niedziela, 12 kwietnia 2015

O powrotach i o kolejnym porywie szczęścia

A więc... wróciłam do pracy. Wróciłam, bo takie uroki pracy sezonowej. Pracy z przyrodą. To, co obumiera na zimę pozostawia się, by na wiosnę mogło się odrodzić. A my, ludzie od pracy sezonowej wreszcie mamy ręce pełne roboty. Bo znów można się cudami natury na nowo opiekować. Przesadzać, przycinać, rozmnażać i... projektować.

Ogromnie za tym wszystkim tęskniłam, choć z drugiej strony trochę się tego powrotu obawiałam. To miejsce pozostawiłam w listopadzie, w momencie ogromnego rozdarcia serca, chwilę po tym, jak rozpłakałam się szefowi do słuchawki, nie panując nad emocjami. Chwilę później przyszedł z ostatnią tamtego sezonu wypłatą, mówiąc:

- Pani Asiu, listopad to taki... ciężki miesiąc. Wiem, miesiąc obumierania... Tak samo w przyrodzie. Chciałem to wszystko jeszcze jakoś w tym roku pociągnąć, miałem nadzieję, że będziemy mieli jeszcze jakąś pracę, ale po pani telefonie po prostu jakbym zrozumiał, że na ten sezon to już wszystko, co mogliśmy zrobić. Zatem... do zobaczenia wiosną.

Jakże wymowne były wtedy jego słowa.

Pamiętam, że wróciłam wtedy do domu i czułam ogromną pustkę. Jakby mi ktoś znów odebrał coś, co bardzo kochałam, bez czego nie wyobrażałam sobie codzienności.
No bo jak? - myślałam. - Nie będę mogła co najmniej dwa dni w tygodniu oglądać tych wszystkich roślin, którymi się opiekowałam? Przecież ja tą opieką żyłam, zupełnie, jakbym musiała sprawdzić od czasu do czasu, czy wszystko u nich w porządku.

Bo wiecie, mimo, że z wykształcenia jestem architektem krajobrazu i teoretycznie moją działką są przede wszystkim projekty, to ukochałam sobie pracę w szkółce. Jak najzwyczajniejszy w świecie ogrodnik, nawet taki z zamiłowania, bez jakiegokolwiek wykształcenia. Uwielbiałam przebywać wśród młodszych i starszych drzew, czy bylin, przesadzać je do większych donic, by było im "wygodniej", przycinać uschnięte gałązki, usuwać im chwasty z doniczek, wygrabiać uschnięte liście. Czasem rozpoznając jakiś gatunek, czy odmianę, drukowałam w biurze karteczki z nazwą i opisywałam donice. Sprawiało mi to ogromną radość, bo po prostu kochałam to miejsce. Szum lasu w tle, spokój, ciszę. Miejsce w którym można było rozmawiać z drzewami, bo od zawsze uważałam, że one też mają duszę i są niezwykłe w swojej tajemniczości. I też mówią. Miejsce, w którym podczas pracy, nieraz cholernie ciężkiej i żmudnej, można było zwyczajnie pobyć samemu i pozbierać myśli.

Owszem, czasem robiłam projekty, szef pozwalał mi się wykazać - a musicie wiedzieć, że mój szef, to złoty człowiek, który odkąd byłam tam na praktykach zawsze starał się mnie jak najwięcej nauczyć. Potem przekonywałam się, jaką sztuką jest przenieść w teren to, co narysowałam na papierze, jak my, architekci i projektanci bardzo jesteśmy głupcami w oczach wykonawców.

Jednak przebywanie w biurze też miało swój urok. Słuchanie ulubionego radia z kubkiem kawy pod ręką, rysowanie, poprawianie, odmierzanie... Zerkanie, czy w kącie śpi bezimienny kot, rozrabiaka, który jako maleńki przywędrował po raz pierwszy, kiedy byłam tam jeszcze na praktykach. Pamiętam, jak córeczka szefa założyła mu na szyję kolorową obrożę, mówiąc, że teraz jest jej kochanym kotkiem. Zapytacie - jak to, córeczka? Ano tak. Pracuję w małej firmie "przydomowej". Stąd do biura przywędruje nieraz kociak, czy właśnie - córka szefa.

