niedziela, 30 listopada 2014

Tak on sobie płacze, ten listopad niewysłuchany.

To był twój ostatni dzień. Miałeś odejść, już nie sprzątać po sobie nawet, szkód naprawiać, bo przecież tego, co zrobiłeś naprawić się nie da. Modliłam się, być po prostu po cichu odszedł i zamknął za sobą drzwi. Modliłam się, byś przypadkiem nimi nie trzasnął, byś nie zadał kolejnej rany, kolejnego bólu. Byś odszedł, niepocieszony, ze spuszczoną głową i po prostu zniknął cicho w oddali, a ja cały ten bałagan posprzątałabym w końcu sama. Do wszystkiego przecież potrzeba czasu i ja to nawet zrozumiałam, wiesz? Próbowałam się pogodzić z tym, co zrobiłeś, oswoić się, że to tak naprawdę już na wieczność. Że słowo nigdy nasiąka coraz bardziej swym cierpkim posmakiem, stając się tak bardzo dosłowne. Miałeś tylko odejść, nie miałeś dawać szczęścia, miałeś po prostu po cichu odejść...

Taki czarny jest ten listopad, taki zimny, taki obolały od deszczu, od wspomnień, od mokrych rękawiczek - aż strach. Gdybym była listopadem, to rada bym się otrząsnąć z mojej listopadowej doli. Błąkałabym się po uliczkach czarnych jak jary i błagałabym Pana Boga, żeby zmienił zapisy. Ale może on - ten listopad - tak właśnie się błąka, tak się obija i tak szlocha rozpaczliwie; 'O Boże, Boże spraw żebym już nie był listopadem, żeby mi nie było tak ciemno wieczorem i tak mglisto nad ranem, i żeby nie bolały mnie wszystkie liście i żeby nie dokuczał mi reumatyzm miłości! Też bym tak chciał, jak kwiecień pobiec do różowego sadu, albo jak lipiec - wyskoczyć na plażę pełną piłek...' Tak on sobie płacze ten listopad niewysłuchany. Ta beksa.

Pieprzony listopadzie.
Wcale mi cię nie żal. Płoń sobie w piekle, a ja wcale nie zapłaczę nad twoimi przeraźliwymi jękami i twym przeklętym losem. Jesteś najgorszym demonem, jakiego przyszło mi ostatnio spotkać. Jesteś potworem. Zasłużyłeś na to. Zasłużyłeś na najgorsze.

To był spokojny wieczór. Już spokojny wieczór, po porannych kłótniach. Wiesz, siedząc w półmroku i zajmując się sprawami na uczelnię naprawdę myślałam, że poranne łzy będą tymi ostatnimi. Było przecież tak spokojnie, tak cicho, a w powietrzu unosił się aromat kawy, której ostatnio tak mało piję. Czekałam tylko na Niego, byśmy w końcu mogli spędzić razem wieczór, przytulić się do siebie i obejrzeć jakąś durną komedię. Tak, jak dawniej. Po prostu być przy sobie, nic więcej. I taki ten wieczór był, wiesz? Nie popsułeś nam tego, choć bardzo chciałeś. Gdy odpalaliśmy film, usłyszałam dźwięk sms'a. Pomyślałam, że to nic ważnego, że pewnie ktoś pyta o jakieś jutrzejsze zajęcia, że odczytam później.
Jak ja potem żałowałam, że nie przeczytałam od razu.

Gdy później, po kłótni z rodzicami, siedzieliśmy już wcale nie w tak radosnych nastrojach, jak jeszcze chwilę temu, a ja myślałam, że już gorzej być dziś nie może, przypominając sobie o nieodebranej wiadomości złapałam za telefon i odczytałam ją.
Wiadomość od Agnieszki.
Mojej Szki.
Gdy widziałam, że od niej, to już wiedziałam. Przełknęłam tylko jeszcze nerwowo ślinę.

"Z drzewa życia mojej mamy spadł ostatni liść."

- Boże, to się nie dzieje, Boże powiedz, że to nieprawda... - schowałam tylko twarz w dłoniach i znów zapłakałam, a Patryk patrzył na mnie ze zdziwieniem. Przecież przed chwilą płakałam z zupełnie innego powodu.

Zadzwoniłam do niej.
- Wystarczy, że jesteś Asiczku, dziękuję - mówiła, a jej głos był poważny, ale nie drżący. Zawsze uważałam ją za silną babkę, może czasami wierzyłam w nią bardziej, niż ona sama. - Jakoś się trzymam. Dam radę. Muszę, nie? Ech... Okropny ten listopad, co? Najpierw mały Felek. Potem Kordian. Teraz Mama. Ale przynajmniej Felkiem ma się kto zaopiekować nie?
Myślałam, że ryknę płaczem do słuchawki, ale powstrzymałam się jakoś. Już po śmierci Kordiana powiedziała mi, ze będzie się opiekował Felkiem. Felek przecież byłby z Nim w kocim raju. I pewnie jest.

Nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Milczałam do słuchawki, a Patryk siedział na brzegu łóżka i podpierał głowę dłońmi. Pieprzone kilometry. Dlaczego najcudowniejszych ludzi muszę mieć tak daleko od siebie? Dlaczego ja muszę być tak daleko od nich, kiedy mnie potrzebują?
- Aga... Aga ja nie wiem co mogę ci powiedzieć. Nie wiem. Przepraszam. Nie wiem...
- Nie musisz nic mówić. Wystarczy, że jesteś, naprawdę.

Ale ile można tylko być? Co to daje do kurwy nędzy?!  Ja potrzebuję działać, a nie siedzieć na dupie - jęknęłam w myślach do siebie.
Młoda noc jeszcze, weszłam do kuchni. Wstawiłam wodę na herbatę i usiadłam na krześle. Na kolana wskoczył mi mój pies, skulił się i ułożył wygodnie. Zawsze do mnie przychodzi, a ja jako jedyna pozwalam mu wskoczyć na kolana, czy polizać po rękach. Nie krzyczę już na niego. Za dużo osób na niego krzyczy za to, jaki jest. I tym razem pozwoliłam mu się przytulić do mnie. Broda zaczęła mi się trząść, a on przyglądał mi się tym jednym oczkiem, bo na drugie, zabielone nie widzi już przecież. Kiedy po policzkach pociekły mi łzy, przyglądał mi się wciąż, z zaciekawieniem odchylając łepek. W pewnym momencie zaskomlał cicho, szturchnął mnie łapką. Zupełnie jakby chciał powiedzieć Ruda, weź się w garść i przestań ryczeć!

A ja wtedy właśnie nie wytrzymałam. Rozpłakałam się, chowając twarz w jego sierści. Za dużo tego wszystkiego, za dużo.

"W Twoim sercu płonie wielki ogień, którego żadne zdarzenie, żadne pozorne nieszczęście nigdy nie ugasi. Nigdy nie ugasi, jeśli tylko Ty sama pozwolisz mu płonąć. To wielki ogień, do którego lgną ludzie, przy którym i inni się ogrzewają, jak podczas tych wspaniałych, późnojesiennych nocy pełnych mroku i zimna. Ale gdy siedzi się przy takim ogniu, można pić słodkie wino i śpiewać wesołe piosenki. I każdy się uśmiecha. (...)

Jednak, ten ogień nieraz mnie trochę też martwi. Zresztą, pewnie zdajesz sobie z tego sprawę. Bo czasem boję się, że za dużo siebie spalasz dając innym. (...) We wszystkim trzeba wypośrodkować, Promyczku. Ogrzewać, rozjaśniać innym życie to wspaniała sprawa. Może nieraz to nasz główny cel, nasza  droga, kto wie. (...) Więc nie chodzi mi o to, mój skarbie, żebyś przestała dorzucać do tego ognia albo żebyś kogokolwiek od niego odganiała. Tylko żebyś za bardzo nie poparzyła sobie przy tym swoich łapek."

