- Dla ciebie wszystko Słońce - odparłam, krocząc w pośpiechu do domu.
- Ale na pewno dasz radę? Nie chciałabym robić ci kłopotu...
- Dam radę, dam. Spokojnie.
Nie byłam pewna, czy dam. Owszem, próbowałam wrócić do rysowania i nawet nie sądziłam, że po roku czasu tak ciężko będzie mi "oderwać się" od kartki papieru. Zaczęłam od portretu Khaleesi, całkiem nowego, tamten już nieważny, ale chciałam jakoś się przełamać. Ale to był portret dla mnie, taki, który albo powiesiłabym na ścianie, albo schowała starannie do teczki, albo jak część moich niedokończonych rysunków - po prostu wylądowałby w koszu na śmieci. Gdybym tylko zechciała. Ale rysowanie dla kogoś, to coś innego, to zobowiązanie, obietnice, których - obiecałam sobie - nie powinnam już składać, by nie czuć zmuszania się do tego, co powinno sprawiać mi radość.
No to się wkopałam - jęknęłam w duchu. Ale Iwonce po prostu nie potrafiłam odmówić. Tym bardziej, że bez względu na to, czy nie widzimy się dwa dni, miesiąc, czy rok, zawsze mogę na nią liczyć. Wystarczy jeden telefon. I tak od jakichś piętnastu -
Rysunek był jej potrzebny na jutro, na wtorek, w sobotnie popołudnie zabrałam się więc do pracy. Złapałam kontury, zrobiłam szkic i... tak zostawiłam do niedzieli. Nawet nie spodziewałam się wczoraj, że tak szybko się z nim uporam. Kolejny raz się przekonałam, że uwielbiam rysować maleńkie dzieci, ich duże, błyszczące oczka i delikatną skórę.
Gdy dokończyłam portret, przyglądałam mu się dłuższą chwilę zastanawiając się, czy powinnam coś jeszcze poprawić. I jakoś tak wtedy do oczu wezbrały mi łzy. Udało się. Przełamałam się. Dokończyłam rysunek. Pierwszy raz od roku, pierwszy raz od tamtego portretu, którego nie zdążyłam skończyć i komuś dać przez jego nagłą śmierć. Pierwszy raz od tamtego portretu, który najpierw stał na biurku przyklejony do sklejki i straszył mnie wyrzutami sumienia, a później wylądował najgłębiej w szufladzie. A teraz... zobaczyłam, że wciąż potrafię to robić. I, cholera, nawet nieźle mi to wychodzi.
Zrobiłam zdjęcie, wysłałam Iwonce mms-a, z pytaniem, czy mam coś jeszcze poprawić.
Oddzwoniła.
- Jej Asik! - zapiszczała mi do ucha. - Jak ty to zrobiłaś... to jest... świetne po prostu. W ogóle... ja ci zapłacę, matko, gdzie bym ja coś takiego dostała!
- Weź, nic nie chcę... Najważniejsze, że ci się podoba - odpowiedziałam, uśmiechając się do siebie. Naprawdę największą zapłatą było dla mnie to, że sprawiłam jej tak ogromną radość. I że wróciłam dzięki niej do tego, co kocham.
- Asik, tak nie może być, to naprawdę kawał dobrej roboty... powiedz tylko, ile...
- Jakąś czekoladę do kawy. Tyle starczy.
I dziś wpadła na kawę z wielką czekoladą i winem w podzięce dla mnie.
I z dziesięciomiesięcznym Frankiem.
- Hej, teraz to ci nie odpuszczę - śmiałam się. - Musimy te wino wypić we dwie!
- Wiesz Asik, ja wciąż karmię, ale obiecuję, że jak tylko przestanę, to będziesz pierwszą, z którą wina się napiję.
- Ach, no tak... zapomniałam.
- Póki co macie z Patrykiem na weekend, wypijcie nasze zdrowie.
- To to zawsze! - uśmiechnęłam się i spojrzałam na Franka, który jest najgrzeczniejszym dzieckiem, jakie przyszło mi poznać.
Rozłożyłam łóżko i koc, żeby Mały miał gdzie się bawić.
- Teraz to masz tu istny raj - zaśmiała się Iwona do synka. - Musisz ciotkę wyściskać, że tak cię rozpieszcza!