Czasami "projektowałyśmy" razem. Była moją małą pomocnicą.
- Pani Asiu, a czy ja mogę jakoś pani pomóc? - pytała mi się, trzymając na rękach swego ukochanego, małego, bezimiennego kotka i nieśmiało uśmiechając się pod nosem, wiecznie zapominając, że ja nie jestem żadną "panią Asią", tylko po prostu Asią, czy Aśką.
- Pewnie! W ogóle to ja mam pomysł... - odpowiedziałam, szykując jej kredki i dużą kartkę papieru. - Ja będę nanosiła drzewa na plan w komputerze, a ty możesz mi narysować coś, co potem wykorzystamy do projektu!
Za każdym razem  dumnie siadała do swojego "projektu" i rysowała tak długo, aż jej się nie znudziło. Strasznie tą małą pociechę polubiłam. I chyba z wzajemnością, bo dostałam od niej śliczną bransoletkę, którą pewnego dnia dla mnie po prostu zrobiła.

Weszłam więc do biura w czwartek, kładąc torbę na tym samym krześle, co zawsze. Tak samo, jak zawsze rozglądając się, czy pod stolikiem nie drzemie ten bezimienny kot, który po prostu lubił przychodzić do pracowni, żeby schronić się przed upałem, albo po prostu - rozrabiać. Coś mnie ukuło, kiedy pomyślałam sobie, że co prawda będę miała komu pisać w sms'ie, że ów niezdarny kociak wskoczył szefowi na głowę, albo rozłożył się dostojnie na projekcie, który tego samego dnia miał jechać do zleceniodawcy, ale nie będę pisała już tego temu, którego tak bardzo próbowałam tym nieraz rozśmieszyć.

Zawsze będę mogła opowiedzieć ci przecież w myślach... - powiedziałam sobie w duchu. - Albo... co ja chrzanię! Przecież ty sam wszystko będziesz mógł sobie teraz obserwować, siedząc wygodnie w kącie. Osz ty cwany... Nie za dobrze ci?!

Uśmiechnęłam się do siebie. Znów poczułam, jak ta wiosna jest wymowna.

- Dzień dobry pani Joasiu! - usłyszałam pogodne jak zawsze przywitanie szefa. Nawet na tą panią Jołasię jakoś się już uodporniłam i mu wybaczam. 
Grzecznie się przywitałam i usiadłam naprzeciwko.

- Ja wiem, że ostatnio godziła pani pracę ze studiami, ale teraz z tego co pamiętam z naszej rozmowy przez telefon jeździ pani teraz do szkoły tylko w środy...
- ...i co drugi czwartek - dodałam. - I tylko do końca maja tak. A potem jakaś tam sesja, może jakaś tam obrona pracy magisterskiej - zaśmiałam się, wspominając moje ostatnie ekscesy z utratą danych.
- To może damy radę zrobić z tej dorywczej pracy jakieś tam pół etatu? - zapytał szef. - A jak będzie trzeba, to może... trochę więcej?

Nie musiałam nic mówić. Widział mój uśmiech od ucha do ucha.

-...Wie pani... - kontynuował - możliwe, że będą jakieś dwa projekty do zrobienia, jedna inwentaryzacja drzewostanu, to też coś dla pani w sam raz, ale póki co czeka nas dużo pracy w terenie. 
- Trzeba przywrócić ogrody do życia...
- Otóż to - przytaknął. - Zechce pani z nami jeździć na ogrody?
- No a jakżeby inaczej! 

Widział dobrze mój entuzjazm i mój zapał do pracy. Lubiłam pracować z panem Michałem, panem Andrzejem, panem Irkiem i panią Madzią - ludźmi dużo ode mnie starszymi, którzy kazali mi mówić sobie per "ty"m tak samo jak ja córce szefa. O ironio, jakoś marnie mi idzie przyzwyczajanie się do tego.

A ludzi tych absolutnie uwielbiam. Zawsze pogodni, skorzy do pomocy, pełni doświadczenia. Nawet wolę pracować z nimi, niż z ludźmi w moim wieku, bo do takowych mam poniekąd uraz, widząc "wyżejdupysranie" wszystkowiedzących ludzi z mojego roku.

