piątek, 7 listopada 2014

List do Szamana

Wiesz, Indie... 
Nie byłam pewna, czy powinnam pisać tu list do Ciebie, ale przedwczoraj, w ostatnim sms'ie, jakiego od Ciebie dostałam napisałeś mi "Listy to czasem najlepsze rozwiązanie." Co prawda chodziło o sytuację z moją Mamą i o pewne słowa, których nie byłam w stanie wypowiedzieć, ale dziś, teraz to, co napisałeś odbieram zupełnie inaczej. Wiem, że list od Ciebie dla mnie spoczywa u Twojej Przyjaciółki, która na dniach mi go przekaże, ale zanim go przeczytam, chciałam Ci sama powiedzieć kilka słów.

Spóźniłam się dziś do pracy. No kurwa mać zaspałam! Wyobrażasz sobie? I biegłam, jak ten debil przez most kolejowy nad Wartą, który się podobno zarywa. Musiałam wyglądać komicznie... Taa, rude i roztrzepane, jak to zwykłeś mawiać, tak, możesz się już śmiać! A potem dostałam mały ochrzan od szefa za spóźnienie i za kilka innych drobnych spraw. Zrobiło mi się wtedy źle i kiedy siedziałam w biurze nad kosztorysem, chciałam napisać do Ciebie sms'a. Ale nie mogłam, miałam za dużo pracy. Martwiłam się o Ciebie, wiesz? Bo mi nie odpisałeś, kiedy zapytałam wczoraj w wiadomości: Jak badania?  

Ale wyciszyłam się. Nie wiem, jakim cudem byłam tak spokojna. Ja, wieczny nerwus, wariat, który trzaska nerwami na prawo i lewo. Wiesz, każdy mi dziś powtarzał:  jaki ten dzień paskudny i brzydki! A ja wtedy odpowiadałam: I takie dni są potrzebne. Wiesz, Indie... Ty mnie takiego podejścia nauczyłeś. Ty mi to zawsze powtarzałeś, kiedy mówiłam, że mi źle. Nauczyłeś mnie cieszyć się z życia mimo wszystko.

I gdy wracałam do domu w deszczu, wiedziałam, że i on jest piękny. Zawsze mówiłeś, że deszczowe dni są piękne. 

A później... później usiadłam w fotelu z herbatą i dostałam telefon od Twojej Przyjaciółki, która roztrzęsionym głosem powiedziała mi, że... że nie żyjesz.

Nie dowierzałam w to, nie chciałam. Myślałam, że to tylko zły sen i że za chwilę się obudzę. Ale kiedy zaczęłam się szczypać, to wiedziałam już... to nie koszmar. To jawa.

Wiesz, pobiegłam do Mamy. Uryczana, rozmazana, wyglądająca jak obraz nędzy i rozpaczy. Paru ludzi zaczepiało mnie po drodze, nie wiem, co chcieli, nie dbałam o to. Powiedziałam Mamie, co się stało. Lubiła Cię z moich opowieści, wiesz? Tak, jak paru innych ludzi polubiło Cię w ten sposób.

- Mamuś, ja nie chciałam. Ja cię przepraszam. On... On chciał, bym Ci to... powiedziała jakoś. Mówił, bym napisała list. Chciałam... Ale ja wolę Ci powiedzieć. W końcu mogę... W końcu mogę wydusić to z siebie. Nie jestem Twoją wymarzoną córką, wiem... Nie, nie przerywaj mi. Wiem, że zawsze robiłam na przekór, robiłam tak, by Cię wkurzyć, by Cię zezłościć. Nosiłam te pierdolone glany i czerwone włosy, pojechałam na jebany Woodstock, choć tak bardzo tego nie chciałaś. Mamuś... ja Cię kocham, ja nie chcę, byś była na mnie zła. Ale chcę, byś mi ufała, bo tak strasznie brakuje mi Twojego zaufania...
Słowa wypowiedziałam na jednym wydechu. Nie wiem, jak to zrobiłam. Serio.
- Zawsze sobie poradzisz - odpowiedziała Mama łamiącym głosem. - Właśnie dlatego, że masz duszę buntowniczki, którą ja chciałam w tobie stłumić. 

