czwartek, 15 października 2015

Ruda historia



Ruda, nie jesteś już ruda!” 

Ot, jak stwierdziło ostatnio kilku moich znajomych. Paru nie zauważyło, a kilku stwierdziło, że trochę czerwieni jeszcze w tych moich włosach jest. Może faktycznie jest, a może patrzą na mnie przez pryzmat przyzwyczajeń.

Z natury nie jestem rudzielcem. Jako dziecko byłam blondyneczką, a w tej chwili, sądząc po odrostach, mój kolor to szary, mysi blond. Jakiś taki nudny, pospolity. Niby naturalny, a tak naprawdę nigdy nie mój.

Farbowałam więc włosy odkąd tylko poszłam do liceum, bo wydawało mi się, że są jakimś takim moim odzwierciedleniem. A może po prostu chciałam ukryć pospolitość, schować w kieszeń kompleksy, których wtedy miałam przecież  powyżej uszu. Na mojej głowie nie było jakichś szalonych barw, zresztą... kiedy chodziłam do liceum, zbytnie włosowe szaleństwa nie były jakoś w moim środowisku specjalnie modne, dziś zdecydowanie częściej mijam dziewczęta o zielonych, turkusowych, czy niebieskich włosach. Wówczas w mojej szkole spotkałam jedno dziewczę, które się wyróżniało spośród tłumu w ten właśnie sposób. Zresztą… matka z ojcem by mnie przechrzcili, gdybym przyszła „z czymś takim na głowie”, jak mawiali. Byli i są kochani, ale swego czasu trzymali mnie bardzo krótko. Ba, miałam też niezły cyrk, kiedy na mojej czuprynie zawitała po raz pierwszy ognista czerwień. Ale o tym za chwilę.

Odkąd skończyłam szesnaście lat, na mym łbie nie było już widać naturalnego koloru. Byłam parę razy blondynką (sic!), nosiłam jakieś tam pasemka - nieraz doczepiane, a raz udało mi się kłaczyska dosłownie spalić jakimś utleniaczem i chodziłam z sianem na czerepie. Najbardziej jednak polubiłam te włosy jakoś tak przyciemniać. Ciemne i wyprostowane pasowały do zielonych, przydymionych czernią oczu – tak mi się przynajmniej wówczas wydawało. Swoją drogą, patrząc po starych zdjęciach zastanawiam się, jak nauczyciele godzili się na tak ostry jak na nastolatkę makijaż. Nie nosiłam tapety na twarzy, ale oczy musiały być czarne. Uwierzycie, że mając zajęcia na ósmą rano, potrafiłam wstać o piątej tylko po to, by idealnie wyprostować sobie włosy i wysmolić ślepia? Nigdy nie twierdziłam, że byłam, tudzież, że jestem normalna.

Pewnego dnia, kiedy narastał we mnie jakiś taki bunt, a kompleksy zjadały od środka, jako roztrzepana nastolatka o wrażliwej duszy, znająca na pamięć Cierpienia młodego Wertera, chciałam bardzo – jakby to ładnie nazwać – „uzewnętrznić mój ból”. Jakoś tak na siłę chciałam udowodnić, że jestem inna od dziewcząt, które w szkole siedziały w pierwszej ławce i – kolokwialnie rzecz ujmując – lizały dupę nauczycielowi, a co weekend leżały nawalone pod stołem liżąc już zupełnie coś innego.

Tuż po skończeniu liceum, cierpiąca i nieszczęśliwa niczym mój książkowy Werter, ruszyłam więc po szczęście w kierunku Krakowa, przenosząc do realiów pierwszą blogową przyjaźń – ale tę historię wielu z Was już przecież dobrze zna. Wybrałam się do Anji i… och, jak ja się tam wyszalałam! Niczym w słynnej piosence – „dużo wina się piło i mało się spało”. Wtedy też, jakże dojrzała na swój wiek, postanowiłam „na złość staruszkom” pofarbować się na ognistą czerwień. Nie chciałam być już nudna. Chciałam się wyróżniać i byłam przekonana, że jaskrawy kolor na mojej głowie załatwi sprawę. 

