poniedziałek, 21 września 2015

O małym, listopadowym cudzie trzymanym w ramionach i jego wielkich, niebieskich oczach

- Asik, dasz radę zrobić rysunek dla mnie? Wiesz, na roczek Marcelinki, chciałam jej portret - usłyszałam w słuchawce głos Iwonki.
- Dla ciebie wszystko Słońce - odparłam, krocząc w pośpiechu do domu.
- Ale na pewno dasz radę? Nie chciałabym robić ci kłopotu... 
- Dam radę, dam. Spokojnie.
 
Nie byłam pewna, czy dam. Owszem, próbowałam wrócić do rysowania i nawet nie sądziłam, że po roku czasu tak ciężko będzie mi "oderwać się" od kartki papieru. Zaczęłam od portretu Khaleesi, całkiem nowego, tamten już nieważny, ale chciałam jakoś się przełamać. Ale to był portret dla mnie, taki, który albo powiesiłabym na ścianie, albo schowała starannie do teczki, albo jak część moich niedokończonych rysunków - po prostu wylądowałby w koszu na śmieci. Gdybym tylko zechciała. Ale rysowanie dla kogoś, to coś innego, to zobowiązanie, obietnice, których - obiecałam sobie - nie powinnam już składać, by nie czuć zmuszania się do tego, co powinno sprawiać mi radość.

No to się wkopałam - jęknęłam w duchu. Ale Iwonce po prostu nie potrafiłam odmówić. Tym bardziej, że bez względu na to, czy nie widzimy się dwa dni, miesiąc, czy rok, zawsze mogę na nią liczyć. Wystarczy jeden telefon. I tak od jakichś piętnastu - olaboga! - lat, odkąd jeszcze chodziłyśmy do podstawówki.

Rysunek był jej potrzebny na jutro, na wtorek, w sobotnie popołudnie zabrałam się więc do pracy. Złapałam kontury, zrobiłam szkic i... tak zostawiłam do niedzieli. Nawet nie spodziewałam się wczoraj, że tak szybko się z nim uporam. Kolejny raz się przekonałam, że uwielbiam rysować maleńkie dzieci, ich duże, błyszczące oczka i delikatną skórę.

Gdy dokończyłam portret, przyglądałam mu się dłuższą chwilę zastanawiając się, czy powinnam coś jeszcze poprawić. I jakoś tak wtedy do oczu wezbrały mi łzy. Udało się. Przełamałam się. Dokończyłam rysunek. Pierwszy raz od roku, pierwszy raz od tamtego portretu, którego nie zdążyłam skończyć i komuś dać przez jego nagłą śmierć. Pierwszy raz od tamtego portretu, który najpierw stał na biurku przyklejony do sklejki i straszył mnie wyrzutami sumienia, a później wylądował najgłębiej w szufladzie. A teraz... zobaczyłam, że wciąż potrafię to robić. I, cholera, nawet nieźle mi to wychodzi.

Zrobiłam zdjęcie, wysłałam Iwonce mms-a, z pytaniem, czy mam coś jeszcze poprawić.
Oddzwoniła.
- Jej Asik! - zapiszczała mi do ucha. - Jak ty to zrobiłaś... to jest... świetne po prostu. W ogóle... ja ci zapłacę, matko, gdzie bym ja coś takiego dostała!
- Weź, nic nie chcę... Najważniejsze, że ci się podoba - odpowiedziałam, uśmiechając się do siebie. Naprawdę największą zapłatą było dla mnie to, że sprawiłam jej tak ogromną radość. I że wróciłam dzięki niej do tego, co kocham.
- Asik, tak nie może być, to naprawdę kawał dobrej roboty... powiedz tylko, ile...
- Jakąś czekoladę do kawy. Tyle starczy.

I dziś wpadła na kawę z wielką czekoladą i winem w podzięce dla mnie.
I z dziesięciomiesięcznym Frankiem.
- Hej, teraz to ci nie odpuszczę - śmiałam się. - Musimy te wino wypić we dwie!
- Wiesz Asik, ja wciąż karmię, ale obiecuję, że jak tylko przestanę, to będziesz pierwszą, z którą wina się napiję.  
- Ach, no tak... zapomniałam.
- Póki co macie z Patrykiem na weekend, wypijcie nasze zdrowie.
- To to zawsze! - uśmiechnęłam się i spojrzałam na Franka, który jest najgrzeczniejszym dzieckiem, jakie przyszło mi poznać.

Rozłożyłam łóżko i koc, żeby Mały miał gdzie się bawić.
- Teraz to masz tu istny raj - zaśmiała się Iwona do synka. - Musisz ciotkę wyściskać, że tak cię rozpieszcza!
Nie mogłam się powstrzymać i wzięłam tę kruszynę na ręce. Nawet nie wiem, kiedy chwycił mnie obiema rączkami za twarz i obdarował najpiękniejszym, dziecięcym uśmiechem, jaki kiedykolwiek przyszło mi zobaczyć. Takim uśmiechem tylko dla mnie.
- Brrr brrr buuuuuu..... ammmammmmapuuu - oświadczył radośnie, klepiąc mnie po policzkach.
- Ja też cię kocham, a jakżeby inaczej! - odpowiedziałam mu, pewna, że rozumie.
Przytulił mnie mocno, oplatając się małymi ramionkami wokół mojej szyi.
Chyba zrozumiał.
- No czegoś takiego jeszcze nie widziałam! - zaśmiała się Iwona. - Prawdziwa miłość!
- Zobaczymy Franciszku drogi, czy pokochasz też tak wuja Patryka, jak ci zagra na gitarze i narobi hałasu, jak to na niego przystało - powiedziałam, usiłując się uśmiechnąć.
Tak naprawdę próbowałam się nie rozryczeć.

