sobota, 16 stycznia 2016

Dobry dzień, w którym znienawidzone cisza i samotność nie przeszkadzają już wcale.

Otworzyłam oczy wczesnym rankiem słysząc cichutkie mruczenie i czując, jak małe, puchate łapki pocierają moje ramię. P. już nie było, wstał wcześniej ode mnie, a przebłyski pamięci wyrwane ze snu przypominały mi, jak przyniósł mi do łóżka ten kawałek rudego, kochanego futerka, bym ani przez chwilę nie spała sama, kiedy już będzie musiał wyjść.

To będzie dobry dzień - pomyślałam sobie. Pomyślałam tak, mimo wszystkich złych myśli, które ostatnio mnie dopadły i z którymi nie zawsze umiałam sobie poradzić. Pomyślałam tak, pomimo paskudnego poniedziałku, który sprawił, że znów tęskniłam, że tym razem wszystkie drobne sprawy skumulowane w jedną, niszczącą całość zaczęły mnie wykańczać powoli, że kolejny raz usiłowałam płakać, nie mogąc uronić ani jednej łzy. Pomyślałam tak, bo był piątek, a ja chciałam i chcę nadal po ludzku mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Wstałam zatem leniwie z łóżka, po cichu oddając się codzienności. Wyszłam z domu na świeże powietrze znajdujące się jeszcze pod osłoną kolejnej, długiej nocy, czując znajomy ostatnio chłód na twarzy, dotyk zimy, z którą niekoniecznie się w tym roku zaprzyjaźniłam. Kolejny raz próbowałam być dobra, starałam się pomóc tym, których kocham, kolejny raz uśmiechałam się do ludzi na tyle, na ile mogłam i doceniałam ich życzliwość w moim kierunku.

Od późnego popołudnia próbowałam coś tutaj napisać. Próbowałam... i złapałam się na tym, że regularne bywanie tutaj sprawia mi coraz większą trudność. Pisanie, mój tlen, staje się dla mnie pustym powietrzem, którego nagle nie mogę nawet nabrać.

Styczeń jest dla mnie dziwnym miesiącem. Funduje mi różne niespodzianki od losu, raz lepsze, raz gorsze, a ja miotam się pomiędzy tym wszystkim. Miotam się, niczym bezpański już pies z dnia na dzień wyrzucony na ulicę i nieumiejący znaleźć sobie miejsca, które było gdzieś indziej. Który nie może znaleźć w tym wszystkim spokoju ducha, który do tej pory go otaczały.

Początek roku zrzuca na mnie sporo. Oprócz niepewności, oczekiwania na telefon w sprawie obiecanej rozmowy kwalifikacyjnej przynosi problemy związane z urzędem pracy i zakończeniem stażu. Obarcza mnie koniecznością walki z papierologią, której tak bardzo nie znoszę i która za każdym razem mnie wykańcza. Chwilę potem przynosi ogromne przeziębienie, z którym po dwóch tygodniach dopiero spora dawka antybiotyku jakoś sobie radzi. Przynosi zawroty głowy, o których mój P. mówi, że miewam je za często i martwi się, a mi jest głupio. Przynosi w ostateczności wysypkę, która martwiła mnie od kilku, dłuższych dni. Dacie wiarę, że z ostatnimi moimi ekscesami zdrowotnymi byłam aż u dwóch lekarzy i to w ciągu jednego dnia? Ja. Jedno wielkie, chodzące "nie", jeśli chodzi o odwiedzanie naszej służby zdrowia. Naprawdę. Zresztą, Frida mi świadkiem. I nagle od jednego i drugiego lekarza słyszę, że muszę się oszczędzać, że muszę zwolnić, że przemęczenie też z czasem zabija i - tak - istnieje coś takiego, jak dosłowne wykończenie. A mój organizm daje już wyraźne znaki, dosłowne znaki, że ma dość mojego pędu.