I dzięki Anji udało mi się marzenie o rudości zrealizować. Do dziś pamiętam spojrzenie jej starszego brata, kiedy zastał mnie z krwistą mazią na łbie. Kogoś zamordowała, dziewczę? – zapytał.
A kolor wyszedł super. Dokładnie taki, jaki chciałam. I podobał się przyjaciołom Anji. Wreszcie ktoś mówił mi, że fajnie wyglądam. Wymienialiśmy się koszulkami z zespołami. Paliliśmy ćmiki na balkonie. Mieliśmy zaspy w nosach. Laliśmy alkohol strumieniami. Było super.

Bajka skończyła się, gdy wysiadłam z pociągu we Wronkach, a na dworcu zobaczyła mnie mama. Ujrzała zupełnie inną córkę niż ta, z którą tydzień wcześniej się żegnała. Było jej przykro. A ja, jakże dojrzała na swój wiek, kipiałam złością i hamowanym przez lata młodzieńczym buntem. 

Myślałam, że nie podobają się jej moje włosy. Tymczasem ona płakała wieczorami mówiąc, że nie podoba jej się coś zupełnie innego. Wtedy jej nie rozumiałam.

Ale dzisiaj już wiem.

Wychodziła ze mnie zniszczona dusza. Zmieszana z błotem, papierosowym dymem i wódką, przesiąknięta buntem, pragnąca nadrobić nastoletnie lata, które nieubłaganie się kończyły. Zgnieciona nieodwzajemnionymi uczuciami, desperackim poszukiwaniem miłości i samotnością nie tylko tą sercową. Zabrakło mi przyjaciół. Zrozumiałam wtedy, że zostawiłam ich w Krakowie. Pięćset kilometrów ode mnie. A tutejsi ludzie mnie nie rozumieli. Byłam inna. Byłam rozdarta.

Czerwień zniknęła z mojej głowy, kiedy zmuszona własnymi ambicjami postanowiłam iść na studia pedagogiczne, podążając za kolejną dojrzałą myślą – „byle studiować.” Na mej głowie więc na nowo zagościła czerń. Ale i w niej mnie tam nie akceptowali. Na zajęcia wchodziłam jak z zupełnie innej bajki. Tupałam glanami, siadałam, a skórzaną kurtkę zarzucałam na krzesło i wpatrywałam się w wykładowcę przydymionymi oczami. Podobno nie nadawałam się na pedagoga, bo wyrażałam się strojem.

Studia rzuciłam, a siedząc w domu i szukając jakiejkolwiek pracy, przygotowując się do poprawki z matury jakoś tak się wyciszyłam. Pozbierałam myśli. Choć nadal ogromnie tęskniłam. Za wariactwem, za Krakowem, za ludźmi. Robiłam kartki i wysyłałam listy na święta. Zaczęłam wychodzić z domu. Nie tylko ze znajomą, która zaczęła wyciągać mnie do baru wieczorami. Choć lgnęłam do ludzi, to wychodziłam też sama. I te jesienno-zimowe spacery w pojedynkę cholernie dużo mi dały. Dojrzałam.

A później przyszła wiosna. Wszystko rozkwitło. Dostałam staż w pracowni plastycznej, zaraz miałam poprawiać maturę i zdawać na wymarzone studia. Już wiedziałam, że to będzie rok zmian. I byłam przekonana, że to będą dobre zmiany. 

- Masz tu stówę. Idź do fryzjera i zrób coś z tymi włosami. – zaskoczyła mnie wtedy mama. – Nie chcę, żebyś była taka ponura. Wiosna idzie.

Od razu wiedziałam, co zrobię z włosami. Nie obchodziło mnie już, czy znów zrobię komuś na złość. Chciałam być sobą. Chciałam po mojemu. U fryzjera spędziłam dwie i pół godziny. Zdejmowanie koloru, rozjaśnianie, farbowanie, przycinanie. 

I wyszłam jako roztrzepana marchewka. Świeciłam włosami, jak żarówka. Podobało mi się. Lubiłam siebie w tym kolorze.

