczuć z ludzkiej duszy. 

I życzę Wam, by rok 2015 był właśnie dla Was rokiem wyjątkowym. By zmienił coś w Waszym życiu na lepsze, nakierował na właściwą drogę i pozwolił cieszyć się każdym dniem, doceniając nawet najmniejsze drobiazgi. Cieszcie się każdą chwilą, bo nawet ta, w której najpierw widzimy samo zło, jak ja w styczniowych zmaganiach, z biegiem czasu okazuje się zapomnianym bólem. I zostaje tylko dobro. Dobro, którego przecież jest tak dużo wokół nas. Wystarczy tylko szukać, patrzeć i widzieć. 


"Mówi do siebie - nikt więcej nie może wiedzieć.
Wracają wspomnienia, gdy była śmiała i silna.
Czekała, aż świat do niej przyjdzie.
Przysięga, że już wtedy wiedziała, teraz przysięga, że on już odszedł.

(...)
Śni w kolorze, w czerwieni - wie, że nie znajdzie lepszego,
Nie znajdzie lepszego,
Nie znajdzie lepszego człowieka..."

sobota, 27 grudnia 2014

Kiedy śnieg skrzypi pod glanami, a myśli stają się tak spokojne, że aż można nimi oddychać.

Patryk odwiózł mnie do domu po rodzinnej imprezie u niego. Jechał powoli, bo święta znienacka stały się białe. I to porządnie białe.
- Pamiętasz, jak łapaliśmy kiedyś na języki płatki śniegu? - zapytałam go, kiedy wyjmował jeszcze coś z samochodu, a ja dość rozweselona białym winem podskakując na parkingu wystawiałam jęzor na mróz.
- Eee, nie bardzo - mruknął i uśmiechnął się na mój widok.
- No jak to nie pamiętasz? - oburzyłam się. - Patrz, tak robiliśmy o! -  znów wywaliłam jęzor z nadzieją, że spadnie na niego choć jeden płatek.
- Dobra, dobra, chodź już roztrzepańcu - objął mnie i odprowadził do drzwi.

A ja dobrze pamiętam. Zawsze kiedy spadał pierwszy śnieg zimy stawałam się jak dziecko. I kiedyś zarażałam tym jego. Pamiętam, jak staliśmy objęci na środku miasta i wystawialiśmy jęzory śmiejąc się jak para dzieciaków. To było dawno, bo jakieś cztery lata temu, ale pamiętam, dobrze pamiętam, jak się wtedy czułam. Dobrze, spokojnie i bezpiecznie.

I tak też działa na mnie pierwszy śnieg. Sprawia, że staję się spokojniejsza. Jakaś taka bardziej wyciszona, upewniona, ze mgła listopada została zduszona przez biały puch, a to, co złe i smutne zostało zamrożone w sercu. I przypomina mi się dzieciństwo. Nie styrani tak jeszcze wszelkimi troskami Rodzice. I uśmiechnięty Dziadek wyjmujący sanki.

"Zabrałbym cię dziś na sanki, ale jestem przykuty do łóżka" - napisał mi rano Patryk. Cóż, choroba nie wybiera przecież. Choć na początku zrobiło mi się smutno, bo ten dzień mógł wyglądać inaczej. Mogliśmy tarzać się w śniegu, robić anioły, wygłupiać, śmiać się z małą Malwiną i rzucać śnieżkami. Potem rozgrzać się ciepłą herbatą z cytryną, obejrzeć razem film i pójść na piwo i bilarda z chłopakami.

Ale choroba nie wybiera właśnie. A mi taki dzień, po tym świątecznym zamieszaniu też był potrzebny. Dzień spokojny i samotny. Długi sen, herbata z pomarańczą i cynamonem, czytanie dawnych słów, które nie umierają, tylko brzmią trochę ciszej w przestrzeni. I spacer. Długi, mroźny spacer ze śniegiem skrzypiącym pod glanami i muzyką brzmiącą w słuchawkach. Muzyką wesołą, która zagłuszała śmiech dzieci rzucających się śnieżkami. Ale nie zagłuszała ich uśmiechniętych oczu. Nie zagłuszała pocałunków zakochanej pary, którą mijałam. Nie zagłuszała mroźnego wiatru, który szczypał w twarz. I nie zagłuszała też moich myśli, które uspokojone pierwszym śniegiem zaczęły powolutku układać się w logiczną całość.

Jeden z ostatnich dni w tym roku. Roku, który był dla mnie absolutnie wyjątkowy, który wbrew pozorom był dobrym rokiem. Czas na pewne podsumowania, które póki co układam sobie w głowie i na kartkach papieru. 

To był dobry rok, bo zmieniłam się. I wydaje mi się, że zmieniłam się na lepsze. Odkryłam w sobie nową wrażliwość i przestałam się jej wstydzić. Przestałam się wstydzić być sobą.

A nawet tę wrażliwość w sobie polubiłam. Te pojawiające się w oczach łzy na myśl dobrych też wspomnień, łzy pojawiające się podczas rozmów o marzeniach. Łzy przeszkadzające w mowie podczas trudnych rozmów. Łzy będące oznaką wrażliwości. 

"Podobno każdy ma jakieś swoje przekleństwo. Moim przekleństwem jest zbyt dobre serce przez które nie umiem wszcząć wojny. Serce, które ostatecznie zawsze mięknie, każe się uśmiechnąć, każe przytulić, każe powiedzieć, że wszystko będzie dobrze i nie pozwala powiedzieć nawet złego słowa. Serce dobre dla innych, ale toksyczne dla mnie."

Tak pisałam na początku listopada. Później przez pewne wydarzenia, przez łzy właśnie, przez dobre i złe nieraz słowa moje myślenie się odmieniło. Przestałam widzieć w swoim dobrym sercu przekleństwo. Bo czasem właśnie obrywam, czasem wiję się bólu przez nie. W bólu, w którym jestem ostatecznie zawsze sama. Bo choć wielu ludzi mówi mi "jestem obok" tak naprawdę fizycznie prawie nigdy nikogo nie ma. Nikogo poza Patrykiem, o ile ten może do mnie dotrzeć akurat. Brakuje mi strasznie słów "Dzwoń nawet o trzeciej w nocy, a ja wskoczę w auto i przyjadę, jak będziesz chciała pogadać". Brakuje jak cholera. I jakoś w tym bólu bywam sama nieraz, ale to też okazało się dla mnie dobre. Bo kiedy człowiek dochodzi do lepszych wniosków, niż podczas wewnętrznych walk ze samym sobą?

Oparłam się o barierkę i patrzyłam na płynącą wolno rzekę. Taki paradoks, że nagle zatęskniłam do samotności. Bo przecież ja, wbrew pozorom czuję się człowiekiem strasznie samotnym. Tylko czy "czuję się" i "jestem" to na pewno to samo?
Warta jakoś tak zawsze uspokaja, jakoś pozwala pewne sprawy przemyśleć. Wzięłam głęboki oddech i wciągnęłam mroźne powietrze do płuc. Zamarzyłam o papierosie. Ale nie palę już przecież. Nie palę już półtora miesiąca. Uśmiechnęłam się do siebie. Niedługo pobiję swój rekord w rzucaniu. Faktycznie, tak lekko mi się teraz oddycha. I nie kaszlę już, kiedy wciągam mroźne powietrze. Mogę w pełni cieszyć się tym ciężkim, zimnym powietrzem.