Mały Franek. Kochane Słoneczko. Jedyne Słońce minionego listopada, Promyczek, którego tak wyczekiwałam, modląc się każdego dnia za Iwonkę, by szczęśliwie urodziła. Za moją Iwonkę, tą, z którą siedziałam w ławce w gimnazjum i z którą planowałam, że zostaniemy albo starymi pannami, albo zakonnicami.

I ten maleńki Promyczek uśmiechał się do mnie przyglądając mi się tymi wielkimi, pięknymi, niebieskimi oczyskami. Czasem głaskał mnie po buzi, jakby wiedział, że się wzruszyłam. Czasem śmiał się z moich głupich min, jakby próbował mnie rozśmieszyć. Po prostu był. Taki kochany, malutki aniołek.

Zawsze w takich chwilach nie mogłam się nadziwić temu, że przyjaźń moja i Iwony jakoś tak przetrwała. Mimo tego, że w pewnym momencie zaczęłyśmy nadawać na zupełnie innych falach. Ona, spokojniejsza, częściej rozmarzona, gustująca w zupełnie innej muzyce, w innych imprezach, w innych ciuchach. Dziś żona i matka. Ja, roztrzepana, mimo pewnego "artyzmu" w mojej duszy, paradoksalnie większa realistka. Wciąż kochająca zabawy i przypałowe historie, koncerty, zamiast domowego zacisza. Dziś - narzeczona mojego ukochanego gitarzysty.

A jednak trzymając ten maleńki skarb na rękach poczułam, że i ja byłabym na to gotowa. Gotowa, by zwolnić. By oddać się temu, co gdzieś tam w duszy i sercu zapisane jest jako najważniejsze. By zostać żoną i matką. Ba... nawet jakoś chciałabym się już wyciszyć. Nawet, jeśli ktoś by mi powiedział, że się starzeję. Kiedyś trzeba dojrzeć, mimo dziecka pozostającego gdzieś w środku, mimo duszy wariatki, roztrzepańca i kogoś, kto uwielbia się głośno śmiać. Mimo wszystko. Byłabym gotowa, a nawet powiem więcej - poczułam, że chciałabym. Chciałabym tu i teraz. Mieć przy sobie zawsze ukochaną osobę i... i tego kogoś trzeciego, będącego naszym maleństwem. Bo poczułam, że to już czas, że byłabym gotowa. Tym razem już naprawdę, na sto procent. Mogłabym być matką, tak po prostu.

I wzruszenie ogromne ogarnęło moje serce, bo w takich chwilach człowiek zdaje sobie sprawę, że wciąż marzy. Czuje, jak budzą się w nim uśpione cele, plany i marzenia. Że wciąż ma po co i dla kogo żyć. I do czego dążyć.

Tak bardzo potrzebne było mi to teraz. Gdy w jednym aspekcie się przełamałam, gdy w drugim uderzała we mnie jesień, budząc jakiś taki niepokój i niepewność.

- Ze wszystkim sobie poradzicie Asik - powiedziała mi Iwonka w pewnym momencie. - Bo się kochacie. Bo macie plany i marzenia, a to... to chyba najważniejsze.

Musimy dać sobie radę. Po prostu musi się udać. Bo kiedy zaczyna się na nowo marzyć, żadna zła myśl nie przychodzi już do głowy.
Wystarczy tylko odrobina cierpliwości.


"Teraz dostrzegam
Twój nieskończony horyzont
W ciszy Ziemi
Chwianej tysiącami
wstrząsów
Wpuściłaś mnie
Do swojego schronienia
Szukałem nas
Wśród samotnych gwiazd"

niedziela, 13 września 2015

"Przetrwaliśmy. Niezmienni, jak gwiazdy w lasach..."

Zatrzymał samochód.
- ...ale teraz ty będziesz rozmawiać! - zaśmiał się P., kiedy wysiedliśmy. - Ja się za cholerę na takich rzeczach nie znam.

Też się nie znam - pomyślałam. Noszę mało takiej biżuterii, a jeśli już, to srebro. Ze złota mam tylko jeden pierścionek, wciąż za duży na moje kościste palce. Jedyną pamiątkę po ukochanym Dziadku, którą dostałam na komunię, choć nie z Jego rąk, bo zmarł ponad pół roku wcześniej.

Weszliśmy do sklepu jubilerskiego.
- W czymś państwu pomóc? - zapytała trochę zbyt miła pani.
- Umm... - zaczęłam jakoś dziwnie niespokojnie - Chcieliśmy się zorientować... w temacie obrączek. Złotych. Bez udziwnień, ani grawery. Najzwyklejszych.
- Rozumiem - odparła z uśmiechem. - Znacie państwo rozmiary palców?
- Ja znam - pokazałam jej pierścionek zaręczynowy. - Ale nie wiem, jak...
Prawie parsknęłam śmiechem widząc jego wystraszony wzrok.
- ...chyba będziemy musieli zmierzyć - dokończyłam.
- No to przymierzymy - uśmiechnęła się pani zza lady przynosząc pudełko z obrączkami. - Na takie drobne palce... ta dwunastka dla pani, proszę przymierzyć.