Wpadłyśmy sobie w ramiona i ryczałyśmy. Łzy kapały na podłogę. Kiedy przytulała mnie do piersi dosłownie wyłam, chciałam wyrzucić z siebie ten ból. Och Indie, nawet nie wiesz, jak znów mi pomogłeś, tylko, albo aż słowami, choć jednocześnie moje serce pękało na kawałki. Dałeś mi siłę, sprawiłeś cud tuż po Twojej śmierci. Ja wiem, wiem, że takich cudów zostawiłeś w zanadrzu jeszcze wiele.
A potem przyszedł Patryk. Czytałam z nim Twój ostatni wpis na blogu opublikowany przez Fridę. Wpis, którego nie powinno tam być. I wiesz, kiedy siedziałam Mu na kolanach, a On przytulał mnie, przestałam płakać. Powiedziałbyś mi, ze nie jestem sama. Że się kochamy i że to jest najważniejsze. Że w tym jest nasza siła. Moja siła. I wiesz, gdy czytałam Twoje słowa, ostatnie słowa, znów poczułam, jak przez moje ciało przebiega fala spokoju. Przyznaj się, Indie. To Twoja sprawka, że się uspokoiłam, prawda?

Jestem silna. Naprawdę. Tylko nie zabraniaj mi płakać. Do kurwy nędzy, Indie... jak ja bym chciała, żebyś znów opierdolił mnie o łzy. Albo o fajki. Albo o to, że nie mam czasu pójść do lekarza.

Bo wiesz... ja będę tęsknić.
Będę tak kurewsko tęsknić.

Za pisaniem do Ciebie sms'ów z nudów, za wysyłaniem sobie durnych filmików na komunikatorze, gdzie oboje doszukiwaliśmy się końca internetów. Za nabijaniem się z Ruskich i ich odpałów. Za tym, jak nazywałeś mnie Promyczkiem. Promyczkiem, który przynosi ciepło i uśmiech. Za tym, jak poprawiałeś mi humor. Kilka dni temu wysłałeś mi swoje zdjęcie w makijażu i facjatą wysmarowaną brokatem mówiąc, że tak wygląda człowiek o największych oczach na ziemi. I tak, dostałam prawo nabijania się z Ciebie. Śmiałam się wtedy do łez, a teraz patrząc na te zdjęcie śmieje się przez łzy. Łzy które mimo Twojej woli płyną mi po policzkach, łzy, których nie mogę zahamować. I będę tęsknić za Twoim dobrym słowem, gdy było mi źle. I moim słowem dla Ciebie. Bo za każdym razem, gdy napisałeś smutnego posta martwiłam się o Ciebie i pytałam, co się dzieje. Zresztą, vice versa...

I wiesz... nie wiń mnie, Indie za łzy. Nie wiń mnie, bo sam mówiłeś, że dobrze jest "oczyścić atmosferę." Pozwól mi płakać.

Bo teraz, gdy nadeszła noc, gdy nadszedł dzień siódmy listopada... ja planowałam Ci napisać dziś sms'a, że pomodlę się za Twoją Mamę. Bo to rocznica Jej śmierci. 
Teraz będę się modlić za Was dwoje.

Indie, kiedy pewnego dnia złożyłam Ci obietnicę, co do której dotrzymania nie byłam pewna, odpowiedziałeś mi: Nie składaj obietnic, których nie możesz dotrzymać, Asiu. Ale sam spójrz, ile my obietnic takich sobie złożyliśmy? Mieliśmy chodzić na spacery nad Rusałkę zimą. Pić razem tanie wino. Miałam przychodzić do Ciebie na kakao, żebym miała się gdzie podziać w okienku. Miałam narysować dla Ciebie portret Khaleesi za to, że pewnego dnia zżarłeś bijące jeszcze serce węża. Mieliśmy jechać na koncert Toola. Miałam zaciągnąć Cię na Woodstock. Miałeś dać mi stos książek. Miałeś zagrać mi na skrzypcach. Miałeś poznać Patryka i pograć z nim na gitarze. Mieliśmy zorganizować zlot blogowy z Lusowie pod Poznaniem. Mieliśmy w końcu realnie się przytulić. Mieliśmy.

