poniedziałek, 5 stycznia 2015

"All we need is just a little patience"

Aromat herbaty z miodem i cytryną unosi się w powietrzu, a ja jakby lekko przymuszona przez samą siebie próbuję dobrnąć do końca autobiografii Slasha, na czym skupić nie mogę się kompletnie, zerkając na odrobinę błękitnego nieba, jedynym przykuwającym wzrok skrawkiem paskudnego widoku za moim oknem. Chłodne powietrze z zewnątrz aż prosi się, by go zaczerpnąć podczas styczniowego spaceru, ale nie pozwala mi na to mój stan zdrowia objawiający się kaszlem niczym u palacza z co najmniej trzydziestoletnim stażem. I tak dostałabym ochrzan od P., że nie leżę grzecznie pod kołdrą, tylko przyjmując przedziwne pozycje, nie mieszcząc się pod zbyt małym i cienkim kocem, zatapiam się w przyśnieżone kokainą historie Gunsów.

A, jebać to! - klnę pod nosem oderwana od lektury kolejną porcją panicznego kaszlu, nie pozwalającego przez moment złapać wręcz oddechu. Tak, biorę lekarstwa, opijam się herbatą z miodem, testowałam herbatę z majeranku, którą prawie obrzygałam ścianę i tak - dzwoniłam do przychodni, jednak nikt nie raczył odebrać, a moja pani doktor zapewne zrobiła sobie dzień wolny od pracy i nie będzie zmuszona wysłuchiwać mojego biadolenia o pulsującym bólu w klatce piersiowej. Książka z hukiem ląduje w kącie. Nie mam jakoś nigdy zwyczaju zmuszania się do lektury, tym bardziej, kiedy czeka na mnie zimowy stos książek, ale tym razem wyczekuję uparcie puenty szalonego życia Slasha, odliczając strony do końca i zastanawiając się, ile pocisków z heroiny właduje sobie jeszcze w swoje żyły, nim ostatecznie zmądrzeje. Przez głowę co parę minut przemyka mi myśl, że powinnam przysiedzieć nad wynikami do magisterki, powodując nieprzyjemne uczucie gdzieś w okolicach żołądka. Miałam je bowiem oddać po świętach, tymczasem moje tabele świecą pustkami i tym razem nie liczy się wcale to, co udało mi się zrobić, ale to, czego tam jeszcze nie ma. Jednak ogarnięcie wyników wiązałoby się z moim wyjściem w teren, na co pozwolić sobie przez stan mego zdrowia nie mogę. I tak się usprawiedliwiam przed tym lękiem, który burzy jakoś ostatecznie wszystko w środku.

Muszę się wykaraskać, bo przecież pojutrze wracam na uczelnię. Wreszcie - przemyka mi przez głowę. Aż dziw. Nie sądziłam, że zatęsknię za uczelnią i za ludźmi, których niespecjalnie mam ochotę przecież oglądać. I nie zatęskniłam tak do końca za tym. Bardziej za tym pędem, za zaspanymi, porannymi wędrówkami na pociąg, za zmęczonymi powrotami i poczuciem spełnionego dnia, kiedy w kuchni opowiadam wszystkim, cóż to mi się przytrafiło. I zatęskniłam za pracą, która jest w przypadku mojego zawodu pracą sezonową, co zmusza mnie do bycia aktualnie na tymczasowym zwolnieniu. Brakuje mi rozmów z panią M. podczas pracy w szkółce, brakuje popijania kawy i pracy w biurze i brakuje biegania w terenie ze szpadlem, na którym zawsze muszę dziwnie podskakiwać, żeby wbić go w ziemię i wykopać dołki pod młode, sadzone drzewka. W dość nietypowy sposób tęsknię za wiosenno-letnimi dniami.

To wszystko wróci do mnie przecież w marcu, kiedy będę mogła wrócić na plac boju, jednocześnie rozpoczynając ostatni semestr studiów. Tymczasem powinnam wykaraskać się do końca, by jak najszybciej uporać się z magisterką, szczególnie z częścią badawczą, bo przecież pisanie teorii, okaże się jak ostatnio całkiem przyjemną czynnością. 

I póki co muszę uporać się sama ze sobą, bo doskonale wiem, że kiedy załącza mi się tryb marudny, to nie jestem w stanie zabrać się za nic, włącznie z uczesaniem włosów. I można mnie sobie idealnie wyobrazić jako rudą, nieuczesaną jęczybułę, która kopie w szafkę z frustracji, jednocześnie rozwalając sobie boleśnie duży palec u nogi. Ale to też nie wzięło się samo z siebie przecież.

Przełom poprzedniego i obecnego roku był pewnym przystankiem, na którym zdążyłam zatopić się we wspomnieniach. I one jakoś tak pozytywnie wciąż podnoszą na duchu, ale jest coś, co mnie momentami paraliżuje, a co właśnie się i pośród tych wspomnień podświadomie narodziło.

