sobota, 31 maja 2014

Marzę o tym...

Pewna Dobra Dusza nominowała mnie ostatnio do nowej, bardzo pozytywnej zabawy blogowej. Zadaniem zrzuconym przez Anelise na me barki jest opisanie swojego największego marzenia. Długo zastanawiałam się, o czym mogłabym Wam napisać, aż w końcu przyszła mi do głowy najprostsza z prostych myśli: Napisz prawdę - która może Was trochę zaskoczy i na swój sposób da trochę do myślenia. Więc... zaczynajmy :)



Nie będę pisała o pieniądzach, dalekich podróżach, wygranej w totka, czy otwieraniu własnej, potężnej działalności. Nie będę pisała o zdobywaniu tytułów, ślubie, czy własnym domu z wielkim, japońskim ogrodem, trójką dzieci i psem, bo choć są to jakieś tam moje marzenia to z pewnością nie są to te, o których myślę przed zaśnięciem i to nie one są dla mnie najważniejsze.

Wiesz, Indianer, przestałem marzyć.
Kiedy człowiek nie marzy, umiera...

Tak rzekł Rysiek Riedel w jednym z moich ulubionych filmów. I powiem Wam, że kiedy przypomniałam sobie o tych słowach, przestraszyłam się nieco. Umrzeć? Ale jak to umrzeć? A może ja po prostu jestem szczęśliwa? Może ja nie potrzebuję marzyć o wielkich rzeczach? Może ja po prostu już mam to, czego tak bardzo potrzebowałam? A może mam umrzeć będąc szczęśliwa?

Bo mam to, czego chciałam. Mam to, o czym kilka lat temu marzyłam do poduszki. Mam miłość, przyjaciół, tytuł inżyniera architekta krajobrazu i pracę w zawodzie. Marzymy o tym, co uczyni nas szczęśliwymi, a ja jestem szczęśliwa.

O czym więc myślę przed zaśnięciem? Czy w ogóle marzę?

Beata Pawlikowska

Marzę o tym, by dojść do wielkich marzeń łapiąc po drodze mniejsze marzenia. 
Marzę o tym, by otworzyć oczy i uszy na świat
Marzę o tym, by słysząc krople uderzające w parapet nad ranem, zwiastujące ponurą pogodę, szarość i wiatr, mieć siły na to, by iść do przodu z podniesioną głową mimo to
Marzę o tym, by słysząc śpiew ptaków nad ranem, traktujących o tym, że niebo jest dziś niebieskie, a słońce będzie łaskotać policzki, umieć się tym cieszyć
Marzę o tym, by nie szukać sobie problemów na siłę
Marzę o tym, by kochać świat i życie
Marzę o tym, by iść na każdy egzamin z nadzieją większą od strachu.
Marzę o tym, by biegając nad ranem wzdłuż Warty brać z natury jak najwięcej tego, co mi daje
Marzę o tym, by na drugi dzień obudzić się zdrowa, by móc wstać z łóżka.
Marzę o tym, by nie zesłabnąć na zajęciach, w tramwaju, w pociągu.
Marzę o tym, bym nigdy nie przestała się śmiać.
Marzę o tym, by nigdy nie zabrakło mi zdrowia i sił na realizowanie tych większych marzeń.
Marzę o tym, by za kilkadziesiąt lat móc powiedzieć sobie byłam (i jestem!) szczęśliwa.

I marzę o tym, by pewnego dnia, lecąc do Stanów, Japoni, czy Indii z mężem, trójką dzieci i psem, opuszczając na chwilę nasz wielki dom z pięknym japońskim ogrodem móc się nadal cieszyć każdą chwilą, żyć pełnią życia, nasycać zmysły każdą, nawet najmniejszą cząsteczką świata i natury, nigdy nie zatracić samej siebie, mieć więcej odwagi i żyć tak, aby nigdy nie pozostać w samotności. 

I marzę o tym, by nie przestać marzyć, choćby o tym, co najdrobniejsze, bo te najmniejsze marzenia są nie tylko najpiękniejsze, ale też najprostsze do spełnienia.