Nie wyobrażam sobie nie płonąć. Nie wyobrażam sobie stać się zimnym soplem lodu. Może to właśnie jest główny mój cel, by pomagać innym, by brać na barki czasem cudze problemy, ocierać te łzy i podnosić kąciki ust do góry. Za każdym razem bowiem, gdy spowoduję te małe, radosne wykrzywienie ust na cudzej twarzy, choć czasem przez łzy - czuję się lepiej. Więc może to też jakaś forma egoizmu, ale...

Ja też potrzebuję być czasem jak ten półślepy pies. Potrzebuję przytulić się do kogoś. Albo właśnie zostać przytuloną nawet tak, by nie móc nabrać powietrza w płuca. Wysmarkać się w cudzy rękaw, poczuć, jak ktoś ociera mi łzy. Bo te moje serce, choć przyjmuje dzielnie każdą strzałę z łuku losu, to jednak ma bardzo słabą tarczę. A że jest miękkie, to boli. Boli czasem do granic wytrzymałości, kiedy pozostaje płakać w poduszkę, by broń Boże nikt nie usłyszał. 
I to nie jest tak, że moje serce się boi, że nie chce już dłużej płonąć. Bo to przecież jego przeznaczenie. Tylko o te przytulenie chodzi. O tego drugiego człowieka, który wysłucha, a potem powie coś cholernie mądrego. Coś, co ukoi ten paskudny ból. 

Przez zamglone od łez oczy gapiłam się na paczkę papierosów, która leżała na stole. Nie zapalę, przecież obiecałam. Nie tknę tego kurewstwa więcej. A po chwili zobaczyłam wiadomość od Fridy:
"(...) Pies Kordiana, Śliczna, nie żyje. Myślę, że tak jest nawet lepiej bo przecież...zawsze chciała iść za nim. Nie chcieli jej też już męczyć, zmuszać do jedzenia... sama wybrała. I miała do tego pełne prawo, jak sądzę, tym bardziej, że wiele życia jej nie zostało. Może rok życia w tęsknocie więc...tak chyba lepiej."

Oj listopadzie, przeklęty żniwiarzu... Zabrałeś wszystko, co mogłeś. A teraz odejdź. Zniknij i przepadnij.


piątek, 28 listopada 2014

"Po­ranek i wieczór, na­rodzi­ny i śmierć, początek i ko­niec - skraj­ności nie baczące, że łączy je coś pośrodku..."

W pewne sierpniowe popołudnie wybrałam się na spacer z Iwoną. Gdy machała mi z daleka na przywitanie, uśmiechnęłam się szeroko na widok jej niemałego już brzucha. W końcu zaczął jej się wtedy szósty miesiąc. Od dwóch miesięcy była już mężatką, a ja cieszyłam się, że ostatecznie jakoś jej się te życie poukładało. Bo przecież wiedziałam dobrze, że bywało różnie - razem przecież dorastałyśmy i przeżywałyśmy szkolne rozterki.

Siedziałyśmy naprzeciwko siebie w ulubionej knajpie. Ona z wiadomych względów popijała soczek, ja piwo. Kiedyś byłyśmy do siebie bardzo podobne, pamiętam nawet, jak w gimnazjum nosiłyśmy takie same sweterki i słuchałyśmy takich samych, smętnych piosenek o nieszczęśliwej miłości. Teraz jesteśmy skrajnymi przeciwieństwami pod wieloma względami. Łączy nas jednak wciąż jedno, od lat to samo. A jest tym śmiech. Kiedy zaczynamy się śmiać, nikt wokół nie musi wiedzieć o co chodzi, czasem nawet i my same nie mamy pojęcia, z czego się śmiejemy. Ale po prostu, będąc obok siebie zawsze ocieramy łzy ze śmiechu.

Gdy Iwona opowiadała o domu, mężu i swojej ciąży, cieszyłam się jej szczęściem, ale dobrze wiedziałam, że to wszystko dopiero przeze mną. Czasem trochę jej zazdrościłam, ale przecież doskonale zdawałam sobie sprawę, że i na mnie przyjdzie odpowiedni czas, że wcale nie ma sensu, bym się spieszyła, bo choć czuję się dostatecznie dojrzała psychicznie na te sprawy, to jednak dobrze wiem, że potrzebuję jeszcze czasu na te wszystkie moje szaleństwa. Na te wszystkie szaleństwa, na które nie pozwalałam sobie dawniej, zgrywając poukładaną i porządną nastolatkę. Długo będę jeszcze totalnym roztrzepańcem, o ile nawet nie pozostanę nim do końca. Próbowałam to w sobie stłumić, ale pewnego dnia uznałam to za swój atut i polubiłam to w sobie. Bo w tych moich szaleństwach, nawet nie o bunt już chodzi, nawet nie o robienie komuś na złość, udawanie kogoś innego, czy udowadnianie czegoś na siłę. Chodzi przede wszystkim o bycie sobą właśnie i pokazanie tej dziecięcej jeszcze tak bardzo czasem radości, w której tkwi jednak pewna dojrzałość wynikająca z mojego wieku. Bo piętnastu lat już przecież nie mam.

Kiedy z kolei ja opowiadałam Iwonie o ostatnich wyjazdach na koncerty i o świeżych jeszcze wtedy woodstockowych szaleństwach, o tym, że wracałam do obozu cała ubłocona, zmarnowana, potargana i szczęśliwa z tego, że zaniesiono mnie na fali pod samą scenę, ta krzywiła się pod nosem. Zawsze twierdziła, że słucham wariackiej muzyki. I że świr trochę jestem. No bo w sumie jestem.
- Aśka, jesteś roztrzepana, jak byłaś. Ale to jest właśnie chyba takie no... "twoje" - powiedziała mi wtedy.

I tak siedziałyśmy sobie wtedy, rozdrapując nawet czasem pewne rany i wspomnienia, o których wiemy tylko my. Blizny, o których nigdy nikomu nie powiedziałyśmy. Kiedy zrobiło się dość ponuro, zapytałam ją w końcu:
- To kiedy ty właściwie masz termin? 22, czy 23 listopada?
- Aleś wybiegła, dziewczyno! - zaśmiała się. - 13 listopada... Ale uważaj, jak mi wywróżyłaś i mi się opóźni!
Sama nie wiem, dlaczego przyszła mi do głowy taka data. Może dlatego, że 22 listopada to dokładnie pół roku po moich urodzinach, a 23 to pół roku po imieninach Iwony. Ma je dokładnie dzień po moich urodzinach. I jakoś tak sentymentalnie mnie naszło, że może akurat wtedy. Czysty przypadek, nic więcej, a jednak uśmiechałam się pod nosem.

*   *   *

Im bliżej było 13 listopada, tym bardziej, mimo przykrych wydarzeń moje myśli wybiegały w stronę Iwony. Tym bardziej, że widziałam się z nią trzy dni przed terminem, kiedy już z "kwadratowym" brzuchem mimo wszystko śmiało kursowała na mieście. Mówiła wtedy, że zadzwoni, że da mi znać. 

Nie dzwoniła, a ja się martwiłam, bo nie chciałam jednak zawracać jej głowy. Nie miałam przecież pojęcia, czy to "już", czy jeszcze będzie trzeba trochę poczekać. Gdy po paru dniach zadzwoniłam do jej Bratowej dowiedziałam się tylko, że wciąż czekają, że się opóźnia faktycznie. A kiedy wracałam z Krakowa, Iwona napisała mi, że jakoś się trzyma, że czuje się dobrze, ale że próbują wywołać poród, bo przecież już czas najwyższy, a jeśli do wtorku nie urodzi, będzie miała cesarkę.