Przestałam się wstydzić swej wrażliwości i dobrego serca, bo zrozumiałam, że ostatecznie będę fair w stosunku do siebie i do ludzi, których kocham. Ostatecznie, kiedy i mi przyjdzie zmierzyć się ze śmiercią. Bo cóż piękniejszego można dać za życia komuś, kogo się kocha, aniżeli właśnie serce na dłoni?

Kilka tygodni temu stałam z Karoliną na progu ich kamienicy w listopadowy jeszcze wieczór. Ona paliła papierosa, ja jej towarzyszyłam. 
- I co, czytałaś? - zapytałam z uśmiechem. Kilka dni wcześniej wysłałam jej adres mojego bloga.
- Kurwa, Asik - oczyska zaszły jej łzami. - Jak ja czytałam o Gdańsku i Pearl Jamie i o tym, jak leżałyśmy pijane w lodowatym morzu to się poryczałam. Tak się nawspominałam. I cholera... ja nie wiedziałam, że ty jesteś tak kuźwa wrażliwa...
I przytuliła, a dym papierosowy zaczął mi wtedy jakoś dziwnie paskudnie śmierdzieć. 

Bo po mnie nie widać. Zawsze uchodzę za tą silną babkę, której to wszyscy się zwierzają. Nawet, jeśli pół dnia ryczę, to robię mocny makijaż i idę do ludzi. A potem nierzadko mażę się po alkoholu i wstyd mi. A taki wstyd, wstyd tego pęknięcia bywa dla mnie najgorszy.

Dlatego najprościej było mi przestać udawać. I tego się uczyłam, żeby było zabawniej - zupełnie nieświadomie. Uczyłam się by coś, co do tej pory mi przeszkadzało, co wadziło na drodze, stało się jakby atutem. 
I jakimś dziwnym trafem stało się. Ten rok nauczył mnie, że zawsze warto kochać. 
I nigdy, przenigdy nie wstydzić się łez.



Byłem zagubiony, a teraz się odnalazłem.
Przekroczono linię, statek osiadł na mieliźnie.
Chłopak zniknął, opłakujmy go i pozwólmy mu odejść.
Opuścił to miejsce, kiedy świtało, ale oto nadchodzi nowy dzień, nie widzisz?

W towarzystwie wilków siedzę w ciszy
Obserwujący i przerażony.
To wtedy w towarzystwie ich oczu jak płomieniejący żar
Mężczyzna, którego widzisz, został stworzony.

Byłem na dole, teraz jestem u góry.
Dobrze wiedzieć, spokój znikąd
Oh, coś jest nie tak, coś jest nie tak,
Kiedy wszystko pozostaje takie samo
Dlatego staw czoła ogniowi,
Bądź godzien swego imienia.

środa, 24 grudnia 2014

Dziś otwieram swe serce jeszcze szerzej

Dziś jest ten jedyny dzień, kiedy zwalniamy, tak naprawdę. Dzień, w którym uczymy się wybaczania, w którym nie wstydzimy się wzruszenia, w którym nie boimy się przyjąć obcego człowieka w swe otwarte ramiona. A ja co roku zastanawiam się, dlaczego nie możemy tak na co dzień. Dlaczego nie możemy mieć w sobie więcej tego uczucia, tej miłości, tej wrażliwości? I chyba odpowiedź za każdym razem jest jednoznaczna i prosta. Wciąż za bardzo pędzimy nie oglądając się nawet za tym, co najważniejsze. Nie oglądając się za cudzym człowiekiem nieraz, który zupełnie przez przypadek może stać się kimś ważnym w naszym życiu.

Wiecie, miałam dzisiaj sen. Pierwszy raz od swojej śmierci przyśnił mi się Kordian. Spacerował sobie gdzieś w obłokach, uśmiechnięty. Miał ogromne skrzydła, zupełnie jak anioł z okładki Siewcy wiatru. A może jak biały kruk? W pewnym momencie odwrócił się do mnie i pomachał, a w drugiej dłoni trzymał skrzypce.
- Tu jest całkiem spoko, mówię ci Promyczku - powiedział z uśmiechem. - Zobaczysz. Wszyscy zobaczycie. Za parę lat się przekonacie. Wszystko będzie dobrze.

I cóż, pozostaje mi przekazać Wam Jego słowa. Słowa przez które płakałam cały ranek. Ale to były dobre łzy, bo oczyściły. Choć z tęsknoty chyba nigdy nie oczyszczą do końca.


Tylko teraz, gdy już zwolniłam, gdy skończyłam sprzątać, ubierać choinkę, piec i gotować i czekam, aż Mama dokończy potrawy po swojemu, zrozumiałam, że o siebie nie muszę się martwić w te Święta. I Wy też nie musicie. Wcale, a wcale. Wielu z Was życzyło mi już wesołych świąt. I moje święta są jak najbardziej wesołe, spędzone w najbliższym gronie, ciepłe i szczęśliwe. Tylko ja teraz, siedząc sama w przyciemnionym pokoju myślę o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia.

Dziś myślę o tych, którzy widząc puste miejsce przy stole nie zastanawiają się radośnie, czy jakiś obcy przybysz zapuka do ich drzwi. O tych, których tęsknota rozdziera serca. Myślę o tych, którzy samotnie grzeją dłonie przy kominku, lub marzną i mokną w deszczu. O tych, których dusze wypełnia samotność. Myślę o tych, którzy są w hospicjach, szpitalach i domach opieki. Myślę o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co ja i większość z Was, Kochani moi.

