sobota, 9 maja 2015

"Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko (...)"

Na co dzień spotykam wielu, różnych ludzi. Pojawiają się, zostawiają pewien ślad, który z czasem się zaciera, albo znika całkowicie, jednak od czasu do czasu trafia się na takie Dusze, które zapamiętuje się do końca życia.

I ja z taką Duszyczką spotkałam się niedawno, w pewną, słoneczną środę, kiedy po całym dniu zajęć wyszłam z uczelni. Nie musiałam się zbyt długo rozglądać, by zauważyć tę burzę warkoczyków na łepetynie i roześmiane, ciepłe oczy. Spojrzenie, o którym się nie zapomina.

Wiecie, wielu z Was też zna dobrze tę Duszyczkę i Tej Pani wcale przedstawiać nie muszę, prawda?

Otóż jakoś tak w codziennym biegu los postawił nas sobie na drodze. Podczas dwutygodniowego pobytu Martyny w Polsce udało się nam spędzić ze sobą zaledwie parę godzin.

Zgodnie z obietnicą zabrałam tę naszą Duszyczkę nad Rusałkę. Pokazałam Jej jezioro i posiedziałyśmy z piwem przy starej wierzbie, która zwykle robi mi za "fotel", dopóki nie spróbują mnie obejść mrówki.

I może w tym spotkaniu nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie pewna aura, która nam towarzyszyła. Odkąd się pierwszy raz wyściskałyśmy, nie przestawałyśmy się śmiać i opowiadać sobie durnych historii. Do momentu, aż nie zadzwoniła Jej Mama.

- Wiesz Mamuś, Asia mi pokaże drogę na lotnisko... - mówiła do słuchawki, podczas gdy ja sącząc piwo zagapiłam się w taflę jeziora. - Tak, pewnie, że zadzwonię jutro przed wylotem... rano... Mamuś co ty... Mamuś... nie płacz... nie płacz, bo i ja zacznę...

Zaniepokojona lekko spojrzałam na Martynę, której oczka były już mocno zaszklone. I mnie coś ścisnęło za gardło, choć nie wymiękłam. Dzielna dziewczynka - pomyślałam.

Nie wymiękłam, ale coś w tamtym momencie pękło.

- No chodź tu! - wyciągnęłam do niej ręce i przyciągnęłam ją do siebie, kiedy skończyła rozmawiać z Mamą. Mocno ją do siebie przytuliłam.

- Dobra, już nie ryczę! Ja wcale nie ryczę! - zaśmiała się, ocierając oczy.

Od tamtego momentu oczyska co jakiś czas nam się pociły. Jak wspomniałam - coś pękło. W zeszłym roku, kiedy Martyna planowała przylot do Polski i zahaczenie o Poznań, miała nadzieję spotkać się nad Rusałką nie tylko ze mną. Mieliśmy być we trójkę z Osobą, której już w dosłowności na tym świecie nie ma. I to się właśnie wtedy odezwało, choć ja już się jakoś z tym wszystkim oswoiłam. Poleciało parę łez, choć jeszcze wtedy nie z moich oczu, mimo, że zaciskałam momentami trzęsącą się ze wzruszenia brodę.

I we mnie pękła pewna blokada, którą także ja zbudowałam w sobie z pewnych względów, a którą nie każdy potrafi zrozumieć. Nie ważne. Wtedy tej blokady nie było. Nie było jej we mnie. Nie było jej dzięki pewnej czułości, którą ta Duszyczka właśnie posiadała w swoich oczach. Czułości, której ostatnio bardzo mi brakowało.

Kiedy wspomniałam o jakimś swoim problemie, nie milczała, nie zmieniała tematu, ale patrzyła na mnie tymi swoimi dobrymi, przepełnionymi wrażliwością i mokrymi jeszcze trochę oczami i dopytywała. Interesowała się. Interesowała się, jednocześnie budząc moje zaufanie. A ja jej opowiadałam. Wreszcie mogłam i na Boga - jak dobrze było wylewać z siebie pewne demony, smutki i stresy. I jaką ulgę poczułam, kiedy nie spotkałam się z oschłością, ale z troską, ciepłem i radą.

Zauważyliście zapewne, że brakuje mi czasu. Mało mnie tutaj, mimo, że ostatnio obiecywałam, że będę tu częściej. Teraz nie będę składała obietnic - praca, pisanie magisterki i studia przytłaczają całkowicie mój wolny czas. I mnie czasami też wraz z pewnymi problemami, o których nie potrafiłam dawniej mówić. W każdym razie, nie każdemu.

Nie mówię, bo mam pewną blokadę, która nie wynika wcale z tego, że komuś nie ufam.

Z jednej strony wynika z pewnej sfery prywatności, bo niektóre sprawy chcę po prostu zachować dla siebie. Może dlatego, że jestem rozdarta w pewnej miłości, z którą stykam się każdego dnia. Nie mówię o tym, że nieraz boję się wracać do domu, że nieraz serce wali mi z nerwów, aż boli, bo mam potem wyrzuty sumienia, bo dochodzę do wniosku, że wcale nie jest tak źle, że inni mają przecież gorzej. Zakładam maskę i idę do przodu. A jednak męczą mnie huśtawki, stres, zastanawianie się kiedy będzie dobrze, a kiedy źle. Zastanawianie się, jakich słów użyć, by nikogo nie rozzłościć. I marzę o tym, by mieć w końcu swój własny kąt, własny kawałek podłogi, na którym będę mogła robić co tylko zechcę. Kiedy wczoraj przez telefon powiedziałam Anji, że czasami wolałabym, żeby było tylko źle, żebym wiedziała zawsze, czego się spodziewać, odpowiedziała mi, że nie mam racji. I choć próbowałam zaprzeczyć, doskonale wiedziałam, że się nie myliła.