środa, 21 maja 2014

Są takie wspomnienia, które rozrywają serca

Widok z okna mam paskudny - uroki kamienicy. Jednak mały, widoczny skrawek nieba, który głaszczą zarośla z ogrodu sąsiada jest wyjątkowy, szczególnie o zachodzie słońca. Taki sam urok to niebo miało wczoraj, gdy chmury zostały świeżo rozwiane. Przesiąknięta świadomością zbliżającego się egzaminu i tego, że jest mi wręcz głupio, gdy pomyślę nie tyle o mojej niewiedzy, co o tumiwisizmie, leżałam na łóżku, z rękoma założonymi za głową i gapiłam się w te różnokolorowe cudo, gdy z głośników dobiegał mnie słodki, niski głos Morrisona.

Nic mi nie może spieprzyć tak pięknego wieczoru - myślałam sobie. No i dnia w sumie też, bo rzadko które poniedziałki bywają tak udane. 

Skrawek mojego nieba stawał się coraz ciemniejszy i powoli zakładał na siebie swoją czarną, nocną pelerynę. Z trudem wracając do rzeczywistości przyciągnęłam do siebie laptopa, coby na jednym z portali społecznościowych sprawdzić, czy przypadkiem ktoś nie wpadł na pomysł przełożenia tego nieszczęsnego egzaminu. Ku memu rozczarowaniu nikomu podobny pomysł jeszcze wtedy w głowie nie zaświtał, jednak czekała na mnie inna niespodzianka. Zaproszenie do znajomych od kogoś, po kim w życiu bym się tego dziś nie spodziewała. Od kogoś, na kogo jakikolwiek odzew czekałam pięć lat. Od kogoś, kto był kiedyś moim przyjacielem, a później stałam się dla niego niewidzialna. Od kogoś, o kim wspomniałam ostatnio, o ironio! Nieszczęsny M. Ten sam, o którym moje opowieści doskonale znają ci, którzy są przy mnie w blogosferze od kilku lat.

Podświadomość podpowiedziała mi: po takiej niespodziance, masz prawo na dymka. Ale ja nie miałam ochoty palić. Czułam, że nie zasmakowałby mi żaden papieros. Lekarstwem okazała się piosenka Tool'a, która wyzwoliła ze mnie wszystkie uśpione przez te lata emocje.


- Świetnie razem wyglądaliście, wiesz? I w ogóle biła od was taka pozytywna energia. Brakuje mi tego Asik, brakuje jak cholera.
- A mi brakuje was, ale jego ani trochę - skłamałam mojej D., kiedy przyłapała mnie, że przyglądam się jednemu, wspólnemu zdjęciu z pewnej licealnej imprezy. Zastanawiałam się, dlaczego pozując do zdjęcia M. kładł tak często głowę na moim ramieniu.

Przez okres liceum byliśmy z M. najlepszymi przyjaciółmi. Nocne sms'y, długie spacery, wspólne siedzenie na lekcjach i te nasze imprezy zwane przez nas "chrześcijańskimi" - z winem i chlebem na zagrychę. I tak naprawdę wszystko było dobrze, do czasu, aż moje przyjacielskie uczucia względem niego zaczęły wymykać się spod kontroli. Ja w ogóle jakoś tak tą naszą znajomość wtedy wyidealizowałam - myślę sobie dziś. Nie wynikało to ot tak, z niczego - otóż od pewnego czasu nie umieliśmy wytrzymać dnia bez dzwonienia do siebie, a M. obdarowywał mnie drobnymi prezentami. Jednym  nich był grający, pluszowy słonecznik, którego nazwaliśmy Edwardem. Ot tak. 
- Edward ma stać tutaj - postawił go na szafce, naprzeciwko mojego łóżka. - Tak, abyś budząc się śmiała się na jego widok. Masz się uśmiechać. Dużo uśmiechać. Nie chcę widzieć cię smutnej.

Śmiałam się. Matko, jak on umiał malować na mojej twarzy uśmiech. Te wszystkie nasze durne żarty, które rozumieliśmy tylko my, męskie, choć przyjacielskie ramię, które wspierało mnie w trudnych chwilach. Nie da się tego zapomnieć. Nie da się zmazać przeszłości. Choć piszę o niej dziś spokojnie, w oczach mam łzy. Wszystko do mnie wraca.