I założyła mi na serdeczny palec złotą, maleńką obrączkę.

Nie wiem, co to było, ale coś mnie ścisnęło za gardło. Ktoś powie, że to tylko symbol, że to tylko kawałek złota. Ale mnie to poruszyło. Ogromnie.

Rok temu było trochę inaczej.
- Gotowa? - zapytał.
- Pewnie, że tak! - zapiszczałam radośnie, bo już bardzo się niecierpliwiłam. No i miałam ochotę na wino. I na burrito.

Zdjął mi z oczu chustę. I co ukazało się mym oczom?
Koc, dwa kieliszki i moje ukochane, czerwone Cin Cin.

- Jeeej kochany jesteś! - ucieszyłam się.  
Tylko zaraz, zaraz... gdzie burrito? Nie ma burrito?

I wtedy spojrzałam na Niego.
Co Ty wyprawiasz... Ej, co robisz... Skarbie? Nie! No nie! Chrystusie amerykański... Bogowie wszystkich plemion, Matko Boska i Wszyscy Święci.
O mój Boże, On klęka!

Zza koszuli wyjął małe, czerwone pudełeczko w kształcie serca.
- Oszalałeś... - nie pytajcie, dlaczego to mi się wyrwało, naprawdę nie wiem!

- Wyjdziesz za mnie? - zapytał. Głos Mu drżał, nerwowo przełykał ślinę. Zależało Mu! Wyczułam to. Tak cholernie Mu zależało, jak nigdy wcześniej! Poryczałam się jak głupia. Nie wierzyłam.
- Jasne, że wyjdę! Tak, tak, tak!
I jak para dzieciaków rzuciliśmy się w sobie w ramiona i się poryczeliśmy. Nawet nie zdążył założyć mi pierścionka.
Rok temu było trochę inaczej. Rok temu u jubilera był sam. Rok temu trochę mocniej świeciło słońce i było nieco cieplej.

Dokładnie za tydzień minie pierwsza rocznica naszych zaręczyn.

Tylko my pozostaliśmy tacy sami. Przetrwaliśmy. Niezmienni, jak gwiazdy w lasach - jak śpiewa Ben Howard w jednej ze swoich piosenek. My przetrwaliśmy. Nie zmieniliśmy się, choć ostatnio zażartowałam smutno, że w przyszłym tygodniu wypijemy wino wznosząc toast za rok, w którym kłóciliśmy się bardziej, niż przez pozostałe wspólne lata.

My jednak pozostaliśmy niezmienni. Cały czas będąc jak dwa wulkany. Dwójka choleryków, którzy najpierw mówią, potem myślą. Dwójka nerwusów, zbyt mocno przejmująca się wszystkim i wszystkimi. Wciąż po kłótniach lądowaliśmy sobie zapłakani w ramionach. Tak, jak ostatnio, kiedy powiedział smutno "Boże, co my wyprawiamy?!"

Może niektórzy twierdzili inaczej, ale nie potrafiliśmy się rozstać.
Niektórzy...

Ot, co się zmieniło. Ludzie. Ludzie wokół nas. Okazało się, kto chce pomóc, a kto potrafi tylko podcinać skrzydła. Okazało się, kto nam kibicuje, a kto nie szanuje naszych marzeń.

"Też na to czekam. Na nic tak nie czekam, jak na dzień, w którym zostaniesz moją żoną." - powiedział mi wczoraj, gdy leżeliśmy wieczorem przytuleni w łóżku. Nie widział, jak moja łza skapnęła ukradkiem na jego koszulkę. Bo ja się bałam, że to już tylko moje marzenie. Bo ja się bałam, że ten ślub to taki ciężki orzech do zgryzienia trochę.

Jedni ludzie odkładają pieniądze na podróże. Inni na kupno wielkiego domu. Jeszcze innym marzy się drogi samochód.

My odkładamy pieniądze na ślub. Na wesele. Zwykłe, pospolite, dla rodziny, którą należy uszanować. Zwykłe, szczęśliwe - dla nas. Na złote obrączki. Na późniejsze życie.

Ludzie śmieją się. Pytają: "po co wam to?", "ile pieniędzy wydacie?", "nie da się taniej?" Mówią "to już przeżytek, tandeta." Za każdym razem mam ochotę odpowiedzieć - brzydko odpowiedzieć - gówno wam wszystkim do tego.

Ileż to złotych rad usłyszeliśmy. Po co nam urządzenie mieszkania przy takim wydatku? Po co nam kupno złotych obrączek? Po co robić wesele, przecież lepiej żyć bez ślubu, bo przecież to nic nie zmienia.

Każdy tylko pięknie mówił. Każdy radził. Każdy miał swój idealny plan dla nas.

Ale cudzych marzeń nie da się zmienić. My naszych za nic nie zmienimy, a tym bardziej nie będziemy spełniać czyichś oczekiwań w stosunku do nas. Mamy swoje.

Może ktoś widzi nas inaczej. Może jesteśmy zbyt pospolici. Może jesteśmy zbyt nudni, bo kochamy się tylko ze sobą, bo nie mamy wygórowanych marzeń, bo chcemy mieć w przyszłości dom z ogrodem, trójkę dzieci i psa. Tyle nam starczy. Dopóki sami kochamy swoje życie i siebie, dopóki nieśmiało sięgamy dopiero po to, co dla innych już oczywiste. Dopóki patrzymy w tym samym kierunku nawet, jeśli nasze spojrzenia bywają różne.