Czasem przychodzi mi do głowy myśl, że to takie jakby moje przekleństwo. Moja chęć pędu, wiecznie niezaspokojona potrzeba smakowania życia, wpychania się w każdą jego szczelinę, czucia się potrzebną. Uzależniło mnie pomaganie ludziom, których kocham. Mojej Mamie, która nagle stała się słabsza, która czuje się znów gorzej i która nieraz wymaga tej mojej cholernej pomocy. Każda myśl, że mogłoby jej się coś stać jest jak demon, który znienacka dopada moje myśli i zwija mnie w środku w kokon. Mojemu P., który po wypadku w pracy nie mógł wiele robić w mieszkaniu i więcej obowiązków spadło na mnie, obwiniał się o to, szarpał się, ale to nic. Przecież to nic. Ja tak bardzo lubię być potrzebna, tak bardzo chcę czasem czuć się doceniona.

A mimo wszystko nieraz nie umiem znaleźć złotego środka. A Ktoś mądry mówił mi, że we wszystkim trzeba wypośrodkować. I ja o tym wiem, wiem, na litość Boską, tylko te moje roztrzepane serducho nie może się uspokoić. Tak bardzo emocjonalne, zbyt mocno biorące wszystko do siebie, zbyt się przejmujące i do bólu czasem kochające. Jaki to paradoks, kiedy z osłabionego ciała wyrywa się serce napompowane zbyt dużą chęcią życia.

Ileż bym dała, by odzyskać spokój, stabilizację. Dokładnie za pół roku wezmę ślub. Mieszkanie jak klocki domina, wciąż jeszcze rozsypane, wciąż niezłożone jeszcze w całość, wciąż wymagające jeszcze cierpliwości. Praca stoi pod znakami zapytania i jednej wielkiej nadziei, której nie chcę sobie odbierać. I mimo, że znalazł się jeden pozytywny aspekt mojego oczekiwania, kiedy to dostałam telefon z propozycją nawiązania współpracy z jedną z firm i możliwością zaprojektowania ogrodu, wciąż czegoś mi brak. Ostatnio K. narzekała, że musi w poniedziałek wstać do pracy. Do jasnej cholery, ile ja bym dała, żeby tę pracę już mieć. Żeby przestać czekać, trząść się i mieć nadzieję. Żeby wiedzieć, że w cholerny poniedziałek mogę wstać o tej szóstej i będę miała gdzie pójść. Żeby móc działać. Żeby wyjść z biura, ubrać buty robocze i rękawice i zasuwać z ludźmi w terenie. Jak to ja. Bo w biurze się dłuży, bo w biurze nieraz nudno, bo w biurze się czasem wypija za dużo kaw. Bo trzeba być wśród tego, co rysuje się na kartce papieru, a później przenosi na ekran monitora, trzeba się ubrudzić, tak, jak tylko ja ubrudzić się w mojej pracy uwielbiałam, trzeba poczuć przyrodę, jej zapach, jej dotyk, jej słowa wypowiadane prosto do ucha. Brakuje mi tego. Bez tego usycham, jak rośliny, którymi musiałam przestać się wtedy opiekować.

I siedzę tak w te piątkowe popołudnie i rozmyślam nad pustą, wirtualną kartką. Rozmyślam i mimo wszystko uśmiecham się pod nosem, bo uświadamiam sobie, że w tym całym ambarasie nie utraciłam jeszcze nadziei.

Czuję, że muszę wyjść z domu, że muszę zaciągnąć się mroźnym powietrzem, że zwariuję, jeśli dłużej będę tkwić sama w tych czterech ścianach. Kolejny dzień będę się za mocno szarpać i wcale się to dla mnie dobrze nie skończy. Ubieram się ciepło więc, bo choć czuję się o niebo lepiej, to wciąż jestem jeszcze na antybiotyku. Zakładam buty. Chcę wyjść, kawałek tylko, przejść się na drugą stronę Warty, do której mam przecież żabi skok. Chcę wyjść, pooddychać.

Wychodzę więc. Schodzę na dół, wąską uliczką. Mijam gromadkę głośnych, roześmianych, młodych ludzi. No tak, przecież jest piątek - przypominam sobie. Kiedy pracowałam, piątkowe wieczory też zawsze były błogosławieństwem od losu nawet, kiedy wracałam z terenu po dziesięciu godzinach.