Pierwsza gwiazdka już lśni pewnie zasłonięta przez deszczowe obłoki. Dlatego, jeśli mam Wam coś życzyć, nim zasiądę do wigilijnego stołu, to oprócz tradycyjnego "wesołych świąt" życzę Wam, byście nigdy nie zamykali serc na drugiego człowieka. Byście nie zapominali o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia, co Wy. Bo czymże jest nawet spór z drugim człowiekiem, w porównaniu z tęsknotą po śmierci kogoś bliskiego, czy samotnością? Życzę Wam, Mili moi, byście kochali. Nigdy nie bójcie się być czuli. Nigdy nie zapominajcie mówić o swoich uczuciach. Nigdy, bo czasem zwykłe "lubię cię", "kocham cię", skierowane do drugiego człowieka jest na miarę złota. Życzę Wam, byście czerpali radość z tej atmosfery i ludzi, którzy Was otaczają. Byście pamiętali o tych, którzy Was lubią i kochają, bo o tych zapominamy niestety najczęściej. Żyjemy w XXI wieku i mamy milion sposobów, by dać komuś znać, że o nim pamiętamy, że ten ktoś jest dla nas ważny. Życzę Wam, byście doceniali każdą, nawet pozornie nudną chwilę. Czasem w tych pozornie nijakich chwilach dzieją się cuda, które później sprawiają, że nasze życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Staje się po prostu lepsze. Ja w takiej niepozornej chwili założyłam z nudów bloga. Poznałam Was i bez wielu z Was nie wyobrażam sobie już mojej codzienności. Jesteście dla mnie takimi iskierkami ciepła, promyczkami dla promyczka. W takiej niepozornej chwili zobaczyłam mojego przyszłego męża. W takiej niepozornej chwili On mi się oświadczył. I w takiej niepozornej zupełnie chwili zdałam sobie sprawę, że jestem szczęśliwa. Życzę Wam, byście pamiętali o tym, że każdy z Was nosi ciepło pod sercem, byście z tego ciepła korzystali każdego dnia, nie tylko w Święta. Bo Święta są po to, by te ciepło w sercu nagromadzić, a potem, przez cały rok je rozsiewać, nawet w tym pędzie, nawet w nudnej pozornie codzienności. Pamiętajcie o tym, że tylko od Was zależy to, czy ona będzie szara, czy nabierze rumianych kolorów. 

Dziś z całego serca współczuję osobom, które mówią "nie lubię świąt", zamykając się w swych małych światkach. Ale modlę się i za nich, tak samo, jak modlę się za tych, dla których te święta nie są wesołe. Tak samo, jak modlę się dziś za każdego z Was z osobna. Bo czymże są ciepłe myśli, aniżeli właśnie modlitwą?

Dziękuję, że byliście. I dziękuję, że jesteście.

Wesołych Świąt Kochani!

niedziela, 21 grudnia 2014

"Jakoś damy sobie radę"

Najdłuższa noc w roku. Tak bardzo mroczna, wietrzna i zimna, uderzająca w oczy deszczem. Ale mi niestraszna. Od jutra przecież dzień będzie coraz dłuższy.

Minęło parę dni odkąd byłam tu po raz ostatni. Musiałam ponadrabiać zaległości na uczelni i ja - jak to ja, ciągle gdzieś pędziłam i coś załatwiałam. Mimo tego zabiegania, w pociągu najczęściej czytywałam Wasze posty... Byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona tym, jak nominacja dobrych myśli rozprzestrzeniła się po Waszych blogach niczym jeden, wielki, pozytywny wirus. Jesteście naprawdę niesamowici :)
A dziś jestem już spokojna. I się uśmiecham. Uśmiecham się, bo od środka grzeje mnie ciepło, które dostałam od różnych, cudownych ludzi. Także od Was.

- Masz coś do odebrania z poczty - powiedział ojciec parę dni temu, kiedy wczesnym rankiem, jeszcze zaspana przydreptałam do kuchni.
Okazało się, że zostałam obsypana nie tylko ciepłymi słowami, ale też i pierniczkami przez Małą Czarną. Dawno nie miałam tak dobrego początku dnia! A pierniczki były tak pyszne, że zniknęły prawie w mgnieniu oka. W miniony piątek zresztą czekała na mnie kolejna niespodzianka od listonosza - obok kolejnych ciepłych słów, śliczna zawieszka z pacyfką od Anji. Prosto z gór. Dokładnie taka, jaka mi się marzyła.
- Byłbym zapomniał! - wypalił Patryk tego samego dnia, kiedy nie mogłam nacieszyć się pacyfką, która zawisła na mojej szyi zaraz, obok drewnianej gitarki. - Mala kazała ci to przekazać. Mówiła że to bardzo ważne!
Powiedział to z taką powagą, z jaką zapewne mówiła to mu jego pięcioletnia siostrzyczka, wręczając mu ten mały drobiazg oblepiony szczelnie zbyt dużą ilością papieru ozdobnego. Otwierałam ostrożnie myśląc sobie, że schowała tam pewnie kolejny rysunek dla mnie, albo wycinankę, która wylądowałaby obok pozostałych na mojej tablicy korkowej. Dużo się nie pomyliłam.


Jakoś tak się kurka wodna, wzruszyłam. Tym bardziej, że z całego serca kocham tę małą, wygadaną kruszynę, która za każdym razem, gdy odwiedzam Patryka obsypuje mnie maskotkami, lemurami i kucykami drocząc się z nim: "Asia przyszła na kawę do mnie, nie do ciebie, idź sobie!"
Co wy mnie tak wszyscy, cholera rozpieszczacie? - śmiałam się w myślach do siebie i wtedy dostałam wiadomość od Lusi. 
- Asik, słuchaj w sobotę o 19-stej Muzo.fm, koniecznie!
A pewnie, że słuchałam. Spóźniłabym się na przedświąteczne piwo z chłopakami, ale słuchałam niecierpliwie. I cóż, usłyszałam w pewnym momencie głos naszej Lusi kochanej, która dedykując mi piosenkę "Damy radę" happysadu powiedziała:
- (...) żebyś tak myślała. Bo tak właśnie będzie, przecież zawsze jakoś damy sobie radę!
No i znów się wzruszyłam. Ale ze mnie przecież rykwa nie z tej ziemi ponoć.

*  *  *

Przygotowania do ślubu ruszyły. Pojechaliśmy dziś obejrzeć pierwszą salę - podobno najdroższą z tych, które sobie upatrzyliśmy. Ale jakoś tak kusiła nas i wybraliśmy się tam z myślą "Pewnie i tak jej nie wybierzemy, ale zobaczmy, żeby mieć chociaż jakieś porównanie." Szczena słuchajcie opadła mi do ziemi. Wystrój przepiękny, menu też zapowiadało się całkiem nieźle, ładnie urządzona przestrzeń na zewnątrz, na co koniecznie przez moje zboczenie zawodowe musiałam zwrócić uwagę, a cena... jak się okazało mieszcząca się w granicach rozsądku. Pani, dość konkretna, przedstawiła nam ofertę w taki sposób, że właściwie nieświadomie odpowiedziała na prawie wszystkie nasze pytania, jakie mieliśmy w zanadrzu. Po świętach ruszamy dalej.
I jakoś tak, cholera... zaczęłam tym w końcu żyć. Po ostatnich wzlotach i upadkach między nami planowanie ślubu stało się raczej ciężarem i powodem do kłótni. Unikaliśmy rozmów o tym i nigdy nie wiadomo było, z której strony ugryźć ten temat, by nie pokłócić się między sobą, albo z rodzicami. I był to jakiś taki powód do mojego powolnego, cichego załamywania się. Bałam się, że nam się ostatecznie nie uda, że nas to wszystko przerośnie, że to może jakieś złe znaki...
A dziś wracaliśmy stamtąd uradowani po uszy, pełni energii do działania dalej, choć czasu przed nami jeszcze sporo, bo przełożyliśmy planowany termin na czerwiec 2016 roku. Zamartwiałam się tylko funduszami i dogadaniem się z rodzicami. Tym bardziej, że szczególnie z tym drugim ostatnio był dość duży problem. Do tego stopnia, że panicznie wręcz zapragnęliśmy się wyprowadzić ze swoich rodzinnych domów i zamieszkać sami, we dwoje. Zależało nam na poszukaniu kawalerki, własnego kąta, ale teraz musimy się zdecydować - albo będziemy odkładać pieniądze na ślub, albo opłacać z nich mieszkanie.