Bogowie, my umrzemy kiedyś ze śmiechu razem! - powiedziałeś mi kiedyś.

Indie, jak ja bym chciała umierać teraz z Tobą ze śmiechu, tarzać się po podłodze, kwicząc jak hiena ocierać łzy i nie mogąc złapać oddechu. Jak ja bym chciała...

Wiesz, dostałam kilka maili. Kilka wiadomości, że mam się trzymać, kiedy wyszła na jaw wiadomość o Twojej śmierci. Wiadomości od Blogowych Przyjaciół, którzy nie dowierzali, że my nie poznaliśmy się nigdy w realu.

Nam chyba nie było dane, wiesz? Nie było nam dane nawet usłyszeć swoich głosów. Pamiętasz, jak zadzwoniłam do Ciebie na Woodstocku i jebnął Ci głośnik w telefonie? Ale to była czarna rozpacz...

Bo dziś, w tym amoku łez pomyślałam sobie, że... Ty po prostu musiałeś być cieniem, który stanął gdzieś na mojej drodze. Dobrym duszkiem. Aniołem. Choć pewnie wyśmiałbyś mnie, że nazwałam Cię Aniołem, tak samo, jak śmiałeś się, gdy mówiłam, że przypominasz mi Morrisona, boś Szamanem.

Ale jeśli nie jesteś Aniołem, a mój prywatny Anioł o którym wiele razy pisałam objawiał mi się przez liczbę 27, to dlaczego Ty odszedłeś w wieku 27 lat? Nie wierzę w przypadki.

Wiesz, Indie. Dziś, krótko po otrzymaniu wiadomości o Twojej śmierci pomyślałam, że odejdę z blogowego świata raz na zawsze. Że zniknę stąd, bo za mocno przywiązuję się do ludzi, których poznaję. Tak jak do Ciebie się przywiązałam, jak do najlepszego kumpla, którego tak strasznie mi brakowało. I brakować będzie. Bo takich ludzi, jak Ty, Indie już nie ma. 

Lecz później dotarło do mnie, że to byłoby zwykłe tchórzostwo. Nie chciałbyś, żebym odeszła, nie teraz. Bo teraz muszę powiedzieć jeszcze Im, Blogowym Przyjaciołom mnóstwo słów, które zapadły mi gdzieś na dnie duszy właśnie dzięki Tobie, Indie. Słów, które są lekarstwem, które każą kochać świat tak Ty go kochałeś. Nie dotrzymałam wielu obietnic, ale postaram się dotrzymać choć jednej: przekażę Im dobro, którego mnie nauczyłeś.

Tylko pozwól mi od czasu do czasu napisać do Ciebie list.
Trzymaj się mocno.
Promyczek.

PS: Wiem, że nie zostawisz już u mnie komentarza, ale od czasu do czasu mógłbyś mi się przyśnić.


Jeśli go nie znałeś, to nie żałuj,
Bo przyjaciela straciłbyś jak ja.

Nie, ty go nie znałeś.
Lubiłeś tylko czasem posłuchać, jak gra.

Był jednym z niewielu
Skazanych na bluesa.
Ten wyrok dodawał mu sił.
Miał dom i rodzinę, spokojnie mógł żyć,
Lecz często uciekał, by stanąć przed wami,
By znów nabrać sił... 


PS: Kochani. Na wszelkie komentarze i na wszystkie maile odpowiem na dniach. Wtedy też zostawię swój ślad na Waszych blogach, które mimo wszystko regularnie odwiedzam. Dajcie mi tylko trochę czasu, dobrze?