Nie mogłam się powstrzymać i wzięłam tę kruszynę na ręce. Nawet nie wiem, kiedy chwycił mnie obiema rączkami za twarz i obdarował najpiękniejszym, dziecięcym uśmiechem, jaki kiedykolwiek przyszło mi zobaczyć. Takim uśmiechem tylko dla mnie.
- Brrr brrr buuuuuu..... ammmammmmapuuu - oświadczył radośnie, klepiąc mnie po policzkach.
- Ja też cię kocham, a jakżeby inaczej! - odpowiedziałam mu, pewna, że rozumie.
Przytulił mnie mocno, oplatając się małymi ramionkami wokół mojej szyi.
Chyba zrozumiał.
- No czegoś takiego jeszcze nie widziałam! - zaśmiała się Iwona. - Prawdziwa miłość!
- Zobaczymy Franciszku drogi, czy pokochasz też tak wuja Patryka, jak ci zagra na gitarze i narobi hałasu, jak to na niego przystało - powiedziałam, usiłując się uśmiechnąć.
Tak naprawdę próbowałam się nie rozryczeć.
Mały Franek. Kochane Słoneczko. Jedyne Słońce minionego listopada, Promyczek, którego tak wyczekiwałam, modląc się każdego dnia za Iwonkę, by szczęśliwie urodziła. Za moją Iwonkę, tą, z którą siedziałam w ławce w gimnazjum i z którą planowałam, że zostaniemy albo starymi pannami, albo zakonnicami.
I ten maleńki Promyczek uśmiechał się do mnie przyglądając mi się tymi wielkimi, pięknymi, niebieskimi oczyskami. Czasem głaskał mnie po buzi, jakby wiedział, że się wzruszyłam. Czasem śmiał się z moich głupich min, jakby próbował mnie rozśmieszyć. Po prostu był. Taki kochany, malutki aniołek.
Zawsze w takich chwilach nie mogłam się nadziwić temu, że przyjaźń moja i Iwony jakoś tak przetrwała. Mimo tego, że w pewnym momencie zaczęłyśmy nadawać na zupełnie innych falach. Ona, spokojniejsza, częściej rozmarzona, gustująca w zupełnie innej muzyce, w innych imprezach, w innych ciuchach. Dziś żona i matka. Ja, roztrzepana, mimo pewnego "artyzmu" w mojej duszy, paradoksalnie większa realistka. Wciąż kochająca zabawy i przypałowe historie, koncerty, zamiast domowego zacisza. Dziś - narzeczona mojego ukochanego gitarzysty.
A jednak trzymając ten maleńki skarb na rękach poczułam, że i ja byłabym na to gotowa. Gotowa, by zwolnić. By oddać się temu, co gdzieś tam w duszy i sercu zapisane jest jako najważniejsze. By zostać żoną i matką. Ba... nawet jakoś chciałabym się już wyciszyć. Nawet, jeśli ktoś by mi powiedział, że się starzeję. Kiedyś trzeba dojrzeć, mimo dziecka pozostającego gdzieś w środku, mimo duszy wariatki, roztrzepańca i kogoś, kto uwielbia się głośno śmiać. Mimo wszystko. Byłabym gotowa, a nawet powiem więcej - poczułam, że chciałabym. Chciałabym tu i teraz. Mieć przy sobie zawsze ukochaną osobę i... i tego kogoś trzeciego, będącego naszym maleństwem. Bo poczułam, że to już czas, że byłabym gotowa. Tym razem już naprawdę, na sto procent. Mogłabym być matką, tak po prostu.
I wzruszenie ogromne ogarnęło moje serce, bo w takich chwilach człowiek zdaje sobie sprawę, że wciąż marzy. Czuje, jak budzą się w nim uśpione cele, plany i marzenia. Że wciąż ma po co i dla kogo żyć. I do czego dążyć.
Tak bardzo potrzebne było mi to teraz. Gdy w jednym aspekcie się przełamałam, gdy w drugim uderzała we mnie jesień, budząc jakiś taki niepokój i niepewność.
- Ze wszystkim sobie poradzicie Asik - powiedziała mi Iwonka w pewnym momencie. - Bo się kochacie. Bo macie plany i marzenia, a to... to chyba najważniejsze.
Musimy dać sobie radę. Po prostu musi się udać. Bo kiedy zaczyna się na nowo marzyć, żadna zła myśl nie przychodzi już do głowy.