Pewnego dnia czar prysnął. I to był największy szkopuł. Z najlepszego przyjaciela, bratniej duszy, stałam się dla niego powietrzem. Nie byłam obcym, bo obcy ludzie czasem ze sobą rozmawiają, chociażby oschle, ale rozmawiają. On nie mówił nic. Odwracał się ode mnie. Z dnia na dzień stałam się niewidzialna. Nie powiem, że stało się to bez powodu, bo na pewno jakiś miał, tyle tylko, że po dziś dzień nie usłyszałam słowa wyjaśnienia. A wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Że ja już wtedy zdążyłam się w nim zakochać.

Pisałam sms'y - nie odpisywał. Dzwoniłam - nie odbierał. Podchodziłam do niego - odwracał się na pięcie i odchodził, jakbym była jakąś paskudną odrazą. Pewnego dnia, na ostatniej klasowej imprezie pomaturalnej wysłałam mu pijackiego sms'a, że go kocham. Nie pamiętałam tego, co zrobiłam na drugi dzień, lecz gdy przypomniało mi się, wtedy jeszcze nie żałowałam. Nie słucha mnie, może chociaż przeczyta - myślałam, próbując okiełznać największego w życiu kaca. Nie odpisał po dziś dzień.

Nie umiem Wam opisać, jak bardzo cierpiałam, jak się męczyłam i walczyłam, by wstawać każdego dnia z łóżka. Może dlatego, że starałam się o tym wszystkim zapomnieć i poniekąd mi się udało. Nie chciałam pamiętać wiecznie zapuchniętych oczu, czerwonych krech na rękach, choć obiecałam, przysięgałam, że nigdy więcej tego nie zrobię. Dziś mi jest wstyd. Nie chciałam pamiętać, jak przez całą tę sytuację zawaliłam maturę, nie dostałam się na studia i odwróciłam się od koleżanek. Nie chciałam pamiętać nieprzespanych, zapłakanych nocy, krzyków w poduszkę, samotności i potwornego bólu - bólu odrzucenia. Bo, zrozumcie mnie, moi mili - to nie była zwykła, nieodwzajemniona miłość. To była o wiele większa wówczas dla mnie strata. Strata przyjaciela, najbliższej bratniej duszy, kogoś, bez kogo nie wyobrażałam sobie życia. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie wiedziałam dlaczego tak się stało. Nie rozumiałam i nie rozumiem po dziś dzień, co mu takiego zrobiłam, że tak bardzo mnie nagle znienawidził.

Powiecie mi - to tylko durne zaproszenie. Wiem, głupi portal. Ale wierzcie mi, w jego przypadku te jedno kliknięcie myszką w moją stronę, to stumilowy krok. Myślałam wczoraj, co zrobiłabym, gdyby podszedł do mnie na peronie. Gdyby chciał pogadać. I wiecie co? Porozmawiałabym z nim. Ale gdybym mogła, najpierw zdzieliłabym go w pysk. Pięć lat robi swoje, a ja mu wybaczyłam. Nie umiem przekreślić czegoś, co było dla mnie tak ważne, nie umiem przekreślić drugiego człowieka, bo wiem, że każdy popełnia błędy. I powiedziałabym mu, że wybaczyłam, choć może nie od razu. Najpierw chciałabym poznać tylko odpowiedź na jedno, proste pytanie: "Dlaczego nagle stałam się dla niego potworem, powietrzem, nicością?"

"Do not look at me
like I am a monster."

Nie byłam, nie jestem i nie będę potworem. Jestem człowiekiem, a nieraz jestem wręcz zbyt ludzka i za to dostaję porządne kopy w tyłek. Nie będzie to dla mnie ujmą, jeśli jego odwaga i potrzeba porozumienia się ze mną, będzie polegała jedynie na wirtualnym wysłaniu zaproszenia do grona znajomych. - wykreśliłam go ze swojego życiorysu, ułożyłam sobie życie, mam nowych przyjaciół, faceta, pracę i wiedzie mi się świetnie. Pięć lat robi swoje. Jednak po cichu liczę na to, że skoro zrobił pierwszy - jakże na razie durny i tchórzliwy krok - zrobi i drugi, bo jakikolwiek miałby powód by mnie znienawidzić, to mam święte prawo dowiedzieć się, za co.