38 komentarzy:

  1. Tak cholernie Ci zazdroszczę... Zazdroszczę Ci, że miałaś z Nim bliższy kontakt niż ja, że zdążyłaś Go bliżej poznać...
    Był po prostu wyjątkowy, wbijał się w pamięć od pierwszego momentu i nie sposób było nie lubić Jego sposobu bycia. We wszystkim widział coś dobrego, nigdy nie ganił, zawsze starał się usprawiedliwiać wszystkich wokoło...
    Asiu, ja też nie wierzę i nie chcę uwierzyć, że już Go fizycznie nie ma, że już nie napisze tak cholernie długiego posta, że już nie doczekamy się Jego komentarza, że nie będzie nam dane spotkać się realnie...
    Jednak to zdarzenie uświadomiło mi coś: nie odkładajmy niczego na później, bo później może nie nadjeść...
    Jestem z Tobą, całym sercem. :* Nie wiem czy mogę powiedzieć, że czuję to co Ty, ale też strasznie mnie to boli i już tak cholernie za Nim tęsknie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Napisałam do Ciebie maila...
    W tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć/napisać nic więcej.
    Siedzę,szlocham i nie wierzę.
    Pamiętaj Kochanie, że myślami i serduchem jestem z Tobą i wierzę, że odtąd On będzie Twoim Aniołem Stróżem!
    Ciągle sobie powtarzam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że Bóg miał w tym jakiś cel, że potrzebował Go tam u siebie.
    Przytulam Kochana najmocniej jak potrafię :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy się dowiedziałam dzisiaj... w pierwszym momencie pomyślałam o Jego rodzinie i o Tobie. Choć mnie samą przenika ból, nie potrafię sobie wyobrazić, co czują Ci, którzy znali Go jeszcze dłużej, lepiej, głębiej...
    Najbardziej boli fakt, jak napisałaś, że takich ludzi, jak On już nie ma. Zabrano ze świata ostatni "egzemplarz".
    Najważniejsze, że zostawił w Nas ślad, piękny ślad i pozostanie w Naszych sercach. Tulę Cię mocno :*

    P.S. Wysłałam do Ciebie maila. Nie musisz się spieszyć z odpowiedzią, Kochana.

    OdpowiedzUsuń
  4. Najgorsze kiedy odchodzą osoby bardzo bliskie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo to smutne... Ale nie umiera ten kto trwa w pamięci innych. Wtedy zawsze jest obok nas.
    Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
  6. nie znam owej osoby, ale łączę się w smutku z Toba i wszystkimi, których to odejście dotknęło... bądźcie silni dla Niego..

    OdpowiedzUsuń
  7. jestem wsciekla na tego tam do gory,ze zabiera tak mlodych ludzi!
    sciskam mocno :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Trafiłam na blog Kordiana przez przypadek, ale oczywiście już tam zostałam. On był tak cudownym człowiekiem, których jak sama napisałaś już nie ma. Naprawdę nie ma takich ludzi w dzisiejszym świecie. Nie znaliśmy się, nie utrzymywaliśmy kontaktu, czasami zostawiłam u niego po sobie ślad w postaci komentarza, na który oczywiście odpowiadał, a ja na tę odpowiedź czekałam, bo za każdym razem była mądra i tak samo nim przepełniona. Nie mogę w to uwierzyć...
    Nie jestem osobą płaczliwą i nie myślałam, że kiedykolwiek w swoim życiu wyleję tyle łez za osobą, której tak naprawdę nie znałam, a łzy płyną same, mimowolnie od wczoraj na samą myśl. Trzymaj się.



    i.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie sądziłam, że tak bardzo wzruszy mnie śmierć kogoś z bloga.
    Ja jeszcze wczoraj piałam Koradianowi, że śmierć to coś naturalnego i że trzeba się z tym oswoić a dziś siedzę osowiała, w ciągu 5 minut postarzałam się o 20 lat i chociaż przeczytałam list i bardzo się cieszę, że miałam okazję go chociaż trochę poznać... czuję niedosyt, czuję jego brak bardzo wyraźnie....
    Czuję, że i ja napisze do niego list, ale na chwilę obecną słowa więzną w gardle a i oprócz pustki i smutku nie czuje już nic :(

    OdpowiedzUsuń
  10. Wiesz co, nie znałam go tak dobrze jak Ty. Dlatego pewnie w momencie dowiedzenia się, pierwszą osobą, o której pomyślałaś, byłaś Ty, Asiczku.

