środa, 31 grudnia 2014

O nadziei w przełomowym roku

Zdjęłam już ze ściany stary kalendarz. Choć tak naprawdę jutro będzie kolejny, zwykły dzień, choć przyjdzie szare, najzwyklejsze jutro, to tak, jak mówiła Frida - wszyscy potrzebujemy chyba tych przecinków, tych chwil, od których zaczynamy liczyć od nowa. Osobiście do takich dni, jak dzisiejszy, podchodzę dość sentymentalnie.
- To będzie przełomowy rok - powiedział mi Patryk w minionego Sylwestra, krótko po północy, przytulając mnie do siebie. - Przełomowy też dla nas, obiecuję ci to.

Pamiętam, że wtedy płakałam. Ale ja rykwa jestem i łatwo się wzruszam, a o północy w Sylwestra beczę prawie zawsze. Pamiętam, jak dzwoniłam do Rudej i do Olki. Wtedy byłyśmy wszystkie na finiszu pierwszego stopnia studiów, czekała nas obrona i każda z nas do tego jakoś mocno emocjonalnie podchodziła. Pamiętam, że w rok 2014 patrzyłam z ogromną nadzieją. Obserwując ogniste wzory na niebie prosiłam w duchu, by ten rok był dobry. Byłam przekonana, że będzie wyjątkowy. I taki właśnie był. Niesamowity, wyjątkowy, niezwykły. Tak, to zdecydowanie najbardziej trafne określenia. 

Styczeń wydawał mi się wtedy dość nerwowy. Upłynął mi głównie pod znakiem studiów, na zaliczaniu ostatnich egzaminów, oddaniu do dziekanatu pracy inżynierskiej i nauce do obrony. Pamiętam, że mocno to przeżywałam i prosiłam wtedy w duchu, by już było po wszystkim. Dziś jednak wspominam te styczniowe wieczory dość dobrze. Te spokojne, zimowe, mroźne wieczory i które spędzałam nad notatkami, siedząc nad nimi do późnych, nocnych godzin. Nauka zawsze łatwiej przychodziła mi nocą, toteż zawsze kolejnego dnia spałam do południa, żeby być wypoczęta. Pamiętam te noce, podczas których wychodziłam do kuchni wstawić wodę na herbatę, a później paliłam papierosa, spoglądając przez okno i wciągając dym do płuc wraz z mroźnym powietrzem. Wiedziałam, że mam wokół siebie paru ludzi, którzy trzymają za mnie zawsze kciuki i wierzą we mnie najmocniej. I jakoś, mimo tamtego stresu, którego dziś nie pamiętam, wspominam to wszystko naprawdę dobrze. Bo pamiętam tylko dobre chwile.

Początek lutego był zaś naprawdę nerwowy. Ostatnie powtórki, wkuwanie teorii i ustaw na pamięć i dziesiąty dzień miesiąca, kiedy Tata zawiózł mnie na obronę. Pamiętam, że nie trafiłam do końca w pytania. Nie mam pojęcia, skąd wziął się spokój, jaki ogarnął mnie podczas odpowiadania na nie. Ja, wieczny nerwus, wariat... mówiłam spokojnie i powoli. A potem słysząc słowa "Gratulujemy oceny bardzo dobrej, od dziś jest pani inżynierem architektem krajobrazu." prawie wyważyłam drzwi gabinetu dziekana i od razu uryczana rzuciłam się w ramiona Taty, który czekał na korytarzu. To był mój mały sukces. Cel osiągnięty własnymi siłami, prawie czterema latami wyrzeczeń, męczących dojazdów i nauki. I choć dla innych wydawałoby się błahostką, dla mnie to była radość nie z tej ziemi. I nadal jest. Jest taką dobrą, ciepłą myślą. Pamiętam, jak ze znajomymi i rodzicami opijaliśmy ten sukces, pamiętam, jak fajnie było mieć w pokoju tyle kwiatów na raz i kartek z gratulacjami. Żeby było mało, dzień po obronie zadzwoniłam do szefa od praktyk i pochwaliłam się, że się obroniłam na ładną piąteczkę. I właściwie od razu dostałam dorywczą pracę. I to w zawodzie! Myślałam, że to za wiele szczęścia na jeden raz. I w lutym właśnie postanowiłam wrócić na bloga. Właśnie w lutym poznałam Kordiana, poznałam część z Was, która od tamtej pory jest ze mną. I te założenie bloga też okazało się jakimś takim momentem przełomowym. Nie byłam pewna powrotu, a dziś nie wyobrażam sobie stąd zniknąć.