*   *   *

W niedzielny wieczór ogarniałam powoli sprawy na uczelnię. Nadszedł czas najwyższy, by na nią wrócić, by nadrobić zaległości i by w końcu spotkać się też z promotorką. Myślałam sobie, że przecież ostatecznie trzeba się pozbierać, że muszę żyć dalej, że mam po co i dla kogo przecież.
I wtedy do mojego pokoju wparowała Mama.
Rozmawiała przez telefon.

- Już, już daję Aśkę! Jezu, jak się cieszę, ale fajnie! No, ale Aśka, Aśka masz, telefon prosto ze szpitala!
Odebrałam od niej telefon. To była bratowa Iwony.
- Asiu, Iwonka urodziła! Dosłownie parę minut temu mały Franek przyszedł na świat, jest cały i zdrowy! - płakała mi do telefonu, z radości rzecz jasna. - Iwona mnie prosiła, jak się zaczęło, że mam cię poinformować jak będzie po wszystkim, że się martwiłaś przecież i cholera no... możemy się cieszyć! Aha i macie wpaść z Patrykiem na kawę, jak już będą z Franiem w domu!

No to jej wywróżyłam, 23 listopada!
Popłakałam się ze szczęścia, siedząc nad tymi cholernymi notatkami, z którymi sobie nie radziłam.

W tym smutnym listopadzie, którego końca tak bardzo wyczekuję, wyczekiwałam chyba jeszcze bardziej na tę jedną, dobrą nowinę. Szczęśliwą wiadomość, pośród tych wszystkich nieszczęść, jakie ostatnio się wydarzały. Czekałam na telefon z wiadomością o cudzych narodzinach, kilka dni po tym, jak dostałam telefon o cudzej śmierci, o cudzym umieraniu, o cudzej chorobie i o cudzych rozstaniach. I płakałam, płakałam ze szczęścia i nadmiaru emocji, odsuwając od siebie powoli notatki, wiedząc dobrze, że przecież już się na nich nie skupię.

Ale może o to właśnie chodziło.

Może właśnie chodziło o to, że w momencie, kiedy powiedziałam łzom stop, one popłynęły, ale z zupełnie innego powodu. Z powodu szczęśliwego. Może właśnie chodziło o to, by przestać czytać smutne cytaty w smutnych książkach, odstawić je na wysoką półkę i zamiast nich sięgnąć po te  radosne. Może właśnie chodziło o to, by przestać nucić smutne piosenki, a zacząć śpiewać wesołe. I może właśnie chodziło o to, by łzy spływały po podniesionych w uśmiechu policzkach, a nie tak drżących wciąż, przybierających grymas smutku.

Iwona napisała do mnie jeszcze przed północą.
- Asik, dzisiaj przed dziewiętnastą urodziłam. Mały jest śliczny :) 
- Wiem, Skarbie, już wszystko wiem (...) Powiedz mu do uszka, że ruda, roztrzepana ciocia Asia oszalała ze szczęścia.


 

niedziela, 23 listopada 2014

A w Krakowie na Brackiej pada deszcz.

No i wróciłam. Jakąś dobę temu wróciłam do mojej codzienności z kilkudniowego, krakowskiego oderwania. Po ponad dziewięciogodzinnej podróży pociągiem przekroczyłam próg domu, a Mama jak zawsze wyściskała mnie tak mocno, że przez chwilę zapomniałam, że mam jeszcze płuca. Zawsze mnie tak przytula, gdy wracam. Nawet, kiedy robię coś nie po jej myśli.

Nie czułam smutku, że wróciłam. Czułam raczej szczęście, że dane było mi wyjechać i oderwać się. Gdy mimo zmęczenia, piłam wieczorem drinki z Mamą pomyślałam sobie, że przecież lubię tę moją rzeczywistość. Powroty z Krakowa były trudne kiedyś. Dziś po prostu są. Ale dobrze, że jest jak jest.

Dobrze, że jest jak jest, bo w końcu zapracowałam sobie na to, by było po prostu dobrze. Zrozumiałam, że nie ma sensu stać w miejscu i trzeba wziąć sprawy we własne ręce. Szczęście zazwyczaj samo nie przychodzi i samo nie odchodzi.

Jeśli chodzi jednak o powrót z koncertu, a nie z Krakowa, to był to zdecydowanie inny powrót, niż tegoroczne, letnie powroty z koncertów Pearl Jamu, Aerosmith, czy Woodstocku. Może dlatego, że był to powrót listopadowy, a czekanie na dworcu nie było tak przyjemne, jak wtedy, gdy w czerwcowe, niewyspane przedpołudnie siedziało się po turecku na peronie w Łodzi i popijało zimne piwo oczekując pociągu na Poznań. Zazwyczaj wracałam tak naładowana emocjami, że dało się to odczuć także tu, na blogu, kiedy zasypywałam Was długimi relacjami. Tym razem ani nie przeskakiwałam przez barierkę, ani nie wyprowadzali mnie półprzytomnej, ani nie nieśli na fali. Ale stałam kilka metrów od Slasha, Mylesa Kennedy'ego i całej reszty. Słyszałam na żywo Sweet child o' mine, Paradise City, Nightrain, czy Rocket Queen. I choć nie mogłam ani śpiewać, ani krzyczeć, bo przez ból gardła nie mogłam nawet mówić, to jednak to wszystko... znów jest takie moje. Bo nie ma czegoś lepszego, niż słyszeć ulubionego gitarzystę na żywo, gdy wszystkie riffy brzmią dokładnie tak samo, jak na zdartych płytach Guns'ów, w końcu przez nikogo nie coverowane.

(Źródło: onet.pl)
A wracając do Krakowa... Kraków był niesamowity jak zwykle. Zresztą nie ma chyba drugiego miasta w Polsce, które działałoby na mnie tak emocjonalnie. Już pierwszego dnia, jak zawsze ciepło zostaliśmy przyjęci przez rodzinę Anji. Jeśli mam wskazać jakiś dom, z którego człowiek nigdy nie wyjdzie głodny, czy niewyspany, a w którym ludzie są zawsze przyjaźnie nastawieni do gości i gotowi podstawić pod nos talerz gorącej zupy w zimny dzień, to właśnie to jest ten kawałek podłogi pod Krakowem. 
Choć byliśmy dość mocno zmęczeni podróżą, to gdy wszyscy zasnęli i nawet mój Patryk padł twarzą w poduchę, to razem z Anją wyśliznęłyśmy się po cichu do kuchni. Zamiast herbaty rozlałyśmy piwo na pół, a nasze rozmowy mogłyby trwać w nieskończoność. Choć dawniej takie rozmowy trwały o wiele dłużej, kiedy jeździłam do Anji na co najmniej tydzień, to teraz mogłam przesiedzieć w samotności z tą małą istotką o wielkim sercu tylko jedną noc. Ale w końcu mogłam jej tyle opowiedzieć i tyle słów z siebie wylać. Myślałam, że będę płakać, ale... nie płakałam. 
Czwartek upłynął nam pod znakiem koncertu. Wino wypite z rodzicami Anji na pożegnanie i słowa każdego z nich: Pamiętaj, że ten dom jest zawsze dla was otwarty i zawsze możecie tu przyjechać, sprawiły, że coś znowu drgnęło w sercu, ale ja... znów nie płakałam. Dopadła mnie raczej głupawka, bo pijąc wino przypomniałam sobie, że przecież rano brałam tabletki na kaszel...
No i spotkanie z Lusią. Tak, tak, naszą Lusią. I choć nasze spotkanie było dość krótkie, bo ograniczyło się zaledwie do posiedzenia chwile w KFC i krótkiego spaceru, bo zaraz musieliśmy uciekać na koncert, to przeogromnie cieszę się, że znalazła dla mnie chwilę. Uwielbiam spotykać ludzi poznanych na blogu, którzy okazują się być w realnym świecie dokładnie tacy, jak sobie ich wyobrażałam, tak samo przyjaźni i pogodni. A nasza Lusia to kobitka i do tańca i do różańca, jak mawiają. Można z nią pogadać poważnie, lub pośmiać się do łez. A ja osobiście takich ludzi z całego serca uwielbiam.

