niedziela, 29 czerwca 2014

Asik robi porządki!

Odkąd zaczęłam wakacje, staram się znaleźć czas na to, no wcześniej bardzo mi go brakowało. Przede wszystkim szukam go dla siebie. Bo ja lubię robić coś tylko dla siebie, nauczyłam się najzwyczajniej w świecie być czasem egoistką. Taki zdrowy egoizm bywa nawet wskazany. 

Znalazłam już czas na obiecaną wizytę u lekarza i zrobiłam badanie krwi. Mieliście rację. Kiedy chce się szaleć, trzeba o siebie zadbać. A podróż pociągiem do Gdyni, koncert Pearl Jamu i nocny spacer wzdłuż plaży już w czwartek! Modlę się tylko, by pogoda dopisała. Moja pani doktor obiecała się ostro za mnie wziąć. Wyniki odebrałam w piątek, a na kolejną wizytę umówiłyśmy się na środę. Niewiele z wyników rozumiem, tylko tyle, że brakuje mi żelaza. Jednak konkretów dowiem się dopiero za parę dni.

A wczoraj znalazłam w końcu czas na całkowite wysprzątanie moich krzywych, dziewięciu metrów kwadratowych.Braciak widząc totalną rozpierduchę w moim pokoju zapytał się, co mi nagle odpieprzyło. Wierzcie mi, lub nie, ale wyniosłam trzy wielkie worki na śmieci i dwie torby ciuchów, których już nie noszę. Tym razem bez litości: "A może jeszcze kiedyś to włożę?" Zostawiłam sobie z nienoszonych ciuchów tylko hippisowską spódnicę, którą na dupie miałam aż raz. Poczułam, że zaczęło mnie ciągnąć w te klimaty i że czas zacząć zakładać na tyłek latem coś innego, niż szorty. Trochę mi wstyd, bo sprzątać powinno się na bieżąco i nie mam tu na myśli standardowego przetarcia ściereczką biurka i szafek, żeby zetrzeć zalegający kurz. 

Sięgałam w najgłębsze zakamarki szuflad i znajdowałam rzeczy, o których mi się już nawet nie śniło. Cud, że nie zamieszkały tam jakieś skrzaty. Znalazłam, słuchajcie, moje opowiadanie. Jako jedenastoletnia dziewczynka marzyłam o zostaniu pisarką i napisałam do szuflady osiemnaście rozdziałów, każdy po cztery strony, więc trochę się uzbierało. Jak możecie się domyślić, nie nadaje się to nigdzie indziej, niż właśnie w najgłębszy zakamarek szuflady, ale cieszę się, że w to zerknęłam, wiecie? Choć ubaw miałam co niemiara. No bo wyobraźcie sobie opowieść dziecka inspirowaną wielką moją wówczas miłością do Harrego Pottera i do serialu dla dzieci Tajemnica Sagali (pamięta ktoś?). Przeglądając kolejne strony pełne dialogów i nieskładnych zdań śmiałam się do siebie i pomyślałam sobie, że poniekąd marzenie udało mi się spełnić. Pisarką może nie jestem, ale jestem blogerką i spełniam swoje marzenie w zarażaniu ludzi szczęściem. Zawsze staram się dać go Wam jak najwięcej i to jest dla mnie piękne.

Odkurzyłam też nasze wspólne zdjęcie z Patrykiem sprzed czterech lat i ustawiłam je w takim miejscu, aby widzieć je zaraz po przebudzeniu. To dla mnie ważne, bo ostatnio różnie bywało między nami. Pomyślałam sobie, że może warto odkurzyć to, co w nas dobre, wyzwolić spod smutnego kurzu tych dwoje uśmiechniętych ludzi, jeszcze świeżo w sobie zakochanych.

Wzięłam do ręki też zdjęcia, które już dawno nie powinny stać na widoku. Zdjęcia ludzi, którzy o mnie już zapomnieli. Zdjęcia ludzi, którzy pamiętali o mnie tylko wtedy, kiedy byłam im potrzebna. Zawsze w moim sercu pozostanie po nich jakiś dobry ślad, ale... trzeba pozwolić niektórym odejść. Trzeba pogodzić się z tym, że nieraz nasze ścieżki spotykają się tylko na chwilę i nie na więcej. Więc ja pozwalam im odejść swoimi ścieżkami i jestem szczęśliwa, że w końcu się z tym pogodziłam, chociaż potrzebowałam na to czasu. Jestem szczęśliwa, że nauczyłam się nie chować w swoim sercu urazy.