    Kordian był takim promykiem, Włóczykijem, który we wszystkim i we wszystkich szukał dobra. Sam był niesamowicie dobrym człowiekiem, który zostanie w naszych sercach na zawsze. Mam nadzieję, że będzie nad nami czuwał.

    I mam go ochotę pacnąć, za to, że mam nie płakać. Bo inaczej nie potrafię.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja też się Asiu przywiązuję do ludzi "z internetu". Też cierpię, kiedy odchodzą.... ale utrata realnego przyjaciela boli równie mocno. Ale to nic, jak mawiał Kordian. Ludzie są falą, pojawiają się i znikają i to normalne.
    Nie przespałam nocy i jeszcze chwilami płaczę, na przykład teraz, czytając Twój wpis.
    Ale ja wierzę, wierzę z całego serca, że On już zrobił wszystko, co miał. Że przekazał swoją dobroć dalej. I teraz my musimy nieść tę wartość i ją przekazywać. My wszyscy, którzy Go czytaliśmy i coś od Niego otrzymaliśmy.
    Też chciałam odejść z bloga...

    OdpowiedzUsuń
  12. Bez Kordiana blogosfera nigdy nie będzie taka sama. Tak właśnie myślałam, że miał 27 lat, bo coś tam kiedyś wspominał na moim blogu. A mogłoby się wydawać, że ma przed sobą jeszcze kawał życia i sporo przygód. Nie płakałam, ale smutno mi :(

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie mam prawa tutaj pisać, bo to jest Wasze życie, ja tu jestem dopiero od paru tygodni, od momentu, gdy zobaczyłam, że obserwujesz mnie. Ale jest mi tak cholernie smutno. Nawet nie mam słów na ten smutek, bo jest we Wszechświecie taki rodzaj smutku, na który nie da się nic zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  14. Kurcze, popłakałam się, jak czytałam tę notkę. Na blog Kordiana też trafiłam, na tą ostatnią notkę, Epilog powieści. Nie chciałam tego czytać... Nawet nie wiem co powiedzieć, nei znałam gościa, po prostu biegam dziś po rożnych blogach i ... Przykro mi... Naprawdę..

    OdpowiedzUsuń
  15. Cholernie smutne to wszystko.. płakać mi się chce jak wracam na bloga Kordiana i teraz kiedy przeczytałam ten wpis.. Trudno uwierzyć w to, co się stało..

    OdpowiedzUsuń
  16. Strasznie mi smutno, nie znałam, ale i tak boli. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  17. Na początku posta jeszcze walczyłam z łzami, ale potem przestałam się bronić i siedzę totalnie zaryczana...
    Kiedyś mu powiedziałam, że przecież nie chce należeć do tego durnego Klubu 27... I byłam pewna, że należeć nie będzie. A jednak...

    OdpowiedzUsuń
  18. Asiu, choć znamy się krótko to tak bardzo chciałabym móc teraz Cię przytulić. Znałam Kordiana, naszego Królika. Był mi bardzo bliską osobą, trzymał mnie przy życiu kiedy umierałam, jego słowa wiele dla mnie znaczyły. A teraz znów czuję jak się rozpadam. Wiesz, ja też mam to jego zdjęcie z brokatem na czole na plaży w Indiach, jest gdzieś na skrzynce meilowej. Wiesz, możesz uznać mnie za wariatkę ale wczoraj kiedy szłam do pracy czułam jakby kroś był ze mną, jakby ktoś mnie przytulał i ten spokój. I to pewnie tak jak napisałaś to była jego sprawka, naszego Króliczka. Ciesze się, że mogłaś być tak blisko niego. Pamiętam jak mówił, że przyjedzie do mnie najwcześniej za trzy miesiące. Mieliśmy razem gotować, miał mi grać na skrzypcach. Och... tak bardzo chciałam go usłyszeć. Płakałam, kiedy czytałam Twój list do niego. Chodź, przytulimy się razem i razem będziemy wypuszczać łzy na wolność.

    I wiesz, zorganizujemy ten zjazd blogowy. Choć szkoda, że bez niego. Ale wiesz, Królik będzie na nas patrzył i uśmiechał się z góry.

    ps. mogłabym prosić o Twojego meila?