Strach. Od paru dni nie mogę wyzbyć się jakiegoś dziwnego lęku, który zakradł się gdzieś pod serce i nie ma zamiaru nigdzie się stamtąd wybierać. Może to wynika z jakiejś dziwnej monotonii, która zagościła na stale w naszej codzienności. Może z tego, że czuję się znów samotna. Ale nie chodzi mi o samotność w związku, bo takiej póki co nie ma, ale... właśnie naszą wspólną samotność. Zawsze staraliśmy się nie odcinać od paczki znajomych, dla których na miarę możliwości znajdowaliśmy czas, a tymczasem widzę, jak nasi znajomi powolutku układają sobie życie, które coraz bardziej odbiega od naszego, wciąż jakoś tak nieuporządkowanego i wciąż zbyt niesfornego. 
- Bo kiedyś to było zupełnie inaczej - powiedziała Babcia P., kiedy odwiedziliśmy ją w piątek na herbatę. - Pamiętam, jak przychodziliście całą ferajną po szkole, robiliście tyle hałasu i tyle opowiadaliście... A dziś taka cisza, każde w swoją stronę.
Też pamiętam te czasy. Pamiętam próby na salce, wyprawy na piwo w plener nawet w listopadowe, mroźne czasem wieczory, głośne śmiechy, przypały i nocne, rozśpiewane powroty do domu. I ja wiem, że to wszystko już nie wróci i że może pozostać jedynie ciepłym wspomnieniem rozgrzewającym serce w dni takie, jak ten. Bo wszystko się zmienia - ludzie, świat, codzienność. I ja wiem, że ludzie przychodzą i odchodzą, ale ostatnio przychodzi ich jakby coraz mniej. A ja wciąż tęsknię, a samotność jakoś dziwnie rośnie. Jakoś dziwnie i podświadomie.
I boję się właśnie tej naszej samotności, tęsknoty, tego nieuporządkowania. Brakuje nam silnego kroku naprzód, zmian, ale też pomocy. Pomocy ludzi doświadczonych, którzy nas otaczają, którzy mówią, że nas kochają i że chcą dla nas jak najlepiej, a jednak wciąż nasza przyszłość staje się powodem do kompletnie nieuzasadnionych konfliktów. I chyba przede wszystkim brakuje nam cierpliwości.

"Said, woman, take it slow 
and it'll work itself out fine... 
All we need is just a little patience. 
Said, sugar, make it slow 
and we'll come together fine... 
All we need is just a little patience."

Pamiętam, jak P. wysłał mi sms'em ten fragment jednej z ulubionych piosenek Gunsów, dokładnie cztery i pół roku temu, kiedy nasze uczucie dopiero powolutku rozkwitało, a on odliczał dni, nim wrócę z Krakowa, nim wrócę do niego. Wszystko, czego potrzebujemy, to odrobina cierpliwości Skarbie - cytował wtedy. Wtedy tęskniliśmy do siebie, jak para świeżo zakochanych w sobie szczeniaków, którzy nawet nie zdążyli powiedzieć sobie, że się kochają i czekaliśmy tylko na to, by to sobie wyznać patrząc prosto w oczy. Teraz tęsknimy za ludźmi, nie potrafiąc jakoś zrobić kroku naprzód, gubiąc się w sobie, raniąc się wzajemnie nieraz. I robiąc to nieraz właśnie do bólu świadomie. 

Strach nie chce mnie opuścić. Strach, że zostaniemy sami, albo, że się pogubimy ostatecznie i postanowimy, że każde z nas pójdzie dalej swoją drogą. Tak niewiele nam przecież do tego było trzeba ostatnio. I to w ostatni dzień roku, roku, który był dla nas taki ważny, taki przełomowy. Raniące słowa padały tak łatwo, jakby głównym celem było łamanie serca na kawałeczki.  I choć padło przepraszam, a godzenie się ze sobą było jak zawsze przyjemne i dawało nadzieję, że pozostanie już tak dobrze, to przeraża mnie, jak ta nadzieja szybko ostatnio wymyka mi się między palcami.

Bo najważniejsze, to przecież brnąć przed siebie, ale nie zapominając o rozglądaniu się, nie gubiąc czegoś po drodze. Czegoś bardzo ważnego. Czegoś, czym jest Miłość.

I kiedy nagle dostrzegam, ile we mnie jest strachu i niepewności, łapię się za rozczochrane kłaczyska na mojej łepetynie. Kiedy widzę, jak bardzo brakuje mi nadziei. A wszystko przez te wewnętrzne zmęczenie otaczającym nas chaosem.

Zerkam na książkę rzuconą w kąt. Sięgam po nią i trochę bardziej czule, niż ostatnio wertuję do ostatnich stron, by zaraz zaparzyć kolejną herbatę z miodem i cytryną, zgarnąć ukradkiem kilka ciastek z kuchennej szafki, wejść pod koc i skupić się na sobie. By wyzdrowieć z tego dziwnego czegoś, które nagle mnie dopadło. I móc ruszyć do przodu pełną parą. Znaleźć tę motywację, która nagle gdzieś mi się zapodziała. Przestać rozwalać sobie palec u stopy i poszukać powodu, by się uśmiechnąć. Bo przecież nie mogę tracić nadziei, że wszystko się ostatecznie ułoży, że przecież jakoś sobie poradzimy. 