Znalazłam też swój pamiętnik. Chomikowałam go długi czas, nigdy w niego nie zaglądając. Bałam się go. I tym razem w niego nie zajrzałam, ale doskonale pamiętałam, co w nim jest. Miałam wtedy piętnaście lat i pisałam i tym, jak oglądałam przez pół roku powolną śmierć Babci w pokoju obok i jak moja Mama na zmianę płacząc i opiekując się Babcią, jednocześnie ciężko pracowała za marne pieniądze, żeby było nam lepiej i żebym pewnego dnia mogła pójść na studia. Pisałam tam o tym, jak fałszywi potrafią być ludzie, o tym, że kolejny raz straciłam przyjaciela. I wiecie co? Przeraziło mnie, że jako nastolatka miałam w sobie tyle nienawiści. Konieczność dojrzewania to jednak wielkie szczęście.

Na widoku ustawiłam także album z dziecińswa, bo bardzo lubię w niego zaglądać. Lubię oglądać w wolnej chwili młodych Rodziców, siebie w niesfornych lokach, bawiącą się z Dziadkiem, który teraz jest moim Aniołem Stróżem, mojego Braciaka, z którym kiedyś kłóciłam się, że nigdy mnie nie przerośnie, a dziś planuje karierę siatkarza. Obok albumu umieściłam moje ulubione książki o psychologii, snach i podświadomości. W regale, tak, aby zawsze były pod ręką książki o roślinach, architekturze, sztuce i ochronie środowiska, a między nimi kopię mojej stu sześciesięcio stronnicowej pracy inżynierskiej. Nad nimi, zaraz obok słynnych słoników na szczęście, których posiadam mnóstwo postawiłam kartkę od rodziców z gratulacjami z okazji obrony tytułu inżyniera. Na drugiej półce miejsce znalazły biografie ulubionych muzyków. Zrobiłam też mnóstwo miejsca na nowe książki, bo uznałam, że skoro już nie palę, to i warto pieniądze wydawać rozsądniej. A po drugiej stronie, na ścianie powiesiłam odkurzone antyramy z moimi rysunkami. Jedyne miejsce, jakie zostało do "wysprzątania" to moja tablica korkowa nad biurkiem, którą chcę urozmaicić zdjęciami z moimi przyjaciółmi, najlepszymi na świecie, biletami z koncertów i karteczkami z dobrymi myślami, które nieraz przyjdą mi do głowy. 

A na widoku ustawiłam płytę z filmem dokumentalnym o Johnie Lennonie i Yoko Ono: Artysta, Pacyfista, Wróg Publiczny. Z wdzięcznym i rzucającym się w oczy napisem War is over! 


I właśnie tę okładkę uznałam za idealne zwieńczenie moich kilkugodzinnych porządków. Koniec wojny. Koniec wojny ze samą sobą, z własnymi wspomnieniami, lękami i niespełnionymi marzeniami. Czas wziąć życie w garść. Czas na śmiech, pracę nad sobą i wymyślanie sobie nowych marzeń. Czas na miłość, na śmiech, na seks, na oddychanie, na odpoczynek, na walkę. Czas na życie.


Dzięki Królik za kolejną zarazę muzyczną!

czwartek, 26 czerwca 2014

Jestem kobietą-kumplem, czyli starcie z Panią Sierżant

- Panie, daj pan więcej tych gazet! - wypaliłam do faceta rozdającego poznańskie Metro. - No jeszcze!
- Ale... nie za dużo?
- Nie! W plenerze kanapy nie ma, a siedzieć na czymś trzeba, żeby dupa mokra nie była!