Tymczasem najbardziej wyluzowaną atmosferę buduje wzajemne przedrzeźnianie się z panem Michałem, ochrzczenie mnie przez niego per Ruda i jego powtarzane: "No, jak pani inżynier zrobi nam kawę to zawsze jakoś lepiej smakuje!" albo "Ale wiesz Aśka, że ja przecież żartuję, nie?" - jak nieraz walnie naprawdę spory pocisk w moją stronę, a ja nigdy nie pozostaję mu przecież dłużna. Za to pan Irek - zawsze uprzejmy, kiedy zasuwam z grabiami i szpadlami pod pachą, podbiega do mnie i kwituje to uprzejmym "Pani pozwoli... ja to wezmę", po czym zabiera mi cały sprzęt, który przecież sama bym jakoś na lawetę dotargała. Albo pan Andrzej, który nieraz podczas prac w ogrodzie przybiega z rośliną w dłoni pytając z przerażeniem: "Aśka, a weź mi no powiedz, czy to chwast, czy roślina, bo teraz nie wiem, co żem wyrwał!" I pani Magda - mistrzyni motywacji: "Asieńka, Skarbie, chodź Kochanie, faceci poprzycinają tamte drzewa, a my musimy tam trochę wypielić tamtą rabatkę, pousuwać te chwasty, bo... skurwysyństwo jebane rośnie, a ja je stamtąd trzy dni temu wypierdalałam!"

Nieraz można się uśmiać, a nieraz bywa smutno, jak opowiadają różne, życiowe historie. Ale ostatecznie są po prostu fajnymi i pełnymi życzliwości i ciepła ludźmi, dwa razy starszymi ode mnie, z którymi dogaduję się rewelacyjnie, a o to właśnie chodzi. O atmosferę. Bo kiedy atmosfera jest pogodna, to i praca lepiej idzie.

Umówiłam się z szefem na stawkę godzinową, ku mojej radości całkiem dobrą, no i że będę przychodzić w każdy dzień, kiedy będę miała wolne od szkoły - zatem właściwie w każdy dzień prócz środy i co drugiego czwartku. Radocha mnie rozpierała, kiedy żegnaliśmy się i ruszyłam w kierunku drzwi, bo przecież teraz, kiedy myślimy z P. o wyprowadzce "przytłoczeni" trochę odkładaniem na ślub, niespodziewany przypływ gotówki także z mojej strony ogromnie się przyda.

Tylko trochę mi smutno było, że to prawdopodobnie ostatni sezon mojej pracy tutaj. W zeszłym roku szef zgodził się pomóc mi w usamodzielnieniu się dzięki dorywczej pracy i pewnego rodzaju praktyce. Jednak już wtedy podkreślił, że "do jesieni przyszłego roku."
Cóż, podobno wszystko, co dobre, szybko się kończy...

- Pani Joasiu, proszę jeszcze chwilę poczekać! - zawołał za mną szef, kiedy chciałam zamknąć za sobą drzwi. - Proszę wejść jeszcze na moment.
Zdezorientowana trochę wróciłam do biura. Bezimienny kociak ku mojej cichej uciesze znalazł się, i wprosił się przebiegając między moimi nogami.
- Słucham? - zapytałam.
- Bo ja sobie tak pomyślałem... wie pani... - szef nie wiedział jak zacząć. - Bo pani bardzo się sprawdzała podczas pracy w szkółce i... no...

Moje serducho podskakiwało do gardła.

-... ja sobie tak myślałem, czy może nie... czy nie rozszerzyć działalności na prowadzenie szkółki roślin.
- Mhm... - dałam znak, że próbuję zrozumieć, ale że mógłby, cholera jaśniej.
- No i... dobrze. Prosto z mostu - zabrzmiał w końcu bardziej stanowczo. - Jestem jednak dość ograniczony czasowo, sama pani wie.
- Ano wiem - zgodziłam się. - Asortyment roślin jest dość duży, kilka można by rozmnożyć, kilka sprowadzić, uporządkować co trzeba. Ja myślę szefie, że to jest do zrobienia.
- Otóż to. I co mnie cieszy, widzę, że pani to naprawdę"czuje".
- Ano czuję. I lubię - nie mogłabym zaprzeczyć.
- A ja... potrzebowałbym osoby. Jakby to powiedzieć... wspólnika? Dobrze mówię? Kogoś, kto by się tym zajmował, kogoś, kto te rośliny zna już nawet lepiej, niż ja, kto to lubi i posiada pewne wykształcenie w tym kierunku.

Wiecie, że ja niedomyślna, jak torba, jak to mawia mój Braciak no nie? Skinęłam tylko głową, bo nie spodziewałam się...
- ...potrzebowałbym pani, pani Joasiu - skończył wreszcie szef.
Serce skoczyło mi do gardła, ale nie umiałam się nie cieszyć i na mojej buzi momentalnie pojawił się uśmiech od ucha do ucha.  Miałabym prowadzić szkółkę, zajmować się moimi kochanymi roślinami, a potem je sprzedawać, czyli pracować tak, jak sobie wymarzyłam?! Niemożliwe, cholera... niemożliwe! Kociak otarł mi się o nogi, więc wzięłam go na ręce.