A z drugiej strony cała ta blokada wynika z braku pewnej czułości. Dokładnie takiej czułości, jaką miała w oczach Martyna, kiedy jadąc ze mną tramwajem zapewniała mnie, że wszystko będzie dobrze. Jestem na tym punkcie przewrażliwiona. Ale nie czuję się z tego powodu winna. I myślalam, że nie należy mnie też za to obwiniać - pomyliłam się. Widocznie można. A jednak tak wiele razy ludzie bagatelizowali moje problemy, tak wiele razy milczeli, gdy szukałam pomocy, gdy prosiłam o zainteresowanie, że zbudowałam przed sobą pewien mur, na którym widniał napis "Twoje problemy są niczym w porównaniu do cudzych." I widziałam ten napis za każdym razem, kiedy zamykałam oczy.

Jestem skomplikowanym człowiekiem. Czasem trzeba się mocno natrudzić, bym powiedziała, co leży mi na sercu. O wiele bardziej wolę słuchać, pomagać innym i nie - nie chcę udowadniać w ten sposób jakiejś swojej "super szlachetności". Ja po prostu taka już jestem.

A czasami po prostu chcę dobrze. Nie chcę kogoś martwić, bo wiem, że ma dużo poważniejsze problemy. Nie chcę, bo wiem, że radzi sobie dużo trudniej, niż ja. Przynajmniej tak mi się wydaje. I myślałam do tej pory, że to jest dobre - ja czułam, że nie dowalając innym siebie i własnych problemów postępuję fair wobec siebie i innych. Myślałam, że na tym też polega przyjaźń, kiedy dosłownie czuje się ból drugiej osoby i wie się, że jest ogromny i nie chce się jej dokładać problemów, bo wie się, że się sobie poradzi. Ale usłyszałam, że się myliłam. Usłyszałam, że żadna to przyjaźń. Nóż wbity prosto w serce i rana, która nie chce się zagoić. Dlaczego to nie przyjaźń? Bo tak twierdzą psychoanalitycy. Że to ma być wzajemne. Jedno ma wynikać z drugiego. Jedno i drugie ma jednocześnie dawać i brać - bez względu na okoliczności, bez względu na troskę, bez względu na czułość. Psychoanalitycy. Piękni ludzie, tworzący piękne teorie dla pięknego ogółu - jak ostatnio mawiam. A ja zawsze od ogółu odstawałam.


Zawsze jakoś lubiłam tę piosenkę, choć w gruncie rzeczy jest potwornie smutna. Zawsze interpretowałam ją jako opowieść kogoś, kto z miłości do drugiej osoby pozwala jej odejść. I tak zapewne jest, ale kiedy ostatnio włączyła się na moim odtwarzaczu zupełnie przez przypadek, w głowie utkwiło mi kilka słów:

"Ja cóż - włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko.
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się 

A jaka zaczyna.
Ze mną można tylko
W dali zniknać cicho..."


"Ze mną można tylko w dali znikać cicho" - jakże zrobiło mi się smutno. Mi, wojowniczce, pseudobohaterce, która swoje problemu musi (albo woli) przeżywać sama, która się pogubiła i została o to obwiniona, bo z troski o innych zapomniała, że sama jest tylko człowiekiem.

Która też potrzebuje ciepła i czułości.

Żadna ze mnie superbohaterka.
Ja, ta, która mówi nawet, gdy jest źle, gdy wydaje się, że świat wali się na głowę, jak wczoraj (o czym opowiem Wam następnym razem), zawsze mówię: "Dam sobie radę. No przecież nie będę siedzieć i szlochać, trzeba  wytrzeć nochal i iść dalej." Jak to ja. Poryczę, poryczę, zaciskam pięści i idę dalej. Mam w sobie dużo siły. Ale czasem wymiękam. Trochę z własnej winy, bo buduję mury, ale też z winy ludzi, którzy twierdzą, że są moimi przyjaciółmi, a nie poznali mnie nawet na tyle by wiedzieć, ile ciepła potrzebuję, ile zainteresowania i mokrych od wrażliwości oczu wpatrzonych w moje oczy.

Mam w sobie dużo siły - powtórzę. I potrafię nawet zburzyć ten mur, który wokół siebie zbuduję. Tak, jak udaje mi się go burzyć przed Martyną, kiedy teraz, gdy Ona jest już w Anglii, komunikujemy się nagrywając długie wiadomości na WhatsApp'ie. I tak jak dzisiaj, opowiadałam jej, jak wczoraj lekko zawalił się mój świat, jak znów pochwaliłam dzień przed zachodem słońca... Bariera pękła, a więc da się.

I potwornie mi jej brakuje. Od momentu, kiedy wtedy, siedząc jeszcze w Poznaniu, już na peronie, ja zajadałam się tortillą z KFC, a ona frytkami. I kiedy obie zerkałyśmy nerwowo na zegar, licząc, ile wspólnych chwil nam pozostało. Już wtedy zaczęłam tęsknić. Ale jeszcze nie płakałam.