Zapalam papierosa z nowej paczki, którą przed chwilą kupiłam. Zapalam go wbrew woli Zmarłego, zapalam, bo wiem już od jakiegoś czasu, że On by zrozumiał, że nie robię to z Jego powodu, co zdrażniłoby Go przecież najbardziej. Zapalam, bo lubię. Zapalam, bo palę więcej, niż paliłam kiedykolwiek.

Idę powoli mostem, przestępując z nogi na nogę. Moje płuca wypełnia mroźne powietrze wymieszane z dymem. Patrzę na oddychające młodą nocą miasteczko i czuję, jak wypełnia mnie spokój. Mijam parę, która przedrzeźnia się zupełnie tak, jak ja i P. podczas tych spacerów, w których dopisują nam szampańskie humory. I uśmiecham się pod nosem, bo przypominam sobie, że wciąż mam z kim tak spacerować, wciąż mam z kim wygłupiać i tak głośno się śmiać moim piskliwym i nierozumianym nieraz przez ludzi śmiechem. On rozumie. Rozumie, choć czasem w afekcie głupawek mówi sam do siebie "Boże, jak to się dzieje, że ja z tobą wciąż jestem?", kiedy w tle rozbrzmiewa mój dziki, nieopanowany śmiech, przez który ludzie zwykle się na mnie co najmniej dziwnie patrzą. Idę dalej. Po chwili mijam chłopaka, który w mroźny, piątkowy wieczór wybrał się pobiegać. Och, jakże za tym zatęskniłam. Spojrzałam smutno na dopalającego się papierosa, przypominając sobie, jak zamiast paląc, wychodziłam pobiegać. I okazywało się to czasem jeszcze lepszym lekarstwem na stres, czy złość. Ale nie ma się przecież co obwiniać.

Życie jest nieustanną sinusoidą naszych słabości. 

Gaszę papierosa. Wracam na mieszkanie. Dorzucę do pieca, usiądę w fotelu, spróbuję skleić słowa w parę sensownych zdań. Może się uda. Może się uda, bo uśmiecham się wciąż, mimo złych myśli, które spadają na moje barki, które sprawiają, że coś przewraca mi się w brzuchu.

To nic.

Na końcu wszystko będzie dobrze. A jeśli nie jest, to znaczy, że to jeszcze nie koniec - słyszę w głowie ciepły głos wypowiadające jeden z moich ulubionych, zapisanych nie wiadomo skąd, gdzieś na dnie serca krótkich cytatów.

To był dobry dzień.

To był dobry dzień nawet, jeśli późny wieczór spędzam w samotności.
Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu cisza i samotność nie przeszkadzają mi wcale.



"Jestem szczęściarzem mogąc zliczyć na obu dłoniach
Tych, których kocham.
Niektórzy ludzie mogą tylko na jednej.
Jeszcze inni nie mają nikogo.

Zostań ze mną,
Po prostu oddychajmy.

Grzechy, które popełniam
Nie pozwalają mi być lepszym ,
Ale w końcu
jestem tylko człowiekiem.

Nie chcę ranić...
Jest na tym świecie tak wiele rzeczy,
które sprawiają przykrość

Zostań ze mną.
Jesteś wszystkim co widzę."

19 komentarzy:

  1. O tak, masz rację życie to sinusoida tysięcy emocji, tak różnych, tyle potrafi się zebrać w ciągu jednego ledwie dnia. Najważniejsze,że na koniec mogłaś powiedzieć-to nie był zły dzień, a dobry. A chwila samotności jest jak najbardziej ok:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. ja czasem tak lubię sobie podumać sama ze sobą. To uspokaja wycisza. Na pracę też narzekam jak Twa koleżanka, że mi się nie chce, ale z drugiej strony jakbym nic nie robiła to bym zgłupiała z nudy... więc jaka jest taka jest ale coś robię