A piątek... choć zaczął się incydentem pt. "Asia to bitna dziewczyna", to w gruncie rzeczy miał nieco inną aurę. Piątek to było oddanie się magii Krakowa. Długie spacery po tych kochanych, stęsknionych ulicach, tym razem nieco chłodniejszych. Brama Floriańska, przy której znów nie mogłam napatrzeć się na dziesiątki kolorowych obrazów. Dźwięk hejnału, podczas którego zadzwoniłam do Mamy, by posłuchała.



- Widzisz tamte ławki i tamtą ścieżkę? - zapytała mnie Anja, gdy miałyśmy głupawkę, kiedy Patryk usiłował zrobić nam "normalne zdjęcie".
- Ano widzę, a co? Ach... Już wiem!
- Tak, to ta sama ścieżka po której biegałyśmy we czwórkę i...
Znów te ciepłe sercu wspomnienia. Ta sama ścieżka, po której biegałyśmy we czwórkę i śmiałyśmy się do łez. Cztery lata ponad minęły od tamtego czasu. I choć wszystko było teraz inne - zamiast lipcowego słońca dający się we znaki chłód i nieco inne emocje grające w sercu. Ale ławki wciąż te same. I tak samo rude włosy, przynajmniej u mnie.

I weszliśmy do Kościoła Mariackiego. Już parę dni temu powiedziałam sobie w duchu, że pogodziłam się z Bogiem. Po prostu pogodziłam się z Nim, tłumacząc sobie, że pewne sprawy widzę - podobnie jak inni ludzie - zbyt ludzko i przyziemnie. I nie ma w tym nic złego tak naprawdę, w końcu wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Z tym, że czasem dobrze jest spojrzeć sercem, spróbować się pogodzić i pomodlić się za to, żeby nadal można było szczęśliwie żyć. I o tym właśnie myślałam, kiedy zapalałyśmy tam w ciszy z Anją świeczkę. Maleńkie źródełko światła, pośród setek innych. A jednak tak bardzo moje, tak bardzo nasze. To było coś tak bardzo dla mnie symbolicznego i przywołało do głowy całkiem niedawne wspomnienie, gdy Indie napisał mi przed swoim świętem - Samhain, pięć dni przed swoją śmiercią: "Dziś zapalę za ciebie świeczkę i za ciebie się pomodlę." Teraz ja zapaliłam świeczkę za niego i za niego się pomodliłam. I tak samo ciepło pomyślałam o ludziach, których lubię i których kocham. I poprosiłam, by po prostu zawsze przy mnie byli.
I nie, nie płakałam. Tylko zaszkliły mi się oczy.
A później piliśmy czerwone wino nad zalewem. Półsłodkie, zamiast słodkiego, bo takie kupiła A.. Wznieśliśmy toast i za Indiego i za wielu innych cudnych ludzi i chwil.


Czas tam spędzony uważam za istne katharsis. Dziękuję losowi za to, że znów mogłam tam być. Dziękuję za Kraków. Dziękuję za koncert. Dziękuję za emocje. Dziękuję za Ludzi. Dziękuję za wino. Dziękuję za uśmiech i za każde dobre słowo. Dziękuję za przytulanie. Dziękuję za Niego. 
I dziękuję za to, że nie płakałam.


Jeśli będę dalej czekał, to czy światło znów zaświeci?
Pod tym połamanym dachem.. czuję tylko deszcz
Wyczekuję końca każdego dnia.
(...)

wtorek, 18 listopada 2014

A w dworcowym kinie tylko jeden niemy film

Kiedy zaraz po powrocie z Łodzi, z koncertu Aerosmith w czerwcu Patryk powiedział mi, że kupił dwa bilety na listopadowy koncert Slasha w duecie z Mylesem Kennedy'm na strefę Golden Circle, a więc pod samą sceną, to przez pierwszą chwilę nie byłam z tego zadowolona.

Prawdę mówiąc, widząc cenę biletów myślałam, że go zatrzasnę.

Ale dziś jestem mu tak cholernie za to wdzięczna. Bo tak bardzo przyda mi się oderwanie, ucieczka z pustego pokoju, od walki z samą sobą nieraz i zajęcie myśli czymś nieco przyjemniejszym. Tym bardziej, że koncert jest w Krakowie. A Kraków ma dla mnie szczególne znaczenie.

 
Bo Kraków już raz uleczył rany. Jego magiczne uliczki, dźwięk hejnału, dzieci goniące gołębie na starym rynku. I ludzie. Wspaniali ludzie, których poznałam kilka lat temu. Przytulali, śmiali się do mnie, koili ból. Teraz też ukoją, choć popłaczę się przy nich. Popłaczę na pewno, gdy będziemy stać nad krakowskim zalewem i z butelką słodkiego wina wznosić toast za Tego, który odszedł za wcześnie. Popłaczę się, gdy zobaczę moją Anję po dwóch ponad latach rozłąki. Popłyną po policzkach łzy tęsknoty, tej cholernej tęsknoty która czasem aż za bardzo wżera się w serca. I być może popłaczę się, gdy będziemy siedziały w środowy wieczór nad kubkami tej pysznej herbaty, jaką tylko moja Anja zrobić potrafi, a ja przypomnę sobie, że wyszłabym na papierosa, ale że nie mogę. Że przecież na swój sposób obiecałam.


Pierwszy raz będę w Krakowie w listopadzie. Wcześniej bywałam tam tylko latem. Wcześniej były ogniska, moknięcie w lipcowym deszczu, bieganie po parku w słoneczne wieczory i oglądanie spadających gwiazd pod kocem. 
Tym razem pozwolę się owinąć tą listopadową mgłą, która może w innym miejscu będzie choć odrobinę przyjaźniejsza, niż tutaj. Może choć przez moment przypomni, że też potrafi tworzyć aurę ciepła, jakie można poczuć tylko w późnojesienne noce.

A w czwartek wieczorem pójdziemy na koncert. Podejdziemy pod samą scenę, by od dwudziestej oglądać wirtuoza gitary. By spełnić marzenie i zobaczyć tego, bez którego Guns'n'Roses  to nie to samo. By poskakać, poszaleć, by wykrzyczeć to, co na dnie serca jeszcze leży, co odbija się w tych tak bardzo smutnych ostatnio dniach.

I mam nadzieję, że krzyczeć będę mogła, bo stan mojego zdrowia póki co nie bardzo pozwala mi na mówienie. Ale przecież dusza nie potrzebuje zdrowia, by wyrzucać z siebie ból. 

Żeby mi tylko wystarczyło tego zdrowia, by spacerować nad owianą mgłą Wisłą wieczorem, by przytulić Tych, których do tej pory mogłam przytulać tylko mentalnie. Żeby tylko znów nie było przykrej niespodzianki, jak na koncercie Aerosmith, kiedy Dream on słuchałam już zza areny i nie mogąc zapanować nad drżącymi dłońmi błagać, by Patryk znalazł mi jakąś butelkę wody. Ale to było. Wtedy nie dbałam o siebie. Dziś jestem rozsądniejsza. 
A przynajmniej się staram.