- A ja coś dla ciebie mam! - powiedziała mi w pewnym momencie.

No pięknie - pomyślałam sobie wtedy. Jak zwykle, ktoś dla mnie ważny obdaruje mnie czymś, a ja znów z pustymi rękami. I już cisnęło mi się na usta "a ja nic dla ciebie nie mam!" i wiecie, wtedy ugryzłam się właśnie w język. Bo dokładnie tego samego dnia jeden z wykładowców opowiadał o syndromie ludzi z Poznania i okolic (chociaż ja myślę sobie, że to ma jednak dalszy zasięg) ze wspomnianym "a ja nic..."

A powiedział nam tak:

"Kiedy chcę wręczyć komuś jakiś prezent, to ma to za zadanie zawsze coś powiedzieć. To mówi: "Ja myślałem o tobie, kiedy to kupowałem/robiłem. Chciałem, żebyś poczuł się szczęśliwy, bo jesteś dla mnie ważny." I kiedy wręczam tej osobie ten drobiazg, a ona odpowiada automatycznie "a ja nic dla ciebie nie mam!" to od razu cały czar pryska. Okazuje się, że ta osoba nie wie, że mógłbym coś dobrego dla niej zrobić, nie szanuje tego, że poświęciłem swój czas myśląc o niej i wszystko traktuje na zasadzie brzydkiej wymiany."

Zatem ugryzłam się w język i od razu założyłam na rękę śliczną bransoletkę, którą mi wręczyła. Podziękowałam i kiedy mocno ją przytuliłam, poczułam, jak nie chce wypuścić mnie z ramion. Jak przyciąga mnie do siebie i zupełnie jakby chciała tu zostać, żebyśmy zostały razem.

Też chciałam, żeby została.
Wtedy poczułam znów w gardle wielką gulę. Ale jeszcze nie płakałam.

Serce pękło mi na kawałki, gdy dopełniła grudniowej obietnicy z jednego z naszych maili, wyjmując z torby kartkę na Boże Narodzenie. Kartkę, którą przed świętami widziałam tylko na zdjęciu wysłanym w mailu. Martyna obiecała mi wtedy, że dostarczy mi ją osobiście, kiedy przyjedzie do Poznania. I obietnicy dotrzymała.

Gdy stałam już w drzwiach pociągu osobowego, czułam, jak trzęsie mi się broda, ale cały czas się śmiałam, bo chciałam, żeby i Ona się śmiała. Ona, ta kochana Duszyczka, która zostawiła w moim sercu tyle ciepła, które jej głos z wiadomości głosowych i literki zostawione w sms'ach na aplikacji telefonicznej zasiewają na nowo każdego dnia swoją troską. Kiedy konduktor zagwizdał i nim drzwi zdążyły się zamknąć, przez ułamek sekundy chciałam jeszcze wyskoczyć z pociągu i wracać kolejnym.

Ale nie zdążyłam.

Drzwi zamknęły się, wagony szarpnęły, a przestrzeń zza okna poruszyła się, zabierając w dal poznańskie perony i Ją. A ja, ciągnąc za sobą torebkę po ziemi, bo nawet nie chciało mi się zakładać jej przez ramie, połykając w końcu słone łzy jednocześnie paradoksalnie będąc naładowana pozytywną energią, szukałam wolnego miejsca w pociągu, by na spokojnie się wyryczeć. By dać upust emocjom. Nie zwracałam uwagi na zdziwionych ludzi. Nie dbałam o nich.

Znalazłszy miejsce napisałam do Martyny pospiesznie sms'a: "Tylko mi nie rycz!" O ja, hipokrytka - zaśmiałam się sama do siebie. Od razu wiedziałam, co odpisze. "Przecież mi się tylko oczy trochę pocą!"

Śmiałam się przez łzy. I wtedy zauważyłam słowa wyryte na bransoletce, które od niej dostałam:

live - dance, love, sing, laugh - 1:4. 

Tańcz, kochaj, śpiewaj, śmiej się - a życie będzie lepsze. Taka prosta sentencja, moja sentencja ukryta w paru słowach, które teraz dzielnie noszę na ręce.

I kiedy trzymałam w dłoniach kartkę na Boże Narodzenie, którą mi dostarczyła, na której były także napisane słowa od Ethana i od Victorii, serce pękło mi na kawałki. Zwłaszcza "...and never give up!" od Ethana podniosło mnie na duchu. Jak ja wtedy zapragnęłam te dzieciaczki przytulić do serducha, tak, jak Martynę na dworcu. 

O Boże, jakie to niesprawiedliwe! - powiedziałam cicho, korzystając z tego, że siedziałam w pustym wagonie i patrząc przez łzy na zachodzące słońce. - Dlaczego to tak jest? Dlaczego, jeśli ktoś mógłby być dla mnie najwspanialszym przyjacielem na świecie, to albo mieszka kurewsko daleko, albo umiera? Dlaczego ktoś, kto ma dla mnie tyle ciepła, troski, komu bez problemu powierzam moje demony, przy kim mi lżej, jak przy Anji, Martynie, czy Kordianie, to ja nie mogę tej czułości mieć przy sobie? Czy ja noszę w sercu jakąś klątwę? Nie mogę mieć przyjaciela tu i teraz? Chyba, że mojego kochanego P., który jest moim przyjacielem i kochankiem jednocześnie - jak sam ostatnio powiedział. W końcu jest moim przyszłym mężem, musimy być przyjaciółmi. Ale Boże... czy skazałeś mnie na tęsknotę? Ja ją rozumiem, ja szanuję, ona ma w sobie wiele dobrego, jak wszystko, bo przecież we wszystkim da się znaleźć okruchy dobra, które można docenić, ale... do kurwy nędzy, Boże, dlaczego to tak jest?