- Zachciało mi się magistra, cholera - przebąknęłam, a mina nieco mi zrzedła. - Gdybym już normalnie pracowała, to z jednej wypłaty moglibyśmy żyć, a drugą odkładalibyśmy na ślub... 
- Żeby ci te studia jeszcze nie zwróciły! - przerwał mi Patryk, dość stanowczo. - Niedługo będziesz dobrze zarabiać, a my będziemy mogli zacząć się budować. I z rodzicami się dogadasz... Zobaczysz. Wszystko będzie dobrze. Jakoś damy sobie radę. 

*  *  * 

Krótko po powrocie siedziałam zamknięta w pokoju i przeglądałam zdjęcia sali. Do pokoju weszła Mama. Przytuliła mnie.
- Gniewasz się na nas jeszcze? - zapytała cicho.

Gapiłam się w ekran monitora. Dwa dni temu kłóciłam się z rodzicami. Padły z ich ust takie słowa, które mi nawet nie przyszłyby na myśl. Przepłakałam przez nie całą przedwczorajszą noc, czując się jak gówno, jak totalne zero. Przez te słowa narodziło się we mnie przekonanie, że jestem nic nie warta i że wszystko, co dobre, jest tylko złudzeniem.
Ale jestem szczęśliwa, że jedną moją umiejętnością, którą opanowałam niemalże do perfekcji, jest wybaczanie. Wybaczyłam im już na drugi dzień, choć blizny zostaną nawet, kiedy zagoją się rany. Do końca życia pozostanie ślad słów, które paść nie powinny, które były ostatnimi słowami, jakich spodziewałabym się usłyszeć od moich rodziców ukochanych, które były jak tępy nóż wbijany powoli prosto w serce.
Ale wybaczyłam. Zawsze wybaczam i jest mi z tym dobrze. Wybaczam mimo tego, że pamiętam.

- Nie gniewam się. - odpowiedziałam spokojnie.

Bogu dzięki, że ta atmosfera między nami jakoś się polepszyła. W końcu idą Święta. Nie chodzi o to, by żyć w niezgodzie. Szczególnie w rodzinie, w której zawsze jakoś szło się ostatecznie dogadać.
Zaczęłyśmy rozmawiać. Rozmawiać na temat ślubu i przyszłości tak, jak jeszcze nigdy. Dawniej ten temat był niczym pole minowe, a teraz mówienie o tym przyszło nam z taką łatwością... Opowiadałam jej o sali, mówiłam o naszych planach i marzeniach, ale też o wątpliwościach, których jest przecież sporo.
- Czegokolwiek nie powiedziałam w piątek wieczorem... - zaczęła niepewnie Mama - ... tak naprawdę nigdy w was nie wątpiłam. Jesteś bystra, pomożemy wam, jakoś to razem ogarniemy, nic się nie bój. Naprawdę, jakoś damy sobie radę, Kochanie.

I wtedy pomyślałam sobie, że ten zwrot usłyszałam w ciągu minionej doby zbyt wiele razy, by ostatecznie w to nie uwierzyć. Mogę śmiało powiedzieć, że pierwszy raz od euforii zaręczynowej jakoś tak na nowo zaczęłam się cieszyć, myśleć o tym pozytywnie i marzyć, marzyć przede wszystkim! Pierwszy raz zamiast "chyba się wykończę, nim tego cholernego ślubu dożyję" pomyślałam sobie "nie mogę się doczekać, to będzie cudowny dzień!" I jest zupełnie inaczej, lepiej. Znów jest nadzieja, która rozgrzewa serce. Serce, które przecież zostało ogrzane przez tylu cudownych ludzi ostatnio.
Tym razem nie mogę się wyzbyć tego przyjemnego uczucia, tej pewności. Że przecież ostatecznie jakoś damy sobie radę. W końcu czuwa nad nami niejeden Anioł.


Znalazłem amulet przynoszący szczęście.
Ozdobiłem go miłością.
Przebyłem siedem mórz do ciebie,
Czy to wystarczy?
I będę tęczą...
Och, gdy przeminie twoja burza...
I przyniosę ci piosenkę,
I nie spocznę, będę kontynuował.

piątek, 5 grudnia 2014

W grudniową noc rozpalmy ognisko, napijmy się słodkiego wina i kolekcjonujmy dobre chwile, czyli nominacja dobrych myśli po raz drugi

Mija miesiąc. Tej mroźnej, grudniowej już i pięknej mimo wszystko nocy mija miesiąc, odkąd pewne przykre wydarzenie wstrząsnęło nie tylko blogosferą, ale też życiem części z nas. Mija miesiąc, odkąd odszedł Kordian. Wiem, że część z Was z lękiem spoglądała na ten dzień w kalendarzu. Przyznam Wam się, że ja też. I nie, nie zamierzam wylewać tu dziś znowu morza łez, pisać listów, czy wyzywać listopada za to, co przyniósł swym chłodnym, późnojesiennym powiewem. Ja nawet nie chcę doprowadzić do tego, by tu było smutno, wiecie? Wręcz przeciwnie. Chcę wykrzesać tę iskrę, która rozpali ogień uśmiechu na Waszych twarzach, sprawi, że może chociaż spróbujecie na chwilę spojrzeć w swoje dusze i znaleźć w nich coś, co ociepli Wasze serca.

Jakoś krótko po Jego operacji, gdy jechałam tramwajem na dworzec dostałam od Kordiana sms'a że wpadł na pewien pomysł i że koniecznie musi mi o tym opowiedzieć. A później dostałam drugiego, że napisał posta, w którym musiał bezczelnie wykorzystać mój pomysł, który teraz miał stać się naszym wspólnym pomysłem.

Pisałam wtedy o tym, że chciałabym móc zbudować wielki dom, w którym chciałabym pomieścić Was - blogowych przyjaciół i napić się z Wami słodkiego wina, a potem śpiewać i bawić się do rana. 

Chodziło mi o coś w stylu zlotu blogowego.
I cóż, ja miałam marzenie, a Kordian, jak to Kordian - miał już plan.

Co prawda od wielkiego domu wolał szałasy, a raczej domki nad jeziorem przy którym moglibyśmy rozpalić ognisko i spędzić wszyscy razem czas. Wielu z Was pisało, ze przynajmniej postarałoby się na ten zlot blogowy dotrzeć. Nawet nie wyobrażacie sobie, ile planowanie tego i kombinowanie sprawiało Mu radości. 

Tylko, że nie na tym koniec. Indie zainspirował się wówczas moją skromną osobą dwukrotnie.