Tylko będę musiała poszukać jeszcze sposobu na wyzbycie się tego paskudnego strachu, który sam z siebie nie ma zamiaru się nigdzie ruszać. Ale przecież, ktoś kiedyś powiedział, że samo nigdy nic nie przychodzi...


117 komentarzy:

  1. Też właśnie ostatnio ludzi brakuje jak popatrzyłam na spotkania młodzieży dwa lata temu i teraz to została tylko garstka tych najbardziej wytrwałych...Czytaj i kuruj się. Kurcze te epidemie coś ostatnio po ludziach chodzą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam taki ładny stos książek, że na pewno się nie zanudzę pod kocem :D

      Usuń
  2. Z tymi znajomościami tak chyba jest... nasza paczka też się posypała, już w ogóle nie widujemy się wszyscy razem.
    Szybkiego powrotu do zdrówka. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę to przykre jednak, prawda?
      Dzięki, jeszcze żyję :D

      Usuń
  3. Ludzie przychodzą i odchodzą, wspomnienia się zbierają, niektóre chwile już nie wrócą, ale za to będą inne. Teraz jest czas na nowe wspomnienia, których na wcześniejszym etapie życia nie mogłaś jeszcze tworzyć.
    Koniec marudzenia, uśmiech poproszę :)

    PS Nominowałam Cię do Liebster Blog Award :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, każdy może sobie pomarudzić, ja też! XD

      O matko, toż to już trzecia nominacja moja do tej nieśmiertelnej zabawy :D No ale dzięki ^^

      Usuń
    2. No możesz, możesz, niech będzie :D

      Usuń
    3. Dziękuję za pozwolenie :D

      Usuń
  4. Spokojnie, fajna z Ciebie jęczybuła, spoko! :P A czasem trzeba ponarzekać, powkurzać się, wywalić złe emocje, by zrobić miejsce tylko i wyłacznie na te dobre :)
    Strach... chyba jest nieodłączną częścią nas i naszego życia, pewnie ułaskawić się go nie da, może po prostu trzeba się nauczyć żyć? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? XD Cieszę się, że nie jestem jednak tak upierdliwa :D Może wlasnie to jest dobry sposób, bo dziś mam już dobry humor. Ale to może dlatego, że namiętnie grałam wczoraj wieczorem z P. w superbiznes i ogromnie mi to poprawiło humor :D Dzis zamierzam go ograć :D
      Wiesz, ja i tak sporo strachu w sobie pokonałam. Przezwyciężyłam jakoś tą moją nerwowość... ale najwięcej strachu mimo wszystko rodzi niepewność...

      Usuń
    2. No i co, udało się ograć Patysia? :D Aż dzisiaj i ja grałam w monopol, tyle, że zostałam zdjęta z roli bankiera :(
      A tej chyba nie da sie tak łatwo pozbyć...

      Usuń
    3. Udało się :D Ja nienawidzę być bankierem xD
      Zważając na to, o czym mówiłyśmy dzisiaj - niestety...

      Usuń
    4. To gratki! Czemu?! Ja uwielbiam xD choć wszyscy mnie oskarżają o defraudacje :(
      ano.. ale wierzę, że któregoś dnia, za parę dni, tygodni, wszystko będzie dobrze :)

      Usuń
    5. Dzięki :D A nie lubię, bo zawsze zapominam wypłacać kasę, taka jestem roztrzepana xD
      Dobrze będzie na pewno, nie wiadomo tylko z jakim skutkiem...

      Usuń
  5. Współczuję choroby... ja się z nią już zmagam od jakiegoś miesiąca i nie chce odpuścić. Minus niemożności brania leków -,-" Znajomości... moje wszystkie stare znajomości praktycznie wymarły. Nie baczę na to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj to ja Tobie powinnam współczuć jakoś... bo ja jednak nafaszeruję się nieraz lekami i idę dalej. Ale - nie ma tego złego... ;)
      Tylko widzisz, ja nie miałam na myśli aż tak starych znajomości. Te jakby jeszcze... wczorajsze, wydaje się, że świeże całkiem, a jednak już coraz bardziej odległe.

      Usuń
  6. Doskonale znam to uczucie, które rozpala się w człowieku, gdy kurtyna strachu przysłania nam całą przyszłość. Dużo ostatnio rozmyślam o samotności i doszłam do wniosku, że nie życzyłabym jej największemu wrogowi.

    "ale ostatnio przychodzi ich jakby coraz mniej" - mam dokładnie takie samo wrażenie, choć ja osobiście bałam się nowych ludzi. Moze tak na prawdę oni ciągle przychodzą, tylko ich do siebie nie dopuszczam? Może za bardzo się ich boję? Obyście umieli ich do siebie dopuścić. Przecież oni są, tylko trzeba ich docenić.

    Nadzieja jest bliżej, niż myślisz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To my dwie takie, co się dobrały w tych rozmyślaniach ;) Samotność to coś, co chyba przeraża mnie najbardziej.