Wyszczerzyłam ząbki najładniej, jak potrafiłam i życzyłam zdziwionemu facetowi po trzydziestce miłego dnia. W aucie pod katedrą melioracji czekali na mnie Agnieszka z Bartkiem. Kochani zatroszczyli się o mnie, cobym nie musiała się tłuc tramwajami w te zabiegane, czwartkowe przedpołudnie. 
- Kierunek Ogrody! - zapiszczałam, choć nadal nie mogłam podarować Bartkowi, że musiał tego dnia prowadzić. No ale potrzeba zawiezienia babci do lekarza była faktem zrozumiałym i niezaprzeczalnym. 

Gdy mijaliśmy kochane, poznańskie uliczki, zadzwoniła do mnie Ruda. Moja kochana Ruda! Kompan od samego początku studiów. Kompan od prac "w parach", od picia piwa nad Rusałką, od rozrabiania, od narzekania i od... mierzenia drzew. Nigdy nikt nie rozumiał naszych żartów, nierzadko obleśnych i nieraz ludzie mierzyli nas wzrokiem. Ale nam to nie przeszkadzało. Najważniejsze było to, że było nie tylko zabawnie, ale że też zawsze mogłyśmy na siebie liczyć. 
- Durniu, kujonie zasrany! - przywitała mnie entuzjastycznie, jak zawsze. - Słyszałam, że zdałaś sesję, wszystko pozamiatałaś elegancko, jak zawsze! Gratuluję! Może teraz znajdziesz choć trochę czasu dla mnie, Babolu.

Znajdę na pewno, bo brakuje mi jej potwornie. Odkąd nie dała się namowić na kontynuację studiów i postanowiła poprzestać na inżynierze, widzimy się potwornie rzadko, choć kontakt utrzymujemy w miarę regularny. Dziś nie pasował jej wypad na piwo nad Rusałką, więc postanowiliśmy się wybrać tam "magisterską" ekipą. 

Umówiliśmy się pod sklepem, co by sobie kupić po piwku. Ruszyliśmy więc tam z Agnieszką i Bartkiem, a ja wspominałam sobie po cichu, jak z Rudą i Martą czytałyśmy po dwóch piwach porady seksualne z Cosmopolitanu (ale to nie była moja gazeta!) i płakałyśmy ze śmiechu, jeszcze nieświadome, że zza pobliskiego krzewu podsłuchuje nas naturysta. 
Śmiejac się pod nosem do tych wspomnień, zauważyłam resztę ekipy, a wśród nich znaną i (niekoniecznie) lubianą na roku Panią Sierżant.


Nie, żebym coś do niej miała. Bo ja, żeby kogoś "niepolubić" muszę mieć konkretny ku temu powód. Ludzie zazwyczaj mi nie przeszkadzają, ale od początku czułam, że to ja bardzo Pani Sierżant przeszkadzam. 

W tym miejscu muszę wyjaśnić Wam, skąd się wzięła taka, a nie inna ksywa dla tejże koleżanki. Otóż: pani chodząca zawsze "na baczność", ocena nie niższa niż pięć, głowa podniesiona wysoko, a książka, czy zeszyt na zajęciach zawsze równo z rogiem zawsze pierwszej ławki. Stąd też wzięło się - wcale nie złośliwe - wdzięczne określenie "Pani Sierżant".
Przywitaliśmy się, weszliśmy do sklepu.
- Asiu, podałabyś mi soczek? - zapytała Pani Sierżant.
- Nie pijesz piwa? - zapytałam, nie mając zamiaru jej do niczego zmuszać. 
- Nie chcę dostać mandatu.
Trochę mnie wmurowało. Ale zgodnie z prośbą sięgnęłam jej soczek.
- Nie no... jak wolisz. Myślałam, że nie pijesz alkoholu, czy coś... Ale jeśli chodzi o to, to wiesz, ja chodzę tam naprawdę często i nigdy nie było przypału. 
- Ale ja czytałam w Metrze, że oni tam teraz patrolują!
Nadal nie mając zamiaru jej do niczego zmuszać, wybrałam sobie jakiegoś sikowatego Reddsa, żeby nie wyjść na alkoholika wśród reszty dziewczyn i biednego kierowcy - Bartka, choć ze smutkiem zerkałam na wielkopolskiego Pilsa. Boże, gdzie jest moja Ruda - jęknęłam w myślach. 
- A swoją drogą Asiu... widzę, że kupiłaś sobie nowe trampki. Trochę wstyd już było chodzić w tak podartych, co?
- Ano zgadza się - odparłam z uśmiechem, wcale (jeszcze) nieurażona. - Tylko wiesz, żałuję trochę, bo tych nowych szkoda, tam jest trochę błota.
Mina jej zrzedła, a ja dopiero po chwili załapałam, zauważywszy jej obcasy, że naprawdę chyba bidulkę przeraziłam na maxa. 