sobota, 17 maja 2014

Jak za dawnych lat

Pewne kwietniowe, piątkowe popołudnie. 
- Jakie ty masz długie włosy! Wciąż ruda. I chudniesz w oczach, dziewczyno. Zmieniłaś się jak cholera... Tylko ta wariacka muzyka wciąż u ciebie w głośnikach.
Wyściskała mnie serdecznie. Moja Iwonka, szkolna przyjaźń, z którą przeżywałam szczeniackie obozy, szkolne biwaki, nastoletnie radości i smutki, pierwsze miłości, zwierzenia i nieodwzajemnienia. Kontakt mamy nieco słabszy, niż dawniej, ale kiedy wpadniemy na siebie, nagadać się nie możemy.
Zaśmiałam się pod nosem.
- Ano mam nadzieję, że już chudnąć przestałam. Te piętnaście kilo, które wyparowało ze mnie od początku studiów, zupełnie wystarczy. A to nie wariacka muzyka, tylko Pearl Jam!
Zaparzyłam nam herbatę i usiadłyśmy w moim pokoju, w którym nawet w miarę udało mi się posprzątać.
- Ja coś dla ciebie Asiu mam.
Wręczyła mi kopertę. Domyśliłam się, co jest w środku, choć nie do końca byłam pewna, czy zostanę zaproszona, wszak nasze drogi mocno się rozeszły. Wiedziałam, że się zaręczyła niedawno i że w czerwcu bierze ślub, choć znieść nie mogłam myśli, że dowiedziałam się o tym z portalu społecznościowego. 
- Dziękuję Kochana... tylko... dlaczego tak szybko?
- Ano... szósty tydzień.
No i się poryczałam.
- Chodź ty głupku!
Wyściskałam ją znów. Nie posiadałam się ze szczęścia. Moja Iwonka, ta, która ryczała na co drugiej imprezie, że starą panną zostanie i że żaden facet jej nie będzie chciał. Ta, z którą zawsze śmiałyśmy się na lekcjach chemii i tak naprawdę nikt nigdy nie wiedział, z czego rżymy. Ba, my same często nie wiedziałyśmy. Ta, do której nieraz biegłam w środku nocy, bo ją atak doła złapał. Głupia młodość, piękna, niezapomniana...
Miała wypić herbatę i jechać dalej rozwozić zaproszenia. Siedziała trzy godziny. Poczekają, mówiła. A my wspominałyśmy nasze szkolne lata.
- Asik, a pamiętasz, jak na biwaku biegałaś po dworze owinięta kocem, wydając odgłosy Indianina i kiedy wychowawca zapytał cię, co ty właściwie robisz, to mu wyjebałaś, że jesteś babokiem?
Dżizas, pomyślałam, jakim ja byłam debilem. No tak. Nie na darmo na zakończenie liceum napisał mi wierszyk: 

"Nie spuszczajcie dzieci z oka, 
gdy gniew spadnie na baboka."

- Jasne, że pamiętam! A ty w tym samym czasie siedziałaś w domku i o ciemku czytałaś gazetę do góry nogami. Miałaś taką drzyzdę, że zastanawialiśmy się, jak cię otrzeźwić, coby nie mieć przypału na obchodzie! Na dodatek złamaliśmy wtedy klucz.

Łzy ciekły nam ze śmiechu.
- M. wtedy z nami urzędował, nie?
Cholera, musiała. Już mi przestało być wesoło.
- Ano tak, był. Zresztą, jak widać na zdjęciach. Ale poszukam zdjęć z osiemnastek...
Serio, chciałam zmienić temat.
- Asik, rozmawiacie?
- Nie. Nadal się nie znamy. Jesteśmy sobie obcy. 

Zauważyła, że nie chcę o tym rozmawiać, więc i temat pospiesznie zmieniłyśmy, ale ślad tej rozmowy we mnie pozostał. Siedziałam wieczorem na parapecie i myślałam, jakie to cholernie smutne, że człowiek, którego kiedyś nazywało się przyjacielem (jakież to fałszywe określenie), dziś jest obcym. Ocieramy się o siebie, przeciskając się przez tłum w pociągu. Wsiadamy do tego samego tramwaju. Wysiadamy na tym samym przystanku. Jak obcy ludzie. Ba... czasem obcy ludzie się lepiej traktują. Jak niewidzialni. Tak, niewidzialni to dobre określenie. 