Tak więc w środę o wpół dziesiątej szarpną wagony, a ja poczuję tę samą radość, jaką czułam za każdym razem ruszając w tamtym kierunku. Wrócę w sobotę wieczorem i zapewne wpadnę w wir projektów i ślęczenia nad pracą magisterską. Bo w końcu trzeba.
Ale jeszcze nie teraz.

Chłodny świt, czarnych ptaków krzyk,
Pisk pociągu zrywa plakat Małej Mi.
Znajomy głos każdy,
znajoma twarz zna mnie tylko z widzenia,
Jadę sam,
Może jeszcze za wcześnie
Na spotkanie z nią,
A w dworcowym kinie tylko jeden
Niemy film.

Będzie pięknie - myślę sobie. I będę miała komu opowiadać. Bo przecież mam Was. A Wy jesteście cudowni i udowodniliście to zasypując moją skrzynkę mailową listami, na które teraz, gdy wróciły mi uczelniane obowiązki nie nadążam odpisywać. I wiem, że parę osób chce się ze mną tego wina napić, ale jeśli jeszcze ktoś chciałby się przyłączyć, tak po prostu - to wiecie, gdzie mnie szukać.



In the distance, light years from tomorrow
Far beyond yesterday
She is watching, heart aching with sorrow
She is broken as she waits
Hoping when all is said and done we learn to love and be as one

czwartek, 13 listopada 2014

Kruki, znaki i list.

Nie byłam pewna, czy dam radę. Ale jakimś dziwnym trafem udaje mi się. Tak samo, jak myślałam, że nie będę już w stanie słuchać motywu z Władcy Pierścieni wykonywanego przez śliczną Lindsey, którą kiedyś podesłał mi Kordian, a tym bardziej oglądać teledysku. Tego samego utworu, który słuchałam tamtej feralnej, środowej jeszcze nocy, wtedy uśmiechając się od ucha do ucha. Powolutku. Małymi kroczkami. Dam radę.



Sobotni poranek. Obudziłam się z zapuchniętymi oczami. Wstałam i czując, jak znów szklą mi się oczy, zaczęłam zbierać chusteczki porozrzucane po całym pokoju. Podniosłam też szklankę po drinku, którego tata przyniósł mi dzień wcześniej, żebym się uspokoiła i przestała płakać. Nie, nie byłam pijana. Choć tak cholernie mam ochotę się upić, to jakoś na razie nie mam okazji. Wypiłam jednego, słabego drinka i zasnęłam, uśpiona łzami. Piątkowy wieczór. Tak, piątkowy wieczór to był kryzys. W piątkowy wieczór gapiłam się w jego zdjęcie i dławiłam się łzami.

Jeść, Asiu, musisz jeść! - odezwał się głos w mojej głowie. Podreptałam więc do kuchni. Coś wypadałoby w siebie wmusić, choćby z rozsądku. Tata zaparzył mi kawę, a ja siedziałam przy stole w kuchni, gapiąc się przez okno na brzydkie jak mops podwórko. Cóż, uroki mieszkania w starej kamienicy.

I nagle na wysokim, szarym budynku tuż za moim oknem przysiadł kruk. Pierwszy raz kruk. Wcześniej lądowały na tym dachu tylko sroki. Sroki, które tak wkurzały mnie o piątej nad ranem w soboty.
- Kruk to chyba mój ulubiony ptak. Jest taki... tajemniczy. Chyba najbardziej lubię malować kruki - powiedział mi parę lat temu jeden z moich kolegów na zajęciach z malarstwa.
Tym razem do głowy przyszła mi inna myśl.
"Moje prawdziwe imię, które znam od wieków, od wcieleń poprzednich, imię czarnego ptaszyska powinno być we mnie, w moim ogrodzie. Kruk, symbol mnie, mój totem. Zwierzę szamanów, ten który stale chce wiedzieć i widzieć, łącznik z zaświatami, przewodnik umarłych...umarłych?"

To ty? Cholera, to naprawdę ty?
Poczułam, jak coś szturcha mnie w ramię. A raczej ktoś. Podskoczyłam, wyrwana z objęć własnych myśli. Mój tata, który próbował wmówić mi, bym coś zjadła.  
Nie mogę jeść, nie mogę jeść, nie mogę jeść.

***

W niedzielne popołudnie miałam wybrać się z rodzicami do Poznania. Nie miałam ochoty na żaden wyjazd, na żadne sztuczne uśmiechy na kawie u rodziny, a tym bardziej na chodzenie po sklepach. Przecież ja nienawidzę zakupów. Ale przecież obiecałam, że pojadę.
Wyszłam z domu, spacerowałam po pustych ulicach, a nad Wartą unosiła się mgła. Raz za razem moje płuca wypełniał papierosowy dym. Dym, którego dawno nie czuły, albo po prostu czuły rzadko. Teraz znów katowałam je nim, bez żadnych uczuć. Raz za razem. Czasem aż zabolało, czasem zaczynałam kaszleć.
- Asik, weź, on by tego nie chciał - odezwał się jeden głos w mojej głowie.
- Wiem.
- Wiesz, że by cię ochrzanił.
- Wiem.
- Więc dlaczego to robisz? Dlaczego palisz? 
- Bo mnie nie ochrzani. Nie żyje.
Nie żyje, nie żyje, nie żyje.
Buch za buchem, katujcie się płuca. Mam was w dupie. 
Pierdolona egoistka.

Wieczorem chciałam wysłać sms'a do Anji. Kiedy chciałam wybrać kontakt, znów wyskoczył mi jego numer w najczęściej wybieranych.
Jak, kurwa?! Przecież skasowałam go w piątkowym amoku, skasowałam, usunęłam, żeby więcej się nie pojawiał.
A on znów wyskoczył. Ale nie zapisany już jako "Kordian", tylko po prostu, sam numer.
- To znak, że on nad tobą czuwa Skarbie. I znalazł sposób, żeby ci to powiedzieć. - powiedziała mi Anja tego samego dnia.

***

- Asiulku, nie doszukujesz się czasem jakichś znaków? Za bardzo może aż? - zapytała mnie Anja, kiedy rozmawiałyśmy przez telefon, a ja mówiłam jej, że zdarzają się małe cuda wokół mnie. 
Sama nie wiem, może za bardzo.

Huśtawka, za huśtawką. Łzy i uśmiech na zmianę. Zgrywanie silnej. Jak długo dam jeszcze radę?
I znowu ćmik.
Ćmik za ćmikiem.
Ćmik od ćmika.
Boją płuca, oj bolą.

***

Wczoraj spotkałam się z Fridą. Miałam wpaść do niej na piwo i odebrać list od Indiego. Ale źle się poczułam. Rano zrobiło mi się na uczelni słabo. Doigrałam się fajkami i niejedzeniem. Ostatkiem rozsądku pomyślałam sobie, że piwo jednak nie wchodzi w grę, że po prostu spotkamy się pod poznańską Areną, ja zdążę ją wyściskać, pogratulować obronionego tuż przed chwilą tytułu magistra, zapalimy sobie, ja odbiorę co moje i będę biegła na pociąg.
Przesiedziałyśmy na ławce dwie i pół godziny. Jedna nadawała przez drugą. O różnych sprawach. Nieraz po policzku płynęły łzy, ale... ze śmiechu. Tak, tak, śmiałyśmy się do łez opowiadając sobie o różnych przypałach. Nie tylko przypałach Indiego, choć wszyscy wiedzą, że te trzymały się go, jak mało kogo. No bo kto nie pamięta jego opowieści o publicznych striptizach, albo paradowaniu w sukience przez Poznań w ramach przegranego zakładu?
- Frida to bitna dziewczyna, tak jak ty, musisz ją poznać, polubicie się! - napisał mi kiedyś w mailu Kordian.

Szkoda tylko, że poznałyśmy się w takich okolicznościach.