Kiedy szliśmy już okupieni nad jezioro, wędrowałam z przodu, z Martą opowiadając jej o moim rzucaniu palenia. Kawałek za nami podążała reszta ze stukającą obcasami Panią Sierżant na czele. Nagle zobaczyłam Bartka u swego boku.
- Asiiik... a ile średnio minut jest potrzebne, żeby wiedzieć, że się kogoś nie lubi?
Wybuchnęłam głośnym śmiechem. Oj, czuję, że będzie wesoło, myślałam.

I było. Najpierw bała się pana, który kulturalnie się opalał, w slipach - Bo to może być zboczeniec.
- Boże, dziewczyno... to park miejski, w dodatku jezioro, no... gdzie ludzie mają się opalać, jak nie tutaj? - śmiałam się wierząc jeszcze, że Pani Sierżant ma jakiekolwiek poczucie humoru. 
Później nie lada wyzwaniem było dla niej przejście przez "zarośla", żeby móc usiąść nad samym jeziorem. Bo kleszcze. Nawet wzięłabym biedne dziewczę "na barana", gdybym miała więcej siły i gdyby nie była taka irytująca. Gdy Marta zapaliła fajkę, cały czas powtarzała "Ojej, fuj, fuj", a kiedy wspmniałam coś o chrabąszczach, to myślałam, że stamtąd ucieknie. Natomiast dopijając sikowatego Reddsa (na boga, jak ja nie lubię tych kompotów) przez przypadek udało mi się porządnie beknąć, to miałam wrażenie, że zabije mnie wzrokiem.
- No sorry!
- Boże. To, co mówią o rudych, to jednak prawda!
Zrobiłam wielkie oczy i spojrzałam na Bartka, który zwijał się ze śmiechu. 
- Ale ja jestem farbowana! - odparłam zdumiona.
- To tym bardziej! 
Nie potrafiłam zrozumieć jej oburzenia, które z jednej strony było zabawne, a z drugiej lekko niepokojące. Naprawdę nie sądziłam, że robię tak kiepskie wrażenie na ludziach nieraz. Ja po prostu... jestem kobietą-kumplem. Kobietą o mózgu płci męskiej, jak to stwierdziła pani pedagog jeszcze w liceum. Nie znoszę zakupów, jestem bałaganiarą, nie lubię sukienek i mam aż trzy pary butów: sandały, trampki i glany. Zazwyczaj przebywam z chłopakami, lubię głośno wybuchnąć śmiechem, przeklnąć, albo beknąć. Przy mnie można opowiadać sobie obrzydliwe kawały, mówić o rzyganiu, czy puścić bąka. I właśnie taką drugą kobietą-kumplem była Ruda, moja wierna kompanka. 
- Hej, hej, wyluzuj - zaśmiałam się znów. - Chodź, zrobimy sobie spacer wokół Rusałki. Zobaczysz, fajnie będzie.
Usłyszałam triumfalny okrzyk Bartka za plecami.
- Nie. Ja już mam dość. Tu są komary, śmierdzi i nie ma słońca. A jest tu może gdzieś jakaś toaleta?

Wierzcie mi, lub nie, ale to był moment, w którym ręce opadły mi do reszty.