    OdpowiedzUsuń
  19. hmm.. nie znamy się a mimo to .. chce powiedzieć, że rozumiem. Tak po prostu .. bo On tez dla mnie był kimś ważnym .. "przyjacielem" który pojawił się tak nagle i tak szybko jak się pojawił tak szybko zniknął, mam nadzieję, że z każdym kolejnym dniem będzie mniej boleć.. Trzymaj się tam .. On chciałby żebyś była szczęśliwa Asik.., On .. zawsze będzie w wietrze i w deszczu.. przecież kochał deszcz (...) Ja nie potrafię nie myśleć.. nie potrafię nie płakać... mimo, że obiecałam.. ale chcę wierzyć, że On rozumie, że po prosu potrzeba czasu ,,,,

    OdpowiedzUsuń
  20. A dzisiaj miałam już nie płakać...

    OdpowiedzUsuń
  21. Ty pierwsza napisałaś, wszyscy piszą... A ja nie potrafię nic powiedzieć. Może mniej go znałam, mniej wiedziałam ale... Dobrze wiem,że był niesamowitym człowiekiem. I jakoś to w sobie zgryzuje ale nie potrafię pogodzić się z tym jak On o to prosił...

    OdpowiedzUsuń
  22. Chyba pierwszy raz do Ciebie trafiłam.
    Nie znam szczegółów całej historii, ale czytając miałam cały czas nadzieję, że to po prostu blog z opowiadaniem. Dobrym opowiadaniem, bo emocje są niesamowicie prawdziwe. Żałuję, że to nie tylko fikcja literacka.
    Pozdrawiam serdecznie, trzymaj sie

    OdpowiedzUsuń
  23. Jakiś czas temu Kordian miał dla mnie idealny plan - "podróż pociągiem z zamówioną pizza i muzyką w tle". Wiem, że to było śmiechem żartem, ale jak się zapytałam "kiedy?", to odpowiedział, że jak wyzdrowieje. Wybraliśmy maj, bo "jest ładny i dobrze się mu kojarzy". I wiesz co? Jeśli tylko w maju będę w Polsce, to przyjadę do Poznania. Bo prawie mu to obiecałam. Także miej wtedy dla mnie czas, ale to Cię jeszcze zdążę uprzedzić :) :*

    OdpowiedzUsuń
  24. zabrakło wspaniałego, ciepłego człowieka.. na każdego kiedyś przyjdzie pora, ale On zawinął się zdecydowanie za wcześnie. wstrząsnęło mną strasznie, gdy się dowiedziałam.. mam nadzieję, że jest Mu dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  25. Dowiedziałam się dziś. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Ryczę choć wiem, że on tego nie chciał. Nie mogę się ogarnąć. Nie mogę uwierzyć, że już więcej nie dostanę od niego maila...
    Chyba na świecie nie ma już tak dobrych, ciepłych, czułych ludzi... Nie ma...
    Nie mogę przestać myśleć o Jego cudownej rodzinie... Jak strasznie muszą cierpieć...

    OdpowiedzUsuń
  26. mimo, że to 'tylko' internet, to piękna przyjaźń również jest możliwa. Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  27. Trzymaj się Asiu!
    Miałam to szczęście, że miałaś z nim bliższy kontakt niż pozostali blogowicze. To było coś. Wszystkim będzie nam Go brakowało :(

    OdpowiedzUsuń
  28. Żałuję, że tylko trochę Go poznałam. Może kilkanaście wymian komentarzy. Żałuję, że nie popisałam z Nim maili. A i tak przekazał mi trochę swojej poztywnej siły i ciepła :)
    Mam nadzieję, że ta sytuacja z Twoim Aniołkiem to nie przypadek ;)

    OdpowiedzUsuń
  29. Cholera, nawet MI poleciała łezka. Wirtualny uścisk w milczeniu dla Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
  30. Przykro mi mimo, że nie znałam...przytulam

    OdpowiedzUsuń
  31. Okej, łzy numer milion dziewięćset, kiedy myślałem, że się już nie pojawią - witajcie.

    OdpowiedzUsuń