Marzec i kwiecień też okazały się miesiącami przełomowymi. Rozpoczęłam studia magisterskie i... nagle zabrakło na nich osób, dzięki którym studiowanie było do tej pory całkiem fajne. Nie było Rudej, z którą zawsze było najzabawniej, z którą paliło się czasem jointa przed wykładem, a potem okazało się, że teorie gospodarki przestrzennej mogą być naprawdę, cholera śmieszne. Zabrakło Olki i Dagmary, nie było Dziedzia, który zawsze żydził ode mnie ćmiki. Zabrakło tych, z którymi chodziło się na piwo nad Rusałkę, a potem jeździło po pijaku rowerem nad jeziorem. Nagle musiałam przyzwyczaić się do innych ludzi, którzy też jakoś na mnie wpłynęli. Musiałam przestać być wystraszoną dziewczynką, trzeba było stać się naprawdę twardą babką i umieć przekrzyczeć tłum nieraz, by walczyć o swoje. Ale jak jedni ludzie odchodzą, to drudzy przychodzą przecież. Mocniej zżyłam się z Agą i z Marth, które też jakoś pozytywniej wpłynęły na mój spokój, pomagały się nieraz ogarnąć. I po prostu były, to najważniejsze. I Wy przy mnie byliście.

Maj upłynął mi pod znakiem terenówek. Ciągłe wyjazdy, na które do tamtej pory narzekałam, a nagle okazało się, że całkiem je polubiłam. Zaczęło mnie fascynować wszystko, co nowe. Polubiłam się jakoś uczyć, poznawać, stałam się bardziej... ciekawska. I w maju właśnie skończyłam dwadzieścia cztery lata. To były strasznie zabiegane urodziny, ale wspominam je niezwykle ciepło. Pamiętam, że kiedy wróciłam z Poznania i przekroczyłam próg domu, czekała mnie niespodzianka od wszystkich, których kocham i którzy sprawiają, że jestem o siebie czasem spokojna. Zostałam obsypana prezentami, ale już pal pies prezenty... Oni byli wtedy dla mnie najważniejsi. Moja Rodzina i Patryk. Ci, którzy ostatecznie zawsze zostają do końca, którzy nieraz nic nie muszą mówić, a pomagają. Ci, którzy sprawiają, że się uśmiecham i najlepiej wiedzą, jak pociągnąć mnie za rude warkocze, by ustawić mnie na nowo do pionu, bym nigdy nie upadła.

Czerwiec to spacery nad Rusałkę, to egzaminy i wygranie ostatecznej walki - z najtrudniejszym, ustnym egzaminem z kształtowania krajobrazu miasta. Pamiętam, jak wtedy właśnie Królik pisał mi, że jakbym miała koczować pod salą wiele godzin, jak ostatnio, to on jest w gotowości z termosem i kawą, bo ma blisko przecież. To był chyba pierwszy raz, kiedy mieliśmy się spotkać i jak zwykle później, ostatecznie nie wyszło. Egzamin zdałam, kawa nie była potrzebna, a ból głowy nakazywał prędko jechać do domu. Czerwiec to był ślub Iwony, moment niezwykle sentymentalny, na którym jak zawsze musiałam mazać się jak dziecko. Ale opowiadałam Wam o tym wiele razy przecież. Czerwiec to był czas upadku na zdrowiu moim. Omdlenia, zasłabnięcia... i pójście po rozum do głowy. Znów dzięki Kordianowi w sumie. Bo kto potrafi truć dupsko tak, jak tylko On potrafił? Okazało się ostatecznie, że jestem po prostu przemęczona, ale do anemii niewiele mi brakowało. Musiałam na siebie zacząć uważać. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie przemęczenie może mieć nieraz paskudne skutki dla zdrowia. Nauczyłam się na siebie uważać, choć robiłam to głównie dla tych, których kocham. Czerwiec to koncert Aerosmith i wyprawa do Łodzi. Masa wspomnień, masa radości. W czerwcu postanowiłam rzucić palenie po raz pierwszy. Wtedy wytrzymałam dwa miesiące.

