No i wróciłam. Jakąś dobę temu wróciłam do mojej codzienności z kilkudniowego, krakowskiego oderwania. Po ponad dziewięciogodzinnej podróży pociągiem przekroczyłam próg domu, a Mama jak zawsze wyściskała mnie tak mocno, że przez chwilę zapomniałam, że mam jeszcze płuca. Zawsze mnie tak przytula, gdy wracam. Nawet, kiedy robię coś nie po jej myśli.
Nie czułam smutku, że wróciłam. Czułam raczej szczęście, że dane było mi wyjechać i oderwać się. Gdy mimo zmęczenia, piłam wieczorem drinki z Mamą pomyślałam sobie, że przecież lubię tę moją rzeczywistość. Powroty z Krakowa były trudne kiedyś. Dziś po prostu są. Ale dobrze, że jest jak jest.
Dobrze, że jest jak jest, bo w końcu zapracowałam sobie na to, by było po prostu dobrze. Zrozumiałam, że nie ma sensu stać w miejscu i trzeba wziąć sprawy we własne ręce. Szczęście zazwyczaj samo nie przychodzi i samo nie odchodzi.
Jeśli chodzi jednak o powrót z koncertu, a nie z Krakowa, to był to zdecydowanie inny powrót, niż tegoroczne, letnie powroty z koncertów Pearl Jamu, Aerosmith, czy Woodstocku. Może dlatego, że był to powrót listopadowy, a czekanie na dworcu nie było tak przyjemne, jak wtedy, gdy w czerwcowe, niewyspane przedpołudnie siedziało się po turecku na peronie w Łodzi i popijało zimne piwo oczekując pociągu na Poznań. Zazwyczaj wracałam tak naładowana emocjami, że dało się to odczuć także tu, na blogu, kiedy zasypywałam Was długimi relacjami. Tym razem ani nie przeskakiwałam przez barierkę, ani nie wyprowadzali mnie półprzytomnej, ani nie nieśli na fali. Ale stałam kilka metrów od Slasha, Mylesa Kennedy'ego i całej reszty. Słyszałam na żywo Sweet child o' mine, Paradise City, Nightrain, czy Rocket Queen. I choć nie mogłam ani śpiewać, ani krzyczeć, bo przez ból gardła nie mogłam nawet mówić, to jednak to wszystko... znów jest takie moje. Bo nie ma czegoś lepszego, niż słyszeć ulubionego gitarzystę na żywo, gdy wszystkie riffy brzmią dokładnie tak samo, jak na zdartych płytach Guns'ów, w końcu przez nikogo nie coverowane.
(Źródło: onet.pl)
A wracając do Krakowa... Kraków był niesamowity jak zwykle. Zresztą nie ma chyba drugiego miasta w Polsce, które działałoby na mnie tak emocjonalnie. Już pierwszego dnia, jak zawsze ciepło zostaliśmy przyjęci przez rodzinę Anji. Jeśli mam wskazać jakiś dom, z którego człowiek nigdy nie wyjdzie głodny, czy niewyspany, a w którym ludzie są zawsze przyjaźnie nastawieni do gości i gotowi podstawić pod nos talerz gorącej zupy w zimny dzień, to właśnie to jest ten kawałek podłogi pod Krakowem.
Choć byliśmy dość mocno zmęczeni podróżą, to gdy wszyscy zasnęli i nawet mój Patryk padł twarzą w poduchę, to razem z Anją wyśliznęłyśmy się po cichu do kuchni. Zamiast herbaty rozlałyśmy piwo na pół, a nasze rozmowy mogłyby trwać w nieskończoność. Choć dawniej takie rozmowy trwały o wiele dłużej, kiedy jeździłam do Anji na co najmniej tydzień, to teraz mogłam przesiedzieć w samotności z tą małą istotką o wielkim sercu tylko jedną noc. Ale w końcu mogłam jej tyle opowiedzieć i tyle słów z siebie wylać. Myślałam, że będę płakać, ale... nie płakałam.