Wciąż się kochamy. Od ponad pięciu lat. Mamy swoje wspomnienia, którym nie oddamy nikomu za nic. Wspomnienia na myśl o których śmiejemy się, bo tych złych staramy się nie pamiętać. Dzięki tym złym staliśmy się tylko silniejsi. Bez nich nie wytrwalibyśmy tego roku. Roku pełnego wyrzeczeń i przygotowań. Bez nich nie byłoby po co kupować wina, którym będziemy mogli uczcić nasze małe święto. Bez nich nie bylibyśmy pewni czy oby na pewno "na dobre i na złe". Mamy wspomnienia, które udowodniły nam, że osobno się nie da. Tak, jak wtedy, na koncercie Pearl Jamu, gdy nasza ukochana kapela zagrała naszą piosenkę, zagrała Nothingmana, a my, spanikowani, rozdzieleni przez ochroniarzy przebijaliśmy się na ślepo przez tłum szukając siebie. Gdy w końcu te duże, kochane, czarne oczy powiedziały mi, że nigdy więcej nie pozwolą, by nas rozdzielono. I nie pozwoliły.

Na przekór wszystkim wciąż jesteśmy tak szczęśliwi, jak wtedy, dwudziestego września zeszłego roku, gdy siedzieliśmy nad brzegiem stawu ciesząc się z kolejnego kroku do przodu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak będzie ciężko. Ale wciąż umiemy patrzeć sobie w oczy z czułością, gdy po ostrej kłótni nagle nie wytrzymuje i przyciąga mnie do siebie, mocno przytulając i całując tak samo, jak za pierwszym razem.

Nikt nas nie rozdzieli. Nikt nie zmieni naszych marzeń. I nikt nie przeżyje życia za nas.

Zatroskana trochę spojrzałam na mojego P., który wciąż walczył z przymiarką. Bądź, co bądź, ale na ślubie na pewno nie pomylę obrączek.
- Jeszcze większa? - zdziwiła się pani jubiler. - No wie pan...

Bo to dłoń mojego gitarzysty - uśmiechnęłam się do siebie. Gitarzysty, który za dziesięć miesięcy zostanie moim mężem.



Zorientowani już nieco w temacie obrączek wyszliśmy ze sklepu jubilera.
- Zobacz - zaczął P. - Takie te cholerstwo małe, a takie drogie. I tak nie będę tego nosił...
Zatrzymałam się gwałtownie.
- Cholera - próbował wybrnąć - znowu za dużo klapnąłem... to znaczy wiesz, nie będę zakładał do pracy, bo tam przy maszynach i robotach to niebezpiecznie, nie wolno... ale tak poza tym to zawsze... dla ciebie.

Nic dodać, nic ująć. Kwintesencja naszego związku.
Czasem zastanawiam się, które z nas jest bardziej roztrzepane.

poniedziałek, 7 września 2015

W kolorach pór roku

- Mam coś dla pani, pani Asiu - powiedziała pewna kobieta, wchodząc do sklepu, gdy pomagałam Mamie.
Kobieta, która zawsze jest uśmiechnięta. Obładowana torbami ze wszystkich stron. Mimo, że w sklepie zaczęła robić się coraz większa kolejka, Mama poprosiła, bym zostawiła ją za ladą samą.
- A cóż to takiego? - zaśmiałam się, odbierając od niej torby i idąc z nią na magazyn.
- Pani Asiu, bo ja słyszałam, że pani się wyprowadza - odparła z uśmiechem. - Na pewno przydadzą się pani, proszę spojrzeć... 
Wyjęła z jednej z toreb duże, szklane kubki. Zwykłe, najzwyklejsze. Ale naprawdę ładne...
- ...bardzo lubiłam z nich pić kawę - kontynuowała. - Pamiętam, jak z mężem wprowadzaliśmy się na nasze pierwsze mieszkanie. Wtedy cieszyło się z każdej drobnej rzeczy, która była "nasza", a nie wszystko szło kupić. Pomyślałam o pani...
Coś mnie ścisnęło za gardło.
- Dziękuję, ale naprawdę... nie trzeba było...
- Wie pani, ja nie mam córki, a pani jest tak ciepłą osobą... jak takie słoneczko. Chciałabym, żeby miała pani ode mnie jakąś pamiątkę. O, proszę. A tutaj mam jeszcze taki ciepły, wełniany koc. Przyda się na takie chłodne dni, jak dzisiejszy... A te filiżanki może chociaż będą ozdobą, jeśli nie będzie pani z nich pić...
Po prostu ją przytuliłam.
- Pani jest kochana - powiedziałam. - Dziękuję raz jeszcze.

Porozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę, nim wyszła. Ludzka życzliwość czasami naprawdę mnie zaskakuje. Takie drobiazgi, dane prosto z serca bywają najbardziej cenne. Obiecałam sobie, że nawet, jeśli z tych filiżanek nie będę pić, ustawię je sobie w widocznym miejscu. Lubię, kiedy przedmioty są pewnego rodzaju przypominajkami, sprawiającymi, że wracają wspomnienia o dobrych chwilach, czy życzliwych ludziach. Dlatego pisałam kiedyś już o kolekcjonowaniu książek na półkach, dlatego moja tablica korkowa jest pełna zdjęć, kartek z życzeniami, czy rysunków, dlatego mój regał jest tak zagracony różnymi pamiątkami. Uważam, że to najlepsze, co można zrobić dla ludzi, którzy okazali się dla mnie kiedyś życzliwi i sprawili, że się uśmiechnęłam. Pamiętać o nich i czasem się za nich pomodlić, tyle wystarczy.