      Może właśnie tak jest, że nie dopuszczasz ich do siebie przez strach... My właśnie dopuszczaliśmy ludzi do siebie zawsze, ba! Sami wychodziliśmy im naprzeciw.

      Zatem musi wyjść z ukrycia ;)

      Usuń
    2. czasem wychodzi w najmniej oczekiwanych momentach :)

      Usuń
    3. Więc niechaj mnie zaskoczy ;)

      Usuń
  7. nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Ci zdrowia i powrotu z pełnią sił na uczelnię! ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wiesz...tak to jest już ze znajomościami...jest wszystko w porządku, kiedy uczęszczamy do tej szkoły/uczelnię, później ślady się zacierają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie to samo zauważyłam. I te obietnice "na pewno będziemy mieć kontakt po studiach!"...

      Usuń
    2. ....które się nie sprawdzają.
      Większość osób zapomina o takich 'obietnicach'.

      Usuń
    3. Ale mimo wszystko się tęskni, cholera.

      Usuń
    4. Dlatego ja rzadko składam obietnice.

      Usuń
    5. Ale inni składają. A ja bywam łatwowierna.

      Usuń
    6. Okropna cecha... niestety.
      Według mnie, ale wiesz ja jestem "inna".

      Usuń
    7. Inna, nie inna, dobrze wiem, że to slaba cecha. Albo po prostu za mocno się przywiązuję do ludzi.

      Usuń
  9. Ludzie przychodzą i odchodzą, naturalna kolej rzeczy. Nie mówię - porzucać, lecz czasem warto rozejrzeć się za kimś innym, nowym. Albo też odezwać się do tych "starych"?
    Ja wiem, że podczas choroby zawsze dopadają mnie jakieś wstrętne uporczywe myśli i jestem rozdrażniona. Może to tylko to?
    Trzymaj się ciepło, Asiu. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do "starych" odzywamy się cały czas, ale coraz częściej odpowiedź brzmi "nie damy rady, nie mamy czasu". A nowi... rozglądamy się cały czas, ale chyba ja mam większy dar "lgnięcia" do ludzi ;)
      Możliwe, bo dziś już jakoś pozytywniej, choć choroba nie odpuszcza ;)
      :*

      Usuń
  10. Kochana życzę Ci dużo zdrówka i szybkiego powrotu do formy.
    Zobaczysz, że jak poczujesz się lepiej to i nastrój się poprawi.
    Jeśli o znajomości chodzi to ja już tyle razy się przejechałam, że aż szkoda gadać. Wszystko jest w porządku póki "działamy" wspólnie,kiedy drogi nam się rozchodzą relacje słabną...
    Życie szybko weryfikuje z jakimi ludźmi mamy do czynienia.
    Zdrówka Asiu :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Kochana :) Nastrój się juz nawet poprawił jakoś, choć ze zdrowiem w drugą stronę zupełnie.
      Dokładnie... i to takie przykre, kiedy mówi się "po studiach nadal będziemy trzymać razem", a tu nagle okazuje się, że dzwoni się do siebie raz na pół roku...
      Święte słowa...
      :**

      Usuń
  11. Hmm... nie wiem co Ci tu napisac. Nigdy nei byłam studentką (znacyz nei taka prawdziwą),ani tez nigdy jakoś dużo znajomych nie miałam, tesknota zawsze jest za tym co minęło i za tym co może przyjść. Myślę ,ze jak juz sie wykaraskasz z kaszlu to się wszystko powoli zacznie układać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak sie wykaraskam z kaszlu to zacznę podbijać świat, obiecuję XD Tylko niech to cholerstwo już minie...

      Usuń
  12. Zdrówka, Promyczku! :*
    Mam nadzieję, że w końcu i ten strach pójdzie sobie gdzieś daleko, daleko i już nie wróci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękówa Ryjku :* Jakoś się trzymam :D
      Oj ja też Kochana, ja też...

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że jednak lepiej niż gorzej :D
      Więc na pewno tak się stanie, o :)

      Usuń
    3. Nadal się duszę, ale ogarniam jakoś :P
      W końcu wiara góry przenosi, czy jakoś tak ;)

      Usuń
  13. Lęk nas paraliżuje i demotywuje. Czasami te uczucie jest tak silne, że uniemożliwia nam normalnego działania. Zdrowia! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego właśnie mam nadzieję, że uda się go jakoś ostatecznie pokonać... Dzięki! ;)

      Usuń
  14. Ja właśnie wyzbyłam się tego strachu, który przyniosły mi wydarzenia 2014. Wspomnienia są, zawsze będą, ale chce pamiętać tylko te dobre. U mnie też teraz pustka, bo każdy ma swoje życie, swoje sprawy i ciężko się zorganizować, żeby się spotkać, ale mimo wszystko staramy się rozmawiać jak najczęściej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się wyzbyłaś, mi się niestety nie udało.

      Usuń
    2. Trzeba czasu i takiego przerywnika, że coś się kończy a coś się zaczyna.

      Usuń
    3. Myślę, że bardziej cierpliwości, której ja sie ciągle ucze.

      Usuń
    4. To też, cierpliwość jest ważna. Ja podobno mam dużo cierpliwości, ale też czasem potrzebuję się rozładować.