Czwartek upłynął nam pod znakiem koncertu. Wino wypite z rodzicami Anji na pożegnanie i słowa każdego z nich: Pamiętaj, że ten dom jest zawsze dla was otwarty i zawsze możecie tu przyjechać, sprawiły, że coś znowu drgnęło w sercu, ale ja... znów nie płakałam. Dopadła mnie raczej głupawka, bo pijąc wino przypomniałam sobie, że przecież rano brałam tabletki na kaszel...
No i spotkanie z Lusią. Tak, tak, naszą Lusią. I choć nasze spotkanie było dość krótkie, bo ograniczyło się zaledwie do posiedzenia chwile w KFC i krótkiego spaceru, bo zaraz musieliśmy uciekać na koncert, to przeogromnie cieszę się, że znalazła dla mnie chwilę. Uwielbiam spotykać ludzi poznanych na blogu, którzy okazują się być w realnym świecie dokładnie tacy, jak sobie ich wyobrażałam, tak samo przyjaźni i pogodni. A nasza Lusia to kobitka i do tańca i do różańca, jak mawiają. Można z nią pogadać poważnie, lub pośmiać się do łez. A ja osobiście takich ludzi z całego serca uwielbiam.
A piątek... choć zaczął się incydentem pt. "Asia to bitna dziewczyna", to w gruncie rzeczy miał nieco inną aurę. Piątek to było oddanie się magii Krakowa. Długie spacery po tych kochanych, stęsknionych ulicach, tym razem nieco chłodniejszych. Brama Floriańska, przy której znów nie mogłam napatrzeć się na dziesiątki kolorowych obrazów. Dźwięk hejnału, podczas którego zadzwoniłam do Mamy, by posłuchała.
- Widzisz tamte ławki i tamtą ścieżkę? - zapytała mnie Anja, gdy miałyśmy głupawkę, kiedy Patryk usiłował zrobić nam "normalne zdjęcie".
- Ano widzę, a co? Ach... Już wiem!
- Tak, to ta sama ścieżka po której biegałyśmy we czwórkę i...
Znów te ciepłe sercu wspomnienia. Ta sama ścieżka, po której biegałyśmy we czwórkę i śmiałyśmy się do łez. Cztery lata ponad minęły od tamtego czasu. I choć wszystko było teraz inne - zamiast lipcowego słońca dający się we znaki chłód i nieco inne emocje grające w sercu. Ale ławki wciąż te same. I tak samo rude włosy, przynajmniej u mnie.
I weszliśmy do Kościoła Mariackiego. Już parę dni temu powiedziałam sobie w duchu, że pogodziłam się z Bogiem. Po prostu pogodziłam się z Nim, tłumacząc sobie, że pewne sprawy widzę - podobnie jak inni ludzie - zbyt ludzko i przyziemnie. I nie ma w tym nic złego tak naprawdę, w końcu wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Z tym, że czasem dobrze jest spojrzeć sercem, spróbować się pogodzić i pomodlić się za to, żeby nadal można było szczęśliwie żyć. I o tym właśnie myślałam, kiedy zapalałyśmy tam w ciszy z Anją świeczkę. Maleńkie źródełko światła, pośród setek innych. A jednak tak bardzo moje, tak bardzo nasze. To było coś tak bardzo dla mnie symbolicznego i przywołało do głowy całkiem niedawne wspomnienie, gdy Indie napisał mi przed swoim świętem - Samhain, pięć dni przed swoją śmiercią: "Dziś zapalę za ciebie świeczkę i za ciebie się pomodlę." Teraz ja zapaliłam świeczkę za niego i za niego się pomodliłam. I tak samo ciepło pomyślałam o ludziach, których lubię i których kocham. I poprosiłam, by po prostu zawsze przy mnie byli.
I nie, nie płakałam. Tylko zaszkliły mi się oczy.
A później piliśmy czerwone wino nad zalewem. Półsłodkie, zamiast słodkiego, bo takie kupiła A.. Wznieśliśmy toast i za Indiego i za wielu innych cudnych ludzi i chwil.
Czas tam spędzony uważam za istne katharsis. Dziękuję losowi za to, że znów mogłam tam być. Dziękuję za Kraków. Dziękuję za koncert. Dziękuję za emocje. Dziękuję za Ludzi. Dziękuję za wino. Dziękuję za uśmiech i za każde dobre słowo. Dziękuję za przytulanie. Dziękuję za Niego.