Tymczasem trzeba było zanieść nowe "nabytki" na mieszkanie. Gdy otworzyłam drzwi i znów poczułam ten specyficzny zapach, uśmiechnęłam się. Zapach naszego mieszkania. Naszego pierwszego mieszkania.

Gdy pisałam o nim ostatni raz, jakoś na początku lipca, było jeszcze w totalnej rozsypce. Teraz jest już po remoncie. Dość spontanicznie wymyśliliśmy, że nasze mieszkanie będzie miało kolory pór roku. Łazienkę pozostawiliśmy w bieli, więc mimowolnie pozostała zimą. W sypialni zielony, spokojny kolor przypomina o wiośnie. Cytrynowa kuchnia już jest pełna słonecznego lata. A pokoik gościnny ma barwę jesieni.

I te barwy mnie tak cieszą, sprawiają, że śmieję się od ucha do ucha. Ostatnio pisałam Magdzie, że podobnie, jak Ona nie malowałam od roku. Ołówki, farby i kredki leżą na dnie szuflady z niedokończonymi rysunkami. Wczoraj patrząc na zieloną ścianę sypialni pomyślałam o wyjęciu farb i pasteli i stworzeniu paru obrazów, które przyozdobiłyby tę zieleń, sprawiając, że będzie jeszcze piękniejsza. Może czas odkurzyć sztalugę. Może czas znów przekonać się do kolorów. Może czas po prostu na nowo się przełamać. A może nawet dokończyć rysunki?

- Jak już będziemy mieli kanapę, to musisz nas odwiedzić! - powtarzałam ostatnio dość często.
Tak sobie myślałam ostatnio, że chciałabym, żeby moje mieszkanie było otwarte. W środku duży stół, na nim świeży chleb - jak było w jednej z moich ulubionych piosenek. Chciałabym, żeby to mieszkanie było otwarte dla wszystkich życzliwych ludzi. Dla tych ludzi, o których teraz przypominają mi listy schowane w pudełku, kartki przypięte na korkowej tablicy, czy pamiątki poustawiane na półkach. Dla nich zawsze znajdzie się kubek ciepłej herbaty.

Czasem, gdy patrzę na te ściany, wyobrażam sobie w nich naszą przyszłość. Nie wiem, jak długo dane będzie nam tam mieszkać. Nie wiem, jak długo będziemy mówić, że na początek wystarczy. Lecz widzę w nich naszą miłość, naszych przyjaciół, nasze radości i zmartwienia.

Przed nami jeszcze sporo wydatków i mnóstwo urządzania, które idzie zdecydowanie wolniej, niż na początku zamierzaliśmy. Chociażby w tym miesiącu po zapłaceniu czynszu wystarczy nam jedynie na lodówkę z odzysku. Lecz każda wniesiona tam nowa rzecz sprawia, że serce rośnie. Bo nasza, bo własna. Jak te pokoiki w kolorach pór roku.


piątek, 4 września 2015

Jak łatwo zdobyć moje serce? [2/30]

I już zaczynają się schody w tym całym czelendżu. Za cholerę nie wiedziałam, jak zabrać się za tego posta, ba, nie wiem nadal. Cóż, wyjdzie w praniu. W pisaniu tudzież. Może uda mi się skleić coś w miarę sensownego, co będzie się jakoś nadawało do czytania.


Otóż dziś moim zadaniem jest odpowiedzenie na jakże proste pytanie: Jak łatwo zdobyć moje serce? Sposobów jest kilka.

Jeśli jesteś facetem, noś długie włosy. Mam totalnego hyzia na punkcie długich piór u facetów. Nie muszą być jakiejś przesadnej długości, starczą takie, jak u młodego Eddiego Veddera (patrz wyżej). Toteż mój P. przez większość naszego związku nosił długie włosy, ba, swego czasu miał dłuższe ode mnie! A ściął, bo założył się z kumplem o... pisiąt złotych, tudzież o flaszkę whisky, nie pamiętam. Ach, ta męska duma. Na szczęście po jego długim tłumaczeniu się, że w krótkich włosach mu wygodniej, skutecznie przekonuję go do ponownego zapuszczania. Mówiłam, że miewam dar przekonywania?

Jeśli grasz na gitarze, moje serce jest twoje. Chociaż... no dobra, długi czas wkurzałam się o to, że gitara to jedyna kobieta o którą mogę być zazdrosna. Oj bardzo się wkurzałam. Ale dziś już wrzuciłam na luz. Wręcz nie chciałabym, żeby stała w kącie i kurzyła się, jak moja. Harmonijka też jest spoko. A jak mój zapał do bębna djembe nie okaże się słomiany, to sąsiedzi dostaną z nami na łeb.

Jeśli chcesz mnie zabrać do drogiego, ekskluzywnego lokalu, by w ten sposób spędzić ze mną sobotnie popołudnie, to... szybciej narobię ci przypału, nim oddam swe serce. Lepiej zabierz mnie na piwo w plener, albo - jeśli pogoda nie pozwala - do baru z bilardem i szafą grającą. Ot, taka ze mnie trochę chłopczycowata dziewoja.