Lipiec wspominam absolutnie najlepiej ze wszystkich miesięcy w minionym roku. Wyjazd do Trójmiasta, wspomnienia z plaży w Gdańsku, chłopcy wbiegający do lodowatej wody, my z dziewczętami upite whiskey przy zachodzie słońca i ja z Karoliną skaczące po zmroku i krzyczące do gwiazd "Jedziemy na Peral Jaaaaaaam!", a chwilę później pijane, całe mokre od morskiej wody. Powrót do domu, z którego nie pamiętam nic, oprócz wkurzonych min chłopaków i naszego śmiechu. Udawane "będę rzygać, szukajcie miski!" i nabijanie się, jak M. wpada w popłoch. I ten koncert. Koncert na którym skakałam przez barierkę, który był absolutnie wyjątkowy i wzbudził tyle emocji... Pearl Jam na Open'erze. Spełnione marzenie, ukochani ludzie obok, zdarte gardło i niejedna przygoda.
Lipiec to nasz wyjazd do Kołobrzegu we dwoje. Nie wiem czemu, ale jakoś najcieplejszą chwilą wydał mi się moment, kiedy nawigacja zaprowadziła nas... na pole pełne elektrycznych, białych wiatraków. Nie zapomnę, jak oboje zaczęliśmy płakać ze śmiechu, jednocześnie nie mając pojęcia, jak stamtąd się wydostać. Lipiec to mnóstwo chwil tylko we dwoje, ale też czas pewnego strachu w mojej Rodzinie, z którym ostatecznie jakoś sobie wszyscy poradziliśmy. Przecież jak jest miłość, to zawsze da się jakoś radę.

Początek sierpnia to Woodstock. Mój pierwszy Woodstock. Kilka dni, które sprawiły, że oszalałam, jednocześnie zyskując wiarę w Ludzi. Mnóstwo koncertów, głupstw i zabawy. Wysmarowanie namiotu pasztetem, serio, zupełnie przez przypadek. Budzenie się w namiocie przez próby perkusji i zakurzony marsz ludzi na zwenątrz. A potem... potem powrót do rzeczywistości. Trudny, bo trudny, ale jednak było trzeba. Trzeba było wrócić do codzienności i zabrać się za pracę magisterską. Biegałam więc z miarą i mierzyłam drzewa, jakkolwiek to nie brzmi. I jakoś wcale już nie panikowałam, jak przy pracy inżynierskiej, że nie dam sobie rady. Zaczęłam odzyskiwać spokój. Nauczyłam się wyciszać. 

Wrzesień oprócz dalszych walk z magisterką, był właśnie momentem przełomowym dla nas. Dwudziestego dnia miesiąca usłyszałam słowa "Wyjdziesz za mnie?" na które czekałam przez ponad cztery lata związku. Nie pamiętam, kiedy byłam tak bardzo szczęśliwa, jak w tamtej chwili. Dziś czasem modlę się, by takie właśnie szczęście do mnie powróciło.

