niedziela, 12 kwietnia 2015

O powrotach i o kolejnym porywie szczęścia

A więc... wróciłam do pracy. Wróciłam, bo takie uroki pracy sezonowej. Pracy z przyrodą. To, co obumiera na zimę pozostawia się, by na wiosnę mogło się odrodzić. A my, ludzie od pracy sezonowej wreszcie mamy ręce pełne roboty. Bo znów można się cudami natury na nowo opiekować. Przesadzać, przycinać, rozmnażać i... projektować.

Ogromnie za tym wszystkim tęskniłam, choć z drugiej strony trochę się tego powrotu obawiałam. To miejsce pozostawiłam w listopadzie, w momencie ogromnego rozdarcia serca, chwilę po tym, jak rozpłakałam się szefowi do słuchawki, nie panując nad emocjami. Chwilę później przyszedł z ostatnią tamtego sezonu wypłatą, mówiąc:

- Pani Asiu, listopad to taki... ciężki miesiąc. Wiem, miesiąc obumierania... Tak samo w przyrodzie. Chciałem to wszystko jeszcze jakoś w tym roku pociągnąć, miałem nadzieję, że będziemy mieli jeszcze jakąś pracę, ale po pani telefonie po prostu jakbym zrozumiał, że na ten sezon to już wszystko, co mogliśmy zrobić. Zatem... do zobaczenia wiosną.

Jakże wymowne były wtedy jego słowa.

Pamiętam, że wróciłam wtedy do domu i czułam ogromną pustkę. Jakby mi ktoś znów odebrał coś, co bardzo kochałam, bez czego nie wyobrażałam sobie codzienności.
No bo jak? - myślałam. - Nie będę mogła co najmniej dwa dni w tygodniu oglądać tych wszystkich roślin, którymi się opiekowałam? Przecież ja tą opieką żyłam, zupełnie, jakbym musiała sprawdzić od czasu do czasu, czy wszystko u nich w porządku.

Bo wiecie, mimo, że z wykształcenia jestem architektem krajobrazu i teoretycznie moją działką są przede wszystkim projekty, to ukochałam sobie pracę w szkółce. Jak najzwyczajniejszy w świecie ogrodnik, nawet taki z zamiłowania, bez jakiegokolwiek wykształcenia. Uwielbiałam przebywać wśród młodszych i starszych drzew, czy bylin, przesadzać je do większych donic, by było im "wygodniej", przycinać uschnięte gałązki, usuwać im chwasty z doniczek, wygrabiać uschnięte liście. Czasem rozpoznając jakiś gatunek, czy odmianę, drukowałam w biurze karteczki z nazwą i opisywałam donice. Sprawiało mi to ogromną radość, bo po prostu kochałam to miejsce. Szum lasu w tle, spokój, ciszę. Miejsce w którym można było rozmawiać z drzewami, bo od zawsze uważałam, że one też mają duszę i są niezwykłe w swojej tajemniczości. I też mówią. Miejsce, w którym podczas pracy, nieraz cholernie ciężkiej i żmudnej, można było zwyczajnie pobyć samemu i pozbierać myśli.

Owszem, czasem robiłam projekty, szef pozwalał mi się wykazać - a musicie wiedzieć, że mój szef, to złoty człowiek, który odkąd byłam tam na praktykach zawsze starał się mnie jak najwięcej nauczyć. Potem przekonywałam się, jaką sztuką jest przenieść w teren to, co narysowałam na papierze, jak my, architekci i projektanci bardzo jesteśmy głupcami w oczach wykonawców.

Jednak przebywanie w biurze też miało swój urok. Słuchanie ulubionego radia z kubkiem kawy pod ręką, rysowanie, poprawianie, odmierzanie... Zerkanie, czy w kącie śpi bezimienny kot, rozrabiaka, który jako maleńki przywędrował po raz pierwszy, kiedy byłam tam jeszcze na praktykach. Pamiętam, jak córeczka szefa założyła mu na szyję kolorową obrożę, mówiąc, że teraz jest jej kochanym kotkiem. Zapytacie - jak to, córeczka? Ano tak. Pracuję w małej firmie "przydomowej". Stąd do biura przywędruje nieraz kociak, czy właśnie - córka szefa.