Kończąc lament do Boga zorientowałam się, że mam ostatnią chusteczkę w torebce. O jakże ja wtedy tego pożałowałam...

Ale w tym wszystkim właśnie też było ukryte piękno. Piękno, które pozostawiło w moim sercu trwały ślad. Piękno, które każdego dnia o sobie przypomina, kiedy dostaję od Martyny wiadomości i sama wysyłam Jej swoje. Choć ja, jak to ja - nieraz z opóźnieniem przez moje ograniczenie czasowe.  Piękno, które objawia się, gdy marudzę P., że pojedziemy do Anglii Ją odwiedzić, dokładnie tak, jak zawsze marudzę mu o Krakowie.

Piękno, które przypomina, że każdy mur da się zburzyć.
Wystarczy przecież odrobina czułości.

100 komentarzy:

  1. Trzeba skupiać się na dobrych aspektach. Nie pytać dlaczego tego już nie ma, a cieszyć się, że to właśnie Tobie się przytrafiło.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I wiesz, ja od paru miesięcy właśnie staram się to robić. I zawsze właśnie na dobrych aspektach się skupiam. Na tyle, na ile mogę. ;)

      Usuń
  2. Jak dobrze, że wróciłaś...
    Pamiętaj, że zawsze coś się dzieje po coś, więc to Wasze spotkanie było także "po coś".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie nie musiałam wracać, bo nigdzie sobie nie poszłam ^^' Ale fakt faktem, trochę mnie znów nie było.
      Zdecydowanie ;) Swoją drogą te powiedzenie w świetle pewnych wydarzeń zdaje się być idealne ostatnio...

      Usuń
  3. Myślę, że takie blokady są w każdym z nas i tylko niektórzy, wyjątkowi ludzie potrafią sprawiać, że one pękają. Cudownie, że znalazłaś bratnią duszę i wreszcie miałyście okazję spotkać. Wiem, że to spotkanie miało odbyć się w trójkę, domyślam się, że trzecią osobą miał być Kordian, ale jestem więcej niż pewna, że on z Wami był w tym miejscu, płakał i śmiał się tak samo jak Wy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko widzisz, u mnie w pewnym momencie ten mur był za wysoki. Myślałam, że dam sobie radę, nie mówiąc absolutnie nikomu, myślałam, że jak powiem, to to tylko pogorszy sprawę, wzbudzi wyrzuty sumienia i że będę czuła się jeszcze gorzej. Też się przeogromnie cieszę, że się spotkałyśmy :)) Dokładnie. I też to odczułyśmy - właśnie przez tę aurę, która nam towarzyszyła. Ale jednak ukuł brak tej dosłowności... Chyba jednak nie ma się co dziwić, prawda?

      Usuń
    2. Brak dosłowności, moim zdaniem, świadczy o tym, że ten mur chyba wciąż jest jeszcze dość wysoki.

      Usuń
    3. Ale ten mur nie dotyczy tylko tej kwestii. Własciwie tak naprawdę to jej nie dotyczy, bo o tym akurat zawsze mam z kim pogadać, więc :)

      Usuń
    4. Nawet jeśli nie dotyczy tej kwestii to wciąż popieram to, co napisałam. Jakiś mur wciąż jest. A to źle, bo takie mury odbierają nam poczucie wolności.

      Usuń
    5. Ano poza tą kwestią mur jest i to całkiem spory - o czym właśnie pisałam też. A czy to odbiera poczcie wolności - nie wiem. Chociaż ja ją postrzegam w troszkę inny sposób :)

      Usuń
    6. Mi chodzi o to poczucie wolności w tym sensie, że jednak ten mur nas w jakiś sposób blokuje. Ale może rozumiemy to inaczej. Niby mamy nazwy na emocje, a jednak każdy może różne rzeczy czuć inaczej :)

      Usuń
    7. Dokładnie, być może rozumiemy to i podchodzimy do tego inaczej. :) Ja z kolei wolność odczuwam bardziej jako harmonię w samej sobie, bez konieczności mówienia o problemach innych - bo z kolei gdybym musiała mówić o wszystkim, by poczuć się wolną, to też byłby to jakiś rodzaj zniewolenia nie? xD (Jezu, ale zapętliłam xD)

      Usuń
    8. Wcale nie zapętliłaś, wiem o co Ci chodzi i masz rację :P Ale gdy czegoś nie mogę komuś powiedzieć to wtedy czuję się tak samotnie uwiązana sama ze sobą :D Ja mam fioła na punkcie samotności i lukę wtedy wypełni mi właśnie blog, w którym mogę uzewnętrznić wszystko to, co mnie gnębi. Tu kruszę moje mury :)