Październik był powrotem na uczelnię. Był lękiem spowodowanym przez operację Kordiana. A później był radością, kiedy jednak się wybudził. I przez ten późniejszy, niespełna miesiąc zdążyłam się z nim zżyć, jak z najlepszym kumplem na świecie. Był właśnie kimś, kto mówił "Jak ci będzie źle, dzwoń, pisz, a jak mnie wypuszczą ze szpitala, to wsiadam w auto i przyjeżdżam. Nie ma sytuacji bez wyjścia, pamiętaj." Pamiętam. I pamiętam, że starałam się Go rozśmieszać, jak tylko mogłam. Później pisał "Skończ już, w szpitalu jestem, mam przez ciebie głupawki!" A ja się tak cieszyłam, że mimo tego cierpienia, jakie Go dotknęło, On jednak śmieje się. I pamiętam ostatni dzień października i słowa Kordiana "Dziś jadę na Samhain, zapalę za ciebie świeczkę i za ciebie się pomodlę. Dzięki że jesteś Promyczku."

O listopadzie trochę strach mi mówić. Bo wciąż czuję ból po nagłej śmierci Kordiana. Listopad zawsze będzie miał w sobie już bolesne daty, ale czy to, co sprawia nam największy ból, nie czyni nas właśnie najsilniejszymi? Listopad to łzy kapiące na pożegnalny list, prosto na słowa "Dawaj czadu! Jesteś wspaniałym człowiekiem i masz dobre serce. Masz na pewno silniejsze serce, niż ja." Ale listopad to też spotkanie z Fridą, z którą przesiedziałam dwie godziny na ławce pod poznańską Areną i nie wierzyłam, że w tych dość smutnych okolicznościach można z człowiekiem, którego widzi się pierwszy raz na oczy śmiać się do łez i rozmawiać na przeróżne tematy. Listopad to narodziny Franka, kochanego maleństwa mojej przyjaciółki Iwony. Listopad to też wyjazd do Krakowa, spotkanie z moją Anją po wielu miesiącach rozłąki, spotkanie z ludźmi, za którymi tęskniłam potwornie. Koncert Slasha, spacery po Krakowie i poznanie Lusi, bez której sobie nie wyobrażam tego listopada. Bez tej ciepłej osóbki, która ostatecznie tak bardzo podnosiła mnie na duchu i dzielnie robi to nadal, kiedy tylko powiem, jej, że upadam. Dziękuję Ci za wszystko!

A grudzień to spokój. To wyciszenie, jakiego długo mi brakowało. Szukanie w sobie zagubionego ciepła, ognia stłumionego morzem łez. Grudzień to ludzie, do których lgnęłam i lgnę. Grudzień to zrozumienie, że jest się innym człowiekiem...

Bo ja się czuję zupełnie innym człowiekiem. Pod pewnymi względami lepszym człowiekiem. Jestem spokojniejsza, nauczyłam się wysłuchiwać, cieszyć się z drobnych chwil. Zaczęłam czerpać większą radość z dawania innym szczęścia i ciepła, nie oczekując niczego w zamian. Rok temu byłam szarą myszką, wystraszoną, zapłakaną. Dziś jestem odważniejsza, pewniejsza siebie, ale wciąż łatwo się wzruszam. Ale przecież dobre i wrażliwe serce, to nie przekleństwo

Miniony rok był absolutnie wyjątkowy. Bo spotkałam ludzi niezwykłych. I jestem wdzięczna, że wpadłam na dusze, które pomogły mi stać się lepszym człowiekiem. Czy czegoś żałuję? Może tylko jednej sprawy, niezależnej ode mnie. Żałuję, że nie zdążyłam przytulić Kordiana. Bo że znalazłam w końcu kogoś, kto Przyjacielem być potrafił jak mało kto, kto zawsze wiedział i kto dawał mi poczucie, że zasługuję na szczęście to wiem. I żałuję, że nie zdążyłam Go przytulić w tym cierpieniu, nim odszedł z tego świata. Nigdy nie spotkałam człowieka obcego tak naprawdę, który potrafiłby aż tak wczuć się w cudzą sytuację. Dziękuję, że byłeś Indie.

A Was zostawiam z Eddiem i piosenką, przy której zawsze rozpadam się na kawałki. Szczególnie ta właśnie wersja tego utworu sprawia, że mam ciarki, a łzy mieszają się z uśmiechem. Mało jakie utwory mają taką moc do wychwytywania uczuć z ludzkiej duszy. 