Jeśli lubisz czytać, to moje serce jest twoje. Nasz regał w przyszłości będzie wyglądał imponująco. Jak pożyczysz mi kilka biografii fajnych muzyków, to też będzie super.

Lubisz oglądać filmy? Też mnie skradłeś, nawet, jeśli nasze gusta się nieco różnią. Zawsze można przecież obejrzeć komedię, lub horror. Tudzież seriale. O tak, lubię seriale. I już tęsknię za Heisenbergiem i Hankiem Moodym, o Ragnarze Lothbroku, czy rodzinie Starków nie wspominając.

Jeśli widzisz, że jestem smutna i na pocieszenie kupujesz mi kebaba zamiast kwiatów - moje serce jest twoje.

Nigdy nie miałam Xboxa, ani PlayStation. Ale jeśli nauczysz mnie grać, to jestem twoja. I w straszne gry też możemy grać. Ostrzegam - drę ryja chociażby grając w Slendera. #Bożesąsiedzioszalejotaksobieterazmyśle

Jeśli jesteś facetem, który wybiera koncert rockowy zamiast meczu - będę jeździć z tobą. W tv też możemy oglądać. Lubię nagrania live. Fajnie je się ogląda pijąc zimne piwo i jedząc nie do końca zdrowe przekąski.

Jeśli masz przynajmniej odrobinę nierówno pod sufitem, tak jak ja - moje serce jest twoje.



środa, 2 września 2015

W oczekiwaniu na czerwone winobluszcze

Hej, na co czekasz? Tak ty, rudy zasmarkańcu. Wstań i idź. Wyprowadź siebie na spacer. Na spacer do parku. Do tego samego parku, w którym zeszłorocznej jesieni dzielnie mierzyłaś drzewa do magisterki. Tam, gdzie śmiałaś się, kiedy pomagający ci brat wpadał w pajęczyny, tam, gdzie siadałaś nieraz zamyślona na starych ławkach amfiteatru i patrzyłaś na miasto po drugiej strony Warty. Tam, gdzie ostatnio podniosłaś ze środka ścieżki krucze pióro.

Nie bój się, idź. Jeśli chcesz, to biegnij. I tylko się nie zatrzymuj.

Nie zatrzymuj się, bo ta jesień też może być piękna. I piękna będzie. I winobluszcze znów się zaczerwienią. Przecież tak bardzo je kochasz o tej porze roku. Czekasz na to jak nikt. Na tę czerwień właśnie. Taką samą czerwień jak ta na twoim roztrzepanym łbie.

Tylko musisz w to wszystko uwierzyć.

Możesz śmiać się tak, jak zeszłorocznej jesieni. Wyjątkowej jesieni, w której odnowiłaś swoją duszę, zrozumiałaś jeszcze bardziej kim jesteś i jakie jest twoje przeznaczenie. Jesieni, w której nadzieja zapłonęła w twoim sercu bardziej, niż kiedykolwiek. Nie sądziłaś, że umiesz się tak szczerze modlić, tak z całego serca prawda? Nie sądziłaś, że masz w sobie tyle ciepła, które tak łatwo przelewasz na innych, czyż nie? I nie sądziłaś, że masz aż tak delikatne serce, które łatwo pokruszyć na małe kawałeczki.

Jeśli chcesz płakać, płacz. Łzy oczyszczają przecież. Tylko nie zapominaj, że zawsze przychodzi ten moment, kiedy trzeba wytrzeć nos, jak sama mawiałaś. Jak mawiasz nadal. Bo to przecież twoje ulubione powiedzenie, zawsze powtarzasz to "tym zasmarkanym", zawsze powtarzasz to sobie, kiedy sięgając po chusteczkę nagle zaczynasz się śmiać.

Bo ty poryczysz, poryczysz, a potem znów wskakujesz na wysokiego konia i zasuwasz dalej. I o to właśnie chodzi. 

Ta jesień będzie piękna. Przyniesie ukochaną czerwień winobluszczy. Przyniesie kasztany, które tym razem będą szczęśliwsze, niż te, które uzbierałaś rok temu dla kogoś, a później nagle okazało się, że nie ma już komu ich dać. Przyniesie kolorowe liście, które znów sobie ususzysz na pamiątkę. Przyniesie wspomnienie zaręczyn nad stawami, które będziecie świętować po swojemu. Przyniesie błogie spacery po lesie, słynne wyprawy na grzyby z rodziną, kiedy oni wchodzą w las, a ty wędrujesz środkiem ścieżki wymachując kijem, bo przecież tak bardzo boisz się pająków. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak zabawnie wtedy wyglądasz. A może właśnie sobie wyobrażasz, bo przecież wyobraźnię masz bujną.

Przyniesie też twoje rysunki. Przyznaj, kiedy ostatnio rysowałaś? Pod koniec października? Czy na początku listopada? I wszystko, cały twój talent, zapał, leży w szufladzie nietknięty od tamtego czasu. Cała twoja miłość. Bo przecież kochałaś to robić. To był twój sposób na lęki, na smutki. A cóż cię właśnie teraz dopadło, jak nie one?

Wstań i idź. Weź kartki ze sobą. Tylko weź kredki, zamiast ołówków. Wiem, że kochasz portrety, wiem, że kochasz je w szarości, w tej precyzji, którą tak bardzo chciałaś w sobie doskonalić. Ale tym razem weź kredki. Usiądź na starej ławce i narysuj świat. A wtedy zobaczysz, jak jest pięknie.