Czasami "projektowałyśmy" razem. Była moją małą pomocnicą.
- Pani Asiu, a czy ja mogę jakoś pani pomóc? - pytała mi się, trzymając na rękach swego ukochanego, małego, bezimiennego kotka i nieśmiało uśmiechając się pod nosem, wiecznie zapominając, że ja nie jestem żadną "panią Asią", tylko po prostu Asią, czy Aśką.
- Pewnie! W ogóle to ja mam pomysł... - odpowiedziałam, szykując jej kredki i dużą kartkę papieru. - Ja będę nanosiła drzewa na plan w komputerze, a ty możesz mi narysować coś, co potem wykorzystamy do projektu!
Za każdym razem  dumnie siadała do swojego "projektu" i rysowała tak długo, aż jej się nie znudziło. Strasznie tą małą pociechę polubiłam. I chyba z wzajemnością, bo dostałam od niej śliczną bransoletkę, którą pewnego dnia dla mnie po prostu zrobiła.

Weszłam więc do biura w czwartek, kładąc torbę na tym samym krześle, co zawsze. Tak samo, jak zawsze rozglądając się, czy pod stolikiem nie drzemie ten bezimienny kot, który po prostu lubił przychodzić do pracowni, żeby schronić się przed upałem, albo po prostu - rozrabiać. Coś mnie ukuło, kiedy pomyślałam sobie, że co prawda będę miała komu pisać w sms'ie, że ów niezdarny kociak wskoczył szefowi na głowę, albo rozłożył się dostojnie na projekcie, który tego samego dnia miał jechać do zleceniodawcy, ale nie będę pisała już tego temu, którego tak bardzo próbowałam tym nieraz rozśmieszyć.

Zawsze będę mogła opowiedzieć ci przecież w myślach... - powiedziałam sobie w duchu. - Albo... co ja chrzanię! Przecież ty sam wszystko będziesz mógł sobie teraz obserwować, siedząc wygodnie w kącie. Osz ty cwany... Nie za dobrze ci?!

Uśmiechnęłam się do siebie. Znów poczułam, jak ta wiosna jest wymowna.

- Dzień dobry pani Joasiu! - usłyszałam pogodne jak zawsze przywitanie szefa. Nawet na tą panią Jołasię jakoś się już uodporniłam i mu wybaczam. 
Grzecznie się przywitałam i usiadłam naprzeciwko.

- Ja wiem, że ostatnio godziła pani pracę ze studiami, ale teraz z tego co pamiętam z naszej rozmowy przez telefon jeździ pani teraz do szkoły tylko w środy...
- ...i co drugi czwartek - dodałam. - I tylko do końca maja tak. A potem jakaś tam sesja, może jakaś tam obrona pracy magisterskiej - zaśmiałam się, wspominając moje ostatnie ekscesy z utratą danych.
- To może damy radę zrobić z tej dorywczej pracy jakieś tam pół etatu? - zapytał szef. - A jak będzie trzeba, to może... trochę więcej?

Nie musiałam nic mówić. Widział mój uśmiech od ucha do ucha.

-...Wie pani... - kontynuował - możliwe, że będą jakieś dwa projekty do zrobienia, jedna inwentaryzacja drzewostanu, to też coś dla pani w sam raz, ale póki co czeka nas dużo pracy w terenie. 
- Trzeba przywrócić ogrody do życia...
- Otóż to - przytaknął. - Zechce pani z nami jeździć na ogrody?
- No a jakżeby inaczej! 

Widział dobrze mój entuzjazm i mój zapał do pracy. Lubiłam pracować z panem Michałem, panem Andrzejem, panem Irkiem i panią Madzią - ludźmi dużo ode mnie starszymi, którzy kazali mi mówić sobie per "ty"m tak samo jak ja córce szefa. O ironio, jakoś marnie mi idzie przyzwyczajanie się do tego.

A ludzi tych absolutnie uwielbiam. Zawsze pogodni, skorzy do pomocy, pełni doświadczenia. Nawet wolę pracować z nimi, niż z ludźmi w moim wieku, bo do takowych mam poniekąd uraz, widząc "wyżejdupysranie" wszystkowiedzących ludzi z mojego roku.