Wystarczy tylko odrobina cierpliwości.
"Teraz dostrzegam
Twój nieskończony horyzont
W ciszy Ziemi
Chwianej tysiącami
wstrząsów
Wpuściłaś mnie
Do swojego schronienia
Szukałem nas
Wśród samotnych gwiazd"
Twój nieskończony horyzont
W ciszy Ziemi
Chwianej tysiącami
wstrząsów
Wpuściłaś mnie
Do swojego schronienia
Szukałem nas
Wśród samotnych gwiazd"
A ja wiem, że wszystko Wam się ułoży :)) wierzę w Was :*
OdpowiedzUsuńależ nie ma za co ;)
Usuńnominowałam Cię do Liebster Blog Award :) miłej zabawy :)
UsuńJak piszesz o Iwonce to myślę sobie o mojej przyjaciółce i jak bardzo chcę, żeby nasza przyjaźń też przetrwała i tak właśnie wyglądała za kilka lat...
OdpowiedzUsuńO, Khaleesi, właśnie zaczęłam sobie oglądać na nowo GoT, żeby sobie poprzypominać co nieco :D
Mi w te wakacje przyszła jakaś ochota na rysowanie, zrobiłam kilka rysunków i jakoś przeszła ta nagła potrzeba :P Chyba jednak wolę pisać, choć pewnie kiedyś tam znów przyjdzie ochota by chwycić za ołówek. To odstresowuje w nieco inny sposób, zmusza do koncentracji, precyzji, uważnego patrzenia... dobry sposób, żeby wejść w stan medytacji, cholera.
Życzę Wam więc, żeby tak było :)
UsuńJa zamierzam nadrobić książki :D Stanęłam na "Starciu królów" :P
Hmm, może jeszcze Cię najdzie ochota na rysowanie :) I cóż, powiem Ci, że mam bardzo podobnie, jakoś łatwiej pisanie mi wychodzi. I faktycznie, można to określić pewnego rodzaju medytacją :)
Iwonka ma rację, dacie radę, To naprawdę Twoje (Wasze) marzenia, więc jeśli o nie zawalczycie, na pewno się spełnią.
OdpowiedzUsuńOby było tak, jak mówisz, Papużko :)
UsuńSerce mi to mówi :)
UsuńJa jestem pewna,że wy dacie radę i spełnicie Wasze marzenia i te duże i te małe. Musisz, bo jesteś moją inspiracją:)
OdpowiedzUsuńPiękna przyjaźń jest między Wami:)
https://sweetcruel.wordpress.com/
To w takim razie nie ma wyjścia - musi być dobrze :)
Usuń:*
Każdy musi po prostu dojrzeć do wszystkiego i może to jest właśnie dobry moment?
OdpowiedzUsuńAle dobry moment na co? ;>
Usuńach jakie to piękne co piszesz:) wyczuwam faktycznie taką tęsknotę za Twym własnym, małym asikowcem rozrabiaką:)
OdpowiedzUsuńPowiedziałabym, że będzie małe, rude i roztrzepane, ale z natury nie jestem ruda, cholera xD
UsuńMi też obiecałaś kiedyś coś narysować :P tak się przypominam tylko :P
OdpowiedzUsuńUśmiech dziecka jest niesamowity i nawet mnie rozczula ;) Chociaż na ogół za dziećmi nie przepadam, to gdy przyjedzie do mnie koleżanka z dzieckiem, albo gdy widzę jak kolega opiekuje się swoim malcem to też przez chwilę myślę o swoich dzieciach :P Ale Tobie do nich bliżej niż mi :D
Pamiętam, choć szczerze przyznaję, że nie pamiętam, co to miało być xD
UsuńBo mają w sobie coś... dobrego takiego :)
Marilyn Monroe ;p
UsuńSą niewinne...
Ja w 90% sytuacji mówię, że dam radę. Nawet kiedy mam wątpliwości - po to właśnie, żeby zmotywować siebie i dać z siebie wszystko, Zazwyczaj wychodzi ;)
OdpowiedzUsuńI prawidłowo :)
UsuńCieszę się bardzo, że się przełamałaś. Że udało Ci się dokończyć portret. :*
OdpowiedzUsuńI Iwonka ma świętą rację - dacie sobie radę ze wszystkim - bo się kochacie.