      Usuń
    9. To dobrze, że się połapałaś, bo ja czytając po opublikowaniu ten komentarz, musiałam się chwilę zastanowić, o co mi się rozchodziło xD A to widzisz, to ja się jakoś do tej samotności przyzwyczaiłam nawet, oswoiłam się z nią i może stąd nie zauważam tych murów na co dzień. Choć właśnie pięknie to ujęłaś z tym kruszeniem murów na blogu - tu przynajmniej mam pewność, że ktoś poświęcił mi czas, przeczytał to, skomentował, wyraził swoje zdanie... czasem ktoś bliski, a czasem ktoś zupełnie bezstronny. Oj, od lat blog to moja ulubiona terapia :)

      Usuń
    10. Moja właśnie też :D Chociaż brzmi to jakby coś było z nami nie tak :D Ale taka prawda, każdy z nas czasem marzy o tym by się wygadać, tak po prostu, by poczuć ulgę, nie być z tym problemem samemu. I to jest piękno naszego, blogowego świata. Mamy wielu wspólnych znajomych i to jest piękne :) Taka blogowa paczka, jak rodzina :)

      Usuń
    11. Może jest coś z nami nie tak xD Ale ja tam liczę na to, że tylko w pozytywnym sensie :D Dokładnie, choć czasem to nie jest łatwe, to każdy jest tylko człowiekiem, a o tym zapominamy. Otóż to, jak rodzina :))

      Usuń
    12. Tak, czasem każdemu się wydaje, że tylko "ja" mam problemy :D

      Usuń
    13. To może Ty tak nie masz, ale nie zaprzeczysz, że jest wiele takich egoistów a sporo nawet niechcący ;p

      Usuń
    14. E, ja myślę, że każdy tak ma momentami ;)

      Usuń
  4. Myślę, że po prostu masz taki okres, że nie jesteś zbyt wylewna. A co do spotkań to zawsze jestem za tym, żeby poznawać takie osoby jak Martyna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie żaden okres, a raczej mój charakter, co nieraz też bywa uciążliwe.
      Ja też :) Parę osób już poznałam w taki sposób i prawie nigdy się nie zawiodłam ;)

      Usuń
    2. Różnie to można nazwać. :)
      Ja też! :) Blog to dobre miejsce do zawierania nowych znajomości.

      Usuń
    3. Ale okres jest chwilowy, a część charakteru jakby no... przylega :P
      Jasne, że tak :) Niejednokrotnie się o tym przekonałam :) To hmm, z kim udało Ci się spotkać? :)

      Usuń
    4. Oczywiście!
      Poznałam M - moją najlepszą przyjaciółkę, z resztą to już od kilku lat. No i oczywiście E., która jak się potem okazało, chodziła do tego samego liceum co ja, i mieszka niedaleko. Też znamy się już trochę. Ni i jeszcze kilka osób, z którymi utrzymuję kontakt prywatny.

      Usuń
    5. Nie wiem, czy znam te osoby blogowo ;)

      Usuń
  5. Też bym chciała być powierniczką Twoich smutków i radości, problemów i szczęśliwych chwil, łez i uśmiechów, złości i wszystkiego.. Jak dawniej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, że ja niczego nie przekreślam, prawda? I ogromnie cieszę się, że się odezwałaś i że tutaj jesteś znów ;) Tylko jak napisałam w poście - jestem cholera ciężkim i skomplikowanym człowiekiem :P Dla siebie samej nawet.

      Usuń
    2. Wiem, wiem:* myślisz, że nasze kolejne spotkanie wypali..?
      rozumiem, spokojnie. a ja nie umiem docierać do ludzi, nie wiem, jestem beznadziejna?

      Usuń
    3. :* Myślę, że koniecznie...
      Nie, Skarbie, nie jesteś beznadziejna... istnieją różne blokady, różne kurtyny, które nie chcą opaść, może przez ten czas, który minął, który kazał milczeć... ale przecież czas też leczy rany, prawda? I pozwala do pewnych spraw podejść z taką nową hmm "świeżością" :)

      Usuń
    4. Ciekawe kiedy.. ;)
      Ale my próbujemy i próbujemy i nic.. :(

      Usuń
    5. Hmm, no nie wiem w sumie ;) A bywacie w Poznaniu jeszcze czasem? ;)
      No mi się coś zdaje, że trochę mało tego "próbujemy" było, ale może teraz postaramy się bardziej?

      Usuń
    6. Nie, Pawła mama już do Łodzi wróciła, więc w Poznaniu daawno nie byłam. Ale zawsze do Ciebie mogę przyjechać, do Wronek nawet.. ;) o ile chcesz:)
      postaramy! a tak w ogóle, to gdzie teraz Cię można łapać do pogadania?

      Usuń
    7. Ach faktycznie, wspominałaś mi ;) Pewnie, że chcę! :) Ale to dopiero, jak zamieszkamy z P. sami, dobrze? Wtedy chyba będzie najlepiej :*
      Właściwie nikt ze znajomych nie siedzi już na gg, więc i ja nie mam. Jedynie na fejsie, ale teraz masz już mój aktualny nr, a ja pakiet sms, więc możemy sobie pisać jeśli chcesz :)))

      Usuń
    8. No wspominałam:P a kiedy plan przeprowadzkowy w życie wcielacie?
      Co się z tym światem porobiło, nikt już gadu nie ma ^^

      Usuń
    9. Jak tylko na weselicho ukulamy, ja mam nadzieję, że do jesieni nam się uda, bo wciąż to odkładamy i odkładamy :(
      A daj spokój, uwielbiałam pisać na gg, a teraz każdy na fejsie siedzi, wszyscy mi cisnęli, że jestem dinozaurem z tym gadu, więc usunęłam xD

      Usuń
    10. Wesele, ślub.. ah, jakie t piękne, jak Wam zazdroszczę.. ;)
      zaraz dinozaurem, już nie przesadzaj.. ;P i Ty się posłuchałaś?:P głupol :D

      Usuń
    11. Oj, wszystko przed Tobą przecież :)
      No i tak nikt nie chciał ze mną pisać xD

      Usuń
    12. Jasne, Pawcio się nawet oświadczyć nie chcę, bo to dla niego głupota.. :(
      Ja bym z Tobą pisała!