- O... o mnie? - zapytałam z oczami jak pięciozłotówki.
- No o pani! - zaśmiał się szef. - Przecież pani to wszystko czuje, umie pani opiekować się roślinami i rozmawiać z ludźmi. Poza tym wiem, że pani zna się na rzeczy, a ja znam panią i wiem, że mogę zaufać, wiele razy została pani sama w biurze, w terenie, dała sobie pani radę.
- Jej, miło mi... - nie wiedziałam, co powiedzieć - Szefie, to genialny pomysł, trzeba nad tym pomyśleć! Jestem za!
- No i o taki entuzjazm mi chodziło - zaśmiał się szef, ściskając mi dłoń na pożegnanie. - Nie byłem pewny, czy pani zechce, ale... cieszę się. Proszę jechać do domu, przemyśleć. A na dniach wróci pani do szkółki, żeby... kto wie, może wdrożyć się do... przyszłej pracy?

Zupełnie, jakby mi to spadło z nieba. Jeśli to faktycznie się uda i szef podtrzyma ten pomysł, a ja nie przestanę mu wiercić dziury w brzuchu, to może okazać się, że będę miała wymarzoną pracę. Moją własną.
Wiecie co? Chyba oszalałam z radości.
Choć może powinnam ostrożniej, bojąc się pewnego rozczarowania. Ale kiedy pojawia się taka nadzieja to cholera... przecież nie sposób się nie cieszyć!

niedziela, 5 kwietnia 2015

Przypowieść o smakowaniu życia

W zasadzie chodziło mi po głowie coś zupełnie innego, jednak nieraz przez pewne przypadki w głowie kumuluje się burza myśli, którym trzeba dać jakoś upust. Jeden z takich przypadków miał miejsce dzisiejszego (a właściwie wczorajszego - olaboga, ta godzina!) wieczoru, podczas, gdy znudzona poszukiwałam filmu, który mogłabym sobie w samotności obejrzeć. I tak trafiłam - zupełnie przypadkiem - na film o Joannie.

To nie jest tak, że chcę się tu bawić w jakiegoś krytyka filmowego - nie, nie, to zdecydowanie nie moja działka. Po prostu naszły mnie pewne myśli, refleksje, które tej pięknej nocy wręcz nie pozwalają zasnąć. Może jest ich nawet trochę za dużo, a może po prostu chcę się nimi z Wami podzielić.

Bloga Chustki, czyli wspomnianej mej Imienniczki właśnie nigdy wcześniej nie czytałam. Wiedziałam co prawda o Jej istnieniu, o Jej ideach, ale czytać - nie czytałam. Może dlatego, że tematy rakowe są dla mnie nieraz zbyt ciężkostrawne. To nie tak, że płaczę, że się dołuję, czy pytam gdzie jest Bóg, bo to nie o to chodzi. Po prostu... przez moją wieloletnią przygodę z blogowaniem (bo dziewięć lat pisania i czytania na zmianę chyba można tak nazwać?) poznałam wielu, wspaniałych ludzi, w tym pewną kobietę, która właśnie chorowała na raka. Pamiętam, że były to początki mej blogowej przygody, a więc było to dość dawno, dlatego nie mogę sobie przypomnieć ani adresu jej bloga, ani jej pseudonimu, ani nawet jej imienia. Wiem tylko, że była i ze napisała mi kiedyś dwa zdania, które zapadły mi w pamięć. Pierwsze brzmiało "Odkąd dowiedziałam się, że jestem chora, jestem w kościele na mszy codziennie." A drugie "Do pełni szczęścia potrzebuję tylko jednej rzeczy - zdrowia." Nie mam pojęcia, co dziś się dzieje z tą kobietą. Mogę mieć tylko nadzieję, że osiągnęła pełnię szczęścia, której tak bardzo pragnęła i o którą tak mocno się modliła.

Jednak wracając... film, który dziś obejrzałam delikatnie mną wstrząsnął. Nie dlatego, że był to film o umieraniu. Bo to nie był film o umieraniu. Był to film o życiu. Albo inaczej nawet... Nazwałabym go Przypowieścią o smakowaniu życia. Bo był to prosty, krótkometrażowy, trwający czterdzieści minut film dokumentalny ukazujący fragmenty życia Joanny i jej rodziny. Pierwsze dziesięć minut mnie nudziło. Po dwudziestu sprawdziłam, ile jeszcze do końca. Ale po trzydziestu coś we mnie pękło. I może teraz stawię weto temu, co napisałam powyżej, ale podczas oglądania tej krótkiej przypowieści zadałam pytanie Dlaczego? Po co?