I dziękuję za to, że nie płakałam.
Jeśli będę dalej czekał, to czy światło znów zaświeci?
Pod tym połamanym dachem.. czuję tylko deszcz
Wyczekuję końca każdego dnia.
Pod tym połamanym dachem.. czuję tylko deszcz
Wyczekuję końca każdego dnia.
(...)



Kochana :* Musimy sie jeszcze kiedyś spotkać, ale to tak na dłużej, naprawdę cieszę się, że mi się udało dotrzeć, było warto! Jesteś wspaniała, serio <3
OdpowiedzUsuńA Kraków, cóż, Kraków... wyraża wiecej niż milion słów <3
Jasne! :) A ja cieszę się ogromnie, że jednak byłaś cierpliwa i poczekałaś. Bo przecież vice versa :*
UsuńDokładnie :) O Krakowie zresztą nie trzeba opowiadać, to wystarczy poczuć :)
Oj Kordian byłby teraz z nas dumny <3
UsuńŻebyś wiedziała, wystarczy przejść się rynkiem i nic więcej nie trzeba :)
Jasne, że byłby :) I pewnie jest z nas dumny :)
UsuńOtóż to :)
No spróbowałby nie być :)
Usuń:)
UsuńI znowu brakuje mi słów na jakiś mega długi komentarz z sensem... napiszę więc tyle, że cieszy mnie Twoje szczęście, Kochana, cieszy mnie ten nawał pięknych wspomnień, które teraz goszczą w Twojej głowie i sercu.
OdpowiedzUsuńNotka faktycznie jest inna niż Twoje relacje choćby z Openera (nie ukrywam, na tamtą szczególnie czekałam :)), coś mnie chwyciło za gardło w trakcie czytania.
Myślę, że tym razem właśnie takiego oderwania się potrzebowałas, ani przesadnie szalonego, ani wypełnionego łzami.
Teraz nic, tylko ruszyć z uśmiechem przez tą codzienność, która też może być magiczna, jeżeli tylko na to jej pozwolisz.
To tak jeszcze oficjalnie przywitam Cię wirtualnie w tej codzienności :) Dobrze, że jesteś :*
Mnie też to cieszy Kochana. Bo dzięki temu jest mi lżej, łatwiej... a i wydarzyło się coś pięknego, o czym muszę Wam niebawem opowiedzieć, jak tylko ogarnę uczelniane sprawy!
UsuńPamiętam, pamiętam, że na opowieść z Openera szczególnie czekałaś :) Kiedy sobie przypomnę siebie wtedy... też mnie coś ściska za gardło powiem Ci szczerze. Bo teraz podeszłam do koncertu zupełnie inaczej. Jak nie ja.
Też tak myślę. To właśnie było mi potrzebne. :)
Pozwalam jej na to cały czas. Tylko odliczam dni do końca listopada. Teraz jeszcze bardziej nienawidzę tego miesiąca.