      Usuń
    5. Dokładnie tak :) Jak pierwsze dni nowego roku mijają?

      Usuń
    6. Niestety w chorobie :P

      Usuń
  15. zacznę od zdrowia-niech przyjdzie jak najszybciej.
    A strach? To naturalny element życia, musi być, gdyby nie było strachu nie byłoby ludzi na ziemi... Trzeba tylko umieć go sobie dozować, nie pozwolić przejąć kontroli nad życiem.
    A znajomi, cóż znajomości się wypalają, tak bywa. Ludzie przychodzą i odchodzą z naszego życia, zostawiając wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Na razie chyba jednak mu się nie spieszy :P
      To prawda, strach jest potrzebny, ale właśnie... najgorszy jest ten moment, w którym to on przejmuje kontrolę nad nami.
      Ale jednak to przykre i dla mnie jakieś czasem nie do przyjęcia. Ale może jestem zbyt wrażliwa ;)

      Usuń
  16. ja się właśnie boję najgorzej takiej samotności w związku... codzienności, rutyny, izolacji od innych. pewnie dlatego nie umiem z tym walczyć i me relacje nie są długotrwale..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście nas takowa na razie nie dopadła...

      Usuń
    2. i tak trzymać! wy już ile? 4 lata?:)

      Usuń
    3. ło matko i córko;p zazdroszczę...

      Usuń
    4. Jakoś jeszcze wytrzymujemy :P

      Usuń
  17. Też tęsknie za uczelnią...
    choć tak dawno nie czułam zapachu samotności...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko za pewnymi miejscami się tęskni

      Usuń
  18. Czasami najfajniejsza paczka potrafi się rozpaść. Ale nie ma co się dołować takie jest życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ja nie lubię tego określenia "takie jest życie"... ale może to dlatego, że ostatnio słyszałam je zbyt wiele razy.

      Usuń
  19. Strach jest najgorszy i potrafi zamącic w głowie, wiemy o tym doskonale, nie raz rozmawiałyśmy na ten temat. A ja wierzę, że okaże się, że ten strach w ogóle jest niepotrzebny. Wiem, że jest on jednak nieodłącznym elementem życia, zwłaszcza jak ciągle zmienia się dobre i złe, ale kurcze, no. Wiesz co mam na myśli :*
    I szkoda, że ekipa się rozpadła, że każdy poszedł w swoją stronę, że ci, co zostali, mają swoje życie, swoje sprawy i nie ma czasu, by tak często się spotykac, że brakuje tego luzu, spontaniczności i takiej dziecięcej radości, która wtedy aż raziła po oczach, a teraz wszyscy stali się tacy poważni. Szkoda wielka, ale najważniejsze, że zostali najwierniejsi. To, że rzadko się widzicie nie umniejsza tej relacji, rozumiesz o co mi chodzi przecież.
    Odnajdziesz spokój, odnajdziesz nadzieję, pognasz strach do samego diabła, tylko, właśnie, cierpliwości. Słowa z tej piosenki są takie dobitne czasem, znaczy, idealnie odzwierciedlają to, co jest. Te emocje przeminą, prędzej czy później :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, temat strachu mamy przewałkowany na wszelkie sposoby. Wiem Aniu, wiem. Wszystko wiem :*
      Tylko właśnie... kto tu został? I kto został najwierniejszy? Trochę przygnębiające pytanie...
      Cierpliwość to coś, czego chyba w życiu najbardziej mi brakuje. Nie umiem czekać. Ale ponoć życie doskonale uczy czekania właśńie ;)

      Usuń
    2. Strach to po prostu taka menda, która podobno jest wymysłem naszej wyobraźni. I to strasznie brzmi. Bo nie mamy panowania nad tym, co sami tworzymy.
      No kto został... a @, Karola? przecież są, prawda? wiem, że ekipa była większa o wiele i więcej osób odpadło niż zostało, ale... no. :*
      Ponoc, bo ciągle na coś czekamy :) a to na autobus, na wieczór, na weekend, na wakacje, na kogoś, na wszystko. tylko to takie czekanie, które nie uświadamia, że każdy ma w sobie trochę cierpliwości ;)

      Usuń
    3. A to takiej teorii to ja jeszcze nie słyszałam... trochę przeraża, bo zawsze myślalam,że on jest raczej podświadomy.
      Oni są kochani, ale siedzą w Pzń i właśnie - układają sobie życie, pracują, studiują. Znasz dobrze ten układ Aniu.
      Ostatecznie :) Choć u mnie ten brak cierpliwości się jeszcze nerwowością objawia. A tej u mnie wciąż niemało, choć z nią walczę :P

      Usuń
    4. Wiesz, kto mi taką teorię przedstawił? Podświadomosc też ma wpływ na wyobraźnię, albo na odwrót.
      Znam ten układ, ale wiesz? Teraz jak na to patrzę... piszesz, że układają sobie życie, że pracują, studiują. Ale czy tego nie robi każdy? Wy też to robicie. Gdyby to był argument, to nikt z nikim by się nie spotykał :)
      Nerwowośc jest gorsza od braku cierpliwości, ale grunt, że z nią walczysz, może w końcu uda Ci się z nią wygrac ;p