Nie do końca byłam pewna, czy zadałam je sobie, czy Bogu, ale chyba bardziej temu drugiemu. I wtedy usłyszałam głos. Cichy, ciepły głos mówiący gdzieś ze środka: Po to, by inni docenili.

Widziałam kobietę, która często była zamyślona, która spoglądała w dal, która wyciągała dłoń ku deszczowi, spacerowała po kałużach, ubierała się na kolorowo. Czasem malowała rzęsy. Miała z synkiem taki kontakt, jakiego wiele matek nigdy nie będzie miało ze swoimi dziećmi. Po prostu żyła. Chciała żyć. Czerpała z życia wiedząc, że niewiele jej z niego pozostało. Bała się. Choć, jak sama powiedziała, nie bała się tego, że umrze, ale tego, że zostawi ich samych - swego męża i synka.

Wiecie, przypomina mi się nieraz moment, kiedy jestem w kuchni i robię obiad, kroję kanapkę, czy najzwyczajniej w świecie parzę herbatę. Wychodzące zza chmur słońce zaczyna razić mnie w oczy, a ja zasłaniam roletę, by mi nie przeszkadzało.

By słońce nie przeszkadzało.
Czy ty sama siebie słyszysz?

Odkąd słońce zaczyna chować się za jesiennymi chmurami, odkąd znika za horyzontem na dłużej, niż zwykle, pozostawiając świat na długie godziny pod osłoną nocy, ja go wyglądam. Szukam. A teraz, gdy niebo w końcu błękitne, gdy wołane słonko wychyla się zza obłoków, ja się na nie obrażam. Mówię mu nie patrz na mnie, przeszkadzasz mi! A ono wtedy pyta: Więc dlaczego mówiłaś, że tęsknisz? Kłamałaś?
I jest zawiedzione.
I jest mu smutno.

Kiedy pierwszy raz przyszła mi do głowy ta myśl poczułam się okropnie źle.
A słońca zrobiło mi się żal.
I wtedy postanowiłam po prostu wyjść z domu.
Nawet nie robiąc makijażu, nie czesząc włosów, po prostu ubrać buty i wyjść nad rzekę.

Może nieraz macie dość tego, jak głośno mówię o mojej miłości do świata, do przyrody, do ludzi, czy zwierząt. O miłości do życia. Może staję się monotematyczna i niedługo nikt nie będzie chciał tych farmazonów mych czytać.

Ale ja jestem po prostu szczęśliwa.
A wiecie dlaczego?

Bo mam dwie ręce, dwie nogi i zdrowie. Pieprzone, tak potrzebne nieraz do szczęścia zdrowie. Mogę biegać, pływać, skakać, tańczyć, spacerować do białego rana. Mogę śpiewać, fałszując najbardziej na świecie. Mogę patrzeć w niebo i widzę, że jest niebieskie, mogę patrzeć na drzewa i widzę, że mają zielone liście. Czasami nawet spoglądam na słońce, choć wiem, że to nierozsądne i niebezpieczne. Mogę dotykać kory drzew, trawy i zbóż i czuć, jak różną mają fakturę. Mogę czuć zapachy kwiatów wszelakich. Słyszeć bzyczenie owadów, których nieraz się boję, jak baba. Mogę kochać i być kochaną. Mogę planować, mogę szukać, mogę marzyć. Mogę się śmiać i mogę płakać. Mogę smakować. Mogę po prostu czuć.

Mogę.
Ale przede wszystkim chcę.

Chcę kochać, smakować i dotykać. Chcę słyszeć. Chcę śpiewać. Chcę wyjść z domu w ulewie i cieszyć się, że jest pieprzona ulewa. Chcę biegać w deszczu, bo nic nie orzeźwia bardziej, niż chłodne krople rozbijające się na twarzy. Chcę wstawać wczesnym rankiem i kłaść się późnym wieczorem. Chcę uczyć się na błędach. Chcę cieszyć się z tego, jak wielu ludzi spotykam i jak wielu z nich zostawia gdzieś w środku dobry ślad, swoją własną przypowieść. Chcę doceniać każde doświadczenie, jakie mnie spotyka, bo za każdym razem niesie ze sobą jakąś mądrość.