wtorek, 24 czerwca 2014

O moich małych zwycięstwach

Siedziałam dziś na ławce przed moim wydziałem i przeglądałam notatki przed ostatnim, najtrudniejszym egzaminem z Kształtowania Krajobrazu Miasta. Właściwie, mogłam zapisać się na przyszłotygodniowy termin, ale gdy przyszło mi wybierać, wybrałam własnie dwudziesty czwarty czerwca. Dziadek miałby dziś imieniny. Przeczuwałam, że jako mój Anioł mi pomoże, a gdy przyśnił mi się dzisiejszej, prawie bezsennej nocy, byłam już tego właściwie pewna. 
Próbowałam sobie jeszcze raz przypomnieć nazwy pałaców we Florencji i strukturę przestrzenną Paryża i nagle usłyszałam nad sobą znajomy głos.
- Cześć Asik, zapalisz?
To była Marta. Jak prawie zawsze się śmiała i zakładała, że z naszej dwójki to ja jestem kujonem, który twierdzi, że nic nie umie. 
- Przecież wiesz, że nie palę! - zaśmiałam się, czując jednocześnie, jak rośnie we mnie poczucie dumy z samej siebie.
- Nadal? Ile wytrzymujesz? 
Jak zwykle nie mogła się jakoś skupić na odpaleniu papierosa.
- Dwudziesty czwarty dzień.

Mój Patryk mówi, że to pikuś i że wcale jeszcze palenia nie rzuciłam, ale doskonale znam jego intencje. Im bardziej usiłuje mnie wkurzyć takim gadaniem, tym bardziej ja chcę mu udowodnić, że się myli. Tylko ktoś, kto palił (a on rzucił palenie pół roku temu) zrozumie, dlaczego nie chce się znów sięgać po papierosa. Nawet jeden, niewinny może się okazać powrotem do zgubnego nałogu. Powiedziałam sobie jednak wyraźnie: Wytrzymałaś, gdy częstowali cię na weselu i w pracy. Odmówilaś, gdy stałe grono przyjaciół-palaczy proponowało papierosa, który smakuje najlepiej - do piwa. Odzwyczaiłaś się palić przed przyjazdem pociągu i dreptając z dworca na przystanek. Wytrzymasz też dzisiaj, przed egzaminem obszerniejszym i bardziej stresującym od obrony inżyniera. 

- Hej, jest za pięć dziewiąta - zauważyłam, jako bierny palacz LM'ów mentolowych. - Musimy iść.

Gdy Marta pospiesznie gasiła papierosa, poczułam, jak coś przewraca mi się w żołądku. Poczułam, że dawno nie byłam w tak niekomfortowym miejscu i czasie. 


Gdy poszłam pod katedrę, zobaczyłam standardowy obrazek: grupka panikujących ludzi, powtarzających ostatnie zagadnienia, niektórzy ze łzami w oczach. - Boże, idzie rzeź niewiniątek. - serio, przez moment wybuchłam głośnym śmiechem. Odłożyłam notatki.

Opuść ramiona. 
Wtedy poczujesz, jaka byłaś spięta. 
Nie zapominaj, jak się oddycha. 
Nie masz już zaszlamionych smolistymi substancjami płuc, 
więc oddychaj najgłębiej, jak możesz.
Rób przerwy między oddechami. 
Potrafiłaś karmić swoje płuca dymem, 
teraz naucz się karmić je tlenem. 
Śmiej się. 
Nic nie rozluźnia tak, jak śmiech.

Śmiech śmiechem, ale doskonale rozumiałam panikujących. Pamiętam egzamin u tej samej prowadzącej, sprzed trzech lat. Jedna para odpytywana godzinę, częś oblewała mimo swej wiedzy, bo nie trafiła w to, co prowadząca chciała usłyszeć. I ja dołączyłam wtedy do grona należącego do kampani wrześniowej, po tygodniu ciężkiej nauki i dziewięciu godzinach czekania pod salą na swoją kolej.

Nienawidziłam jej wtedy, nie mówiłam jej "dzień dobry" i złorzeczyłam jej. Nie rozumiałam, że cała nienawiść siedzi tylko i wyłącznie w mojej głowie i nie zaszkodzi nikomu innemu, niż mi.

Pod koniec maja mieliśmy wyjazd terenowy do Łodzi, też z tą samą prowadzącą, na którym zdarzyło mi się zesłabnąć. Poznałam ją wtedy z zupełnie innej strony. Zobaczyłam, że potrafi się całkiem często uśmiechać, troszczyć i że zwyczajnie, po ludzku potrafi być człowiekiem. A jako że jednym z moich postanowień noworocznych było wyzbycie się nienawiści, postanowiłam przynajmniej spróbować ją polubić.