I życzę Wam, by rok 2015 był właśnie dla Was rokiem wyjątkowym. By zmienił coś w Waszym życiu na lepsze, nakierował na właściwą drogę i pozwolił cieszyć się każdym dniem, doceniając nawet najmniejsze drobiazgi. Cieszcie się każdą chwilą, bo nawet ta, w której najpierw widzimy samo zło, jak ja w styczniowych zmaganiach, z biegiem czasu okazuje się zapomnianym bólem. I zostaje tylko dobro. Dobro, którego przecież jest tak dużo wokół nas. Wystarczy tylko szukać, patrzeć i widzieć. 


"Mówi do siebie - nikt więcej nie może wiedzieć.
Wracają wspomnienia, gdy była śmiała i silna.
Czekała, aż świat do niej przyjdzie.
Przysięga, że już wtedy wiedziała, teraz przysięga, że on już odszedł.

(...)
Śni w kolorze, w czerwieni - wie, że nie znajdzie lepszego,
Nie znajdzie lepszego,
Nie znajdzie lepszego człowieka..."

33 komentarze:

  1. niech będzie po prostu zdrowy...a reszta sama się ułoży :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję że 2015 będzie dla mnie przełomowy. Wszystkiego co najlepsze w nowym roku :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No i zamiast jakoś się wstępnie ogarniać to siedzę tu, czytam i ryczę. I wcale nie chce mi się nigdzie iść. Tak sobie ciągle myślę jakby było fajnie jakbyś przyjechała. Bo może okoliczności chujowe, ale... Kurde, wiesz w ogóle zdałam sobie sprawę z pewnych rzeczy. Bo nawet Kordianowi mówiłam, że nie lubię zapraszać do siebie znajomych. Po prostu nie lubię. I jak on chciał wbić do mnie na herbatę to po wstępnej radości przyszedł jakiś lęk. A jak wczoraj rozmawiałyśmy to nic takiego się nie działo. Naprawdę. Nie szukałam wymówek, bo kurde, mam chujowe, niewygodne i małe łóżko ale jakoś byśmy się pomieściły przecież. I tak chyba pierdolę trochę nie na temat, co? xD
    Cóż, w tym nowym roku życzę Ci żebyś była właśnie taka szczęśliwa jak tego dnia we wrześniu. A także żeby tych nieuniknionych gorszych chwil było jak najmniej. A to ciepełko z samego serca Promyczka grzało przede wszystkim Ciebie, zwłaszcza w tych ciężkich momentach :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Grudzień rzeczywiście był takim spokojnym miesiącem, gdzie jeszcze dochodzenie do siebie po listopadzie przychodziło jakoś tak... lżej :) A ten listopad... poznałyśmy się w odpowiednich momentach swoich żyć, w niezbyt szczęśliwej sytuacji... ale dziękuję :* Trochę popłaczemy, trochę się pośmiejemy z Indiego, z nas... I od razu człowiekowi lżej się robi na duszy :* Nie muszę mowić, że jakby coś, kiedykolwiek to mój numer masz, Kochana :*
    I uważaj mi Ty tam na sylwestrze, a jak kłopotliwe telefony do kogoś, to do mnie - wstydu jak co nei będzie :D :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny wpis! Życzę Ci zdrówka i spełnienia marzeń!

    OdpowiedzUsuń
  6. Twoje słowa...złapały mnie za serducho, a przyznam, że rzadko to się dzieje, więc Szczześliwego Nowego Roku ! :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Miałaś wspaniały Asiku, życzę Ci żeby 2015 był jeszcze wspanialszy :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Miałaś wiele wspaniałych przeżyć w tym roku. Naprawdę bardzo wiele :)
    Dzięki czemu stałaś się taka pewniejsza siebie i radośniejsza?
    Ja mam przeczucia, że 2015 będzie dla mnie rokiem przełomowym. Oby tak było!
    A Tobie życzę abyś na koniec 2015 roku miała ze sobą bagaż wielu doświadczeń. I oby jak najwięcej z nich było pozytywnych i wspaniałych :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękne podsumowanie. Życzę Ci, abyś za rok miała tyle samo wspaniałych przeżyć, nie, więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  10. ja czekam na 2015 rok jako na rok spokoju, zmian na lepsze i może stabilizacji wreszcie, bo czas najwyższy żebym sie ogarnęła ;p