Tymczasem najbardziej wyluzowaną atmosferę buduje wzajemne przedrzeźnianie się z panem Michałem, ochrzczenie mnie przez niego per Ruda i jego powtarzane: "No, jak pani inżynier zrobi nam kawę to zawsze jakoś lepiej smakuje!" albo "Ale wiesz Aśka, że ja przecież żartuję, nie?" - jak nieraz walnie naprawdę spory pocisk w moją stronę, a ja nigdy nie pozostaję mu przecież dłużna. Za to pan Irek - zawsze uprzejmy, kiedy zasuwam z grabiami i szpadlami pod pachą, podbiega do mnie i kwituje to uprzejmym "Pani pozwoli... ja to wezmę", po czym zabiera mi cały sprzęt, który przecież sama bym jakoś na lawetę dotargała. Albo pan Andrzej, który nieraz podczas prac w ogrodzie przybiega z rośliną w dłoni pytając z przerażeniem: "Aśka, a weź mi no powiedz, czy to chwast, czy roślina, bo teraz nie wiem, co żem wyrwał!" I pani Magda - mistrzyni motywacji: "Asieńka, Skarbie, chodź Kochanie, faceci poprzycinają tamte drzewa, a my musimy tam trochę wypielić tamtą rabatkę, pousuwać te chwasty, bo... skurwysyństwo jebane rośnie, a ja je stamtąd trzy dni temu wypierdalałam!"

Nieraz można się uśmiać, a nieraz bywa smutno, jak opowiadają różne, życiowe historie. Ale ostatecznie są po prostu fajnymi i pełnymi życzliwości i ciepła ludźmi, dwa razy starszymi ode mnie, z którymi dogaduję się rewelacyjnie, a o to właśnie chodzi. O atmosferę. Bo kiedy atmosfera jest pogodna, to i praca lepiej idzie.

Umówiłam się z szefem na stawkę godzinową, ku mojej radości całkiem dobrą, no i że będę przychodzić w każdy dzień, kiedy będę miała wolne od szkoły - zatem właściwie w każdy dzień prócz środy i co drugiego czwartku. Radocha mnie rozpierała, kiedy żegnaliśmy się i ruszyłam w kierunku drzwi, bo przecież teraz, kiedy myślimy z P. o wyprowadzce "przytłoczeni" trochę odkładaniem na ślub, niespodziewany przypływ gotówki także z mojej strony ogromnie się przyda.

Tylko trochę mi smutno było, że to prawdopodobnie ostatni sezon mojej pracy tutaj. W zeszłym roku szef zgodził się pomóc mi w usamodzielnieniu się dzięki dorywczej pracy i pewnego rodzaju praktyce. Jednak już wtedy podkreślił, że "do jesieni przyszłego roku."
Cóż, podobno wszystko, co dobre, szybko się kończy...

- Pani Joasiu, proszę jeszcze chwilę poczekać! - zawołał za mną szef, kiedy chciałam zamknąć za sobą drzwi. - Proszę wejść jeszcze na moment.
Zdezorientowana trochę wróciłam do biura. Bezimienny kociak ku mojej cichej uciesze znalazł się, i wprosił się przebiegając między moimi nogami.
- Słucham? - zapytałam.
- Bo ja sobie tak pomyślałem... wie pani... - szef nie wiedział jak zacząć. - Bo pani bardzo się sprawdzała podczas pracy w szkółce i... no...

Moje serducho podskakiwało do gardła.

-... ja sobie tak myślałem, czy może nie... czy nie rozszerzyć działalności na prowadzenie szkółki roślin.
- Mhm... - dałam znak, że próbuję zrozumieć, ale że mógłby, cholera jaśniej.
- No i... dobrze. Prosto z mostu - zabrzmiał w końcu bardziej stanowczo. - Jestem jednak dość ograniczony czasowo, sama pani wie.
- Ano wiem - zgodziłam się. - Asortyment roślin jest dość duży, kilka można by rozmnożyć, kilka sprowadzić, uporządkować co trzeba. Ja myślę szefie, że to jest do zrobienia.
- Otóż to. I co mnie cieszy, widzę, że pani to naprawdę"czuje".
- Ano czuję. I lubię - nie mogłabym zaprzeczyć.
- A ja... potrzebowałbym osoby. Jakby to powiedzieć... wspólnika? Dobrze mówię? Kogoś, kto by się tym zajmował, kogoś, kto te rośliny zna już nawet lepiej, niż ja, kto to lubi i posiada pewne wykształcenie w tym kierunku.