Pogrążając się w całkiem pozytywnych myślach, zupełnie odmiennie od reszty grupy, poczułam dłoń na swoim ramieniu.
- Pani Joanno, gdyby była pani uprzejma sprawdzić, czy sala konsultacyjna jest wolna, żebyśmy mogli rozpocząć egzamin... Ja za chwilę do państwa przyjdę.
To była prowadząca. Poczułam, jak moje pozytywne odczucia pozwalają mi patrzeć na nią, jak na człowieka, nie jak reszcie grupy - jak na potwora.
Pytała nas w większych grupach. Udało mi się wejść na salę w pierwszej kolejności. Gdy prowadząca zaznaczała nasze nazwiska na swojej karcie, a my oczekiwaliśmy na pytania, jak na skazanie, paradoksalnie poczułam, jak opuszcza mnie stres. Jakiś czas temu pisałam Wam, że mam z nim ogromny problem. I, serio, poczułam się dziwnie, siedząc sobie spokojnie i obserwując w ciszy spacerującą po ścianie muchę, podczas, gdy z dziewczyn na sąsiednich krzesłach dosłownie parowały emocje. 

Zadała mi pytanie. Pytanie, którego najbardziej nie chciałam dostać. Pytanie o tę cholerną Florencję. Miałam odwagę poprosić o kartkę, długopis i pięć minut. Wypisałam najważniejsze rzeczy. Powiedziałam, co miałam do powiedzenia. Nie było to wiele, ale cały czas naprowadzała mnie na prawidłowy trop. Pozostałą trójkę zresztą też, ale... dziewczyny stwierdziły, że wcale nie można było tego nazwać naprowadzaniem, a zamiast tego powtarzały, że  "ona taka głupia, ona tak gmatwa i nie wiadomo o co jej chodzi!". Na Boga, ona jest historykiem sztuki, każdy artysta ma coś z deklem a nasz, poniekąd artystyczny kierunek, powinien to od dawna uświadomić. 
Po godzinie maglowania, prowadząca uznała, że z całej czwórki zdaję ja i jeszcze jedna dziewczyna. Z pozostałą dwójką chciała zobaczyć się we wrześniu.
Nie wiem, co we mnie wstąpiło.
- Ale... ale pani doktor... te dziewczyny wiedziały więcej ode mnie. Proszę dać im szansę. Proszę spróbować zadać im po jeszcze jednym pytaniu. Gwarantuję, że odpowiedzą.
Ty pierdolona matko Tereso - usłyszałam głos w mej głowie.
- Pani podważa moją decyzję, tak?
- Nie, pani doktor - brnęłam dalej. - Po prostu myśląc głośno uważam, że dziewczyny powinny dostać jeszcze jedną szansę.
Widziałam, jak przewraca oczami, ale widziałam też, że wcale nie jest złośliwym człowiekiem. Kiedy człowiek wyzbywa się nienawiści, wyzbywa się pewnej bariery, która pozwala przejrzeć duszę innych. 
- No dobrze... Proszę zatem opowiedzieć o mieście przemysłowym i o... urbanizacji w XX wieku na przykłądzie wybranego miasta europejskiego.
Uśmiechnęłam się do niej. Wiedziałam, że sobie poradzą, bo to były banalne pytania. Mało mnie obchodził fakt, że i ja dostałam dodatkowe pytanie, na które ni w kij ni w oko odpowiedzieć nie potrafiłam i o mało mnie to nie pogrążyło. W pewnym moemencie zaczęłam razem z Agnieszką rysować na jednej kartce plan miasta przemysłowego Garniera, a egzamin nabierał coraz bardziej grupowego charakteru.
Minęły dwie godziny. Dupsko mi już cierpło na krześle.
- Ja mam nadzieję, że te opowiadane przez panie głupoty to naprawdę stres - powiedziała prowadząca. - Ale proszę mi wierzyć, ja też się stresuję. Macie panie te trójki. Proszę zabrać indeksy i już stąd iść, bo naprawdę, mam ważniejsze problemy na głowie. Kto to widział, mówić, że Carcassone miało słabe mury... No już, idźcie.
Widziałam, że uśmiecha się pod nosem. Nie zdążyłam domknąć drzwi, a już poczułam, jak ściskają mnie dziewczyny.
- Ty pierdolona matko Tereso! Niewiele brakowało a sama byś się pogrążyła!