Chcę doceniać to, że żyję i że mogę być szczęśliwa.
Bo "nie mogę" i "nie dam rady" siedzą tylko w mojej głowie.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że mam za łatwo. Że nie miałam w życiu żadnych przykrych doświadczeń, dlatego cieszę się z niego, jak szczerbaty na suchary.
Sęk w tym, że pewne rzeczy wolę przemilczeć i o tym, co boli nie mówić głośno. Bo to chyba jest tak bardzo moje i tak bardzo osobiste, choć nie zaprzeczę, ze miałam dużo szczęścia w życiu.
I je zauważyłam.

Pisałam Wam, ze film mówi o życiu, a nie o śmierci. To prawda. Choć tą drugą czuć w powietrzu właściwie przez cały film. Chustka wiedziała, że umrze. Ale któż z nas nie umrze? Ona wiedziała, że odejdzie o wiele za wcześnie. I to było cholernie smutne.

Na co dzień o śmierci nie mówimy. Właściwie to boimy się jej i w sumie - nic dziwnego.

W miniony czwartek wybrałam się z moim P. do miasta. Kiedy jechaliśmy autem, zaczęłam mu narzekać:
- Jak tak dalej pójdzie, to wytną wszystkie możliwe drzewa. I krzaki też. No co za ludzie, co to za świat bez zieleni... - Wiecie, zboczenie zawodowe :)
Po chwili dodałam: 
- Kiedy będę umierać, w tym mieście będzie mnóstwo drzew. Wysokich drzew. Zaprojektuję tu mnóstwo nasadzeń. I będzie pięknie i zielono.
P. zatrzymał samochód. Gwałtownie dość, jak mi się wydawało.
Dobrze, że byliśmy już na parkingu. 
- Nie mów tak - powiedział, gapiąc się w jeden punkt.
- Ale jak? - zdziwiłam się.
- Nie umrzesz. Ty nigdy nie umrzesz. Nie pozwolę ci.
- Ale Skarbie... - zaczęłam, już nieco zaniepokojona.
- Skończ ten temat. Ja umrę pierwszy. Tobie nie wolno. Nie zniosę życia bez ciebie.

Zatkało mnie. W sumie nie powiedziałam nic aż tak... złego, jak mi się wydawało. Ale zrozumiałam, że on nie oswaja się z tym wszystkim tak, jak ja. Może oswaja się z życiem, ale... nie oswaja się ze śmiercią.
To normalne i ludzkie.
Wielu ludzi woli mieć podejście na zasadzie przyjdzie, a jak będzie odchodzić, to już i tak nie będę nic czuł, bo mnie nie będzie.

Wiecie, to nie jest tak, że ja się jej nie boję. Boję się. Jak każdy. 
A jednak myślę o niej każdego wieczoru, jak pisałam ostatnio Red. Nie myślę w ten sposób, że umieram ze strachu, czy błagam, by jeszcze nie przychodziła, ale po prostu - zastanawiam się. Zastanawiam się, czy moja świeczka ma jeszcze dużo wosku przed sobą, nim spłonie do samego końca. Nim zgaśnie. Myślę, jak to jest. Czy boli? Co jest po drugiej stronie? I za każdym razem dochodzę do wniosku, który nieraz mnie też bawi ze względu na swój wewnętrzny absurd, że skoro narodziny jakoś przeżyłam, to śmierć też przeżyję. Bo przecież śmierć to też narodziny, tylko w inną stronę. Kiedy rodzimy się, też musimy opuścić ciało. Ciało matki, bez którego nie wyobrażaliśmy sobie funkcjonowania, bez którego wydawało się tak cholernie źle, że aż dławiliśmy się płaczem, ale... w gruncie rzeczy nie jest chyba tak źle?

I powiem Wam, że może dobrze się stało, że zupełnie przypadkiem trafiłam na ten film, na tego bloga i na tę historię, która obfitowała mnóstwem uśpionych w mojej duszy refleksji, które teraz, zbudzone, mogę przekazać dalej.
Dobrze się stało, bo nie miałam dziś właśnie jakoś specjalnie weny do składania życzeń.
Ale teraz już wiem, co Wam powiedzieć oprócz tradycyjnego Wesołego Alleluja.

Życzę Wam, oprócz sił i zdrowia, abyście umieli żyć.
Abyście chcieli i mogli.
Umieli kochać i szukać szczęścia.
Tyle wystarczy.
Naprawdę tylko tyle.



"Chcę iść wzdłuż Mulholland,
Chcę jej imię napisać na niebie,
Chce być wolny spadając w nicość,
Mam chęć opuścić ten świat choćby na chwilę...

Teraz jestem wolny,
Wolny od upadku."