    OdpowiedzUsuń
  11. Dla mnie ten rok też zapowiada się przełomowo, czuję to :)

    OdpowiedzUsuń
  12. O kilku wymienionych przez Ciebie wydarzeniach - pamiętam ;]
    Można powiedzieć, że uczestniczymy w swoich życiach wzajemnie.. ;]
    Życzę wszystkiego, co najlepsze w 2015 roku :)
    Pozdrawiam Cię Asiu ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Też życzę ci pięknego Nowego Roku i bądź nadal taką radosną, wspaniałą osobą :)
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  14. Niech 2015 będzie jeszcze lepszy :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Dziękujemy bardzo i wzajemnie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Miło powspominać zwłaszcza mile chwile:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Może to głupie ale...w pewien sposób ja bałam się pisać, robić takie podsumowanie. Bo moje myśli wracałyby ciągle do jednej głównej sprawy, która zmieniła moje życie na nowo, diametralnie, całkiem przeszyła, do śmierci, z którą nadal uczę się żyć jakby nie patrzeć. Dlatego wolałam nic takiego nie pisać. Bo wszystkie inne zdarzenia blakną ale jak tak patrzę...trzeba z pamięci też wydobywać, wszystkie dobre i złe, też które w ciągu roku się zdarzyły ( nadal twierdzę jakem fizyk po części, że czas nie istnieje ale ludzka istota przystanków, przecinków potrzebuje:D) bo z nich można wyciągnąć wiele wniosków. I nauczyć się, że w życiu potrzebne jest i to dobre i zły, bo tamto po prostu, sprawia że chce nam się żyć, a to drugie uczy. Gdyby stal było lekko to cóż...byłoby nudno, co?:D Po prostu człowiek w życiu potrzebuje dobrego i złego na równi i musi się nauczyć z tym żyć. A takie podsumowania tylko to pokazują:)
    Więc dużo trudu włożonego w wiele spraw u ciebie, dużo pewnie i łez ale...bogowie, jak wiele dobrych zdarzeń, oderwań, kolejnych wspomnień^^ I ostateczny spokój, gdy w grudniu można się rozliczyć. A teraz czas, tak samo jak napisałam u Red, po prostu dalej napierdalać życie, kolejny rok:) Trochę zaszaleć, trochę zapłakać i wiele, wiele doznać:) Bo i tak w gruncie rzeczy, najwięcej zależy od nas:)

    OdpowiedzUsuń
  18. aj dużo się działo w tym roku, mam nadzieję, że 2015 pozytywnie Cię zaskoczy, tego Ci życzę :* nie umiem tak pisać pięknie jak Ty ale życzę Ci jak najlepiej :*

    OdpowiedzUsuń
  19. Ile to przez cały rok potrafi się zdarzyć :)
    Życzę Ci by przyszły rok dał jeszcze więcej radości :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Myślę, że obleciałby mnie mały dreszczyk gdybym usłyszała od swojego chłopaka, że "to będzie dla nas przełomowy rok" - jak wspomniałaś na początku. Dobrze, że był jednak wyjątkowy pod tym dobrym znaczeniem :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Piękne podsumowanie!
    Życzę ci, aby przyszły rok dał ci jeszcze więcej radości, przygód i szanse na spełnienie wszystkich marzeń ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Kochana, wszystkiego dobrego i samego szczęścia w 2015 :*

    OdpowiedzUsuń
  23. Rzeczywiście rok przełomowy. Czytywałam Cię chyba od czerwca.
    Piwka bym się z Tobą napiła, spoko dziewoja jesteś :D
    Byle do przodu! Szczęśliwego!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I vice versa :D Napijemy się kiedyś ;*