*   *   *
Bądź, co bądź, zaczęłam wakacje w pięknym stylu. Najgorszy egzamin zdany, sesja pozamiatana bez kampani wrześniowej, a przede mną wizja wizyty u lekarza. Tak, poszłam po rozum do głowy, postanowiłam o siebie zadbać. Nawet dla pewności po rozmowie z Selinze zrobiłam test ciążowy, który jednak potwierdził moje odczucia - tak naprawdę nic się ostatnio nie mogło wydarzyć. Ale jednak zawsze lepiej się upewnić. 
A poza dbaniem o zdrowie?
W końcu posprzątam pokój, zacznę odliczać dni do koncertu ukochanego PJ i wyjazdu nad nasze polskie morze i ukochanego Krakowa. No i dokończę rysunki z szuflady, a jako, że potwornie tęsknię za Breaking Bad, zacznę od tego: 


A tymczasem w po cichu świętuję moje małe zwycięstwa: dwudziesty czwarty dzień bez papierosa, zdaną sesję nie tylko tę studencką, ale też życiową: umiejętność radzenia sobie ze stresem i życia bez nienawiści. 

niedziela, 15 czerwca 2014

Livin' on the edge

To było coś niesamowitego. Śmiało mogę powiedzieć, że przeżyłam właśnie jeden z ważniejszych koncertów w moim życiu. Ważniejszych, bo ten najważniejszy miał miejsce dwa lata temu, ale o tym innym razem.

To, co dla fana muzyki jest najważniejsze - świadomość, że za chwile zobaczy się i usłyszy kogoś, na kogo muzyce się wychowało. Kiedy Steven Tyler i spółka ostatnio odwiedzili Polskę, ledwo sięgałam głową ponad stół jako czteroletnia dziewczynka. Gdy grali w czwartkowy wieczór, w powietrzu unosiła się atmosfera rock'n'rolla i charakterystyczna dla Aerosmith nutka erotyzmu. Gdy patrzyłam co Steven wyprawia na scenie, nie mogłam uwierzyć, że jest już przed siedemdziesiątką. Każdy utwór znałam na pamięć i niemal nie ochrypłam, za każdym razem czując, jak ciarki przebiegają przez me ciało.


Trochę denerwowałam się przed samym koncertem, bo wiedziałam, że jest w krytym pomieszczeniu. Mimo klimatyzacji przez większość koncertu czułam się źle i kręciło mi się w głowie. Uznałam, że to normalne, że nie popsuje mi to zabawy i że z pewnością każdy tak ma, bo przecież nie ja jedna byłam zduszona przez tłum. Choć czułam się fatalnie już na supportujących koncertach Walking Papers i Alter Bridge, a gdy Aerosmith wszedł na scenę ledwo skłaniałam się na nogach, nie chciałam nawet dopuścić do siebie myśli, że miałabym teraz wyjść na zewnątrz. Dawałam z siebie wszystko. Skakałam, tańczyłam, śpiewałam, popychałam ludzi do pogo. Nie oszczędzałam się. Chciałam się oddać temu, co kocham najbardziej. Dać upust złym emocjom i jednocześnie pozwolić sobie ogłuchnąć i ochrypnąć. No i dałam z siebie dosłownie wszystko. Zobaczyłam fortepian wjeżdżający na scenę i uszczęśliwiona, że za chwilę usłyszę wyczekiwane Dream On razem z tłumem wzniosłam ręce do góry, a potem...


...potem kolejne co pamiętam, to ochroniarza trzymającego mnie pod rękę przed areną, pytającego "czy już wszystko dobrze, czy może wzywać karetkę?" Nie mogłam ustać na nogach, miałam je jak z waty. Rozpłakałam się, słysząc w tle Stevena grającego na fortepianie i widząc spojrzenia ludzi mówiące "spójrz, jaka pijana". Gdy spławiłam ochroniarza, a Patryk wciąż szukał w pobliżu butelki cholernej wody, nikt nawet do mnie nie podeszedł, gdy ledwo utrzymywałam się siedząc na brzegu stopnia, bo nie mogłam sama zejść ze schodów. Nosz kurwa mać! Wszyscy z tych swoich śmierdzących bud z żarciem z uśmiechem mierzyli mnie wzrokiem. Co za ludzie, pomyślałam sobie i znów się rozpłakałam.