Kolejnego dnia poszłam do pracy. Był to mój trzeci dzień w pracowni. Majowa środa.
- Zrobiłaś coś z włosami… - powiedział mój ówczesny szef. – Ach te baby. Nie wytrzymają bez zmian.

Okazało się, że ta zmiana była dla mnie wyjątkowa. W tym samym tygodniu, w piątkowy wieczór wybrałam się ze znajomą do baru. Na piwo, na soczek, zapalić, posiedzieć, pogadać o nowej pracy. I wtedy weszła grupka ludzi, a pośród nich przystojny chłopak w półdługich włosach i w koszulce z Iron Maiden. Puścili z szafy grającej dużo fajnej muzyki. Grali w bilard. Głośno rozmawiali i śmiali się. A ja siedziałam tyłem do nich.

- Widziałaś tego w koszulce z Iron Maiden? – dopytywała znajoma. – No obróć się, patrz, jakie ciacho.

Odwróciłam się. Faktycznie, przystojny, w moim typie, ale ja byłam zamknięta na miłość. Przynajmniej wtedy nie planowałam się z nikim wiązać, ani nikogo szukać. Kilka godzin później bar zapełnił się ludźmi, gwarem i papierosowym dymem. To były jeszcze te czasy, kiedy wolno było palić w lokalach. Chodziłam ze znajomą, trzymając w jednej ręce papierosa, a w drugiej butelkę piwa. Rozglądałyśmy się za znajomymi duszami, do których można by się przykleić i pogadać. Usiadłyśmy na schodach.

Po chwili dosiadła się do nas dziewczyna ze wspomnianej grupki ludzi. Przedstawiła się i porozmawiałyśmy chwilę.
- W ogóle to może jestem świnia, może nie powinnam, ale kurde nie wytrzymam, jeśli ci nie powiem – zwróciła się do mnie. – Kojarzycie tego kolesia w półdługich włosach i koszulce z Ironami?
Znajoma zrobiła wielkie oczy.
- Jasne! – wykrzyknęła. – A co? A co? – dopytywała zniecierpliwiona. Ów osobnik przecież wpadł jej w oko przed chwilą.
Dziewczyna zmierzyła moją znajomą delikatnie wzrokiem, po czym spojrzała na mnie.
- Spodobałaś mu się – powiedziała, a ja oplułam się piwem.
- Że co?!
Ja się spodobałam, jasne… ta pełna kompleksów, która najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Dobre sobie.
- Mówił o tobie, że jesteś sobowtórem Hayley. Hayley Williams. No wiesz, ta wokalistka Paramore – oznajmiła. – Że nie może wzroku oderwać od twoich rudych włosów. I od ciebie. Cały czas o tobie gadał. Tylko wiesz, jest trochę nieśmiały, ale może następnym razem do ciebie zagada.

Musieli już iść, więc zostawiła mi swój numer GG. Jeszcze wtedy ludzie w większości preferowali komunikator, zamiast fejsbuka. Prosiła, bym się odezwała. Najpierw mnie zatkało, a potem zaczęłam śmiać się na widok zazdrosnego wzroku mojej znajomej. 

- Weź, przecież nic z tego nie będzie – zaśmiałam się. Nie dopuszczałam myśli, że mogłabym być szczęśliwa z takim fajnym facetem. Naprawdę fajnym, zamyśliłam się wtedy.

Kilka dni później odezwałam się na komunikatorze do owej dziewczyny. Sporadycznie pisałyśmy. Pewnego, lipcowego dnia zaprosiła mnie na ognisko. Zaryzykowałam. Wskoczyłam na rower i pojechałam pod wskazany przez nią adres. Sama, do obcych ludzi.  I tamtego chłopaka z koszulką Iron Maiden też wtedy spotkałam. Przywitałam się z nim i do dziś pamiętam, jak nogi się pode mną ugięły.

Poznałam wtedy chłopaka, dziś już mężczyznę, który za parę miesięcy zostanie moim mężem.