Witaj :* Więc ja Cię mentalnie przytulam zatem :)
Cieszę się, że ten wyjazd dobrze Ci zrobił i jakoś pomógł :)
OdpowiedzUsuńTeż się cieszę :) Jakby kamień z serca :)
UsuńDobrze mieć takie miejsce, które w tym pomaga :)
UsuńSzkoda, że ono tak daleko. Gdybym miała do Krakowa bliżej, pewnie jeździłabym tam w każdym ataku doła :P
UsuńA wtedy może nie miałoby tej swojej mocy? :>
UsuńBardzo możliwe ;)
UsuńI ja też nie płakałam i wiesz co? Mam takie nieodparte wrażenie, że to dobrze, że to znak, że lepiej radzimy sobie z tą rozłąką i rzadkim spotykaniem się, bo przecież nasza więź nie słabnie tylko dlatego, że nie było łez. I to jest piękne :*
OdpowiedzUsuńTej, jak Ty moim rodzicom taką reklamę robisz, to niedługo nie opędzimy się od chętnych do odwiedzania naszej skromnej chałupy XD a tak serio, to wiesz :)
Szkoda, że nie mogłyśmy pogadać tak całkiem same dłużej niż tę jedną noc, ale cieszę się i z tych kilku godzin, widzę w tym więcej plusów niż minusów, bo przecież ważne, że w ogóle :* Ehh... było pięknie, było cudnie, już mi słów brakuje. Mam takie przeczucie, że kolejne nasze spotkanie nie odbędzie się dopiero po 2 latach, zdecydowanie wcześniej, o wiele wcześniej, znowu w kościach to czuję :D :*
A co do zdjęć, to wiesz, że szukałam, czy pojawiają się na tych te same obrazy co z 2010? :P
Otóż to :*
UsuńSpoko, ktoś im reklamę zrobić musi, należy się :D
Szkoda, ale niestety nie było innej możliwości. Otóż to, ważne, że w końcu było nam dale ;) Też mam taką nadzieję Anju, oby udało się wcześniej :):*
Wiem XD Bo ja też szukałam :D
:*
UsuńHahaha XD a oni by powiedzieli "bez przesady" :D
No niestety, ale i tak jest dobrze :) na pewno się uda! :*
I znalazłaś? XD Bo ja... można tak powiedzieć ^^
:*
UsuńWiem, że by ta powiedzieli, dobrze wiem :))
Otóż to :) Widzę, że i Ty jesteś naładowana pozytywną energią :) I tak powinno być! Teraz nic, tylko działać :) Oby :*
Ja chyba też "można tak powiedzieć" :D
:))
UsuńJestem, pewnie, że jestem! Te kilka dni dało mi naprawdę sporo sił :) :* podziałamy, damy radę! :*
:D no ja znalazłam na zdjęciach obraz, który jest prawie, że taki sam na każdym z nich. Ale nie mam pewności, że to to samo XD
Mi też, oj mi też :) :*
UsuńCzyżbyś miał na myśli... "tego dziada" XD? W prawym dolnym rogu na tym naszym wspólnym zdjęciu? :D
Nie wiem o jakim prawym dolnym rogu mówisz, bo ja tam żadnego dziada nie widzę, ale tak, o dziada mi chodzi :D na tym zdj co mam na fb to ten obraz jest zaraz przy Twojej nodze :D i na jakimś z 2010 też jest podobny :D
UsuńNo to lewy dolny róg, geez, jebło mi się XD No to o dziada chodzi :D
Usuńco Ty masz z tym 'geez' XD no to tak, dziad nam się zgadza, w takim razie :D
UsuńNo tak mi się jakoś przyjęło :D No! :P
UsuńCudownie mieć takie miejsce gdzie wszystko wydaje się inne,a każda chwila magiczna. Cudownie mieć takich ludzi dookoła,z którymi można przeżywać te wszystkie emocje, i liczyć upływającego czasu na rozmowach...
OdpowiedzUsuńCieszę się,że ten wyjazd okazał się taki magiczny :)
Trudno się nie zgodzić z tym, co piszesz :)
UsuńRównież się cieszę, był mi teraz bardzo potrzebny.
To rodzina Anji ma pokoje do wynajęcia, czy po prostu tak po koleżeńsku tam pojechałaś? :P Jaki ten świat jest mały :)
OdpowiedzUsuńCzytając czułam ten Twój spokój, jaki bił z Krakowa dla Ciebie. Ale wciąż powstrzymywałaś łzy, więc nie wiem, czy jeszcze się z tym wszystkim pogodziłaś.
Nie no, pisałam właśnie, że to dom, zwykły dom :) I to właśnie czyni go tak wyjątkowym, ta gościnność. A do Anji jeżdżę od czasu do czasu, też na blogu się poznałyśmy właśnie.
UsuńZ tym się nie da raczej szybko pogodzić. O ile w ogóle jakoś się da.
Tak, ale właśnie nad morzem w takich zwykłych domach, mieszkaniach ludzie wynajmują łóżka do spania ;p Dlatego pytam ;p
UsuńDa się pogodzić. Jakoś trzeba. Takie jest życie.
Wiem, że wynajmują, bo sami z Patrykiem byliśmy w takim w te wakacje ;) Ale nie, dom Anji to normalny, zwykły dom.