      Usuń
    5. Niech się domyślę ;) Z podświadomością to w ogóle tajemnicza i fascynująca bajka :)
      Własnie, że my stoimy cholera w pieprzonym miejscu. To się czuje. Teraz jesteśmy w takim momencie, że ni w prawo, ni w lewo, bo z każdej strony ostrzał. Zresztą wiesz Skarbie jak jest. A jest na skraju.
      Jedno z drugim też się wiąże ^^ Może, nie poddam się :P

      Usuń
  20. Wiem coś o Twoim strachu, bo sama go od jakiegoś czasu odczuwam. Powrót na uczelnię oraz blog trochę nam go pomoże zagłuszyć :)
    Zdrowiej wreszcie, bo ten Twój kaszel to powiem Ci, że nie brzmi za dobrze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prędko chyba tam jednak nie wrócę, jutro gnają mnie do lekarza :P
      Robię co mogę xD Powinnaś go usłyszeć na żywo xD

      Usuń
    2. No i bardzo dobrze, bo zaczynam się martwić. Co powiedział lekarz?

      Usuń
    3. Coż no, ogólnie miałam jakby zaczątki zapalenia oskrzeli do którego jeszcze na szczęście nie doszło, dostałam lekarstwa i mam leżeć do końca tygodnia :) Przeżyję ;)

      Usuń
    4. To się cieszę :) Mam nadzieję, że pogoda ani nic innego nie pokusi Cię o wyciąganie z domu :P

      Usuń
    5. Kusi jak cholera, ale do końca tygodnia muszę jeszcze wytrzymać :P

      Usuń
  21. Heh, poczułam się strasznie młoda z tymi swoimi 17 wiosnami i strachem przed maturą najwyżej :D Wszyscy mi mówia, że jestem w najlepszym wieku, również jeżeli chodzi o przyjaciół, którzy jeszcze wszyscy trzymaja sie razem, stoją za soba murem... Ale ja też sie boję. Chociaż raczej przyszłości. Ciągle boję się, jak daleko od siebie będziemy studiuować, jak bardzo stracimy kontakt, czy za 10 lat jeszcze bedziemy mogli usiaść przy wspólnym stole z pizzą i sie śmiać jak dzisiaj. Więc w pewnym sensie Cie rozumiem... Życzę zdrowia, to chyba choroba tak bardzo wzmaga strach.
    Mi tata dał Tatarkiewicza, gdy pisałam jakąś pracę do szkoły o filozofii Nietzschego, i zachowałam sobie go na stałe, co całkiem podoba mi sie jego styl pisania ;)
    Nie czytałam tej akurat biografii Slash'a, czytałam ogólną Guns'ów, broniąc się przed podczytującą przez ramię małą kuzynką. Ale nie jestem wielką fanką tego zespołu. Słucham czasami jako "zapchajdziurę" "Apocalyptic love" Slasha i jest całkiem dobre, no i November Rain oczywiscie, plus "Don't cry", bo ta pisoenka miło kojarzy mi się z moim nauczycielem gitary ;)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  22. Uwielbiam tę piosenkę! :) Cierpliwość jest cechą niezwykle trudną do wypracowania... Bo zawsze trzeba ją wypróbowywać "w boju".
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedna z najpiękniejszych ballad w historii rock'n'rolla jak dla mnie :) Otóż to. Ale mimo wszystko podnosi mnie na duchu zasada, że jednak nie ma niemożliwego przecież :)
      Również pozdrawiam ;)

      Usuń
  23. świetna jest ta piosenka *_* dobra notka !

    http://nikoladrozdzi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  24. Asiu kochana, przede wszystkim musisz wykaraskać się z tego paskudnego choróbska, bo ono dodatkowo przywołuje czarne myśli. Kiedy się kiepsko czuję, wszystko co złe uderza nagle z podwójną siłą. Na osobiste rozterki nie dam żadnej rady, nie jestem typem "wszechwiedzącej ciotki". Mogę tylko trzymać kciuki za pomyślny obrót spraw :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za kciuki zatem, przydadzą się, bo dziś moja frustracja osiągnęła punkt kulminacyjny :P

      Usuń
    2. Pomyśl, że teraz może być tylko lepiej :D

      Usuń
    3. Mam taką nadzieję, ale modlę się jednocześnie, by nie było jeszcze gorzej :P

      Usuń
    4. Grunt to odpowiednie nastawienie :)

      Usuń
    5. Wiem, wiem... tylko czasami człowiek się modli, by szlag to wszystko trafił...