I nic się nie bój. Nic a nic. Nie bój się wspomnień. Nie bój się dat. To przecież tylko liczby. Ot są i nagle ich nie ma. Czas płynie dalej. Życie się toczy. A ty żyjesz. Więc żyj.

Ta jesień będzie piękna. Zobaczysz. I tym razem skończy się dobrze. Sprawi, że zakreślisz bolesne daty innymi, dobrymi wydarzeniami. Może nie przestaniesz tęsknić, ale nauczysz się na nowo spoglądać w gwiazdy, nawet na te spadające.

I będziesz się śmiać nawet, jeśli będzie to uśmiech przez łzy.

Tylko już się nie bój.
Nie bój się snów, bo to są zawsze dobre sny. Sny, w których jest uśmiech. A jego nie trzeba się przecież bać.

Idź, biegnij, kochaj...
I żyj.



wtorek, 1 września 2015

Lekcje, które mnie czegoś nauczyły [1/30]

Wczorajsze popołudnie okazało się lekiem na wczesnojesienną chandrę i smutki, które ostatnio mną zawładnęły. Piękna pogoda, leśna droga i wyprawa rowerowa nad nasze stawy we dwoje. Może to nie wyleczyło wszystkiego od razu, bo tak się chyba nawet nie da, ale pomogło nam nawiązać cieniutką nić porozumienia. Cieniutką i delikatną, niczym babie lato, taką, którą można w każdej chwili zerwać. Lecz nawet ona sprawiła, że się śmiałam. Naprawdę szczerze się śmiałam. Przez chwilę, po ciężkim dniu, po kolejnych łzach. Śmiałam się.


W euforię żadną popadać nie chcę, bo wciąż przede mną jest mnóstwo drzwi, za którymi tkwią nieoczekiwane zmiany, dla mnie będące póki co cichymi niespodziankami, snującymi wokół mnie mgiełkę niepewności i zwątpienia.

Jedyną myślą, która podnosi mnie na duchu jest fakt, że to minie. Zazieleni się i urośnie kilka drzew, jak śpiewa VooVoo w jednej z moich ulubionych piosenek.

Tymczasem widząc moje zaległości w dość ciekawym i podsuwającym pomysły na ciekawe posty czelendżu, w którego wkopała mnie Lu (nawet nie pozwoliła mi odmówić, cholera jedna), pomyślałam sobie, że to dobry czas, żeby zacząć nadrabiać. Zatem i u mnie od czasu do czasu będą pojawiały się posty dotyczące The Pillower's Chellenge. Podejmuję wyzwanie dzielnie, bo pytania są niebanalne i pozwolą wydobyć mi coś, co siedzi gdzieś głęboko w serduchu. I o to chodzi.


Dziś zatem czas na opowiedzenie Wam o lekcjach, które mnie czegoś nauczyły.

Generalnie wychodzę z założenia, że każdy dzień mnie czegoś uczy. Każdego dnia zasypiam zastanawiając się co zrobiłam dobrego i dziękując za to - uważam swoją drogą, że to najlepszy sposób na modlitwę. Wdzięczność. Nie więcej, nie mniej, ot, zwykła wdzięczność. Przed snem pod powiekami widzę ludzi, którzy powiedzieli mi coś ważnego, nie zawsze miłego, ale takiego, co zapadło gdzieś w pamięć i sprawiło, że uznałam, że należy coś z tym zrobić.

Nie potrafię podać Wam zatem konkretnych przykładów, a może niektórych podawać nie chcę. Pozostanę więc przy tym, że uczy mnie każdy dzień, każde zrządzenie losu, każdy człowiek i każda podjęta przeze mnie decyzja - dobra, czy zła, jest przepustką do nauki życia. Jest lekcją. A o to przecież chodzi.

Zdecydowanie łatwiej będzie mi powiedzieć, czego te wszystkie dni, odkąd stąpam po ziemi, ludzie, których spotkałam i decyzje które podjęłam mnie nauczyły. Czasem najbardziej dotkliwie, boleśnie policzkujące, ale dające nauczkę na przyszłość.

Czego więc nauczył mnie nie zawsze łaskawy los?

Żeby nie odkładać niczego na później. Jestem człowiekiem, który przyzwyczajony jest do zabieganego trybu życia. Może też dlatego tak trudno ostatnio znaleźć mi swoje miejsce. Jednak... przez wieczny bieg wiele razy odkładałam naprawdę ważne sprawy na później. Odkładałam ludzi, których chciałam przytulić, odkładałam przyziemne sprawy związane z pracą, czy z uczelnią, odkładałam na później nawet siebie samą. Skutki takiego odkładania bywały nieraz opłakane. Ileż razy powtarzałam "nie zdążyłam", "to moja wina", "a gdyby..." A gdyby... chyba najgorsze, co można sobie powiedzieć, kiedy straciło się na coś ostatecznie szansę, nieraz daną drugi raz przez los.

