poniedziałek, 2 listopada 2015

Życie "na kartonach"...

Przyszedł więc listopad, a z nim pojawiam się i ja. Pojawiam się tylko na chwilę, by dać znać, że żyję, że wszystko u mnie w porządku. Pojawiam się po cichu, znienacka, siedząc w moim pokoju, który za moment będzie świecił pustkami. W moim małym pokoiku, którego ściany znają wszystkie moje sekrety, wszystkie uśmiechy i smutki. Teraz powolutku przyszło mi się z nim żegnać, choć przecież nie na zawsze.

Trochę mnie to wszystko smuci, ale nie mogę zapominać, że jeden koniec jest początkiem czegoś nowego. A te nowe będzie przecież dobre, szczęśliwe. Już jest, bo choć żyjemy - jak wspomniałam w tytule - "na kartonach", to od dwóch tygodni cudownie nam się razem mieszka, mimo, że nie zawsze jest kolorowo.

Kilka minut temu wyniosłam z tego mojego pokoiku stos następnych rzeczy. Kolejny karton, który zostawiłam tam, gdzie teraz będę budować moją przyszłość. Opróżniłam kolejną szafkę, do której zaglądać bałam się najbardziej. Szafkę, która kipiała wspomnieniami, moimi pamiątkami z wakacji, pierwszymi projektami, upominkami od życzliwych dusz, ciepłymi słowami dobrych ludzi na pożółkłych już nieraz kartkach ukrytych w kopertach. Nie rozczulałam się nad tym jednak, ani nie wczytywałam się w listy. Rozczulę się zapewne wieczorem, kiedy siedząc w piżamie, popijając samotnie drinka w moim mieszkaniu i czekając, aż mój P. wróci z popołudniowej zmiany nieco później niż zwykle, zacznę czytać listy od ludzi, których wciąż kocham, a za którymi bardzo tęsknię. Chociaż, być może, początek listopada nie jest na takie wspominanie dobrą porą. Albo właśnie wręcz przeciwnie? Jak napisała mi ostatnio Frida: czasem dobrze przepłukać oczy.

Oczy więc na pewno przepłukam, bo choć jestem ogromnie szczęśliwa, to jednak czuję się trochę w środku rozdarta. Temu rozdarciu sprzyja także listopadowa atmosfera, przynosząc bagaż wspomnień i pewnej niepewności do co przyszłości. Bo nadal przecież nie wiem, co z pracą, nadal szukam, nadal czekam na telefon, wciąż zastanawiając się, co ze sobą pocznę, kiedy wraz z końcem roku skończy mi się staż. A ja chciałabym tak po prostu wyzbyć się tej niepewności i wybuchnąć radością, jak to ja.

Ale dam sobie radę. Poradzę sobie, bo nie jestem sama.

Mam Jego, a nasz dom wciąż jest otwarty. Uwielbiam, kiedy ktoś puka do naszych drzwi. Kiedy mam komu zaparzyć herbatę, z kim napić się wina, czy się pośmiać. Cieszy mnie, że każdy coś do tego mieszkania wnosi. Kwiat w doniczce, czajnik, kieliszki, talerze, a czasem nawet meble. Każdy pozostawia po sobie jakiś ślad, a ja kolejny raz sobie przypominam, jak bardzo kocham moich przyjaciół.

Nie znoszę tam tylko ciszy odbijającej się od pustych wciąż ścian. Nie mamy tam jeszcze ani radia, ani telewizji, co najwyżej muzykę z komputera, która już się wręcz osłuchała. Ktoś powie, że jestem wybredna, ale ja po prostu już tak mam - zawsze śmieję się, że "coś" musi do mnie mówić, choćby stary telewizor, albo spiker radiowy. Nie mamy też internetu, dlatego bywam tu znów tak rzadko i choć nie mam jak komentować Waszych wpisów, to codziennie czytam je na telefonie. Będziecie musieli mi jednak wybaczyć nieobecność na jakiś czas, dopóki nie zainstalujemy sobie stałego łącza. Póki co będę sobie po cichutku czytać każde z Was (jak zresztą czyniłam do tej pory), nie zostawiając jeszcze śladu. A kto wie? Może jeszcze w listopadzie będę mogła zasypać Was historiami i dobrymi myślami, które nagromadziły się w moim rękawie?