UsuńMasz bardzo grubą skórę, skoro tak twierdzisz ;)
Wiesz co Anelise, podziwiam Cię z całego serca za to, że tak podchodzisz do tej sprawy, ale mnie męczy to, że po raz milionowy powtarzasz, że "da się pogodzić", tylko zauważ, że my z Asikiem tego nie potrafimy. Nie chcemy się pogodzić. Z takimi rzeczami NIE DA się przejść do życia codziennego. Odszedł ktoś bliski, i - cóż, skoro Ty nie czulaś z nim takiej więzi, może tak tego nie przeżyłaś. My nie potrafimy tak grubej lini postawić między tym, co było, a tym, co jest. Nie da się. Nie jest takie proste, świadomość, że go nie ma. I ja się z tym jeszcze przez dłuższy czas nie będę potrafiła pogodzić więc przestań chrzanić z tym, że "takie jest życie". Jeszcze chce mi się płakać, jeszcze czuję tęsknotę i żal za tym, co się stało. A życie takie nie powinno być, że tracimy bliskie nam osoby. Nie powinno.
UsuńCóż, Lusiu, ja również podziwiam. Chociaż może właśnie nie ma czego podziwiać. Bo super, ja naprawdę cieszę się, że Anelise się tak szybko otrząsnęła i w sumie zazdroszczę nawet. Ale jeśli straciłaby kogoś tak bliskiego, czego jej nie życzę, to może w końcu zrozumiałaby, na czym polega ten ból.
UsuńPiękne wspomnienia, piękne zdjęcia, cudownyn Kraków:) Uwilbiwm to miasto, chociaż mam je na miejscu. I ciągle jest dla mnie magiczne.
OdpowiedzUsuńWłaśnie od wielu mieszkańców słyszałam, że nawet mieszkając tam po prostu, ciężko się zrazić jakoś. Wyjątkowe miejsce po prostu :)
UsuńAsik ;* cieszę się,że tu w Krakowie odnalazłaś spokój :*:) a tego właśnie Ci było trzeba!
OdpowiedzUsuńszkoda,że nasze spotkanie nie wypaliło...ale następnym razem na bank musi! :)
ściskam Cię mocno :*
Następnym razem wypali, bo zobacz, jak blisko Ciebie byłam :)
UsuńRównież ściskam :*
Dobrze,że odpoczełaś i odnalazłaś spokój, oczyściłaś się :) Na mnie tak działa zawsze Wrocław... Ale pewnie prędko tam nie pojadę :( I też bardzo chciałabym zobaczyć Kraków, ale to już pisałam :P
OdpowiedzUsuńHej, mam do Ciebie pewną sprawę, czy mogłabyś napisać do mnie maila? n.selinze@gmail.com, jeśli to nie sprawi problemu to byłabym wdzięczna :)
UsuńJa za to we Wrocławiu byłam tylko na chwilę. Dwa razy właściwie, też na koncertach. Ale faktycznie, dało się poczuć tę magię :)
UsuńA maila już drukuję Sarenko :)
Ja właśnie we Wrocławiu bywałam dosyć często :) Na chwilę byłam tylko w Toruniu ale tam było też magicznie i też chciałabym się przejechać :) Z resztą, ja bym zwiedziła całą Polskę :P
UsuńOj, w Toruniu byłam tylko raz i to bardzo dawno temu ;) To tak jak ja :P
UsuńNajważniejsze, że wyjazd zaliczasz do udanych, że odpoczęłaś i jesteś spokojniejsza. Pozdrawiam cieplutko
OdpowiedzUsuńOtóż to :) Również pozdrawiam :)
UsuńFaktycznie ten wpis jest taki spokojny, taki czysty :)
OdpowiedzUsuńJakbyś na spokojnie, przy kawie, opowiedziała mi co było kiedyś tam w Krakowie ;)
Zupełnie inny, niż inne "koncertowe". Też to odczuwam. Bez szaleństw, ale na razie chyba to zrozumiałe :)