Idąc dalej tym tropem... kolejnym kopem od losu i nauczką od życia było jedno słowo: zwolnić. Jako właśnie taki zabiegany człowiek zostawiałam zawsze siebie na dalszym planie. Nie dbałam o siebie, tylko o innych. Innych zaganiałam do tego, żeby się ogarnęli, zrobili dla siebie coś dobrego, a sama... sama o sobie nie myślałam prawie wcale. Mówiłam: "Zrób sobie dzisiaj pachnącą kąpiel i wypij gorącą czekoladę, zobaczysz, będzie lepiej." Tymczasem sama nie pamiętam, kiedy pozwoliłam sobie na wylegiwanie się w wannie z kubkiem gorącej czekolady, czy kakao. Myślałam, że to fajne, bo nie jestem egoistką. I egoistką być może nie byłam. Ale byłam głupia. Głupia, bo stawianie wszystkich innych spraw i ludzi ponad siebie i swoje siły sprawiło, że upadłam na zdrowiu. I gdybym nie spojrzała na siebie, nie skierowała swoich ambicji w kierunku lepszego odżywiania, sportu i snu, mogłoby skończyć się tragicznie. Na własnej skórze przekonałam się, że przemęczenia nie wolno lekceważyć. I cóż - słynne "wyżej dupy nie podskoczysz" - nabrało nowego znaczenia.

Cieszenie się drobnymi rzeczami - tego nauczyło mnie życie. Tak, jak wczoraj, kiedy siedząc na miękkim mchu cieszyłam się z ważki, która usiadła na moim trampku, ze słońca, którego promienie czasem trochę natarczywie łaskotały moje policzki. Ale cieszyło mnie to, bo pomyślałam sobie, że niedługo tego łaskotania będę naprawdę mocno i z wytęsknieniem wyczekiwać. Cieszyłam się z pachnącego wilgocią leśnych stawów powietrza, które mocno wciągałam do płuc, zamykając oczy. Cieszyłam się z pierwszych gwiazd pojawiających się na niebie, cudnych gwiazd, które sprawiają, że chce mi się czasem jeszcze wzruszać. Cieszyłam się z babiego lata, bo jego widok jakoś tak zawsze mnie rozczula. Cieszyłam się z obecności drzew, które tak kocham i które lubię w myślach rozpoznawać i nazywać po łacinie. Cieszyłam się z bijącego serca przyrody, której przecież jestem częścią, tak samo jak i Ty, drogi Czytelniku. Cieszyłam się też z Jego obecności. Z tego, że po prostu jest, że mogę oprzeć głowę na Jego ramieniu, że nie muszę się wstydzić tego, że do moich oczu wzbierają łzy, że On też chce, chociaż nie wie jak, chce, żebyśmy się w tym wszystkim odnaleźli i nie rozstawali się po tylu pięknych, wspólnych latach. Tyle starczy - nie bać się doznawać. W tym wszystkim, co nas otacza wciąż tkwi mnóstwo piękna.Wystarczy patrzeć i widzieć, słuchać i słyszeć, dotykać i czuć... a da się. Naprawdę się da.

Ktoś kiedyś powiedział, że uśmiech jest najprostszą drogą do ludzkich serc. Życie również obfitowało w mnóstwo lekcji, które mi to uświadamiały. Pewnego dnia uznałam, że świat bywa zbyt smutny i ponury przez miny innych ludzi, żebym jeszcze ja musiała go psuć swoją wykrzywioną w smutku twarzą. Wiecie... przekonałam się, że kiedy człowiek się uśmiecha, to nawet te najbardziej "wredne baby" - w urzędach, w rejestracji przychodni, czy w szpitalach - zaczynają odwzajemniać. Bo nikt nie jest ze stali i każdy uśmiechu potrzebuje, potrzebuje pokrzepienia, ciepła i czułości. A jeśli mogę dać komuś mój uśmiech, to dlaczego nie? Dlatego też życzliwe "miłego dnia" na pożegnanie, którego z kolei nauczyłam się od Agi powoli wchodzi mi w krew. I naprawdę wierzę, że miłe gesty z biegiem czasu przestaną budzić takie zdziwienie.

Idąc śladami uśmiechu... życie nauczyło mnie też dystansu do siebie. Naprawdę nieraz nie warto chodzić z kijem w dupie. Warto za to zacząć się z siebie śmiać. Myślisz, że nie jesteś zabawny? Przypomnij sobie chwile, w których nawet przez przypadek robiłeś z siebie totalnego debila. Zupełnie jak ja, kiedy wchodząc na jeden z ustnych egzaminów potknęłam się na progu i wpadłam na jednego z wykładowców. Przynajmniej rozluźniła się atmosfera, ludzie się śmiali. I ja też się śmiałam, a co!

I wiecie... mogłabym tak jeszcze pisać, pisać i pisać. O lekcjach, które mnie czegoś nauczyły, mogłabym właściwie pisać bez końca. Bo nauczyło mnie życie. Ono jest dla mnie najważniejszą lekcją, z której czerpię każdego dnia. I każdego dnia tak naprawdę mam z niego klasówkę. Nie pisemną, nie ustną, a życiową. Tu nie ma ocen w skali od jeden do sześciu. Tu są tylko konsekwencje, które dotykają nas do głębi samego serca. I uczą. I o to chodzi. Bo przecież życie jest nieustającą nauką. I mam nadzieję, że także chęcią tej nauki.


"powiem ci jak
mogłabyś mnie kochać
ale najpierw uleczę twoje serce

znam cię lepiej
niż ty znasz
widzę
kim się staniesz
wierzę, że
to jest to, kim jesteśmy
jaśniejszy płomień
ciemniejszy jest cień"