    OdpowiedzUsuń
  3. To cóż, trzymam kciuki za tę pracę. I będzie dobrze jakoś, tak myślę. Prędzej czy później :)
    Haha, ten śmiech, znam to, też tak mam XD Też mi czasem odpierdala na ulicy i czuję na sobie te spojrzenia ludzi, ale w sumie to mi to nie przeszkadza. Śmiech to zdrowie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Piszesz to wszystko i myślę sobie: mam podobnie, brak pracy i strach, że ograniczenia językowe spowodują w dalszym ciągu jej brak. To, że niedługo może wydarzyć sie coś co jeszcze nigdy nie było mi na szczęście dane doświadczyć i umrze bliska mi osoba, a następnie cała reszta zdarzeń na które nie jestem gotowa. Jednak Ty masz coś, czego nie mam ja. Masz narzeczonego, który sie o Ciebie martwi, który Cię wspiera. A powim Ci, że to jest wspaniały dar.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieję, że masz absolutną rację, że na końcu będzie dobrze. Tak bardzo chcę w to wierzyć...

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak moja kuzynka przeprowadziła się ze Stanów do Anglii, to przez 4 miesiące miała rzeczy w kartonach i niezłożone meble. Ogarnęła to tylko dlatego, że ja w końcu do niej miałam przylecieć w odwiedziny, a jej było głupio przyjmować mnie w takim burdelu... :P
    Co do bezrobocia, to dobrze znam ten stan. I mimo że też czasem narzekam, że nie mam siły podnieść się o tej szóstej z łóżka, że znowu się nie wyspałam, to jednak wiem, że jakbym była bez pracy, to też bym narzekała. Tym razem na bezczynność. Człowiekowi nie dogodzisz ;) Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  7. Asiu :-*
    Trzymam kciuki z praca i nie tylko! Łobuzie! Zwolnij :-* żebyś niczego nie żałowała!

    OdpowiedzUsuń
  8. Oby było tak jak w to wierzysz, na końcu musi być dobrze. Praca się wreszcie znajdzie :) Też często przeżywam skrajne emocje wciągu nawet nie jednego dnia, a godziny...

    OdpowiedzUsuń
  9. Trzymam kciuki za tą pracę. Sama byłam kilka miesięcy bezrobotna, bez perspektyw, bez niczego. Ale w końcu się udało, tylko trzeba mocno wierzyć :)
    I rzuć to palenie :p

    OdpowiedzUsuń
  10. Ostatnio wracając autobusem do domu, usłyszałam jak dziewczyna opowiadała koleżance, że umówiła się z kimś na piwo. Zdziwiłam się, jak to tak pić w środku tygodnia... I uświadomiłam sobie, że jest piątek.
    Trochę samotności i spokoju też jest człowiekowi potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  11. I dla mnie obecny czas to czas różnych zawirowań i zmagania się z różnymi sprawami, problemami i nauką, ale co zrobić, powoli trzeba to ogarnąć.

    OdpowiedzUsuń
  12. Kochana ja zycze ci aby ta praca w koncu sie pojawila i zebyc mogla szczesliwa wyjsc rano z domu i szczesliwa do niego wrocic :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Chciałabym umieć sobie tak powiedzieć nawet wtedy, gdy wszystko we mnie krzyczy, że mam dość. Co do wrażliwości - nie przejmuj się. Też mam tę irytującą skłonność to przejmowania się wszystkim. Zaakceptujmy nasze słabości.

    OdpowiedzUsuń
  14. I po dzisiejszych wiadomościach wierzę, że naprawdę idzie ku lepszemu. Mimo całego stresu twojego, szarpania, wszystkiego co zwala się na głowę naraz...okazuje się, że nadzieje nie są płonne, prawda?:)

    OdpowiedzUsuń
  15. To obie mamy problem z pisaniem.
    Z tą pracą - wiadomo, że jest potrzebna, ale jak się ją ma, to też się narzeka. Mam nadzieję, że dorwiesz się do tego, co lubisz. Ciężko na to pracowałaś, Asik. Co mnie ominęło, pewnie jeden/dwa posty w tył, bo jak ostatnio tu byłam to nie widziałam nic o paleniu, kiedy się to stało?:O

    OdpowiedzUsuń
  16. "Na końcu wszystko będzie dobrze. A jeśli nie jest, to znaczy, że to jeszcze nie koniec"

    odkąd napisałaś post, ten cytat huczy mi w głowie.

    OdpowiedzUsuń
  17. Pamiętam jak to jest i trzymam kciuki za powodzenie 😘

    OdpowiedzUsuń