Też się cieszę :*
UsuńOby tak było :)
Do wszystkiego trzeba dojrzeć... Mnie dzieci wciąż irytują i mam nadzieję, że jeszcze jakiś czas tak pozostanie. :) Trzymam za was kciuki.
OdpowiedzUsuńCóż, mnie w sumie nigdy nie irytowały... chyba, że miałam gorszy dzień ^^
UsuńDziękuję :)
Naprawdę? A miałaś w najbliższej rodzinie jakieś dzieci?
UsuńCieszę się, że dokończyłaś ten rysunek, całkiem nowy, a jednak.to dość symboliczne.
OdpowiedzUsuńI małe dzieci...cóż. Lubię, ale jak wiesz doskonale, nie budzą we mnie takich odczuć. Jednak, jeśli człowiek jest świadomy i zdecydowany na pewne sprawy to właśnie...przychodzi pora, żeby się jakoś uspokoić. Po prostu dojrzeć. A czy jest bardziej naturalny proces? Jak wszystkie owoce dojrzewamy, jak wszystkie stworzenia, mamy swój czas i swoje miejsce na pewne sprawy i płyniemy z równym, miarodajnym rytmem..i jeśli się mu nie poddamy, to przeczymy nieraz sobie i stajemy się ludźmi nieszczęśliwymi. A nie o to w życiu chodzi, no nie?:)
Takie trochę przełomowe dla mnie - pozbyłam się złych skojarzeń, tylko, lub aż tyle.
UsuńOgólnie rzecz ujmując, najważniejsze to żyć w zgodzie ze sobą. ;)
Raczej- aż. Wbrew pozorom złe skojarzenia przy pozornie błahych czynnościach najtrudniej z serca wymazać.
UsuńNo ogólnie owszem XD Ale ja nie lubię ogółów, muszę się rozwlekać XD
Ach tyle wspaniałych wiadomości! W końcu powróciłaś do rysunku <3 Tylko żałuję, że nie podzieliłaś się z nami swoim dziełem, bo jestem bardzo ciekawa efektu. Co tu dużo mówić - po prostu też chciałabym się zachwycić. :)
OdpowiedzUsuńA co do tego maleństwa - ja już od jakiegoś czasu czuję wewnętrznie, że bym chciała, że bym mogła, a jedynie rozsądek mi podpowiada, że jeszcze nie teraz, że należy poczekać. :) To niesamowite, jakie uczucia potrafią w nas wzbudzić te małe słodkie istotki.
Chętnie bym się z Wami podzieliła, ale to niestety taki dość... prywatny rysunek, o :) Prezent dla Iwony siostrzenicy, toteż nie do końca zawsze wiadomo, czy można takowe portrety publikować :) Ale myślę, że jeszcze się nieraz pochwalę :)
UsuńZupełnie, jak u mnie... gdybym sie teraz dowiedziała, że jestem w ciąży, to cieszyłabym sie cholernie, a z drugiej... tyle teraz na głowie, jeszcze inne plany... zdecydowanie, trzeba poczekać :)
Rozumiem. :) Poczekam Więc na kolejne dzieło, którym już pozwolisz się nam zachwycić. :)
UsuńOj tak... Chociaż z drugiej strony, ktoś kiedyś powiedział bardzo mądre słowa - że na dziecko nigdy nie przyjdzie odpowiedni czas - zawsze będzie coś do zrobienia, zawsze coś będzie nas martwić. Cóż coś w tym jest, więc chyba najlepiej mają Ci, co zostają rodzicami z zaskoczenia - postawieni pod ścianą, nie ma odwrotu i dają radę. :D
Dzieci są cudowne, szczególnie te małe, takie niewinne. Zawsze mnie rozczulają :) To wspaniałe, że masz przyjaciółkę, z takim stażem :) Oby Twoje marzenia się spełniały. Jeszcze trochę i u Ciebie się taki promyczek pojawi :)
OdpowiedzUsuńMam bardzo podobne odczucia :) I cóż, również mnie to cieszy. Mimo, że widujemy się czasem naprawdę rzadko, to zawsze o sobie pamiętamy :) i oby tak było :) Dziękuję Ci :)
UsuńMarzcie, bo marzenia są początkiem wspaniałych rzeczy :)
OdpowiedzUsuńMarzymy! :)