Od tamtych dni byłam ruda. Nie odważyłam się na inny kolor. Nie było innej opcji. Rudość  dodała mi pewności siebie, wyrażała mnie, moją niesforność, moją inność. I mój P. go uwielbiał. Powtarzał, że najbardziej lubi moje zielone oczy i właśnie ogniste włosy. A poza tymi dwoma cechami zaakceptował mnie całą taką, jaka jestem. Wyleczył mnie z kompleksów i z niedoskonałości, które odbierały mi pewność siebie. Przestałam mazać oczy na czarno, kiedy pewnego ranka zobaczył mnie bez makijażu i powiedział „zostań tak, taka jesteś piękna”.
 
Byłam sobą. Byłam ruda. Po prostu. 

Aż do jednego z ostatnich dni.
Farba jakoś słabo chwyciła. Wyszedł mi na głowie jakiś dziwny, ciemnokasztanowy kolor. Na końcówkach prawie czarny. Nie przejęłam się. Ładny nawet, pomyślałam. Niech będzie.

Lecz pewne nabyte cechy przylegają do człowieka na zawsze. Znajomi i przyjaciele zaczęli komentować:
- Co ty masz na głowie?
- Jakaś inna jesteś, jak nie ty.
- Takie ciemne wyszły jakieś.
I moje ulubione:
- Ruda, nie jesteś już ruda.

Czuję, jakby odebrano mi kawałek mnie, cechę, z którą mnie kojarzono, która od ponad pięciu lat była tak bardzo moja. Cechę, która tak naprawdę przyniosła mi też masę szczęścia. Ostatnio byłam Rudą, Rudym Asikiem, Rudym Roztrzepańcem. To stało się tak bardzo moje. Uwierzycie, że nawet moja mama, początkowo nieznosząca mojej rudości stwierdziła: „Musisz wrócić do rudego. Bo to tak jakby już nie ty"?

Skoro zatem największy niegdyś przeciwnik moich „włosowych wyskoków” twierdzi, że ja to już nie ja, to okazuje się, że rude włosy przylgnęły do mnie niczym tatuaż.

A tatuaży się przecież nie zmazuje. One za każdym razem opowiadają jakąś historię. Nie zawsze piękną, czasem burzliwą, ale za każdym razem przecież wyjątkową.



A Was zostawiam dziś z Paramore i z Hayley - której rzekomo byłam wtedy sobowtórem. ^^'


To najlepsza rzecz, jaka się mogła wydarzyć
Jeszcze chwila, a nie zrobiłabym tego
To nie wojna, ani ekstaza
Jestem po prostu człowiekiem, 
a ty nie możesz tego znieść.

25 komentarzy:

  1. A może taka zmiana to też dobry początek? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Najważniejsze, żebyś Ty czuła się Ruda:)
    Fajnie poznać początki Waszej miłości:)

    OdpowiedzUsuń
  3. No to wróć do tego rudego :D Naprawdę fajny kolor i sama zastanawiam się, czy aby kiedyś do niego nie wrócić :D
    I w ogóle, kurna, Paramore! <3 Jak ja ich dawno nie słuchałam :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam rude włosy, osoby z rudami włosami kojarzą mi się szalenie pozytywne, takie urocze roztrzepańce o wielkim serduchu :)
    Sama nie farbowałam nigdy włosów, mam wrażenie,że pasuje mi to co mam. Latem na przekór wszystkiemu ciemnieją, na co dzień są mieszanką i złota, i brązów i mysiej szarości, mają wiele refleksów-zupełnie jak ja:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. ta historia o początkach z znajomości z P taka urocza :D rudą może nie jesteś we włosach ale w sercu:D

    OdpowiedzUsuń
  6. No prosz,e jednak coś ta czerwien w sobie ma. Ja tez nie wyobrazam sobie zmiany na inny kolor, problme tylko polega na tym, ze dziadostwo na moich wlasnie mysich wlosach nie chce sie za dlugo trzymac, szybko blaknie i do tego odrosty mam juz po niecalych trzech tygodniach, masakra...Czasem mysle ze powinnam sie rozjasnić pierw a potem znów rabnąc taki swiecacy czerwony xD