Od tamtego piątku takich wspomnień pełno w mojej głowie. Wczoraj spotkałam się z dziewczynami, coby dogadać kwestię wieczoru panieńskiego, który Iwonce organizujemy. Poczułam, jak inaczej mi się z nimi rozmawia. Inaczej, niż kiedyś, choć tej inności nie umiem Wam opisać. Jestem inna. Inna, niż wtedy. Inna także od nich. Na swój sposób tęsknię za tamtymi czasami, choć nie czułam się wtedy szczęśliwa. Byłam zakompleksioną, nieszczęśliwie zakochującą się i mającą skłonności do depresji dziewczyną. Dziś nie jestem już krótkowłosym pulpetem z aparatem na zębach, tylko szczupłą, wysoką, rudą dwudziestoparolatką. Długo szukałam swojej drogi. Każda z nas szukała. Tylko moja przystań okazała się inna od ich przystani. I pomyśleć, jak kilka lat może zmienić człowieka. Największym szczęściem napawa mnie fakt, że nauczyłam się wybaczać. Wybaczyłam M., choć mówiłam sobie, że tego nie zrobię. To jednak temat na głębsze rozważania i opowiem Wam o tym innym razem. Najważniejsze, że nauczyłam się czuć ten spokój ducha, gdy go widzę, choć nierzadko w duecie ze smutkiem. 

Ale cóż tu się smucić, kiedy cieszyć się trzeba! Zostanę przybraną ciocią, od przyszłego tygodnia zaczynamy się bawić. Najpierw panieński w najbliższy piątek, tydzień później purtelam, a za trzy tygodnie ślub. Przygotowań wiele, także ze strony naszej - jej starych, dobrych kumpeli. Spotykamy się teraz tak często, jak dawniej, choć rozmawiamy o zupełnie innych sprawach, niż kiedyś. 



- Wiesz Asik? Iwonka już od nas odpadnie. - powiedziała mi wczoraj D. ze smutkiem - Pierwsza będzie mężata i dzieciata.
Jakich "nas", pomyślałam mimowolnie. Przecież "nas" już praktycznie nie ma, jesteśmy tylko, gdy musimy. Tamta paczka już nie istnieje.
I chcąc nie chcąc, dopadł mnie smutek. Zaczęłam zastanawiać się, czy to mogłoby się jeszcze powtórzyć. Może wizja najbliższych imprez, ponownie zbliży nas do siebie? Może nasi faceci będą pić ze sobą piwo? Może znów będziemy wychodzić na długie spacery, jak kiedyś, a dziewczyny będą próbowały mnie zaciągnąć do tego klubu, którego nie znoszę?

Chciałabym. Chciałabym jak cholera, bo w głębi duszy pamiętam, jakie to wszystko było na swój sposób magiczne.

środa, 7 maja 2014

Nie mów, że masz za mało

To był zwykły, szary dzień. Skończywszy zajęcia, spacerowałam poznańskimi uliczkami powoli udając się na przystanek. Pękała mi głowa ze zmęczenia, a ja myślałam tylko o tym, ile czeka mnie obowiązków po powrocie do domu. Prezentacja, opracowanie notatek, przygotowanie czegokolwiek na spotkanie z promotorką, a do tego wszystkiego cholernie ciężkie powieki. Bez mocnej kawy się nie obędzie. Mam za mało czasu, za mało odpoczynku, za mało życia... Wszystkiego za mało! Łączenie studiów z pracą i dojazdami robi swoje. Tramwaj ruszył, a ja użalając się w myślach nad mym marnym losem, myślałam tylko o ciepłym łóżku.

Założyłam słuchawki na uszy i wsłuchując się w kojący głos Eddiego Veddera, zerkałam przez brudną, tramwajową szybę na szary świat. I wtedy to zauważyłam.

Na przeciwległym przystanku dostrzegłam dziewczynę na wózku. Nie miała nóg. Boże, co za nieszczęście, pomyślałam sobie. I wtedy na mnie spojrzała. Była piękna. Miała duże oczy i długie kasztanowe włosy opadające swobodnie na ramiona. Niespodziewanie uśmiechnęła się do mnie. I ten uśmiech był tak pełen ciepła i pozytywnej energii, że momentalnie poczułam ukłucie w okolicach serducha. Odwzajemniłam jej uśmiech najcieplej, jak tylko potrafiłam, choć z trudem powstrzymywałam łzy.