      Usuń
    6. Ja klnę zamiast się modlić, ale mechanizm ten sam :P

      Usuń
    7. Dokładnie, mechanizm ostatecznie ten sam, zwał jak zwał po prostu :P

      Usuń
  25. Chyba chciałaś napisać "rozwalając sobie boleśnie MAŁY palec u nogi", bo to przecież zawsze mały jest tym poszkodowanym :D
    A jak to zawsze powtarza moja babcia: "aby było zdrowie, bo jak jego nie ma, to nic nie ma". Także najpierw zdrowiej, a później zajmuj się pisaniem pracy czy robieniem tych tabelek. Sama też wiem, że jak się jest chorym/przeziębionym, to jednak ciężko skupić się na takich sprawach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet o tym nie pomyślałam w sumie XD Bo ja zawsze sobie rozpierdalam duży. ZAWSZE.
      Właśnie, cholera, tylko czas ucieka ;<

      Usuń
    2. Widocznie jakiś wyjątek od reguły :P
      No tak... Ale może teraz choć trochę odpoczniesz, a całkowicie zdrowa nabierzesz większych chęci do pisania i będzie Ci to szybciej szło? :)

      Usuń
    3. Wszak od każdej jakiś jest :D
      Mam taką nadzieję, bo inaczej będę w czarnej dupie :P

      Usuń
  26. Widzę, że sezon chorobowy w pełni. Wokół mnie coraz więcej chorych. Całe szczęście - nie zaliczam się do nich póki co. :P
    Taki strach chyba dopada każdego, na pewnym poziomie związku. Sama pamiętam, jak otaczało mnie mnóstwo ludzi, których dziś już nie ma i też mnie to boli. Boli ta świadomość, iż to nie wróci.
    Trzeba poczekać na słońce, Ty zdrowiej i wszystko jakoś się ułoży. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałam nadzieję, że mnie już nie dopadnie :(
      Ano boli. Mówią, żeby "sięgnąć" po nowych ludzi,ale jednak mimo wszystko boli.
      Dzięki Kochana :* Słoneczka dużo się przyda ;)

      Usuń
    2. Jesienią też długo walczyłam, na samym końcu mnie dopadło, jednak tylko na katarze się skończyło - całe szczęście. :)
      Ja się w pewnym momencie zraziłam do tego stopnia, że wmawiałam sobie, iż ludzie w ogóle nie są mi potrzebni - nie chciałam się znów rozczarować. Aż w pewnym momencie ludzie ze studiów pokazali mi, że na prawdę im na mnie zależy i przełamałam lody. Później zaczęłam zadawać sobie pytanie, jak ja mogłam wciskać sobie taki kit - przecież potrzebuję kontaktów z innymi i to bardzo.
      A teraz... wiem, że niedługo każde z nas pójdzie w swoją stronę i są znikome szanse na to byśmy nadal utrzymywali ze sobą kontakty, ale... pogodziłam się z tym - taka kolej rzeczy. Może w pracy poznam jakiś fajnych ludzi, którzy staną się dla mnie kimś więcej, niż znajomymi z pracy. A jeśli nie... to zawsze mam rodzinę. :)
      Ja dziś byłam zła, że nie ma słońca jak wstałam, a jak podeszłam do okna, to się okazało, że go nie ma bo.... śnieg sypie! :D Ale miałam radochę. xD

      Usuń
    3. A ja własnie jesienią też się pochorowałam i to solidnie, no ale ja się pochorowałam na terenówkach w ulewie i od tamtego czasu nie mogę się ogarnąć jakoś. Słabą odporność mam cholera XD
      Bo to leży w naturze człowieka, kontakt z innymi właśnie. Nawet, widzisz, kiedy świadomi sie od tego próbujemy odciąć, nie da się, bo człowiek tego ostatecznie bardzo potrzebuje.
      Tylko właśnie ta granica... żeby się "za mocno nie przywiązać, w razie gdyby ktos odszedł". Coś na co recepty jeszcze sama nie znalazłam.
      I Twoje myślenie jest bardzo dobre :)
      Śnieg dzisiaj napierdzielał jak głupi :D

      Usuń
    4. Mój brat by Ci powiedział, że masz zjeść cytrynę, to wzmocnisz sobie odporność. :P
      Aż mi się przypomniało z jaką dumą mówiłam niektórym, gdy poszłam na studia, że ja tutaj przyszłam się uczyć, a nie ludzi poznawać! xD Aż sama przez chwilę w to wierzyłam. :P
      Tak też traktowałam innych jakiś czas. Ogólnie strasznie długo trzymam ludzi na dystans. Są osoby, z którymi przebywam prawie codziennie, jak np. moja współlokatorka, a mimo to nie potrafię jej nazwać przyjaciółką. Nie i koniec.
      :)
      Obiecałam bratu, że jutro go wytarzam w tym śniegu. :D

      Usuń
    5. Żebyś wiedziała, że jestem gotowa to zrobić :D
      Hahahaha dobry joke :D W końcu nie na darmo mówi się, że my studiujemy, a nie uczymy się :P
      Też nauczyłam się tak dystansować właśnie w rozumieniu przyjaźni. Ale u mnie jej teoria jest w ogóle mocno pokomplikowana i bez flaszki tego nie rozgryziemy słuchaj :P
      U mnie dziś zostało błoto, ale co kto lubi w sumie XD