      Usuń
  24. A ja życzę właśnie tego spokoju, żeby się rozgościł w tym 2015 roku i nigdzie nie odchodził. Miniony rok był dziwny, były momenty dobre i momenty złe, ale ma to do siebie, że jest właśnie miniony. Był, jaki był, ale juz inny nie będzie. Każdego czegoś nauczył, każdemu dał w kość, ale też każdego o coś wzbogacił. A ten nowy, to zawsze jakaś nowa szansa. Na cokolwiek.
    Wysyłam dużo ciepła na ten nowy rok :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Ten kawałek ma w sobie wiele pozytywnej energii. Dziękuję za to. Obyś spełniła swoje pragnienia w 2015 :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie wiem, co mam napisać. Rzadko mi się to zdarza. Po prostu... czytałam te słowa, teraz słucham muzyki i mam wrażenie, że wszystko co przychodzi mi na myśl jest niewiele warte przy tym co znajduje się powyżej. Więc będę Ci tylko życzyć, byś spełniła w tym roku swoje marzenia, postanowienia i by ten rok był najpiękniejszym w Twoim życiu. Może nie całkowicie bez smutku i łez, ale oby tych chwil, które wybijają z rytmu było jak najmniej i by każda z nich sprawiała, że wstaniesz silniejsza.

    OdpowiedzUsuń
  27. Ale miałaś ciekawy rok. Taki... dynamiczny bym powiedziała. :) Na prawdę wiele się wydarzyło, wiele na prawdę dobrego i sporo uśmiechu. :)
    Widzę, że listopad prawie u każdego wyglądał tak samo - ten szary, zły, smutny. Już zawsze będzie odznaczał się odejściem tego najlepszego...
    Życzę Ci dużo dobrego Asiu, żeby ten rok był jeszcze ciekawszy niż poprzedni - który moim zdaniem był MEGA! :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Ty jesteś rykwa? Ty?
    Ja jestem przy Tobie rykwą na potęgę :P Serio!
    Czytam i wyję jak bóbr.
    Dużo się u Ciebie działo, bardzo dużo powiedziałabym nawet, ale Ty jesteś chyba taką Osobą której wszędzie jest pełno i u której sporo się dzieje, prawda? :)
    Fajnie jest móc rzucić okiem na takie cudze, roczne "sprawozdanie" :)
    Porównać życie cudze z naszym osobistym :)
    Każdy miesiąc aktywny, zupełnie różny, a jednak większość z nas zbliżyła się do siebie w okrutnie przykrym miesiącu jakim był listopad...
    Życzę Ci Kochana, aby ten Nowy Rok był wyjątkowy i pełny nadziei.
    Niech spełnią się wszystkie Twoje plany, marzenia i cele.
    Niech każdego dnia na Twoim prywatnym niebie świeci cudowne słońce i przytula Cię swoimi promieniami.
    Niech to będzie rok obfitujący w zdrowie, bo bez niego w życiu ani rusz!
    Przytulam Cię Asiu bardzo mocno i przesyłam buziaki! :*

    OdpowiedzUsuń
  29. No nie ma co, widać, że wspaniale przeżyłaś ten rok.
    A co do gospodarki przestrzennej to jako studentka 3-go `roku mogłabym się o tą śmieszność jej teorii pokłócić :D
    Ahh no i coś mi się wydaje, że studiujemy w tym samym mieście. No chyba, że jest więcej Rusałek w tym kraju:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, ja miałam tylko przedmiot :D I te teorie były śmieszne tylko przez jeden wykład, także wiesz xD No to zapewne mijamy się na poznańskich uliczkach ;)

      Usuń
  30. Jeszcze nie spotkałam się z tak pięknym podsumowaniem roku, wspaniale to zrobiłaś :) Życzę Ci, żeby 2015 był dla Ciebie prawdziwie szczęśliwym rokiem :)

    OdpowiedzUsuń