Ona nie miała wyboru, pomyślałam sobie. Los skazał ją na to, w jakikolwiek sposób do tego doszło. A jednak mimo tak potwornego cierpienia, którego nawet wyobrazić sobie nie potrafię, ona potrafiła się tak cudownie uśmiechać. Jak anioł. Tak szczerze, że na jej twarzy nie było widać nawet cienia złych emocji. 


Złapałam się wtedy na tym, że czasem sama siebie skazuję na smutek. Wsiadałam akurat do całkiem pustego jeszcze pociągu. Dziewczyna nie mogła wyjść mi z głowy. Ja mówię, że mam za mało? Odwróciłam mój kalendarz na stronę z notatkami i zaczęłam pisać. Jestem cała i zdrowa, mam cudowną rodzinę, kochającego faceta, przyjaciół, nie tylko tych na wyciągnięcie ręki, ale też w blogosferze. Mam siły do tego, by się realizować, by spełniać marzenia. Skończyłam pierwszy stopień studiów, uczę się nadal, daję sobie radę, pracuję w zawodzie. A robię to tylko dlatego, że chcę, a wcale nie muszę!

To nie jest tak, że trzeba cały czas chodzić z wymuszonym uśmiechem na twarzy. To nie jest tak, że kiedy nadejdzie ten gorszy dzień, to trzeba wmawiać sobie, że i tak jest pięknie, bo przecież doskonale wiesz, że nie jest. Każdy ma prawo do smutku, każdy ma prawo do łez, ale przede wszystkim każdy ma prawo być przez chwilę sam tylko dla siebie.  

Samotność, jak wszystko na tym świecie, ma swoje dwie twarze. Na dłuższą metę bywa zabójcza, jednak czasem okazuje się zbawienna. Czyż nie tego brakuje nam w tym codziennym biegu? Piętnaście minut dziennie tylko dla siebie i swoich myśli. Piętnaście minut jak lekarstwo. Piętnaście minut na to, by zanalizować swój dzień, pochwalić siebie, że jest się tu i teraz, dodać sobie otuchy, że przecież wcale nie było, nie jest i nie będzie tak źle. Piętnaście minut... czy to naprawdę tak wiele z dwudziestu czterech godzin, które przeżywasz, powoli popadając w rutynę?

Pędzimy w tym wyścigu szczurów, zapominamy o tym, co jest naprawdę ważne, wiecznie powtarzając sobie, że mamy za mało. Ja żyję! - to podstawowy argument, przemawiający za tym, że mam więcej szczęścia, niż mogłoby się wydawać. Ja żyję, zegar tyka, czas biegnie, a ja marnuję go na przejmowanie się czymś, co po głębszej analizie okazuje się być zupełnie nieistotną kroplą w morzu codzienności. Jedno mgnienie, które nigdy nie wróci.

Dlatego dziś powiedz sobie: wykorzystam mój czas jak najlepiej. Zrobię to dla siebie i docenię to, co mam, bo wcale nie mam za mało. Mam wystarczająco dużo, by kochać życie, bo przecież ono, jakiekolwiek by nie było, z całego serca kocha mnie. 

niedziela, 4 maja 2014

Fruń jak najwyżej - po marzenia

Już za kilka tygodni będziemy mogli, jak co roku z Braciakiem, usiąść przed telewizorem i oglądać Ligę Światową mężczyzn w piłce siatkowej. Siatkówka to coś, co na swój sposób nas łączy - ja namiętnie oglądam nasze Orzełki w akcji, Braciak zaś prócz samego oglądania, kocha przede wszystkim grać. I kiedy tak przeglądałam dziś kalendarz, odliczając dni do pierwszego meczu, zrobiło mi się cholernie smutno, gdy pomyślałam, że być może nieprędko znów będzie dane nam wspólnie oglądać zmagania naszych kochanych siatkarzy. I paradoksalnie powiem Wam: oby tak było!