I polubiłam ją. Polubiłam ją od pierwszego, tak cholernie sympatycznego uśmiechu, jaki mi posłała. Uśmiechu mimo tego bólu, jaki musi czuć. Przecież to ona znała go od lat. I straciła przyjaciela. Wspaniałego przyjaciela. Po raz kolejny zresztą.

I na pewno wypiję z nią jeszcze nieraz. I za nią. I za tych wszystkich, którzy cierpią bardziej, niż ja, czy Wy. O nich też trzeba pamiętać. O nich nawet trzeba pamiętać najbardziej. Mam dziwny dar do wyczuwania ludzi, choć i miękkie serce przez które ci ludzie mnie tak ranią nieraz. 

Gdy odbierałam list, coś ukłuło mnie w środku.
To nie tak miało być - pomyślałam. - Nie miałam tego odbierać.
- Ale tak właśnie jest Skarbie - odezwał się znów głos w mojej głowie - Tak właśnie jest i do tego trzeba się przyzwyczaić.

***

Wytrzymałam. Nie otworzyłam listu w pociągu, choć przyglądałam się mu przez dłuższą chwilę. Jadąc do domu czułam się cholernie senna. Zawsze tak reaguję na nadmiar emocji. A tego dnia czułam ich wiele, jakby nie było.
Wparowałam do domu. Ledwo odsznurowałam glany, rzuciłam torbę i pobiegłam do pokoju. Śmiałam się z siebie, gdy wyciągałam z torebki paczkę chusteczek. Czułam, że będą mi potrzebne. Niecierpliwie rozklejałam kopertę, choć ostrożnie, żeby nie uszkodzić listu.

"Cześć, Rudy Roztrzepańcu ty mój!"

Nie wiem, jak głośno ryknęłam płaczem, ale łzy popłynęły po policzkach momentalnie. Literki rozmazywały się, musiałam czasem odrywać wzrok od jego słów i pomrugać kilka razy, by móc czytać dalej.
I tak po prostu zaczęłam robić się spokojna. Z każdym słowem, z każdym wersem.

"Po prostu oddychaj, spokojnie oddychaj. Zawsze pamiętaj, żeby oddychać."

Więc zaczęłam  powolutku wciągać i wypuszczać powietrze. I nie mogłam wziąć głębokiego oddechu. Cholerne ćmiki - pomyślałam. 
Nie zdążyliśmy spotkać się na piwie nad Rusałką. Cały czas obwiniałam o to siebie, bo taki mam charakter. Ale Kordian wziął i tym razem winę na siebie. "Odkładałem, odkładałem i myślałem, że wystarczy mi czasu." I cholera jasna, nie starczyło. Dwa obwiniacze, trafił swój na swego - zaśmiałam się w myślach.
O zmarłych nie trzeba się martwić, zmarli mają się dobrze - pisał w pożegnalnym liście do nas wszystkich. Dodał, że ja powinnam to najlepiej wiedzieć. Bo wiem. Mój Dziadek wciąż żyje. Mam go przecież w sercu. Zmarli nie odchodzą, dopóki o nich pamiętamy, dopóki o nich dobrze myślimy i dopóki chcemy, by byli obok.
Ja chcę.
"Jesteś jedną z niewielu osób, o które się nie martwię aż tak (...) Ma ci kto ogrzać łapki i nosek zasmarkany wytrzeć. Masz Jego i dzięki temu jestem o ciebie spokojny. (...) I nic się nie martw Skarbie. Ty sobie poradzisz w życiu. Będziesz miała piękne życie. (...) Wszystko będzie dobrze, Promyczku."

"Wszystko będzie dobrze" - kłamstwo, które powiedziała mu jego mama przed swoją śmiercią. Dobre kłamstwo, które teraz przekazał mi. Spróbuję w nie uwierzyć, obiecuję. Przecież sama ci tak skłamałam dzień przed Twoim odejściem.  - powiedziałam w duchu.

Poczułam tak ogromny spokój i siłę po przeczytaniu listu. I nie czułam już tej pustki. A może po prostu się zatarła, w każdym razie te uczucie na pewno było mniejsze. I jest mniejsze nadal.

"P.S.: (...) Jeśli przez to, że umarłem znów znalazłaś sobie wymówkę, by zapalić ćmika, to ja się na ciebie obrażam. I odpokutować możesz tylko nie paląc."

Śmiałam się jak głupia. Trzy paczki fajek poszły z dymem. I jeszcze Fridę zdążyłam z kilku ożydzić. No to mam najtrudniejszą pokutę ever! Ktoś tu przejął pałeczkę w obiecaniu niepalenia...

Dzięki, że byłeś. Dzięki, że jesteś. 
Bo napisałeś, że będziesz nadal, jeśli tylko zechcę. 
Jak mogłabym nie chcieć?

Dopisek: 
Jak część z Was już wie, od przyszłej środy będę w Krakowie i okolicach na parę dni. Dokładnie wyjaśnię w kolejnym poście, ale zapytać mogę już teraz w sumie: może ktoś z okolic miałby ochotę napić się tego wina? :)
 

piątek, 7 listopada 2014

List do Szamana

Wiesz, Indie... 
Nie byłam pewna, czy powinnam pisać tu list do Ciebie, ale przedwczoraj, w ostatnim sms'ie, jakiego od Ciebie dostałam napisałeś mi "Listy to czasem najlepsze rozwiązanie." Co prawda chodziło o sytuację z moją Mamą i o pewne słowa, których nie byłam w stanie wypowiedzieć, ale dziś, teraz to, co napisałeś odbieram zupełnie inaczej. Wiem, że list od Ciebie dla mnie spoczywa u Twojej Przyjaciółki, która na dniach mi go przekaże, ale zanim go przeczytam, chciałam Ci sama powiedzieć kilka słów.

Spóźniłam się dziś do pracy. No kurwa mać zaspałam! Wyobrażasz sobie? I biegłam, jak ten debil przez most kolejowy nad Wartą, który się podobno zarywa. Musiałam wyglądać komicznie... Taa, rude i roztrzepane, jak to zwykłeś mawiać, tak, możesz się już śmiać! A potem dostałam mały ochrzan od szefa za spóźnienie i za kilka innych drobnych spraw. Zrobiło mi się wtedy źle i kiedy siedziałam w biurze nad kosztorysem, chciałam napisać do Ciebie sms'a. Ale nie mogłam, miałam za dużo pracy. Martwiłam się o Ciebie, wiesz? Bo mi nie odpisałeś, kiedy zapytałam wczoraj w wiadomości: Jak badania?  

Ale wyciszyłam się. Nie wiem, jakim cudem byłam tak spokojna. Ja, wieczny nerwus, wariat, który trzaska nerwami na prawo i lewo. Wiesz, każdy mi dziś powtarzał:  jaki ten dzień paskudny i brzydki! A ja wtedy odpowiadałam: I takie dni są potrzebne. Wiesz, Indie... Ty mnie takiego podejścia nauczyłeś. Ty mi to zawsze powtarzałeś, kiedy mówiłam, że mi źle. Nauczyłeś mnie cieszyć się z życia mimo wszystko.

I gdy wracałam do domu w deszczu, wiedziałam, że i on jest piękny. Zawsze mówiłeś, że deszczowe dni są piękne. 

A później... później usiadłam w fotelu z herbatą i dostałam telefon od Twojej Przyjaciółki, która roztrzęsionym głosem powiedziała mi, że... że nie żyjesz.

Nie dowierzałam w to, nie chciałam. Myślałam, że to tylko zły sen i że za chwilę się obudzę. Ale kiedy zaczęłam się szczypać, to wiedziałam już... to nie koszmar. To jawa.