Pamiętacie, jak wymyśliłam kiedyś nominację dobrych myśli? To był bardzo spontaniczny pomysł, podczas, gdy tworzyłam posta w którym opisywałam dobre wspomnienia ze swojego życia, mówiąc o tym, jak bardzo podnoszą mnie na duchu w trudnych chwilach. 

I kiedy kończyłam pisać, mając na twarzy uśmiech od ucha do ucha pomyślałam sobie, by część z Was "nominować" do opisania kilku dobrych chwil, ciepłych wspomnień. Chciałam sprawić, byście przez moment poczuli się dzięki temu tak szczęśliwi, jak ja. Byście poczuli tę magię, którą można w tak banalny sposób ocieplić Wasze serca. Wielu z Was nie tylko ją wypełniło, ale także przekazało pozytywnego wirusa dalej. Nie wyobrażacie sobie nawet mojej wówczas radości, gdy widziałam, jak rozprzestrzenia się na mniej, lub bardziej znanych mi blogach.

Do tej zabawy nominowałam wówczas także Kordiana. Rzecz jasna, kiedy się dowiedział wyskoczył z wymownym "O jeeezu! XD Mnie się nie nominuje! XD" A później, podobnie, jak wielu z Was postanowił jednak skolekcjonować dobre chwile i opowiedzieć o tym nam wszystkim i zrobił to w sposób niezwykle wzruszający. Pamiętam, że pisał także o momentach pozornie smutnych, ale nauczył mnie i myślę, że także wielu z Was wówczas czegoś bardzo ważnego: by i w takich chwilach dostrzec dobre myśli, małe iskierki szczęścia i nadziei, które nosimy w swoich duszach.

I właśnie ten nasz zlot blogowy, w podpoznańskiej miejscowości nad jeziorem, przy ognisku, muzyce i winie miał być na swój sposób wyjątkowy. Bo noc ta miała zyskać miano warsztatów dobrych myśli.

 

Ale Kordian odszedł. A mi samej dużo trudniej będzie zorganizować takie spotkanie, choć nie mówię, że nie dałabym rady. Chodziłoby raczej o stronę stricte organizacyjną, załatwienie noclegów i miejsca na ognisko, czym miał zająć się Kordian. Ale poradzę sobie. A może poproszę kogoś o pomoc. Mam dużo czasu na myślenie, bo do letnich nocy jest jeszcze mnóstwo czasu.

A tymczasem mamy grudzień. Mamy prawie zimowy czas. Nasze serca są pełne chłodu po tym, co się stało miesiąc temu. Ale przyszło mi do głowy, by właśnie teraz, dokładnie miesiąc po śmierci Kordiana, gdy mamy już za sobą pierwszy szok i morza łez, wznieść za Niego toast słodkim winem, zanucić wesołą, pełną wdzięczności piosenkę i ocieplić te marznące serca ponownie dobrymi wspomnieniami.

Więc może znów zrobimy tak, że ja opowiem o swoich dobrych chwilach, a później poproszę Was, byście zrobili to samo? Już raz się udało przecież, więc jestem pewna, że mnie nie zawiedziecie. Może wspólnymi siłami sprawimy jakoś, by było cieplej, by być może wciąż przez łzy przebijał się uśmiech jednak. Bo On przecież tego by chciał.

W każdym razie pomyślałam sobie, że czas na nominację dobrych myśli po raz drugi. Robi się chłodno, więc ogrzejmy się nawzajem - jak to mówił (a raczej próbował mówić po polsku) Eddie Vedder podczas tegorocznego koncertu Pearl Jam w Gdyni.

No to cóż. Zaczynam :)

Pierwsza myśl
Rok 2010. Była piękna, lipcowa noc. Niebo magicznie udekorowane gwiazdami i my tylko we dwoje, siedzący na barierkach na obrzeżach naszego małego miasta. Jeszcze nie byliśmy wtedy z Patrykiem parą, choć uczucie wisiało już w powietrzu i miałam wówczas ogromną nadzieję, że jednak coś się wydarzy.
- To trochę durne i pewnie nic w tym takiego nie ma, ale może... wierzysz w spadające gwiazdy? - zapytał, śmiejąc się jakby sam ze swojego pytania.
- Wierzę - odpowiedziałam całkiem poważnie, tylko lekko uśmiechając się pod nosem. - W ogóle wierzę w siłę gwiazd. Wierzę, że spełniają marzenia.
Zapadła chwila niezręcznej ciszy.
- To mam pewien pomysł - powiedział nieśmiało.
- Jaki? 
Trochę spanikowałam, kiedy przysunął się bliżej mnie, a jego ręka powędrowała na moje ramię i mnie przytulił, patrząc się w niebo.
- Może znajdziemy taką samą, spadającą gwiazdę i w tej samej chwili pomyślimy życzenie? Może wtedy jakimś cudem się spełni, bo jak próbuję myśleć życzenie sam, to jakoś nie działa... 
- Może - odpowiedziałam. - Patrz, leci! - zapiszczałam po chwili.
I pomyślałam. No pewnie, że pomyślałam, żeby mnie pocałował. Tak, tak wiem. Słodko do porzygu. Ale wtedy o tym nie myślałam. Wtedy chodziło mi tylko po głowie, że jestem cholerną szczęściarą, bo właśnie siedzę na barierce objęta przez najprzystojniejszego faceta, jakiego spotkałam, szukając z nim spadających gwiazd.
O mało nie zeszłam na zawał, kiedy podczas pożegnania pocałował mnie. Tak spanikowałam, że jak przekroczyłam próg mojej kamienicy, pomyślałam sobie o idiotko, co ty wyprawiasz, przecież prawie wcale go nie znasz! Ale nie mogłam przestać się śmiać. To była najromantyczniejsza chwila w moim życiu. I co z tego, że słodka do bólu. Moja. Nasza. A wspomnienie o niej maluje mi uśmiech za każdym razem. A czyż nie o to właśnie chodzi?
- Wiesz, te spadające gwiazdy to chyba jednak nie ściema - tak brzmiał jeden z najcudniejszych sms'ów, jakie dostałam w życiu. Krótko po tej chwili. 
Pewnie, że nie ściema. W końcu jesteśmy już zaręczeni, szukamy mieszkania i powoli zaczynamy planować ślub.

Druga myśl 
Rok 2011, sierpień. Kraków, a właściwie jego okolice. Impreza u jednego ze znajomych. Gitara, desperadosy i śpiew. Miałam wtedy przy sobie trzy ukochane osoby. Patryka rzecz jasna, oraz blogowe przyjaciółki Anję i Szkę.
I choć była to impreza, jak każda, dla mnie było w niej coś wyjątkowego. Mieć tę trójkę przy sobie w jednej czasoprzestrzeni to było coś niesamowitego. I za każdym razem, gdy oglądam zdjęcia śmieję się, choć czasem śmieję się przez łzy tęsknoty. Nie wspominając już o filmiku, na którym nagraliśmy Agi śmiech, którym pozarażała wszystkich dookoła. Wierzcie mi, lub nie, ale takiej padaki ze śmiechu jeszcze nie widziałam. I nie, nie byliśmy na żadnych dragach. Po prostu przez kilkanaście minut śmialiśmy się wszyscy bo... Aga się śmiała. A jej śmiech był po prostu nie do podrobienia. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od pokazania obrazka Matki Boskiej Częstochowskiej... Poważnie. Pierwszy raz w życiu myślałam, że umrę... ze śmiechu. Aż teraz się podśmiechuję, kiedy to wspominam.