      Usuń
  27. zdrówka Kochana i dużo radości na ten Nowy ROk :*****

    OdpowiedzUsuń
  28. Nominuję cię do nagrody Liebster Award za dobrze wykonaną pracę na blogu! Serdecznie gratuluję i życzę dobrego roku 2015:)) Zerknij pod poniższy link i odpowiedz na moje pytania w komentarzu pod moim najnowszym wpisem:)) oraz U SIEBIE NA BLOGU:)) Pozdrawiam serdecznie. A link jest tutaj: http://namarginesiezycia.blogspot.com/2015/01/liebster-blog-award.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko, już do trzeciego Liebstera zostałam nominowana xD
      Ale dziękuję bardzo, wywiążę się na pewno ^^

      Usuń
  29. przypomniałaś mi, jak lubię tą piosenkę...
    za uczelnią jakoś specjalnie nie tęsknię, bo wiem, co mnie tam czeka od jutra, ale z drugiej strony dziwnie myśleć, że to już koniec... a moja magisterka leży i kwiczy, zdecydowanie bardziej niż Twoja.
    a to tych szalonych studenckich imprezach i ludziach, których bardziej nie ma, niż są - mogę się pod tym podpisać obiema rękami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też dawno jej nie słuchałam ;)
      Ano rozumiem. To u nas na szczęście jeszcze jakoś w miarę spokojnie, ale sesja się rozkręci to też będzie wesoło... I cóż, ja tęsknię bardziej jakoś za tym biegiem właśnie, wypełnionymi dniami, tego bardziej mi brakuje. ;)
      Serio? XD Nie sądziłam, że może być gorzej w sumie XD
      To chyba naturalne, tak mi się teraz wydaje... Choć przykre, nie da się ukryć.

      Usuń
    2. u mnie właśnie sesja zaczyna hulać - no, zapowiada się wesoły miesiąc, nie ma co :D oj, uwierz, że może - nawet tematu nie mam tak naprawdę, a seminaria się zaczynają od przyszłego tygodnia ^^
      pewnie tak; u mnie to ma związek z tym, że moja najlepsza ekipa to w połowie ludzie, którzy już studia skończyli, część rozjechała się za pracą i nawet ciężko nam się wszystkim naraz spotkać. i choć rozumiem to wszystko, to i tak smutno trochę...

      Usuń
    3. O, to już? U mnie za jakieś półtora tygodnia, ale też powoli nastawiam się do boju ^^ O cholera, w takim razie zwracam honor :P
      Rozumiem... zupełnie jak u mnie...

      Usuń
  30. Faktycznie, opracowywanie wyników badań jest całkiem fajne :D
    Dużo zdrówka Ci życzę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opracowywanie wyników nie xD Pisanie teorii :D
      Dziękuję, przyda się ;)

      Usuń
  31. Chyba przeżywam coś podobnego. Myślę sobie- tacy byliśmy pięć lat temu...dziś...jesteśmy jakaś dziwną karykaturą zranionych do głębi dusz, które ciągną do siebie a za chwilę odpychają się w sposób jeden z najbardziej bolesnych. Z drugiej strony ktoś kto cie nie kocha...nie jest w stanie cie zranic, bo nie wie jak.
    pozdrawiam/ wszystkochcenie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chociaż z drugiej strony wydaje mi się, że człowieka da się zranić na tyle sposobów, że niekoniecznie trzeba go kochać, by wiedzieć, jak to zrobić. Choć fakt faktem, najmocniej ranią najbliżsi.

      Usuń
  32. Podobno tylko wariaci się nie boją :)
    Zdrówka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż się jakoś uśmiechnęłam :)
      Dzięki, przyda się :)

      Usuń
  33. Twój tekst czyta się jak powieść!!! Wspaniale potrafisz pisać, magisterkę łykniesz wiec migusiem :D!!! Jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie, niestety po studiach jest jeszcze gorzej!!! Z grona licznych znajomych pozostała mi garstka, raptem 6 osób, z którymi mam stały, ale rzadki kontakt i jedna jedyna przyjaciółka, mieszkająca obecnie w Dublinie!!! Co dziwne, coraz rzadziej tęsknię za studencką beztroską. Może po prostu nie mam na to siły, wyciśnięta jak cytryna przez moje latorośle ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? XD Geez, dzięki, choć zawsze mam przeczucie, że zanudzam :D Ano jest gorzej, odczuwam to juz teraz, po inżynierce. Na magisterce aż tak wielu ludzi znowuż nie mam, ale już się tak nie łudzę po prostu.
      Może właśnie to jest powód, kto wie :)

      Usuń
  34. Wyznam szczerze, że i jak w ostatnim czasie czuję się nie za fajnie psychicznie. Nie wiem skąd, ale nachodzą mnie same przykre refleksje.
    Trzymam kciuki za poprawę nastroju, powrót do formy psychicznej i sprawne pisanie pracy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że to przez ten moment podsumowań właśnie. To minie niebawem, zobaczysz.
      Dzięki ogromne :)

      Usuń
  35. Oj, ja też tęsknię za moją sezonową pracą i za ludźmi z niej, którzy są niepowtarzalni... byle do maja, chociaż to jeszcze tyle miesięcy! :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, do maja to trochę czasu jeszcze, ja muszę doczekać do marca...

      Usuń