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja jakoś...do włosów się nigdy nie przywiązałam, chyba że do długości. Ale to wiąże się z moim zmysłem jednak praktycznym. Sama nieraz mam ochotę pofarbować się a to na rudo, a to na fioletowo...ale jakoś nic nie stało się moją cechą, wyrażam w inny sposób pewnie niektóre kwestie. Ale właśnie to rzecz, w jakim ośrodku, co i jak chcemy wyrażać, a nasze ciało, to jak je kształtujemy, jego kolory nieraz nam w ekspresji pomagają, jakby nie patrzeć:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Uwielbiam historie o początkach znajomości. :) <3
    Podejrzewam, że u mnie też byłoby zdziwienie jakbym zmieniła kolor włosów z czarnego na inny. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetna historia. Zawsze uważam, że to życie pisze najlepsze książki,a my je tylko naśladujemy...
    W pewnym sensie masz fajnie, ze już dojrzałaś i możesz zrobić takie podsumowanie, bez jakiejś goryczy na stracone życie, zmarnowane szanse czy coś. Chociaż nie chciałabym już być na takim etapie, ja jestem dopiero na początku historii, niedługo wyjeżdżam na studia i pewnie tak jak ty, teraz hamowana i krótko trzymana, będę chciała się wyżyć - i jakoś nie zginąć w tym wszystkim. Twój przykład trochę dodaje mi siły, może nie skończę aż tak źle jak zawsze mi się wydawało, może jest jakaś nadzieja dla każdego zakompleksionego stwora wyrażającego glanami i strojem swoją mroczną i zdołowaną duszyczkę. Oby. Ooby.
    Ps. uwielbiam rude włosy, czego najlepszym dowodem jest mój rudy chłopak :D Ma tyle odcieni na głowie i brodzie że uczę się z niego rysować. Rudy jest totalnie nieprzewidywalny i przebogaty!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja ruda byłam przez pięć lat, podobałam się sobie, ale nie przesadnie. Ot... taka se fryzura Aż nagle ktoś dwa lata temu powiedział, że ma słabość do tego koloru włosów, a kiedy usłyszałam, że "całkiem ładny rudzielec jestem", może nie uniosłam się nad ziemią, ale pomyślałam, że nim zostanę. Dziś mam niebieskie włosy i bliznę na sercu nadal, jednak właśnie w tym kolorze byłam najszczęśliwsza.
    Nie mogłabym do niego wrócić, jednak Tobie niech dalej sprzyja. Bo ta ognistość jest piękna, podobnie jak Asikowa opowieść :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja się właśnie przefarbowałam i powtarzam wszystkim, że rudy to nie kolor, to charakter! ;) http://virgo1982.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak napisałaś o tym rudym jarzącym jak żarówka od razu pomyślałam o Hayley ^^ Zima idzie, ciemne włosy ok, a może na wiosnę znowu przyjedzie czas zmian? :>
    Nadal w Tobie taka nastoletnia dusza, buntowniczka. Aż nie wierzę, że wychodzisz za mąż. Mimo to gratuluję <3
    No i piosenka świetna! :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Pięknie było Asiku, kiedy byłaś u nas - to były czasy:) Aż mnie wzięło na wspomnienia ;) Pamiętam te wieczory, te kartki, szaleństwa, zdjęcia...wszystko doskonale.
    Świetnie piszesz, to prawdziwy blog z duszą.
    Pozdrawiam:*
    A.R

    OdpowiedzUsuń
  14. Jesteś jedną z nielicznych osób, którym właśnie ten rudy kolor dodaje uroku :) Tak jak napisałaś,dał Ci pewność siebie, pokazał Twoje piękne wnętrze dlatego P. nie mógł na Ciebie nie zwrócić uwagi! :) to jak bajka z happy endem :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Czasem po prostu przychodzi taki okres w życiu, że trzeba się rozładować i zacząć robić to, na co się ma ochotę.