Tymczasem żegnam się na parę dni, lub tygodni, biorę pod pachę gitarę i bęben djembe, który pożyczyła mi Agnieszka i idę zanieść je tam, gdzie teraz będzie ich nowe miejsce. Bo one też muszą się z nowymi ścianami w kolorach pór roku przecież oswoić.

A Was ściskam mocno, zostawiając dużo ciepła na te listopadowe, chłodne dni. :)


22 komentarze:

  1. Też mam za sobą przeprowadzkę i rozumiem Cię, wiem jakie to trudne opuścić miejsce, w którym spędziło się większość swojego dotychczasowego życia. Najlepsze jednak jeszcze przed Tobą, ale rozumiem skąd taka nostalgiczna nuta w tym wpisie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ah pamiętam jak ja się 2 lata temu przeprowadzałam.. W mojej głowie też kłębiło się milion myśli na minutę..
    Szczęścia!:*

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciężko byłoby mi opuścić rodzinny dom, chyba z każdym tygodniem coraz ciężej byłoby mi zostawić ten mały pokoik i ściany, które znają wszystkie moje troski. Niby się przeprowadzałam 7 razy, ale jednak zbyt sentymentalna dziewucha ze mnie. O i mam wytłumaczenie czemu wciąż siedzę rodzicom na głowie:)
    Dużo szczęścia w nowym domku, niech Wam się wszystko układa a w domu rządzi miłość i same dobre uczucia:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja zastanawiałam się gdzie zniknęłaś. Czekam aż wrócisz do nas z nowymi wpisami :-)
    Ja też nie przepadam za ciszą. Zawsze coś musi mi lecieć w tle.

    OdpowiedzUsuń
  5. To zarazem piękne i smutne - budowanie coś nowego to odkreślanie grubą kreską jakiegoś starego rozdziału. Podejrzewam, że gdy już wyjadę za 1,5 roku na studia, będzie mi okropnie ciężko zostawić pokoik i odwiedzać go tylko co któryś weekend... Jestem tak sentymentalna, że nie wiem, jak przeżyję ewentualną przeprowadzkę, taką na amen, za ileś tam lat. Matuchno.
    Aczkolwiek chciałabym mieć z kim budować przyszłość już za te 1,5 roku. A najlepiej już dziś.
    Pozdrawiam i życzę szczęścia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiesz, że ja Wam mocniutko kibicuję. Czytając tą notkę tak mi się cieplutko zrobiło na sercu, dlatego, że mam pewność że wszystko Wam sie cudownie poukłada :) Z Asika się robi pani domu na naszych oczach i aż wzruszenie człowieka łapie! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Myślę, że końcówka roku w ogóle skłania do wielu refleksji - najpierw listopad - potem kolejne święta w grudniu. Czas podsumowań i otwierania nowych rozdziałów wraz z nowym rokiem.

    OdpowiedzUsuń
  8. ach mam nadzieję że kiedyś i mi uda się na wino przyjechac do Was;D

    OdpowiedzUsuń
  9. No, wreszcie coś napisałaś XD Gdybym nie wiedziała, jak bardzo jesteś zalatana i ja wiele na głowie, to jeszcze bym pomyślała, że znowu chcesz się żegnać XD
    Bo właśnie, powtórzę się, nieraz popłakać trzeba. Zwolnić, dać sobie parę dni...nawet nieraz i tygodni. A po czasie rozumiemy, że tego potrzebowaliśmy i cholera, może nie było to przyjemne samo w sobie...ale kolejne łzy czegoś nauczyły. Grunt, to się do nich nie przywiązywać, po prostu tyle musimy tylko zrobić.
    A wiesz, że ja nawet taką ciszę polubiłam? Bo właśnie u nas stale jest ruch, stale gwar, coś gra a ...nieraz lubię sobie powiedzieć w ciszy. Bo uczę się w niej słuchać. Ale to kolejna niełatwa nauka.