Wiecie, że ja niedomyślna, jak torba, jak to mawia mój Braciak no nie? Skinęłam tylko głową, bo nie spodziewałam się...
- ...potrzebowałbym pani, pani Joasiu - skończył wreszcie szef.
Serce skoczyło mi do gardła, ale nie umiałam się nie cieszyć i na mojej buzi momentalnie pojawił się uśmiech od ucha do ucha.  Miałabym prowadzić szkółkę, zajmować się moimi kochanymi roślinami, a potem je sprzedawać, czyli pracować tak, jak sobie wymarzyłam?! Niemożliwe, cholera... niemożliwe! Kociak otarł mi się o nogi, więc wzięłam go na ręce.

- O... o mnie? - zapytałam z oczami jak pięciozłotówki.
- No o pani! - zaśmiał się szef. - Przecież pani to wszystko czuje, umie pani opiekować się roślinami i rozmawiać z ludźmi. Poza tym wiem, że pani zna się na rzeczy, a ja znam panią i wiem, że mogę zaufać, wiele razy została pani sama w biurze, w terenie, dała sobie pani radę.
- Jej, miło mi... - nie wiedziałam, co powiedzieć - Szefie, to genialny pomysł, trzeba nad tym pomyśleć! Jestem za!
- No i o taki entuzjazm mi chodziło - zaśmiał się szef, ściskając mi dłoń na pożegnanie. - Nie byłem pewny, czy pani zechce, ale... cieszę się. Proszę jechać do domu, przemyśleć. A na dniach wróci pani do szkółki, żeby... kto wie, może wdrożyć się do... przyszłej pracy?

Zupełnie, jakby mi to spadło z nieba. Jeśli to faktycznie się uda i szef podtrzyma ten pomysł, a ja nie przestanę mu wiercić dziury w brzuchu, to może okazać się, że będę miała wymarzoną pracę. Moją własną.
Wiecie co? Chyba oszalałam z radości.
Choć może powinnam ostrożniej, bojąc się pewnego rozczarowania. Ale kiedy pojawia się taka nadzieja to cholera... przecież nie sposób się nie cieszyć!

33 komentarze:

  1. Nawet nie wiesz jak mi się facjatka cieszy, jak to czytam <3 jeju, bardzo się cieszę, że powoli się zaczyna układać, naprawdę! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, najważniejsze jest robić to, co się kocha. A wiosna to czas na zmiany, dobre zmiany ...

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie :) Podpisuję się pod komentarzem Shadow :)
    Grunt to robić to, co się lubi i czerpać z tego przyjemność i satysfakcję :)
    Bardzo się cieszę, kiedy mogę przeczytać tak optymistyczne słowa :)
    Ściskam Cię bardzo mocno i przesyłam mnóstwo pozytywnych i wiosennych myśli! :*

    OdpowiedzUsuń
  4. fajnie móc robić to co się lubi, w końcu po studiach powinno robić się to co się studiowało a dziś tak dziwnie jest to trudne

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję z całego serca :) Kochasz swoją pracę, robisz to co lubisz, i zostajesz doceniona.Trzymam kciuki by to wszystko co mówił szef spełniło się w 110 procentach :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ojej jak super Asiu, żeby wszystko się ułożyło po Twojej myśli :* trzymam kciuki :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Szczerze gratuluję pracy i mam nadzieję, że wszystko się uda:) Trzymam za to mocno kciuki w każdym razie. Wszystko się teraz odradza, może w końcu wychodzi na prostą po tej długiej, dziwacznej zimie...:)

    OdpowiedzUsuń
  8. ach będziesz robić to co kocham i w czym się realizujesz! gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  9. wreszcie się coś odradza ku dobremu z tej złej zimy z jesieni dla Ciebie;l*

    OdpowiedzUsuń
  10. wow Asik! trzymam mocno kciuki :*
    to cudowna sprawa robić coś co się kocha :))))
    buziaczki wiosenne! :):*

    OdpowiedzUsuń
  11. Super, że wróciłaś do pracy i że jesteś z tego taka zadowolona Nie każdy pracuje w takim zawodzie w jakim chce, jaki mu się podoba. Tobie nic tylko gratulować. :) Trzymaj się! ;*