      Usuń
    13. Dla mojego też była głupota, a jednak :D
      Ale wtedy nie pisałaś :P

      Usuń
  6. Ja tam myślę,że choć fizycznie było Was dwie, to duszą na pewno było Was tam troje. Cudownie jest znaleźć bratnią duszę, móc czerpać siłę na przyszłość z takim spotkań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście :) I udało się to odczuć. :)

      Usuń
  7. Chyba każdy chciałby mieć przyjaciół jak najbliżej siebie. Ale sam fakt, że udało się znaleźć bratnią duszę wśród kilku miliardów ludzi sam w sobie jest już niezwykły. I że ten ktoś, choć jest daleko, myśli o nas, wspiera, pomaga... To i tak naprawdę wiele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że to jest wiele i ja to doceniam od wielu, wielu lat, odkąd znam Anję własnie. Tylko ciężkie jest to, że nie mamy możliwości chociaż zwykłego wyskoczenia na kawę, czy na spacer. To jest naprawdę trudne czasami i ktoś, kto ma przyjaciół obok siebie nigdy tego nie zrozumie.

      Usuń
  8. nice post :) keep in touch :)

    http://www.itsmetijana.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Dokładnie tak samo czułam się przy okazji spotkania z Martyną... Tyle emocji, wzruszeń, pozytywnej energii i poczucie, że wreszcie ktoś mnie zrozumiał. Wyjątkowa osoba :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to :) A jak ja żałowałam, że nie mogłam być wtedy z Wami :< Ale może Papużko kochana, jak mi się uda wpaść do Krakowa po obronie, to i Ciebie uda mi się tak wyściskać? :)

      Usuń
    2. Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciała :)))

      Usuń
    3. No to już nie mogę się doczekać! :))

      Usuń
    4. Ja też! Poprawiłaś mi humor :D

      Usuń
    5. Polecam się na przyszłość xD

      Usuń
    6. Cieszy mnie to :D

      Usuń
    7. Ale mamy zaciesz, jak pod wpływem (obojętnie czego) xD

      Usuń
    8. O, buzi dostałam :D :*

      Usuń
  10. nie znam owej persony nie miałam okazji, ale tyle emocji tyle wzruszeń jak opisałaś aż serce boli i rośnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to było coś wyjątkowego po prostu ;)

      Usuń
    2. a powiem CI że ta piosenka z tytułu bardzo kojarzy mi się z pewnym osobnikiem sprzed 5 lat już teraz i zwykle sprawiała bolesne wspomnienia a teraz jak Ty ją zapodałaś w odniesieniu do posta to przestało to boleć:)

      Usuń
    3. O popatrz, umiem leczyć bóle :D

      Usuń
    4. to jeszcze napisz coś oczywista pościk zgrabny jakiś może pod kątem piosenki "oczy" krajewskiego;p też mnie ona boli...

      Usuń
    5. Muszę pomyśleć xD

      Usuń
    6. Cholera, jeszcze zakwitniesz przez to czekanie :P

      Usuń
    7. I się doczekałaś :P

      Usuń
  11. Też bardzo lubię tę piosenkę...No i cóż...Mogłabym powtórzyć Twój manifest do Boga czy nie wiem już jak go nazwałaś :P Ale wiesz...Widać tak musi być...Lepiej mieć przyjaciela daleko,ale takiego prawdziwego,kochanego i na którego zawsze można liczyć niż takiego,który jest blisko,ale tak naprawdę tym przyjacielem nie jest.
    Wiesz...Człowiek przez całe życie się uczy...Więc może te wnioski do których doszłaś to też jakaś tam nauka...W końcu nic nie dzieje się przypadkiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A najlepiej mieć tego dobrego i kochanego przyjaciela obok siebie :) Choć dobra, doceniam to co mam. ;)
      To zawsze jest jakaś nauka :)

      Usuń
  12. nie rozumiem takich relacji, może dlatego, że wolą sam radzić sobie z problemami i może dlatego, że nie potrafię na tyle zaufać innej osobie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to w sumie brak zrozumienia jest w miarę hmm... uargumentowany ;)

      Usuń
  13. Ze znajomymi na odległość jest łatwiej pod tym względem, że po pierwsze łatwiej znaleźć kogoś, kto odpowiada Ci charakterem, bo nie masz żadnych granic w poszukiwaniach, a po drugie też przez Internet łatwiej jest "udawać". Nawet jeżeli z kimś się spotkasz od czasu do czasu, to łatwo jest ukryś swoje wady i wyolbrzymić zalety. Nie chodz mi o to, że ktoś spejcalnie udaje, ale o to, że każdy z nas tak ma, że w różnych sytuacjach zachowuje się różnie.
    Miałam znajomych poznanych przez neta, w niektórych przypadkach kontakt utrzymujemy cały czas, mimo że nei raz już się spotkałyśmy. W innych wypadkach czar prysł, gdy poznaliśmy się na żywo, gdy pojawiły się wspólne plany, które nie wypaliły.