    OdpowiedzUsuń
  16. Wiedziałam, że kogoś mi przypominasz tylko nie wiedziałam kogo ;p Nie pamiętam czy Ty kiedyś dodałaś swoje zdjęcie z Anją czy to ona dodała zdjęcie z Tobą, ale gdzieś Was widziałam i właśnie od razu też mi się z kimś skojarzyłaś i teraz już wiem xD
    Fajna włosowa historia Ci wyszła z tego posta, szkoda że nie dodałaś zdjęć xD

    OdpowiedzUsuń
  17. :) Ja w gimnazjum, sądząc chyba, że jestem tak bardzo dorosła, szalałam z kolorami na mojej głowie - od czerwieni Michała Wiśniewskiego, przez brązy, po prawie-czerń. Farbowanie było dla mnie jak uzależnienie, ale frustrowało - nie znosiłam nawet 1cm odrostów... Dokładnie 1,5 roku temu stwierdziłam, że nie mam już sił - że nie dbam o to, że dopóki nie będę bardzo siwa, to odpuszczam - fryzjerzy nie widzieli mnie u siebie od chyba już 7-8 lat - na farby nie wydaję - może jestem naturalno-pospolita, bo jestem takim chyba ciemnym blondem, ale lubię siebie... To zupełnie tak jak odważenie się na lżejszy makijaż, czy pozbycie się go w ogóle - dużo daje. Może kiedyś jeszcze zaszaleję, ale na razie odkładam kasę ^^

    OdpowiedzUsuń
  18. Bo wszystko dzieje się po coś, Sis. =*
    Tak bardzo chciałabym Cię wreszcie wyściskać! I móc poznać Twojego P.! :) :*

    OdpowiedzUsuń
  19. Ja ruda byłam przez rok i chyba raczej do tego kolory nie wrócę, jak teraz patrzę na zdjęcia, to stwierdzam, że źle mi było.. nie wiem jak uważali inni, ale mnie się to już nie podoba..
    Kiedy ślub Kochanie?:*

    OdpowiedzUsuń
  20. Byłaś ruda i teraz jest Ci dziwnie bez tego, więc trzeba wrocić do rudości i będzie wtedy naprawdę super :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Myślałam, że będzie o włosach i farbowaniu a tu jeszcze wkleiłaś swoją historię miłosną - to aż się chce czytać :D Pozostaje napisać jedno - Ty musisz być ruda :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ile pięknych historii się wiąże z Twoją rudością, która stała się jakby... odzwierciedleniem Twojej duszy, o :) :* Powiedziałabym, że poza tym są też magnesem przyciągającym wiele pięknych wydarzeń, które zapadają w pamięci tak mocno, że pamięta się nawet najmniejsze szczególiki. Zawsze będziesz rudzielcem wiesz? nawet jak będziesz siwiejącą babcią :D bo to już nawet nie chodzi o kolor włosów, ta rudość jest po prostu w Tobie i pozostanie już po wieki wieków, jak ten tatuaż właśnie :*
    Teraz cofnęłam się w czasie do dnia, kiedy Cię pofarbowałam... jak ja sobie przypomnę, jak siedziałaś z tą mazią w łazience i co mi ta maź przypominała XD, a potem jak poszłyśmy do Fuksa i obie byłyśmy takie rude... aż się łezka w oku kręci :) i po dziś dzień mam koszulkę happysad'u, którą mi dałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Też chciałam być ruda, podobają mi się bardzo rude włosy, nawet przez jeden sezon takie miałam, niestety - to kompletnie nie dla mnie, czułam się jak w peruce i musiałam zrezygnować. Ale u Ciebie to coś więcej niż kolor włosów, to emocje zapisane w kolorze :-)

    OdpowiedzUsuń
  24. Farbuję się na rudo od 15 roku życia i nie wyobrażam sobie inaczej. To jak druga skóra i odzwierciedlenie charakteru :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Rudy to nie kolor włosów, rudy to stan umysłu. :D
    Przecież kolor włosów nie definiuje człowieka. Kasztanowy też nie jest zły, jeśli tylko Tobie się podoba.
    Paramore jakoś nigdy nie lubiłam, ale zawsze podobały mi się włosy Hayley, miała tyle fajnych kolorów. ;)

    OdpowiedzUsuń