UsuńA ja Cię znów chciałam przeprosić, że nie dotarłam. Ten piatek był pechowy, wiesz? Przyjechałam na world press i była awaria prądu, dlatego zamknęli nam wystawę prawie od razu, jak weszliśmy do sali bunkrów sztuki. A potem musieliśmy szybko wracać do domu, bo ostatni bus nam odjeżdżał. Kraków jest specyficzny, ale jakoś nie umiem odnaleźć w nim czegoś szczególnego. Czegoś, co by mnie tam zmuszało do powrotów. Ale cieszę się, że Tobie wyjazd się udał. Zdrowy dla ducha był w szczególności na pewno ;)
OdpowiedzUsuńWszystko rozumiem. Po prostu wiedziałam, że masz mój numer telefonu i dałabyś mi znać, gdyby coś :) I uznałam, że faktycznie, musiało coś nie wypalić, czy coś. Ale rozumiem przecież. Mi nie wypaliło w Poznaniu wtedy. A okazję będziemy mieć niejedną przecież :)
Usuńbo Kraków ma swoją magie :)
OdpowiedzUsuńwow super , że ich widziałaś na żywo. Taki koncert to jest coś :)
Oj jest, uwielbiam koncerty :)
UsuńTego się nie da opisać co się czuję na koncertach :)
UsuńO, a też jeździsz na koncerty takie? :)
Usuńkurczę Asiu jak Ty pięknie potrafisz napisać o swoich przeżyciach, uczuciach... Króliczek na pewno z góry patrzył na Was i uśmiechał się, że poznał taką fajną rudowłosą Asię, która każdemu okaże serce i nikogo nie zostawi w potrzebie, taka własnie jesteś kochana dla Wszystkich :*
OdpowiedzUsuńOjej Kochana :* Jak Ty umiesz sprawić, że się cieplej na serduchu robi. Bo on mnie o to prosił właśnie... żebym nie przestawała podnosić na duchu. To i się staram jak mogę :*
Usuńcieszy mnie to niezmiernie, bo póki co wychodzi Ci to jak najlepiej :) dumny jest na bank :*
UsuńCieszy mnie, że tak twierdzisz Kochana :*
UsuńZazdroszczę tego Krakowa, zawsze chciałam tam pojechać.. i może kiedyś się uda.
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci tego więc, by się udało :)
UsuńZdjęcia niesamowite.
OdpowiedzUsuńNie mogę czytać Twoich sentymentalnych notek, bo przez nie zawsze mam zeszklone oczy, ale piszesz w nich tyle mądrych rzeczy, że to po prostu trzeba przeczytać. Twoje spojrzenie na niektóre sprawy jest bardzo dobre, czasami zastanawiam się czemu na niektóre rzeczy nie spojrzałam tak, jak ty.
Trzymaj się, Asiku :* Pozdrawiam!
Dzięki, mam więcej :D
UsuńTe zaszklone oczy to tylko oznaka wrażliwości, ale to dobry znak, wiesz? Zawsze się uśmiecham wtedy, bo wiem, że nie dopadła mnie znieczulica jeszcze, ta sama, na którą choruje ten świat. I cóż... cieszę się, że znajdujesz w tych wpisach coś mądrego, nawet, jesli są one tak po prostu spontanicznie.
A na pewne sprawy nie spojrzałaś tak, jak ja, bo każdy z nas ma inne spojrzenie i odbiera to inaczej po prostu. Ale to też dobrze, że tak jest. Inaczej przecież byłoby za nudno.
Też się trzymaj :*
Cudnie, że się podniosłaś. :) Dla mnie Wrocław jest takim właśnie miastem, jak dla Ciebie Kraków. Ot tam się zostawiło jakąś ważną część swojej duszy, która zawsze woła.
OdpowiedzUsuńWłaśnie już kilka osób mi napisało o Wrocławiu :) Musiałabym się tam wybrać i pozwiedzać trochę. Co prawda byłam tam już, ale tylko dwa razy i na chwilę - też na koncerty :) Ale fakt faktem, jakąś magię się czuło w powietrzu.
UsuńChyba właśnie rozsiewamy kawałki swoich dusz w niektórych miejscach. Dlatego te są dla nas na swój sposób ważne.
Jej uwielbiam jak piszesz...To niesamowite kiedy jesteś na koncercie kogoś kogo uwielbiasz...Ech znowu słów brakuje...Nie zdam przez to matury...