    A co do tej całej siły. To, że czasami pękasz, że masz chwile słabości, to wcale źle o Tobie nie świadczy, to nawet nie jest słabość czy wada - to zaleta. To właśnie te chwile przypominają Ci o tym, że w życiu wcale nei jest łatwo, że nic nie dostaje się za darmo i że trzeba walczyć. Gdyby walka byla prosta, nie byłaby walką.
    Nigdy się nie poddawaj!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, może właśnie nie tyle "udawać" - przynajmniej w blogosferze. Tutaj jakoś częściej widać te wartości, które w rzeczywistości człowiek chowa pod maską. I to jest właśnie wyjątkowe, że spotykasz się z kimś po raz pierwszy, ale tak naprawdę znasz jego duszę, więc wcale nie jest Ci obcy.
      A przy spotkaniach... wiesz, to też zależy na ile daną osobę zdąży się poznać właśnie wirtualnie i w jakich sytuacjach. Bo niektóre, zwłaszcza bolesne, bardzo mocno łączą i zaciskają więzi. A późniejsze lata znajomości, spotykanie się też ma swój urok, wyjątkowość, którą się docenia, choć zawsze pozostaje ta cholerna tęsknota. No ale przecież wszystko ma swoje "za" i "przeciw"
      Bo to jest właśnie tak, że z człowiekiem trzeba te przysłowiową beczkę soli zjeść, żeby go poznać. Jeśli czar pryska już na początku, to widocznie nie byłaby to jakaś hmm... wartościowa znajomość.

      Wiesz, te chwile przypominają mi, ze sama jestem tylko człowiekiem - o czym czasami zapominam.
      Dziękuję Ci... Nie mam zamiaru ;)

      Usuń
  14. Aach, Stachura... :) Potrafi jakoś tak równocześnie powodować uśmiech, ale i jakieś wzruszenie, melancholie, smutek wręcz.
    Kurcze, widzę, że coraz więcej osób z blogosfery się poznaje. I nie trafiłam na nikogo, kto by żałował. To mnie jakoś zachęca do tego, żeby też spróbować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzbudza różne emocje, zawsze :)
      Cóż, czasem się żałuje, czasem człowiek się zawodzi, ale przecież zawsze zostaje pewien sentyment ;)

      Usuń
    2. No, bo wydaje mi się, że pokazuje w swoich piosenkach zarówno to, jak życie może zachwycić, ale i zranić. Ale bez tych ran właśnie nie byłoby to życie pełne.
      Myślę, że nigdy nie szkodzi spróbować.

      Usuń
    3. Jasne, że nie - tu się zawsze nasuwa to słynne stwierdzenie, że "bez burzy nie doceniłoby się tęczy i słońca" :)
      Jestem tego samego zdania ;)

      Usuń
    4. Ano właśnie, dokładnie :)

      Usuń
    5. Cieszę się, że jesteśmy tego samego zdania ^^

      Usuń
  15. Strasznie się ciesze, że się spotkałyście i to było takie cudne! Zazdroszczę wręcz, sama bym chciała mieć kogoś komu mogę tak bez.... a tak ludzie muszą się ze mną męczyć nieprzeciętnie! Mam nadzieję, że spotkacie się jeszcze nie raz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem właśnie i blogosfera jest takim miejscem, w którym można bez ogródek powiedzieć o tym, co leży na sercu :)
      Ja jestem o tym przekonana! :)

      Usuń
  16. Asiku, kochany, cieszę się, że spotkałaś tak wyjątkową osobę, aż się wzruszyłam czytając to wszystko ;) kilometry to zło ale najważniejsze, że poznałaś Martynę, że masz Anję - najważniejsze, że są, ważna jest ta więź i przyjaźń:))
    Ile ja bym dała za prawdziwego przyjaciela, za kogoś bliskiego i w ogóle...
    niestety nie miałam okazji jeszcze poznać Martyny, muszę nadrobić ;) trzymaj się kochana :*:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pierwszy raz spotkałam tak wyjątkową osobę Kochana, nie pierwszy raz :))) I Ty o tym wiesz :) Pewnie, zawsze liczy się ta więź, zawsze.
      Wierzę Kochanie, wierzę...
      Nadrób koniecznie! :) I Ty! :**

      Usuń
    2. Ty masz szczęście do tych wyjątkowych, ale ja na pewno się do nich nie zaliczam :P:P
      Wiesz, trochę żałuję, że nasz kontakt się rozluźnił...w ogóle tęsknię za paroma osobami poznanymi tutaj...
      Nadrobię na pewno :) :*

      Usuń
    3. A weź mnie nie denerwuj nawet! :*
      Też żałuję, a najgorsze, że nawet nie wiadomo kiedy i jak to się stało... a kiedyś kurcze nie było dnia bez rozmowy, prawda? Ale przecież wszystko da się nadrobić!
      :*