środa, 1 kwietnia 2015

"(...) Jeżeli piękno nie będzie istnieć w nas samych, to jak w ogóle będziemy mogli je zauważyć?" - Ernst Haas

Nocne lampki bywają czasem łysymi śpiewaczkami - jak mówiła jedna ze znanych piosenek. Kiedy jedna z takich łysych śpiewaczek rozświetlała mi mrok wczorajszego wieczoru, ja dopijając herbatę przeglądałam zdjęcia z odzysku. Wiecie, przeglądanie ponad sześćdziesięciu tysięcy odzyskanych fotografii z dysku jest może i męczące, ale też ma swój urok.

Możecie mi wierzyć, lub nie, ale idzie w tym wszystkim nawet trochę utonąć.
Zapytacie mnie, czy mam we łbie po kolei.

Ano nie mam.
Ale też nie spodziewałam się, że mam na komputerze jeszcze takie zdjęcia. Ułamki milisekund uchwycone na komputerowej pikselozie, fotografie z dni, które zupełnie mi z mej rudej łepetyny umknęły.

A dlaczego umknęły?
Bo były właśnie najzwyczajniejszymi ze zwyczajnych dni. A jednak czaiły się w nich pewne iskierki, które czyniły je bardziej magicznymi. Iskierki, które momentalnie poczułam wszystkimi zmysłami.

Z tych fotografii płynęła melodia. Melodia wygrywana na gitarach. Nasze podpite śpiewy przy dźwiękach rozstrojonych szarpanych strun, nuty dobiegające wprost z harmonijki. I blues w powietrzu wymieszany z papierosowym dymem. Uwierzcie, lub nie, ale poczułam, jak fajnie było wtedy uderzyć w płuca dymem tytoniowym, jak on dobrze smakował pośród całej tej atmosfery. Czasem palony z drewnianej fajki, przekazywany z ust do ust niczym kalumet, czasem wymieszany z innymi ziołami. Poczułam zapach majowego jeziora, chociaż inni twierdzą, że to nie zapach, a smród. Być może. Dla mnie zawsze był to zapach rodzącego się lata.

Z tej fotografii biło ciepło. Ciepło ogniska odbijającego się w oczach tych wszystkich ludzi, za którymi dzisiaj do bólu tęsknię i których wciąż kocham myśląc o nich dobrze. Czułam dotyk Jego ciepłej bluzy, którą założył mi, żeby nie było mi za zimno. Przecież wczesnomajowe noce bywają jeszcze złudne.

Z całej tej pikselozy, gdzieniegdzie rozmazanej płynęło She talks to angels, które jeden z kumpli cudnie zagrał i zaśpiewał w pewnym momencie przy akompaniamencie jedynie czkawki któregoś z nas.

Kiedy naszpikowana tymi wspomnieniami zamknęłam oczy, zobaczyłam niebo pełne gwiazd. Słyszałam wszystkie powierzone mi w gwieździste noce sekrety, o których nigdy nikomu nie powiedziałam, poczułam na wierzchu dłoni wszystkie łzy, które ocierałam z policzków tych kochanych ludzi, bo zawsze chciałam ich jakoś pocieszyć, bo zawsze wydawało mi się, że są mniej szczęśliwi, jak ja.

Z tej fotografii biły ciepłe iskierki, które momentalnie postanowiły zamieszkać na dnie serca przypominając, że wcale tak wiele się nie zmieniło. Zmieniło się dużo, owszem, ale wcale nie aż tyle, ile mi się wydaje.

*   *   *

- Ale dobrze! Znowu jesteśmy wszyscy razem, jak dawniej! - zapiszczała Kaka, kiedy siedzieliśmy u nich na grillu.

Po cichu przyznałam jej rację, choć widziałam, że niektóre spojrzenia nie są już takie jak dawniej, niektóre czupryny się skróciły, niektóre usta mówiły mniej, niż kiedyś, a czasem wręcz pozostawały zaciśnięte do bólu.

Trochę mnie to uwierało. Patrzyłam na tych ludzi i zdawałam sobie sprawę z tego, że wiemy o sobie tak potwornie wiele, że tyle razem przeżyliśmy i cholera - jak smutno jest o tym zapominać.

Zdaję sobie z tego sprawę, bo sama o tym na chwilę zapomniałam. Zapomniałam o tym wszystkim, co było tak magiczne, zapomniałam o kieliszkach chowanych za nasz prowizoryczny "stolik" nad stawami, o skakaniu przez ognisko, o zwiewaniu przed policją przez las, o She talks to angels śpiewanym w niebogłosy, o wyprawach rowerowych, o piciu za Raya Manzarka po jego śmierci, o uciekaniu przed chrabąszczami i rozbijaniu namiotów nad jeziorem.