    OdpowiedzUsuń
  10. Listopad musi być dobry, będzie przypominał o bólu w sercu, ale pomimo tego nie może być taki zły. Już nie.
    A poza tym... strasznie się cieszę, że już się przeprowadziliście, że jesteście już razem, że jesteście na swoim. Jeszcze trochę i będziecie całkiem "urządzeni", chyba nie ma osoby, która nie mogłaby się doczekać Twoich historii związanych z tym wszystkim, co teraz u Ciebie się dzieje :) A ja bardzo chciałabym Cię w końcu wyściskać i też podarować jakiś drobiazg na nowe mieszkanie :*

    OdpowiedzUsuń
  11. Pamiętam ten Twój pokoik :) kiedyś i mi zaparzysz herbaty w nowym miejscu i napijemy się wina :) :*

    OdpowiedzUsuń
  12. właśnie dlatego nie lubię jesieni, listopada, deszczu, długich samotnych wieczorów... dla mnie jest smutna ta jesień i czy chcę czy nie... sprowadza mnie do tęsknoty i wspomnień, które mimo upływu lat potrafią wycisnąć łzy z oczu i te kłębiące się pytanie: dlaczego?

    OdpowiedzUsuń
  13. Echh ja też tak miałam nie dawno, zmiana miejsca dobrze mi zrobiła, odżyłam. Będzie dobrze trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  14. Znam to uczucie, jak przyjeżdżam do domu i widzę ściany i meble pamiętające wszystko :) Fajnie, żej uż razem zamieszkaliście ;-)

    OdpowiedzUsuń
  15. Przyzwyczaisz się do swojego nowego domu szybciej niż myślisz :) I kto wie, może szybciej niż myślisz na nowej podłodze będzie słychać tupot małych nóżek? :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Przy przeprowadzkach chyba najlepsze są robione "przy okazji" porządki i zaduma nad tym, czy ten ciuch na pewno się przyda a może jednak nie? I w cudowny sposób do przeniesienia zostaje znacznie mniej rzeczy niż zakładaliśmy.
    Co do tego, żeby coś mówiło... U mnie jest tak, że mówić nie musi, ale śpiewać to już koniecznie! Też nie lubię ciszy... za długo :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Wszystko będzie dobrze rudzielcu! :-)

    OdpowiedzUsuń
  18. Mebluj, urządzaj i mebluj :) to jest Twój kąt :)
    Mnie też czasami cisza przeraża - i musi coś grać w tle, nawet jak nie słucham i nie oglądam uważnie :p a czasami lubię sobie przepłukać oczy wspomnieniami :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Fajnie jest urządzać nowy kącik - wasz wspólny przecież :) To takie wspaniałe! ale rozumiem rozdarcie i mały smutek związany z listopadową aurą. Ale to minie, niebawem zapewne :) Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Życzę CI powodzenia- byś w tym nowym miejscu odnalazła prawdziwe szczęście i nową siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Przynajmniej nie mam tu dużo do nadrobienia w czytaniu, o! :D super, że wszystko idzie do przodu, oby tak dalej.
    A ja u siebie lubię ciszę. Dziwna jestem, co? Mama K. mówi "kupcie se chociaż radio" bo tv też nie mamy, a ja myślę - po co? A może to dlatego, że tak mnie męczy radio cały dzień w pracy...?
    Pozdro ! :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ach te przeprowadzki - przenieść się z jednego domu do drugiego to jak przenieść całe swoje życie. Rozumiem to rozdarcie, bo poczucie stałości miejsca jest silną rzeczą, która wpływa na nasze samopoczucie.

    OdpowiedzUsuń