      Usuń
    4. chciałabym to naprawić, nadrobić i w ogóle...ehh
      Asik :*

      Usuń
  17. Asiku! Ja tu cała upłakana jestem! Ty jesteś tak wspaniałą osobą, że ja nawet nie mam takich słow w głowie, by Cie nimi uraczyć. Ty dajesz ludziom samą siebie i nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy, Asiku. Ten listopad, ktory nas od siebie zbliżył... Nie powinno się to wydarzyć. Przez to jednak wiem, że jesteś, gdybym potrzeboała pomocy... A ja jestem dla Ciebie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, nie mam chusteczek pod ręką, by Cię poratować :P A weź mi idź z tą wspaniałością! :* To, że ja daję ludziom siebie w pewien sposób, to dla mnie też jest z pewną korzyścią przecież, bo wyciągam z tego tyle dobrych chwil :) Jasne, że jestem! I dziekuję :*

      Usuń
  18. Oh, Skarbie mój... mojej pierwszej reakcji na ten post raczej już tutaj nie muszę opisywać, bo relację mialaś prawie że na bierząco... A dzisiaj, kiedy jakoś mi się dzień zjebał przez pewne wypadki z nową technologią i znów z innymi sprawami będę przez to stać w miejscu... wzięłam i jeszcze raz, na spokojnie już przeczytałam sobie i... kurcze, ile myśmy wtedy potrzebowały do szczęścia? puszka piwa, to magiczne miejsce i my dla siebie nawzajem. Eh, gdybyśmy mogły tak na co dzień. Brakuje mi Ciebie, Skarbie, ale wiesz... tak już ma być, ale my też nie jesteśmy do końca bezsilne, będziemy kombinować, jakby się tutaj spotykać :) A tymczasem będę się starała być dla Ciebie tak jak potrafię najlepiej, jak już u mnie napisałaś - damy radę :* i czułości i zrozumienia masz u mnie bezmiar, pamiętaj o tym :) dziękuję Ci, że jesteś :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, wszystko wiedziałam od razu ^^ Oj Skarbie... wtedy do szczęścia niewiele było trzeba... nawet potworne zmęczenie po ciężkim dniu jakoś specjalnie mi nie przeszkadzało. Ja tylko żałuję, że tego czasu było tak mało, w ogóle marzę ostatnio o przyhamowaniu w życiu... z jednej strony taki rozpęd cieszy, bo nie jest nudno, a z drugiej brakuje mi czasu na to, co najważniejsze. Mi też Ciebie brakuje i jasne - będziemy kombinować! Dobrze, że chociaz tego WhatsAppa ogarnęłam, dobrze, że mi to pokazałaś, bo teraz chociaż możemy usłyszeć swoje głosy :)
      Ojej... :* I vice versa Kochanie :) :*

      Usuń
  19. Zbyt mało jest ludzi chętnych do tego, by wysłuchać. Chciałabym kiedyś porozmawiać z kimś szczerze, ale dawno tego nie robiłam i chyba straciłam tę umiejętność. Nikt nie chce słuchać, może więc to nieistotne? Mark Knopfler w utworze "Brothers in arms" śpiewał: "There's so many different worlds, so many different suns and we have just one world but we live in different ones". Chyba miał rację. Każdy ma swój świat. Mam wrażenie, że dzielić się moim światem z drugim człowiekiem po prostu mi nie wypada.
    Dobrze, że znalazłaś kogoś, kto potrafi rozmawiać i wysłuchać tak naprawdę. Oby więcej było takich ludzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasami łatwo się mówi, trudno się słucha, ale kiedy ktoś ma na odwrót, to też bywa to uciążliwe. I łatwo taką umiejętność stracić niestety. I Knopfler miał rację, zdecydowanie, choć może nie do końca w tym kontekście. Bo to wszystko zależy. Myślę, że wypada, tylko po prostu trzeba wiedzieć z kim się podzielić :)
      Oby :) Tego samego życzę Tobie ;)

      Usuń
  20. tak bardzo rozumiem..moja przyjaciółka ostatnio przeprowadziła się do Londynu. jedna z niewielu bliskich osób, które miałam tu, w Paryżu. teraz jeszcze bardziej ciągnie mnie do Polski, bo tam mam chociaż większość przyjaciół :<
    trzymaj się Asik, nie jesteśmy superbohaterkami, ale musimy dać sobie radę. ściskam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale Ci się nie dziwię, tęsknota potrafi być, cholera uciążliwa :(
      Trzymam się, i Ty się trzymaj! Jasne, jakoś ogarniemy :*

      Usuń
  21. Kochana, wysłałam Ci zaproszenie na bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja chyba nic nie dostałam :(

      Usuń
  22. Śliczna relacja z Waszego spotkania. Jakie to piękne, że w Internecie, dzięki blogowi udaje się niektórym znaleźć prawdziwych przyjaciół. <3
    Ja sama prawie nikogo nie dopuszczam do swoich problemów i udaję taką siłaczkę, więc trochę rozumiem Twoją sytuację, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wolę doradzić coś komuś innemu, a swoje sprawy przemilczeć, żeby nadal w oczach innych być tą silną osobą.
    Ogólnie to my też miałyśmy się spotkać, póki jestem w Poznaniu. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ja już znalazłam też wcześniej, rzeczywiście, jest to coś niezwykłego :)
      Mamy zatem podobnie. Dokładnie... Może jednak nie zawsze warto być tą silną osobą - to jednak odbija się na nas, ma odwrotny skutek.
      Ja też! Cholera, a pogoda coraz bardziej dopisuje :) W ogóle ja myślałam o Tobie ostatnio, czy się gdzieś tam nie mijamy :D Jutro pewnie będę nad Wartą krążyć, albo nad Rusałką :D

      Usuń