Mam tego dość. To się dzieje coraz częściej. Może wydarzyć się wszędzie. Ostatnio podczas wyjazdu terenowego z moim rokiem kierowca musiał zatrzymywać autobus na autostradzie. Narozrabiałam też w pociągu, na weselu i przed egzaminem. Czuję się jak typowy lamus, bo zawsze twarda kobitka ze mnie była. Czuję się okropnie, bo to nie pozwala mi normalnie żyć. Rzuciłam już papierochy i nie wzięłam do ust od dwóch tygodni - w moim przypadku to ogromny wyczyn. Jem zdrowo. W ciąży nie jestem. No co się do kurwy nędzy dzieje? Powiecie mi przemęczenie - ale mi pięć godzin snu w zupełności wystarczy. Ja nie potrafię spać dłużej, bo szkoda mi życia. Powiecie mi idź do lekarza. A ja Wam znów powiem, że nie mam na to czasu. Choćbym chciała, to nie mam kiedy, tak mam zapchany grafik. Na pewno zresztą Kochani zauważyliście, że bywam tu rzadziej.

Nie wiem, co się dzieje, ale się boję. Tak wiele bym chciała, a się boję. I to nie jest bezpodstawny strach po ostatnich wydarzeniach. Chciałabym po ludzku się wyszaleć, spalić papierosa do piwa i nie chodzić wcześnie spać. Jestem młoda i chcę żyć intensywnie, ale coś mnie blokuje. I najgorsze, że ja nie mam pojęcia, co to jest za cholerstwo...

Żyję na krawędzi, a mój organizm jest kruchy. Choć nie wiem, co mi jest, w końcu będę musiała się dowiedzieć. Choć nie wiem, co mi jest, chcę normalnie żyć. Zaraz po sesji ruszę do Gdyni na Open'er, zobaczyć i usłyszeć ukochany Pearl Jam i obiecuję sobie, że tym razem wytrzymam do końca.

czwartek, 5 czerwca 2014

Gdzie nasz rock'n'roll?

Spędzałam ostatnio godziny na wertowaniu internetu w poszukiwaniu stosunkowo niedrogiego noclegu w Łodzi, niedaleko Atlas Areny. Bardzo mądrze obudziliśmy się z P. na tydzień przed Impact Festivalem. Serce podskoczyło mi do gardła, gdy znalazłam nawet ogłoszenia ludzi szukających noclegu. 

Super - mówiłam po cichu do siebie. - Czeka nas ciężka noc na łódzkim dworcu i spanie na plecakach w oczekiwaniu na pociąg do Poznania, który odjeżdża dopiero po siódmej rano. 
- I czym ty się tak przejmujesz?  - wtrącił mi P. - Rozkręcimy imprezę pod Areną, albo na dworcu, albo wyskoczymy do jakiegoś rockowego klubu, albo w ogóle... pozwiedzamy Łódź nocą... Jak przygoda, to przygoda!

Przeklinałam pod nosem, ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że mój P. mądrze prawi. Gdzie nasz rock'n'roll? - pytałam samą siebie. Kiedyś znalezienie ciepłego łóżka w letnią noc byłoby ostatnią rzeczą, o którą byśmy się martwili. Grzechem byłoby przegapić świt. A broń Bóg jeszcze za to płacić! Kiedyś największym wyzwaniem byłoby zebranie pieniędzy do skarbonki, przekupienie rodziców i jazda pociągiem na gapę. Kiedyś najważniejsza byłaby zabawa, skakanie w zabłoconych glanach w tłumie ludzi, picie piwa w niedozwolonych miejscach i poznawanie nowych ludzi. Kiedyś noc była za krótka na sen.

I tak sobie pomyślałam z lekkim przerażeniem, kiedy zapisałam w kalendarzu adres schroniska, w którym własnie zarezerwowałam nam pokój - czy my się nie starzejemy? Przecież mamy oboje po dwadzieścia parę lat. Gdzie nasz rock'n'roll