    OdpowiedzUsuń
  12. Super, że udało wrócić Ci się do pracy! Ty na Joasię reagujesz tak jak ja na zwrot "Asiu" jakoś mnie okropnie drażni! :D
    No i powodzenia w pracy! ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. No to wielka szansa przed Tobą :) Nawet nie szansa, tylko ogromne możliwości. Wspaniale, że zostałaś doceniona. Trzymam kciuki, żeby wszystko dalej szło po Twojej myśli :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Asiu, kochanie! Jak mogłaś mi tego nie powiedzieć ! Normalnie foch, ale bardzo się cieszę, że Szef Cię docenił tak bardzo! :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Haha Pani MAgda najlepsza ;)

    Super, super :) Graty :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Wiosną do życia budzi się każda sfera naszego życia :) I ta prawda pięknie promieniuje z Twojego wpisu :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Faktycznie super niedomyślna jesteś :) choć czasem chyba w niektórych sprawach lepiej się nie domyślać, żeby się później nie zawieść. Ale super, że tak dobrze układa Ci się z tą pracą :*

    OdpowiedzUsuń
  18. O cholera! Czytałam notkę przy bardzo smutnej piosence która w miarę czytania bardzo radośnie się rozwinęła. Super klimat :)
    Gratuluję Ci serdecznie, ja ciągle krążę wokół prac, które przyprawiają mnie o nerwicę.

    OdpowiedzUsuń
  19. O kurcze...Jak to miło kiedy można pracować przy czymś co się kocha...Mam nadzieję,że wszystko się uda i wyjdzie.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  20. To dobrze, że lubisz to co robisz. To bardzo ważne a dziś niestety dość rzadkie. Mam nadzieję, że będziesz mogła zostać w tej pracy jak najdłużej z tym, by awansować do pracy stałej, nie sezonowej :)

    OdpowiedzUsuń
  21. architektoniczna piątka. chociaż ja projektuję wnętrza, nie budynki.
    mój entuzjazm gdzieś zanika, mam nadzieję, że rozbudzi się na nowo :<

    OdpowiedzUsuń
  22. Asiu!!! Gratuluję :*** Swoim optymizmem, nastawieniem i dobrym serduchem przyciągasz wspaniałych ludzi, robisz co kochasz. Aż ciężko uwierzyć, że w naszej przesiąkniętej szarością rzeczywistości zdarzają się takie pozytywy. Kto jak kto, ale Ty zasługujesz :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Trzymam zatem kciuki, żeby wszystko ułożyło się jak najlepiej dla Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Cudowna sprawa ! :)
    paperlifex33.blogspot.com obs ? zacznij i daj znac

    OdpowiedzUsuń
  25. PS na mojego bloga można wchodzić już bez zaproszenia :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Ooo jak super :D
    Przy Tobie to każda roślinka wyrośnie na cud natury ;)

    OdpowiedzUsuń
  27. Rób to, co lubisz, a nigdy nie będziesz w pracy. ;)
    Gratuluję. :) Chociaż ja akurat mam alergię na prace ogrodowe. :P

    OdpowiedzUsuń
  28. Oto Asik i jej wypracowania. A ja oczywiście nie na bieżąco.. :( ale gratuluję, jak to wszystko wypali! :* Robiłabyś co lubisz, kochasz, a to w życiu chyba najważniejsze, co? ;)

    OdpowiedzUsuń
  29. chciałabym znać się na roślinach i umieć się nimi zająć. Niestety... nawet kaktus mi "zdechł" po 3 latach. A orchidea po 4 miesiącach :(

    Masz świetny styl pisania, bardzo miło się czyta :D
    Pozdrawiam

    www.krachszaw.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  30. Jak dobrze czyta się tak pozytywne wpisy! Trochę się nawet rozmarzyłam, bo opisałaś swoją codzienność na kształt tych, co czytam w książkach o ludziach, którzy porzucają prace w korporacjach i przenoszą się do zacisznych miejsc, gdzie poznają niesamowicie sympatycznych ludzi. Dzięki za nadzieję, że jak w końcu wejdę na rynek pracy, to wcale nie będę musiała narzekać, bo być może znajdę sobie odpowiednik Twojego nieba ;-)

    OdpowiedzUsuń
  31. Bo ja mam cholernie utalentowaną Siostrę i dobrze, że znalazł się Ktoś, kto docenia jej talenty!

    OdpowiedzUsuń
  32. Oooo gratuluję! Przede wszystkim tego, że robisz to co lubisz i że czerpiesz z tego radość. I oby tak właśnie było, i wszystko toczyło sie po Twojej myśli.
    Trzymaj sie!

    OdpowiedzUsuń