Trzecia myśl
Rok 2014, czerwiec. Ślub mojej przyjaciółki, Iwony. Dzień przepiękny, słońce przygrzewało, a jedyne, co odrobinę psuło mi nastrój, to kobiece dolegliwości, które musiały się zacząć akurat w ten dzień. Weszliśmy z Patrykiem do kościoła i usiedliśmy w jednej z ostatnich ławek. Kiedy zabrzmiały skrzypce i para młoda zaczęła iść w kierunku ołtarza, a ja zobaczyłam Iwonę w sukni ślubnej, z trzęsącą się brodą... nie wyrobiłam. Rozryczałam się jak dureń. Co prawda ze szczęścia, ale... wyobrażacie sobie, jak było mi głupio, kiedy kamerzysta akurat w chwili mojej paniki, że nie mam chusteczek przybliżył akurat kamerę na mój umazany ryjec? Najzabawniejsze było w tym wszystkim to, że obok stał Patryk, który udawał, że mnie nie zna. W sumie, to mu się nie dziwię. Bogu dzięki kamerzysta się zlitował i wyciął ten fragment z filmu. Wolę nie wiedzieć, jakie cuda będę wyczyniać na własnym ślubie.
Ale wracając... płakałam ze szczęścia i była to też dla mnie chwila wyjątkowa. Iwona była moją pierwszą taką przyjaciółką... od serca. Bo ja swego czasu byłam strasznym samotnikiem. Nie zapomnę, jak pewnego dnia podeszła do mnie i powiedziała:
- Jesteś fajna. Fajnie byłoby się z tobą zaprzyjaźnić.
Kojarzyłam ją tylko z widzenia, ale to, co wtedy usłyszałam było dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy usłyszanych w życiu. Naprawdę jestem fajna? Warto mnie znać? Warto mnie lubić? - myślałam wtedy. Nie muszę chyba dodawać, ze miałam bardzo zaniżone poczucie własnej wartości.
Miałyśmy wtedy po jedenaście lat. 
I owszem, zaprzyjaźniłyśmy się.
Później chodziłyśmy do jednej klasy w gimnazjum. W końcu miałam przyjaciółkę. Razem przeżywałyśmy szkolne rozterki, pomagałyśmy sobie w nauce i pracowałyśmy zawsze w parze. Razem jeździłyśmy na obozy i spałyśmy w jednym namiocie, opowiadając sobie w nocy straszne historie. Chodziłyśmy razem na spacery i pierwszy raz się razem upiłyśmy. Powierzałyśmy sobie tajemnice i mówiłyśmy sobie, którzy chłopcy nam się podobają, a później ryczałyśmy, że przecież żaden na nas nie spojrzy, że jesteśmy brzydkie i że zostaniemy starymi pannami, albo wstąpimy do zakonu. 
I jak ja miałam nie płakać, kiedy przypomniałam sobie o tym wszystkim widząc ją w pięknej, białej sukni, z maleństwem pod sercem?
To była piękna chwila, dobra chwila, która uświadomiła mi, że dobrze, że pewni ludzie zostają. Minęło kilkanaście lat, odkąd się poznałyśmy, a ona wciąż o mnie pamięta. I pamiętała również wtedy, kiedy przyniosła mi zaproszenie na ślub, mimo, że bardzo długo się nie widziałyśmy.

*  *  *

I cóż, to by było tyle z mojej strony. Na mojej twarzy maluje się już cudny uśmiech wywołany dobrymi myślami, którym teraz pozostaje mi zarazić Was. Jak na Promyczka przystało, wykrzesałam pierwszą iskrę i rozpaliłam ognisko. Teraz tylko od Was zależy, czy ten ogień podtrzymacie. A ja myślę, że jednak warto.

A mi pozostaje podać butelkę wina dalej.
Do opisania swoich dobrych myśli nominuję: 


Zadanie dobrze znacie i jest banalnie proste: wystarczy opisać kilka dobrych wspomnień, chwil, które malują Wam uśmiechy na ustach. Byłoby wspaniale, gdyby później były nominowane kolejne osoby. Mam nadzieję, że ten pozytywny wirus rozprzestrzeni się tak, jak ostatnio i nominacja dobrych myśli znów na chwilę zawładnie blogosferą. Myślę, że to teraz jest potrzebne po fali smutku, jaka ostatnio nas zalała. Może wciąż przez łzy, ale czas w końcu się uśmiechnąć. I jeśli ktoś nie będzie miał jednak ochoty opowiadać o swoich dobrych chwilach, to ja przecież nie zmuszam, żeby było jasne. Niech po prostu napije się wina i wysłucha opowieści pozostałych.

wtorek, 2 grudnia 2014

Liebster Blog Award - dopadło mnie po raz drugi, a więc czas na ponowną spowiedź Asika

Odnosicie takie wrażenie, że zrobiło się tu strasznie ponuro, prawda? Ja też. Może aż za ponuro, bo przecież dawniej starałam się, by ten blog był jakąś taką dawką pozytywnej energii, nie licząc rzecz jasna drobnych wyjątków. Bo przecież każdy musi się od czasu wyżalić, każdy musi od czasu do czasu ponarzekać sobie. I ja też. Dlatego tym bardziej cieszę się, że w takich momentach jesteście, wspieracie i dorzucacie do ognia, by promyczek nie zgasł i co by było w sumie nam wszystkim trochę cieplej. I chwała Wam za to, naprawdę. Dziękuję Wam, bo ciepło się teraz przyda nam wszystkim. W końcu mamy już grudzień i pierwsze przymrozki. Dają w kość, co?

Więc sobie pomyślałam tak, że dzisiaj możemy wspólnie spróbować się w końcu pouśmiechać. A jak ktoś chce, to i pośmiać się ze mnie może, ja się nie obrażę, a co! Mam bowiem zaległą (i to bardzo), drugą już podczas pisania tego bloga nominację od Venus do Liebster Blog Award. Mam nadzieję, że Venus wybaczy mi opóźnienie i fakt, że na pytania odpowiem z nutką ironii, śmiejąc się z siebie czasem. 
A ja tymczasem grzecznie - jak zawsze zresztą - biorę się za odpowiadanie.