UsuńKiedy byłam młodą dziewczyną, nie lubiłam dzieci i unikałam ich jak ognia - drażniły mnie i nudziły. Nie myślalam, że kiedykolwiek sama urodzę. Ale zaszłamw ciążę. Nie myślalam nawet o tym, czy kocham dziecko, które w sobie noszę. Kiedy urodziłam i spojrzałam na maleństwo, jeszcze sine i pomarszczone, już wiedziałam, że to miłość na zawsze. Wcześniejsza niechęć po prostu zniknęła :-)
OdpowiedzUsuńMają więc w sobie coś magicznego, co budzi w człowieku momentalną miłość :)
UsuńA ja nic więcej nie napisze, napisałaś już wszystko....ściskam
OdpowiedzUsuńRównież ściskam :)
UsuńUśmiech dziecka jest zawsze taki szczery i bezinteresowny. Potrafią cieszyć się z najdrobniejszych rzeczy i to jest takie piękne :)
OdpowiedzUsuńZgadza się, to jest urocze :)
UsuńAch... dziecko jest największym skarbem :)
OdpowiedzUsuńOj, wierzę, wierzę :)
UsuńKochana do tego Ci idzie, już bliżej niż dalej :) Dzieci są naprawdę rozczulające ja moją chrześnicę zobaczę w niedziele i już się nie mogę doczekać :D
OdpowiedzUsuńOby Kochana :) To tak jak ja jutro Franka :D
UsuńNie oby tylko takkk :)
UsuńJeśli czujesz w głębi duszy, że to już czas, to... gratuluję. Ja osobiście jeszcze bedę musiała chyba jeszcze długo poczekać.
OdpowiedzUsuńDziękuję ;)
UsuńTak to już chyba jest, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Nie ma co głupio się zapeszać, że "ja nigdy..." Trzeba iść przez życie swoim tempem, wsłuchiwać się w siebie, w swoje potrzeby i się spełniać, a przy okazji być szczęśliwym ;-)
OdpowiedzUsuńnie napiszę wiele...
OdpowiedzUsuńzawsze kiedy tu przychodzę i czytam Twoje słowa... niemalże dotykam Twojego szczęścia. :) życzę Ci, żeby Wasze marzenia się spełniły. żebyś i Ty kiedyś miała takiego Aniołka przy sobie. żeby zawsze był przy Tobie Twój gitarzysta :)
Ależ mi się buziak cieszy jak czytam Twój tekst :).
OdpowiedzUsuńOdkąd zostałam mamą mam bzika na tym punkcie!!! Uwielbiam filmy / książki, w których jest wątek z kobietą w ciąży lub młodą mamą. Jakieś takie zboczenie mam, pomimo tego, że na co dzień ,,użeram się" z moimi Szkódniczkami :D!!! Coraz częściej ogarnia mnie też tęsknota za trzecim maleństwem!!!
Asiu, życzę Ci spełnienia marzeń!!!
Halo halo, dacie radę, nic nie jest nie do zrobienia :) Widzę w Twoich słowach wiarę, a skoro wiara czyni cuda... ^^
OdpowiedzUsuńDzieci potrafią rozczulić i rozbudzić te marzenia o rodzinie, macierzyństwie i w ogóle... z Ciebie to będzie super rockowa mama :)) :*
OdpowiedzUsuńpięknie!!!
OdpowiedzUsuńlubię taką tematykę, aż radośnie czytać:)
OdpowiedzUsuńTaka długoletnia przyjaźń jest naprawdę piękna, sama z moją najlepszą przyjaciółką dzisiaj już jako studentki w różnych miastach, nieczęsto się widujące w roku akademickim, staramy się zawsze spotkać w wolnej chwili, wspominamy często jak to było kiedy byłyśmy w jednej i drugiej szkole, po trosze się smucąc, że koniec dzieciństwa. Chociaż ja właśnie opieram się temu i nie mam jeszcze ochoty na zakładanie rodziny, chcę jak najdłużej pobyć dzieckiem :)
OdpowiedzUsuńTalentu się tak po prostu nie traci, choć fakt, że trzeba go pielęgnować :) Zazdroszczę umiejętności :)
Uwielbiam czytać..to, co mi piszesz. Bardzo mnie chwyciło to, co napisałaś..dziecko potrafi złapać za serce, prawda?
OdpowiedzUsuńhttp://okiem-kobiety-na-swiat.blogspot.com/