Wiesz, pobiegłam do Mamy. Uryczana, rozmazana, wyglądająca jak obraz nędzy i rozpaczy. Paru ludzi zaczepiało mnie po drodze, nie wiem, co chcieli, nie dbałam o to. Powiedziałam Mamie, co się stało. Lubiła Cię z moich opowieści, wiesz? Tak, jak paru innych ludzi polubiło Cię w ten sposób.

- Mamuś, ja nie chciałam. Ja cię przepraszam. On... On chciał, bym Ci to... powiedziała jakoś. Mówił, bym napisała list. Chciałam... Ale ja wolę Ci powiedzieć. W końcu mogę... W końcu mogę wydusić to z siebie. Nie jestem Twoją wymarzoną córką, wiem... Nie, nie przerywaj mi. Wiem, że zawsze robiłam na przekór, robiłam tak, by Cię wkurzyć, by Cię zezłościć. Nosiłam te pierdolone glany i czerwone włosy, pojechałam na jebany Woodstock, choć tak bardzo tego nie chciałaś. Mamuś... ja Cię kocham, ja nie chcę, byś była na mnie zła. Ale chcę, byś mi ufała, bo tak strasznie brakuje mi Twojego zaufania...
Słowa wypowiedziałam na jednym wydechu. Nie wiem, jak to zrobiłam. Serio.
- Zawsze sobie poradzisz - odpowiedziała Mama łamiącym głosem. - Właśnie dlatego, że masz duszę buntowniczki, którą ja chciałam w tobie stłumić. 

Wpadłyśmy sobie w ramiona i ryczałyśmy. Łzy kapały na podłogę. Kiedy przytulała mnie do piersi dosłownie wyłam, chciałam wyrzucić z siebie ten ból. Och Indie, nawet nie wiesz, jak znów mi pomogłeś, tylko, albo aż słowami, choć jednocześnie moje serce pękało na kawałki. Dałeś mi siłę, sprawiłeś cud tuż po Twojej śmierci. Ja wiem, wiem, że takich cudów zostawiłeś w zanadrzu jeszcze wiele.
A potem przyszedł Patryk. Czytałam z nim Twój ostatni wpis na blogu opublikowany przez Fridę. Wpis, którego nie powinno tam być. I wiesz, kiedy siedziałam Mu na kolanach, a On przytulał mnie, przestałam płakać. Powiedziałbyś mi, ze nie jestem sama. Że się kochamy i że to jest najważniejsze. Że w tym jest nasza siła. Moja siła. I wiesz, gdy czytałam Twoje słowa, ostatnie słowa, znów poczułam, jak przez moje ciało przebiega fala spokoju. Przyznaj się, Indie. To Twoja sprawka, że się uspokoiłam, prawda?

Jestem silna. Naprawdę. Tylko nie zabraniaj mi płakać. Do kurwy nędzy, Indie... jak ja bym chciała, żebyś znów opierdolił mnie o łzy. Albo o fajki. Albo o to, że nie mam czasu pójść do lekarza.

Bo wiesz... ja będę tęsknić.
Będę tak kurewsko tęsknić.

Za pisaniem do Ciebie sms'ów z nudów, za wysyłaniem sobie durnych filmików na komunikatorze, gdzie oboje doszukiwaliśmy się końca internetów. Za nabijaniem się z Ruskich i ich odpałów. Za tym, jak nazywałeś mnie Promyczkiem. Promyczkiem, który przynosi ciepło i uśmiech. Za tym, jak poprawiałeś mi humor. Kilka dni temu wysłałeś mi swoje zdjęcie w makijażu i facjatą wysmarowaną brokatem mówiąc, że tak wygląda człowiek o największych oczach na ziemi. I tak, dostałam prawo nabijania się z Ciebie. Śmiałam się wtedy do łez, a teraz patrząc na te zdjęcie śmieje się przez łzy. Łzy które mimo Twojej woli płyną mi po policzkach, łzy, których nie mogę zahamować. I będę tęsknić za Twoim dobrym słowem, gdy było mi źle. I moim słowem dla Ciebie. Bo za każdym razem, gdy napisałeś smutnego posta martwiłam się o Ciebie i pytałam, co się dzieje. Zresztą, vice versa...

I wiesz... nie wiń mnie, Indie za łzy. Nie wiń mnie, bo sam mówiłeś, że dobrze jest "oczyścić atmosferę." Pozwól mi płakać.

Bo teraz, gdy nadeszła noc, gdy nadszedł dzień siódmy listopada... ja planowałam Ci napisać dziś sms'a, że pomodlę się za Twoją Mamę. Bo to rocznica Jej śmierci. 
Teraz będę się modlić za Was dwoje.

Indie, kiedy pewnego dnia złożyłam Ci obietnicę, co do której dotrzymania nie byłam pewna, odpowiedziałeś mi: Nie składaj obietnic, których nie możesz dotrzymać, Asiu. Ale sam spójrz, ile my obietnic takich sobie złożyliśmy? Mieliśmy chodzić na spacery nad Rusałkę zimą. Pić razem tanie wino. Miałam przychodzić do Ciebie na kakao, żebym miała się gdzie podziać w okienku. Miałam narysować dla Ciebie portret Khaleesi za to, że pewnego dnia zżarłeś bijące jeszcze serce węża. Mieliśmy jechać na koncert Toola. Miałam zaciągnąć Cię na Woodstock. Miałeś dać mi stos książek. Miałeś zagrać mi na skrzypcach. Miałeś poznać Patryka i pograć z nim na gitarze. Mieliśmy zorganizować zlot blogowy z Lusowie pod Poznaniem. Mieliśmy w końcu realnie się przytulić. Mieliśmy.

Bogowie, my umrzemy kiedyś ze śmiechu razem! - powiedziałeś mi kiedyś.

Indie, jak ja bym chciała umierać teraz z Tobą ze śmiechu, tarzać się po podłodze, kwicząc jak hiena ocierać łzy i nie mogąc złapać oddechu. Jak ja bym chciała...

Wiesz, dostałam kilka maili. Kilka wiadomości, że mam się trzymać, kiedy wyszła na jaw wiadomość o Twojej śmierci. Wiadomości od Blogowych Przyjaciół, którzy nie dowierzali, że my nie poznaliśmy się nigdy w realu.

Nam chyba nie było dane, wiesz? Nie było nam dane nawet usłyszeć swoich głosów. Pamiętasz, jak zadzwoniłam do Ciebie na Woodstocku i jebnął Ci głośnik w telefonie? Ale to była czarna rozpacz...

Bo dziś, w tym amoku łez pomyślałam sobie, że... Ty po prostu musiałeś być cieniem, który stanął gdzieś na mojej drodze. Dobrym duszkiem. Aniołem. Choć pewnie wyśmiałbyś mnie, że nazwałam Cię Aniołem, tak samo, jak śmiałeś się, gdy mówiłam, że przypominasz mi Morrisona, boś Szamanem.

Ale jeśli nie jesteś Aniołem, a mój prywatny Anioł o którym wiele razy pisałam objawiał mi się przez liczbę 27, to dlaczego Ty odszedłeś w wieku 27 lat? Nie wierzę w przypadki.

Wiesz, Indie. Dziś, krótko po otrzymaniu wiadomości o Twojej śmierci pomyślałam, że odejdę z blogowego świata raz na zawsze. Że zniknę stąd, bo za mocno przywiązuję się do ludzi, których poznaję. Tak jak do Ciebie się przywiązałam, jak do najlepszego kumpla, którego tak strasznie mi brakowało. I brakować będzie. Bo takich ludzi, jak Ty, Indie już nie ma. 