Bo wiecie, Braciak to typowy sportowiec. Ma osiemnaście lat, nie pije, nie pali, nie sięgnął nigdy po żadne używki. Czasem myślę sobie, że ma poukładane w głowie bardziej ode mnie - swojej o pięć lat starszej siostry, której od czasu od czasu odwali jeszcze coś totalnie głupiego. Wielu naszych znajomych uważa to za co najmniej niespotykane, by młody chłopak miał taki swój własny, niezależny od tak wpływowego środowiska system wartości. 

Jak wspomniałam - sport to dla Braciaka całe życie. Kilka lat temu, kiedy Jego przygoda ze sportem dopiero się zaczynała, pojawiły się też pierwsze problemy z Jego zdrowiem. Częste wymioty, silne bóle brzucha, zesłabnięcia... Kilka razy lądował w szpitalu, pod kroplówkami. Lekarze straszyli wtedy, ze może mieć to podłoże rakowe i że to nie przelewki. Pamiętam, jak pewnego dnia Mama mówiła mi, że musimy wybić Braciakowi sport z głowy, że oprócz ścisłej diety to jedno z najważniejszych zaleceń lekarza - nie wolno było Mu się przemęczać.



Już wtedy wiedziałam, że się nie podda. Braciak to człowiek, u którego załamanie trwa tylko przez chwilę. Kilka miesięcy później jeździł już na zawody i zdobywał medale. I to nie tylko w siatkówce, ale też w kręglach, biegach, czy piłce nożnej. Siatkówka jednak była ponad wszystko. Pewnego dnia trener powiedział mu: ty musisz grać w siatkówkę. Trudno w to nie uwierzyć, słysząc, że ma się zasięg wyskoku do bloku niższy tylko o 20 cm od Arka Gołasia, przy niekoniecznie siatkarskim wzroście 1,84 m. 

I wtedy, w listopadzie minionego roku, jak grom z jasnego nieba spadło kolejne nieszczęście. Pewnego dnia nie mógł wstać z łóżka. Znów szpital. Znów kroplówka. Znów nerwy. Lekarze tym razem straszyli go nie rakiem, lecz wózkiem. Zwyrodnienie kręgosłupa - mówili.

Gdy Braciak leżał w szpitalu, a mi znów przyszło posprzątać Jego pokój, znalazłam na Jego biurku otwartą Biblię, a na tablicy korkowej cytaty Arka Gołasia - zmarłego młodo siatkarza reprezentacji Polski, a jeden szczególnie zapadł mi w pamięć.

"Jeśli na boisku czujesz się jak ptak, 
to poczuj, jak wspaniale jest latać 
i fruń jak najwyżej - po marzenia."

Poryczałam się jak głupia. On wierzył, cały czas wierzył, modlił się o to, by mu się udało i trwał w tym. Wiedziałam, ze za chwilę wstanie i znów wbrew lekarzom będzie fruwał w powietrzu... Jego wiara czyni cuda.

Moje przeczucia potwierdziły się. Już miesiąc po wyjściu ze szpitala fruwał w powietrzu. Nic mi nie jest - powtarza, a trener obecnie obdzwania Skrę Bełchatów i kilka innych klubów, aby mogli przyjąć Młodego na testy.

Jutro najważniejszy egzamin w twoim życiu - powiedziałam Mu na dobranoc, choć doskonale wiem, że Jemu zupełnie co innego w głowie. Matura to tylko warunek, który postawiła mu Mama, tłumacząc, że w życiu może potoczyć się różnie i dobrze jest mieć jakieś zaplecze. 

Wierzę w Niego najmocniej na świecie. Wierzę, że będzie grał. To, ile złego już pokonał, jest dla mnie najlepszym dowodem na to, jak silną ma wiarę w siebie, w Boga i jaką miłość do tego, co robi. Wierzę, że pewnego dnia zobaczę Go na małym boisku telewizyjnego ekranu i wcale nie będzie mi smutno, że nie będzie Go obok - będzie frunął po marzenia. Wierzę, że Mu się uda. Tacy ludzie jak On powinni świecić przykładem, że trzeba wierzyć w siebie i pokonywać swoje słabości. Wiara przezwycięża wszystko, bez względu na to, czy wierzy się w podświadomość, bogów, czy po prostu w siebie. 

________________________________________
A pozostałym maturzystom życzę połamania długopisów! :)