1. Sprawdzałaś kiedyś teorię - "przez żołądek do serca?" Jeśli tak, to czy udało Ci się uwieść drugą osobę?
Troszkę może zboczę z tematu, ale... cholera jasna teraz się wyda. Wyda się, że Asik jest totalną nogą kulinarną i gotować nie potrafi. Chociaż nie! Może mistrzem kuchni nie jestem, ale jakby się głębiej zastanowić, to umiem ugotować rosół, pomidorówkę, ogórkową chyba... usmażyć schabowe, mielone i piersi z kurczaka... zrobić pizzę, spaghetti, frytki i ugotować pyry (a co, poznańska pyra jestem!). A co do poznańskich dań wychodzi mi zajebiście gzik (bo przecież jest tak skomplikowany!). I jeszcze śledź w śmietanie. I tu jest pies pogrzebany, bo to, co ja uwielbiam, czyli gzik, śledzia w śmietanie, z cebulką i szczypiorkiem włącznie - mąż mój przyszły nienawidzi. Ale nie moja wina przecież, że za młodu go katowali syropem z cebuli! I teraz mi mówi: "tylko cebulkę drobniutko pokrój, albo wcale mi nie wkrawaj nawet." Sam se krój cholera, co ja poradzę, że ja lubię w piórka kroję. Ale jedno muszę Wam przyznać. Trafiamy do siebie idealnie w jednej kwestii, jeśli chodzi o jedzenie. Wszak niejednokrotnie powtarza się sławetny dialog, który zazwyczaj zaczynam ja:
- Kochanieee?
- Tak, tak, zabiorę cię na ten kebab.
Kebab. Po prostu kebab. Zawsze trafimy do siebie kebabem, a najlepiej w tortilli. Nieraz, jak któreś jest wkurzone, to wystarczy, że powtórzy się powyższy dialog. Tak więc przez kebab do serca. 
No i robię zajebistą jajecznicę. A potem jem ją z keczupem, ale chyba nie o tym miałam. Zresztą ja z ketchupem zjadłabym nawet drożdżówkę.
Z głodu nie pomrzemy.

2. Jakie by były trzy życzenia do złotej rybki, gdybyś ją złapała?
Raz złapałam, ochrzciłam ową rybkę na Zbigniewa. I muszę Wam powiedzieć, że złote rybki mają coś w sobie, Zbigniew był niczym magik. Potrafił trzy doby pływać brzuchem do góry, a potem cudownie ożywał i jakby nigdy nic udawał głupiego dalej. Ale ostatecznie zdechł.
Ale tak na poważnie.
Życzeń bym miała mnóstwo, tak naprawdę ciężko byłoby mi ograniczyć się do trzech. Bo ja z natury bywam niezdecydowana, co Patryka doprowadza do szału nieraz, a złota rybka pewnie skończyłaby, jak wspomniany wyżej świętej pamięci Zbigniew.
Ale skupiając się na najważniejszych...
Począwszy od wrócenia życia Zmarłym, przez odwrócenie niesprawiedliwości losu, przez zdrowie dla ludzi których kocham i lubię, nieustającą miłość, zakończywszy na braku wojen, ludzkiej znieczulicy i nastaniu pokoju na świecie.
Jak mówiłam - nie potrafię wybrać trzech. Marth kiedyś śmiała się, że narysuje mi na czole pacyfkę, bo te ostatnie życzenia powtarzam bardzo często, niczym w piosence Lennona. Ale co ja na to poradzę, że kocham ludzi i świat i boli mnie każda blizna na nim zadawana?

3. Twoja największa słabość to...?
Muszę przyznać, że mam dwie. Pierwsza, to przytulanie, a druga to ludzie. Przytulałabym się do każdego. Na Woodstocku miałam istne pole do popisu, szczególnie, kiedy trafiałam na ludzi z tabliczką "Free hugs". Przytulałam się tak długo, że w końcu jakiś pijany koleś się na mnie napalił, musiałam uciekać, a Patryk musiał interweniować. Sytuacja powtórzyła się, kiedy przytuliłam kolesia przebranego za tygrysa. Łaził za mną i Kaką i nie dawał nam spokoju. Ale wtedy, to już prawie mu przywaliłam. Tak, prawie biłam się z napalonym tygrysem.
A ludzie... Nie wyobrażam sobie życia bez ludzi. Jak za długo muszę siedzieć sama, chociażby w okienku, czy poczekalni - dostaję na głowę. Łapię się na tym, że wtedy wysyłam dużo więcej sms'ów do znajomych. Po prostu nie znoszę być sama. Jasne, czasem potrzebuję, jak każdy pobyć na swojej bezludnej wyspie, ale są to krótkie chwile raczej. Nawet, kiedy jest mi bardzo źle - lgnę do ludzi, potrzebuję wyjść, zadzwonić, pogadać, to dla mnie najlepsze rozwiązanie. Myślę, że nieustanne powroty na blogi są też jakimś dowodem na to.
4. Jesteś rannym ptaszkiem, czy nocnym markiem?
Zdecydowanie nocnym markiem. Lubię wstać rano, żeby czerpać jak najwięcej dnia, ale jeśli chodzi o mój organizm - lubi się w tej kwestii buntować i poranne wstawanie bywa czasem największą katorgą, a ja przez pół dnia nie mogę wyjść z fazy zombie. 
Za to uwielbiam przesiadywać nocą. Noc jest dla mnie najbardziej twórcza i magiczna. Lubię wówczas pisać, czytać, uczyć się. Nocą wszystko wychodzi mi lepiej.

5. Skąd bierzesz inspiracje na pisanie bloga?
Chciałam się powtórzyć i napisać znów "z ludzi". I to jest prawda, ale moja inspiracje nie ograniczają się tylko do nich. Potrafię czerpać z wielu rzeczy. I nie mam tu na myśli tylko muzyki, malarstwa, rysunku, wspomnień, czy marzeń. Najczęściej "nachodzi mnie" podczas zwykłych, codziennych, drobnych nieraz sytuacji, z których mogę wyciągnąć jakieś sensowne wnioski. A tych doszukuję się często. Iskierka pojawia się nagle - podczas czytania książki, jazdy pociągiem, rozmowy z drugim człowiekiem, czy spaceru po parku. A zaraz po niej nachodzi mnie myśl: Zapisz to, będziesz mogła dzisiaj o tym opowiedzieć. Wiecie, że czasem z drobiazgów wychodzą całkiem fajne historie?

6. Wolisz obcasy, czy adidasy? 
Trampki i glany. 
W adidasach biegam, a obcasy zakładam, kiedy już muszę i kiedy wypada, a jest to dla mnie nieskończoną katorgą nie tylko przez moje wybrzydzanie, ale głównie przez to, że od lat męczę się z nieprzyjemnymi i bolesnymi... haluksami. Skąd one u mnie - pojęcia nie mam, mawiają, że to genetyczne i w tym wypadku to nawet byłoby racjonalne wytłumaczenie. W każdym razie... nie jest to tak, że obcasów nie lubię. Pewnie nosiłabym je częściej, niestety ból bywa nieznośny. I cóż, każdą potańcówkę na weselach, czy innych balach kończę zawsze na boso. Tak, biorę buty na przebranie. Ale na boso mi wygodniej.Cóż, czasem może zdarzyć się, że sama skończę jako bosa panna młoda.