To wszystko było i jest wyryte w serduchach nawet, jeśli ktoś o tym zapomniał.
Przypomni sobie.
Mocno wierzę, że prędzej, czy później przypomni sobie, jacy jesteśmy wyjątkowi.

Dziś świat rozdzielił nas trochę, porozrzucał po swoich miejscach, ale wciąż umiemy się jakoś ostatecznie zgrać. Nieco rzadziej, ale jednak. I jesteśmy wciąż tak samo niezdarni - skoro jedno z nas na grilla pełnego żarcia przyjeżdża na hot-dogiem, a inne wywraca się o własne nogi. Wciąż lekko podpici oglądamy głupie filmiki, puszczamy ulubione piosenki i śpiewamy je głośno. A potem z Kaką śmiejemy się, że sikanie z górki jest takie zabawne i że faceci nie wiedzą, jak fajnie jest lać kucając. A ja wciągam się w kolejne, głupie "co Asik, ty tego nie zrobisz?!" pukając w okna tirowcom na parkingu i włażąc na ciężarówki.

Przecież wciąż jesteśmy tacy sami. Wciąż nosimy na sercach pewne znaki, choć niektórym zatarł się wzrok.

Nie mogę się doczekać, kiedy znów poczuję zapach "śmierdzącej" wody z jeziora, ciepło ogniska i zobaczę blask gwiazd odbijający się w ich oczach. Nie mogę się doczekać, kiedy te iskry wystrzelą nie z fotografii, a z codzienności. I kiedy któryś z chłopców znów zagra She talks to angels.

Wczoraj odezwała się do mnie pewna znajoma. Taka dobra znajoma, choć dużo młodsza ode mnie, będąca kiedyś taką "małą przylepą" w naszej paczce. Lubianą przylepą, bo poznałam ją jako czternastolatkę zakochaną w Black Sabbath i The Doors.

- Szkoda, że to się wszystko tak posypało... - napisała mi wczoraj.

Pamiętam, jak z jej siostrą i jej byłym obecnie chłopakiem i z moim P. leżeliśmy w pewną sierpniową noc na trawie wypatrując spadających gwiazd. Pamiętam, jak było cholernie zimno, ale też pamiętam, że nie mogliśmy przestać się śmiać. I pamiętam pająka, przez którego o mało nie dostałam zawału, podłogę upaćkaną pizzą i znów nieodłączną część naszej wyjątkowości - gitarę.

Swoją drogą może właśnie dlatego każde z nas nosiło na szyi gitarkę z drewna wyrzeźbioną przez jednego z nas. Śmiałam się, kiedy mówili, że "to nasz totem..."

I wspominając z kolei tamto spoglądanie w gwiazdy wiem, że pewne chwile muszą pozostać wspomnieniami. Choć nie chowam urazy, bo zrozumiałam pewnego dnia, że ona wyniszcza tylko i wyłącznie mnie, to jednak przez pewne względy, cudze bóle z przeszłości, możliwe, że nigdy nie będziemy mogli usiąść przy jednym ognisku.

Ale pewnym rzeczom trzeba też pozwolić odejść. Pogodzić się z nimi. Taka bywa przecież kolej rzeczy. Ludzie przychodzą i odchodzą, pojawiają się, zostawiają ślad i znikają czasami na zawsze. Czasami, oddając cudze rzeczy trzeba umieć spojrzeć prosto w oczy i dać do zrozumienia jedno: "jestem wdzięczny, że ze mną byłeś, choć przez chwilę."

Bo każde spotkanie czegoś nas uczy. Każda taka dobra chwila zasiana na dnie samego serca, niby drobnostka, którą czasami trzeba najpierw odkopać.

Jednak pozostaniemy ślepi na to piękno i dobro, dopóki nie wyzbędziemy się jednej rzeczy - nienawiści. Dopóki nie będziemy umieli sobie wybaczyć i pozwolić sobie zrozumieć, że wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy popełniamy czasami błędy.

Bo kiedy w środku zostaje życzliwość, można śpiewać te same piosenki nawet do wspomnień - i nie będzie bolało.
A jeśli zaboli, to tak naprawdę tylko na chwilę.


"Po tym jak spotkasz jej rodzinę,
Maluje swoje oczy tuszem czarnym jak noc.
Ciasno zaciąga zasłony,
Uśmiecha się, gdy nadchodzi ból.
Ten ból wszystko naprawi,
Mówi, że rozmawia z aniołami."