OdpowiedzUsuńO nie, nie ma tak! Matura ma być ładnie zdana! :)
UsuńTak magicznie na człowieka może podziałać jedynie Kraków. Cieszy mnie ogromnie, że osiągnęłaś zamierzony efekt i uciekłaś na moment od rzeczywistości. Uśmiecham się do Twoich cudownych wspomnień - nie tylko tej, ale wszystkich krakowskich podróży :)
OdpowiedzUsuńZgadzam się, choć i inne miejsca ludzie wymieniają. Chodzi po prostu o tę magię, która trwa, kiedy w jakims miejscu zostawia się kawałek swojej duszy. Ja zostawiłam w Krakowie sporą jej część :)
UsuńA ja uśmiecham się do Ciebie Papużko :)
Kraków....nie wiem czy mówiłam, nie przepadam za tym miastem. Ale każdy ma jakieś takie swoje, dla mnie takim jest np. Wrocław albo Lublin. Ważne, to odnajdywać się odpowiednio...i mieć miejsce, które regenruje, podnosi na duchu:) Ale mam wrażenie, że to nie sam klimat miasta....tylko właśnie ludzi. O ludzi przecież zawsze chodzi najbardziej a tam masz kolejne miejsce ( bo dom to zupełnie inna historia zawsze) gdzie kochają cię bezwarunkowo. I jak źle, to przytulą. Więc bateryjki się ładują:)
OdpowiedzUsuńSzkoda tylko że na koncert szłaś przeziębiona, może dlatego mniej szaleństwa...ale to też chyba dobrze czasem:)
Czas na łzy się chyba skończył, po prostu:)
Otóż to :) Tak, jak mówiłam już wyżej też, że magię czynią te miejsca, w których zostawiamy kawałki swoich dusz. Ja zostawiłam w Krakowie, Ty we Wrocławiu czy Lublinie :) A ludzie to też druga sprawa. Bateryjki ładują zawsze, zawsze pomagają.
UsuńNa koncercie czułam się fatalnie, tak naprawdę. Miałam ochotę wypluć płuca :P Ale już jest dobrze. Poza tym słyszałam że na początku grudnia jest koncert Jelonka w Poznaniu, to może się wybierzemy i się wyszaleję wtedy o :)
No nie wiem... cholera, mnie dopadło wczoraj znów. Chyba pierwszy szok przechodzi w tęsknotę.
Kraków łączy ludzi :)
OdpowiedzUsuńNie da się ukryć ;)
UsuńOdliczam dni jak tam będę mieszkać ;)
UsuńWypad udany i to najważniejsze :) Sama bym do Krakowa pojechała bo nie byłam tam parę dobrych lat ;)
OdpowiedzUsuńNo to bedziecie musieli się wybrać :)
Usuńkraków jest piękny choć dla mnie miasto nr 1 to zakopane :D:D
OdpowiedzUsuńA ja w Zakopanem nie byłam widzisz :)
UsuńRzeczywiście wspaniałą rzeczą jest usłyszeć swojego ukochanego wykonawcę na żywo.
OdpowiedzUsuńTo są mega emocje.
A Kraków z opisów cudowne miasto.
Obym kiedyś mogłą wstąpić do Kościoła Mariackiego. :)
Oj są, znam je aż doskonale :)
UsuńWięc życzę Ci tego, byś mogła się tam znaleźć ;)
Taką wdzięczność warto czuć... Każdego dnia...
OdpowiedzUsuńDokładnie tak, Sisi ;)
UsuńMy jesteśmy za zgodne! To już nudne jest! =*
UsuńPrzydałby nam się jakiś spór :D
UsuńNie ma takiej możliwości! :D
UsuńW sumie xD
Usuńależ bym chciała usłyszeć te riffy na żywo! :) pozazdrościć, super wydarzenie.