7. Kawa, czy herbata?
Jeszcze jakiś czas temu, jednogłośnie i bezapelacyjnie napisałabym, że kawa. A dziś mówię jednak, że herbata. Uwielbiam herbaty we wszelkiej odsłonie. Zielone, czarne, ziołowe, owocowe, ale nigdy nie gorzkie. Od kawy musiałam się odzwyczaić niestety - piłam ją w nieziemsko dużych ilościach, a jak wiadomo, co za dużo, to niezdrowo. Także u mnie się to sprawdziło i to dosłownie. Małą kawę zatem pijam tylko na rano, żeby wyjść z trybu zombie, a później ewentualnie na uczelni, kiedy zdarzy mi się zasnąć na jakimś wykładzie. I na tym koniec.

8. Makaron, czy ryż?
Makaroniara jestem, zdecydowanie. I uwielbiam makaron w czerninie. Tak, lubię czerninę. Może dlatego, że jak byłam mała, to wciskali mi, że to czekoladowa zupka, to jadłam. Później, kiedy dowiedziałam się, z czego to jest, przestałam jeść, ale jednak smaki z dzieciństwa wzięły górę. Cóż, czernina zawsze będzie dla mnie czekoladową zupką. I ją też umiem ugotować, zapomniałam dodać do mej wyliczanki w punkcie pierwszym.

9. W ludziach cenię...?
Uśmiech, ciepło, chęć życia, szczerość, życzliwość... Oklepane trochę, choć prawdziwe. Ale cenię też wady, mimo wszystko, wiecie? Bo dzięki wadom człowieka można bardzo szybko poznać i zrozumieć jego słabości. A przez to też do niego dotrzeć, prawda?

10. Twoje ulubione wspomnienie z dzieciństwa?
Mogłabym opowiadać Wam o tym, jak wepchnęłam kuzyna do basenu, pobiłam kolegę za to, że mojemu najlepszemu kumplowi pokazał fakersa, darłam się "niech mnie ktoś ratuje!" kiedy tata niósł mnie na rękach zaraz po tym, jak przyrżnęłam w beton potykając się o krawężnik. Ponoć ruscy na targu powtarzali "dziecko porwał!" Tak mówili, naprawdę. 
Ale moje ulubione wspomnienie jest nieco sentymentalne, wzruszające i dla tych, którzy czytają mnie dłużej będzie całkiem zrozumiałe. Moje ulubione wspomnienie z dzieciństwa związane jest z moim Dziadkiem. Pamiętam słabo, miałam osiem lat, jak zmarł, a trochę czasu już minęło przecież. Ale za każdym razem, gdy przypomnę sobie, jak robił ze mną babki z piasku i miał swoją ulubioną, zieloną foremkę, albo jak bronił mnie przez babcią, kiedy ta wyzywała mnie, że znów goniłam kury z kijem, albo jak zawsze odpowiadał, na moje pytanie, czy mnie kocha "A kto by ciebie Asieńko nie kochał?" - to robi mi się na sercu cieplej. Tak, wspomnienia z moim Dziadkiem, moim dziś prywatnym Aniołem, który wciąż opiekuje się mną, broni mnie i śni mi się, kiedy jest mi trudno, są tak naprawdę najlepszymi i najcieplejszymi wspomnieniami z dzieciństwa. Dziś widzę je trochę jakby przez mgłę, ale wciąż pamiętam przecież. I wciąż kocham i dziekuję. Nie wolno przestać kochać i przestać być wdzięcznym tylko dlatego, że ktoś fizycznie odszedł z tego świata.

11. Jaką książkę możesz polecić na jesienny wieczór?
Teraz sobie dopiero uświadomiłam, jakie ja w tej nominacji miałam zaległości. Mowa o jesieni, a tu już zima za pasem! Ale ja myślę, że na takie chłodne, zimowe wieczory śmiało mogę Wam takową literaturę polecić.
Osobiście w minionych tygodniach zakochałam się w książkach Reginy Brett, a kompletnego bzika dostałam na punkcie Beaty Pawlikowskiej. I myślę, że właśnie ją Wam polecę. I wiecie, nie zrażajcie się, jeśli skojarzy Wam się z typowym "poradnikiem życiowym". Też sobie myślałam: nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć. Ale stojąc pewnego dnia przy empikowych regałach zaczytałam się, a później kupiłam. I będę wracać do tej książki niejednokrotnie. A mowa o "W dżungli życia". Ktoś kiedyś mi powiedział, że Beata Pawlikowska to przesadna idealistka. A ja pokochałam ją całym sercem, za jej stosunek do życia, jej miłość do codzienności, do świata, jej odwagę za chęć podróży o których tak pięknie opowiada. I wiecie co? Wielokrotnie się tu nią inspirowałam. Tak, śmiało mogłabym ją dopisać do moich inspiracji.




Zresztą, może po prostu zostawię Was z cytatem:

"Szukałam w życiu szczęścia. Wyruszałam w podróż po drogach dobrze oznakowanych i prowadzących, jak mi się wydawało - we właściwym kierunku. Kiedy okazywało się, że te wydeptane trakty w rzeczywistości są bezdusznym pustkowiem, zaczęłam szukać dziewiczych ścieżek, przez które przedzierałam się wbrew woli i chęci innych ludzi. Ostrzegano mnie, że źle skończę, a ja organizowałam następną wyprawę do Ameryki Południowej, Afryki czy Azji. Wiele razy rzeczywiście byłam bliska utonięcia w trzęsawiskach i bagnach dżungli amazońskiej i życiowych pułapek takich jak narkotyki, alkohol, anoreksja, bulimia, samotność czy przemoc. Ale zawsze w ostatniej chwili ratował mnie wewnętrzny głos, który zaczynał krzyczeć, że przecież nie tego szukałam i nie o to mi chodziło. Nie chciałam kończyć nieszczęśliwie jako bohaterka tragedii. Chciałam żyć i być szczęśliwa. Powracałam więc do przerwanej podróży przez rzeczywistość i wyruszałam na kolejny koniec świata, żeby na nowo próbować znaleźć drogę we właściwym kierunku. Gdybym wiedziała dokładnie czego szukam albo jakie pytania powinnam zadać spotykanym po drodze ludziom, być może byłoby mi łatwiej. Ja tylko czułam, że powinno być inaczej, że życie nie może być beznadziejnym splotem okoliczności, w których człowiek jest bezradnym więźniem. I rzeczywiście. Odkryłam kilka ważnych rzeczy, o których nikt mi nigdy nie powiedział. Musiałam sama sparzyć się wiele razy, żeby je zrozumieć. Dlatego postanowiłam o nich napisać. Nauczyłam się pokonywać trudności i rozwiązywać problemy."
Cóż, no. To by było chyba na tyle. Nominować nie będę, ale nie myślcie sobie, że tak łatwo Wam to ujdzie. Zresztą, przekonacie się w najbliższym czasie, o. Nic nie zdradzę. Nic.
A tymczasem... wiecie, że ilekroć zaczytuję się w biografię Slasha, tylekroć zwiększa się moja chcica na Gunsów? Cholernie dawno nie słuchałam ich, a dobrze jest czasem poczuć się, jak w rajskim mieście.