Lecz później dotarło do mnie, że to byłoby zwykłe tchórzostwo. Nie chciałbyś, żebym odeszła, nie teraz. Bo teraz muszę powiedzieć jeszcze Im, Blogowym Przyjaciołom mnóstwo słów, które zapadły mi gdzieś na dnie duszy właśnie dzięki Tobie, Indie. Słów, które są lekarstwem, które każą kochać świat tak Ty go kochałeś. Nie dotrzymałam wielu obietnic, ale postaram się dotrzymać choć jednej: przekażę Im dobro, którego mnie nauczyłeś.

Tylko pozwól mi od czasu do czasu napisać do Ciebie list.
Trzymaj się mocno.
Promyczek.

PS: Wiem, że nie zostawisz już u mnie komentarza, ale od czasu do czasu mógłbyś mi się przyśnić.


Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj,
Bo przyjaciela straciłbyś jak ja.

Nie, ty go nie znałeś.
Lubiłeś tylko czasem posłuchać, jak gra.

Był jednym z niewielu
Skazanych na bluesa.
Ten wyrok dodawał mu sił.
Miał dom i rodzinę, spokojnie mógł żyć,
Lecz często uciekał, by stanąć przed wami,
By znów nabrać sił... 


PS: Kochani. Na wszelkie komentarze i na wszystkie maile odpowiem na dniach. Wtedy też zostawię swój ślad na Waszych blogach, które mimo wszystko regularnie odwiedzam. Dajcie mi tylko trochę czasu, dobrze?

niedziela, 2 listopada 2014

"Wytrzymaj i zostań wewnątrz tej świętej rzeczywistości"

Myślałam, że lubię ten dzień. Albo przynajmniej próbowałam go polubić. Lecz późnowieczorny spacer po mglistym cmentarzu w pewnym momencie przyprawił mnie o dreszcze. Te same dreszcze, które poczułam widząc, jak panujący chłód sprawił, że i mój oddech staje się mglisty. Para wydobywająca się z ust była tak podobna do dymu tytoniowego... Znów poczułam ochotę na papierosa. Ale tym razem obiecałam nie sobie, a komuś, że spróbuję z tym skończyć na dobre. Spróbuję, bo ponoć palaczem pozostaje się do końca życia. Ale ja przecież nie palę. Tylko parę razy mi się zdarzyło, odkąd postanowiłam rzucić, sporadycznie.

Tak dużo białych zniczy i tylko trochę czerwonych... a kiedyś wieczorem na cmentarzu było tak kolorowo - powiedziałam do Patryka, starając się odpędzić od siebie przykre myśli. Aura jednak temu nie sprzyjała.

Stojąc nad grobem Dziadka przyglądałam się liczbie "27" przy dacie Jego śmierci. Liczbie, która od tamtego czasu tak po prostu pojawia się na mojej drodze. Czasami chce mnie ostrzec, a czasami po prostu przynosi coś dobrego. Dlatego uważam mojego Dziadka za swojego osobistego Anioła. Bo przecież każdy Go ma.

Co Ty byś zrobił Dziadku? Powiedziałbyś Im coś? Kiedy dostawałam wychowawczego klapsa, jako dzieciak, mówiłeś Im, by mnie nie bili. Ale przecież nie robili wtedy nic złego i oboje wiemy, że biciem nie można było tego nazwać. A może powiedziałbyś coś mi, żebym wiedziała, co robić? Tak dawno mi się nie śniłeś, a znów bym Cię po prostu potrzebowała jak przyjaciela, który sam w życiu przeszedł niejedno, a teraz po prostu usiądzie na brzegu łóżka i doradzi, porozmawia ze mną, a później zniknie razem ze świtem.

Zastanawiam się, ile mam w sobie cierpliwości. Każdego dnia budzę się z poczuciem wdzięczności za to, co mam, nauczyłam się cieszyć z drobiazgów, doceniać piękno każdej chwili. Nauczyłam się zwalniać. Ale nie nauczyłam się być cierpliwą.

To, co tak niedawno przyprawiało mnie o szczęście, teraz przyprawia mnie o ból brzucha z nerwów. Chora sytuacja, chory układ.

A ja mam problem z emocjami.

I czuję się dokładnie tak samo, jak te dziesięć lat temu, kiedy byłam nastolatką i w przypływach bezsilności wpadałam w nałóg naznaczania swojego ciała. Przykry nałóg, z którym nie umiałam wtedy walczyć, o którym nikomu nie umiałam powiedzieć. Przykry nałóg, który był wówczas moim niemym krzykiem.

Dziś też miałam ochotę tak po prostu zacząć krzyczeć milczeniem. I ta chęć przeplatała się z ochotą na papierosa. To i to krzywdzi. To i to jest złe. Chyba mam manię robienia sobie krzywdy. Tylko resztkami rozumu zastanawiam się, co skrzywdzi mnie mniej i komu tak naprawdę wyjdzie to na dobre. Mi?

Miewam te cholerne ataki paniki, w których nie umiem sobie poradzić. Tak bardzo nie chcę znów usłyszeć pewnych słów, tak bardzo nie chcę zamknąć się na swoim własnym dnie, na które sprowadzam się sama nieraz, przez własną bezsilność. Bo ja jeszcze nie wiem, jak z tym walczyć. Bo ja jeszcze nie umiem nazywać rzeczy po imieniu.

Za duży bałagan, za duży chaos słów. Sama nad nimi nie panuję. Palce tak po prostu suną po klawiaturze, tak, jak łzy po moich policzkach.

Skąd wziąć cierpliwość?  Tylko jej mi teraz potrzeba. Potrzeba mi jej, jak najlepszej przyjaciółki.

Skarbie, mówisz, że się ułoży, że wszystko będzie dobrze... A ja bym tak po prostu chciała móc zrobić sobie herbatę w środku nocy, niczym się nie stresując. Albo po prostu przytulić się do ciebie, gdybym miała na to ochotę. I nie prosić się już o nic nikomu.

Podobno każdy ma jakieś swoje przekleństwo. Moim przekleństwem jest zbyt dobre serce przez które nie umiem wszcząć wojny. Serce, które ostatecznie zawsze mięknie, każe się uśmiechnąć, każe przytulić, każe powiedzieć, że wszystko będzie dobrze i nie pozwala powiedzieć nawet złego słowa. Serce dobre dla innych, ale toksyczne dla mnie.

I powiecie mi dziś: Czemu się nie wyprowadziłaś, czemu nie uciekłaś, czemu nie wynajęłaś mieszkania? Odpowiedź jest tak głupia, że aż przed samą sobą mi wstyd. Nie wiedziałam jak, nie wiedziałam gdzie. Byłam tylko prostą dziewczyną, która nagle z małej mieściny zaczęła dojeżdżać na studia do Poznania. Przecież nie miałam na co narzekać. Wracałam na ciepłe obiady i kładłam się do własnego łóżka. Wydawało mi się, że tu jest dobrze. Przecież to mój dom. Dom, w którym mieszkam od dziecka.
Nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogłoby być w nim coś toksycznego.

I powiedz mi, Dziadku, co ja mam teraz zrobić? Zostać tu, odkładać pieniądze, zacisnąć zęby? Czy spierdalać gdzie pieprz rośnie?

Listopad zaczęty w iście pięknym stylu. Z zapuchniętymi oczami i bolącym z nerwów sercem. Znów przegrałam. A tak bardzo chciałam, żeby było dobrze.


"Ledwo pamiętamy
Kim lub czym byliśmy
Nim nastała ta cenna chwila.
Wybieramy bycie tu i teraz.
Wytrzymaj i zostań
Wewnątrz tej świętej rzeczywistości,
Tego świętego przeżycia
Wybierając bycie tu.

To ciało. To ciało które trzyma mnie.
Bądź dla mnie przypomnieniem, 
Że nie jestem w nim sam
To ciało. To ciało które trzyma mnie.
Czując się wiecznym
Cały ten ból to iluzja"