OdpowiedzUsuńa takie katharsis jest jak najbardziej potrzebne od czasu do czasu, potem jest lżej :) ja niedługo właśnie ucieknę na parę dni na takie 'oczyszczenie' ;)
Może będziesz miała jeszcze okazję :)
UsuńWięc mam nadzieję, że Twoje "oczyszczenie" będzie równie owocne :)
Cudownie mieć takie miejsce, które daje tyle pozytywnych wspomnieć, poznawać ludzi i cieszyć się takimi ważnymi chwilami. Powiem szczerze, że trochęzazdroszcz,e w krakowie nie byłam już ładnych parę lat a mam tam swoje ukochane miejsce, pod wawelem jest (była?) restauracyjka, gdzie w ogrodzie miast normalnych krzeseł czy ławek przy stołach były ogrodowe huśtawki. Uwielbiam to miejsce, w ogóle Kraków uwielbiam, mimo, że byłam tam moze trzy razy i nikogo tam nie mam, ale kurdę, zazdroszczę trochę :) Ciesze się, że już z Tobą lepiej Asiu :)
OdpowiedzUsuńJest tam wiele takich miejsc właśnie :) My na Grodzkiej w tym roku byliśmy w baaardzo przyjemnej kawiarni :) I mam nadzieję, że i Ty będziesz mogła się do Krakowa wybrać, skoro też jest dla Ciebie na swój sposób ważny :)
UsuńTeż się cieszę :)
Coby się nie działo, warto raz na jakiś czas odpocząć od wszystkiego i móc choć na trochę zapomnieć o tych ważnych rzeczach, z którymi ma się do czynienia na co dzień.
OdpowiedzUsuńLepsze wino półsłodkie niż wytrawne... :P
Otóż to :) I mi było takie oderwanie potrzebne też :))
UsuńCo Wy wszyscy macie do wina wytrawnego? XD
Mi nie smakuje i jak widzę, nie jestem z tym jedyna... XD
UsuńNo nie jesteś XD A ja tam wypije, o :D
UsuńCudownie, że się oderwałaś od swojej rzeczywistości, choć dobrej, ale jednak, oderwanie się czasem wiele daje. I widzę, że dało :) Doceniasz masę rzeczy/ludzi i oby takich podziękowań było jak najwięcej w Twoim życiu :)
OdpowiedzUsuńRzeczywistość dobra, ale ostatnio jednak trochę gnębi. I dlatego właśnie te oderwanie teraz było szczególnie ważne. :) Tych podziękowan wciąż jest mnóstwo :)
UsuńDobrze, że jednak się oderwałaś od rzeczywistości.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
http://cisza-jak-ta.blogspot.com/
Ano dobrze, w ostatnim czasie było mi to bardzo potrzebne.
UsuńRównież pozdrawiam :)
:)
Usuń:)
UsuńJak to dobrze mieć takich ludzi, na których zawsze można liczyć :)
OdpowiedzUsuńWspaniale :)
UsuńA teraz czas wrócić do codzienności...
OdpowiedzUsuńNajwyższy ;)
UsuńCieszy Cię to? :)
UsuńW sumie tak. ;) Czas najwyższy, bo w końcu trzeba te codzienność poskładać do kupy, że tak to ujmę i jakoś na nowo żyć. A nikt inny, jak ja się tego nie podejmie, prawda?
UsuńPrawda. Chociaż niektórzy woleliby ciągle żyć w złudzeniach i nie wracać do rzeczywistości.
UsuńNa szczęście nie należę do tej grupy. Kiedyś należałam i o mało nie skonczyło sie to tragicznie.
UsuńPodoba mi się ten tag: pociągiem po Polsce. Cały okres licealny przeleciał mi przed oczami :). Widzę, że Twoje życie pełne pozytywnych wrażeń :). Super. A co do Krakowa, to tak! Mega miasto i oddziałuje na mnie w bardzo podobny sposób. Pozdrawiam ciepło.
OdpowiedzUsuńA dziękuję :) W sumie niedawno go wymyśliłam, bo jak spojrzałam wstecz, to w tym roku faktycznie trochę Polski zjechaliśmy pociągami właśnie. Ano pełne pozytywnych wrażeń, staram się, by takie było właśnie :)
UsuńCieszę się, że i z Krakowem wiążemy podobne uczucia :)
Również pozdrawiam!
Takie ciepłe przywitanie mamy dużo daje. Czuje się wtedy, że Ona kocha i że czekała na nasz powrót :)
OdpowiedzUsuńOtóż to, za każdym razem :)
Usuń