niedziela, 5 kwietnia 2015

Przypowieść o smakowaniu życia

W zasadzie chodziło mi po głowie coś zupełnie innego, jednak nieraz przez pewne przypadki w głowie kumuluje się burza myśli, którym trzeba dać jakoś upust. Jeden z takich przypadków miał miejsce dzisiejszego (a właściwie wczorajszego - olaboga, ta godzina!) wieczoru, podczas, gdy znudzona poszukiwałam filmu, który mogłabym sobie w samotności obejrzeć. I tak trafiłam - zupełnie przypadkiem - na film o Joannie.

To nie jest tak, że chcę się tu bawić w jakiegoś krytyka filmowego - nie, nie, to zdecydowanie nie moja działka. Po prostu naszły mnie pewne myśli, refleksje, które tej pięknej nocy wręcz nie pozwalają zasnąć. Może jest ich nawet trochę za dużo, a może po prostu chcę się nimi z Wami podzielić.

Bloga Chustki, czyli wspomnianej mej Imienniczki właśnie nigdy wcześniej nie czytałam. Wiedziałam co prawda o Jej istnieniu, o Jej ideach, ale czytać - nie czytałam. Może dlatego, że tematy rakowe są dla mnie nieraz zbyt ciężkostrawne. To nie tak, że płaczę, że się dołuję, czy pytam gdzie jest Bóg, bo to nie o to chodzi. Po prostu... przez moją wieloletnią przygodę z blogowaniem (bo dziewięć lat pisania i czytania na zmianę chyba można tak nazwać?) poznałam wielu, wspaniałych ludzi, w tym pewną kobietę, która właśnie chorowała na raka. Pamiętam, że były to początki mej blogowej przygody, a więc było to dość dawno, dlatego nie mogę sobie przypomnieć ani adresu jej bloga, ani jej pseudonimu, ani nawet jej imienia. Wiem tylko, że była i ze napisała mi kiedyś dwa zdania, które zapadły mi w pamięć. Pierwsze brzmiało "Odkąd dowiedziałam się, że jestem chora, jestem w kościele na mszy codziennie." A drugie "Do pełni szczęścia potrzebuję tylko jednej rzeczy - zdrowia." Nie mam pojęcia, co dziś się dzieje z tą kobietą. Mogę mieć tylko nadzieję, że osiągnęła pełnię szczęścia, której tak bardzo pragnęła i o którą tak mocno się modliła.

Jednak wracając... film, który dziś obejrzałam delikatnie mną wstrząsnął. Nie dlatego, że był to film o umieraniu. Bo to nie był film o umieraniu. Był to film o życiu. Albo inaczej nawet... Nazwałabym go Przypowieścią o smakowaniu życia. Bo był to prosty, krótkometrażowy, trwający czterdzieści minut film dokumentalny ukazujący fragmenty życia Joanny i jej rodziny. Pierwsze dziesięć minut mnie nudziło. Po dwudziestu sprawdziłam, ile jeszcze do końca. Ale po trzydziestu coś we mnie pękło. I może teraz stawię weto temu, co napisałam powyżej, ale podczas oglądania tej krótkiej przypowieści zadałam pytanie Dlaczego? Po co?

Nie do końca byłam pewna, czy zadałam je sobie, czy Bogu, ale chyba bardziej temu drugiemu. I wtedy usłyszałam głos. Cichy, ciepły głos mówiący gdzieś ze środka: Po to, by inni docenili.

Widziałam kobietę, która często była zamyślona, która spoglądała w dal, która wyciągała dłoń ku deszczowi, spacerowała po kałużach, ubierała się na kolorowo. Czasem malowała rzęsy. Miała z synkiem taki kontakt, jakiego wiele matek nigdy nie będzie miało ze swoimi dziećmi. Po prostu żyła. Chciała żyć. Czerpała z życia wiedząc, że niewiele jej z niego pozostało. Bała się. Choć, jak sama powiedziała, nie bała się tego, że umrze, ale tego, że zostawi ich samych - swego męża i synka.

Wiecie, przypomina mi się nieraz moment, kiedy jestem w kuchni i robię obiad, kroję kanapkę, czy najzwyczajniej w świecie parzę herbatę. Wychodzące zza chmur słońce zaczyna razić mnie w oczy, a ja zasłaniam roletę, by mi nie przeszkadzało.

By słońce nie przeszkadzało.
Czy ty sama siebie słyszysz?

Odkąd słońce zaczyna chować się za jesiennymi chmurami, odkąd znika za horyzontem na dłużej, niż zwykle, pozostawiając świat na długie godziny pod osłoną nocy, ja go wyglądam. Szukam. A teraz, gdy niebo w końcu błękitne, gdy wołane słonko wychyla się zza obłoków, ja się na nie obrażam. Mówię mu nie patrz na mnie, przeszkadzasz mi! A ono wtedy pyta: Więc dlaczego mówiłaś, że tęsknisz? Kłamałaś?
I jest zawiedzione.
I jest mu smutno.

Kiedy pierwszy raz przyszła mi do głowy ta myśl poczułam się okropnie źle.
A słońca zrobiło mi się żal.
I wtedy postanowiłam po prostu wyjść z domu.
Nawet nie robiąc makijażu, nie czesząc włosów, po prostu ubrać buty i wyjść nad rzekę.

Może nieraz macie dość tego, jak głośno mówię o mojej miłości do świata, do przyrody, do ludzi, czy zwierząt. O miłości do życia. Może staję się monotematyczna i niedługo nikt nie będzie chciał tych farmazonów mych czytać.

Ale ja jestem po prostu szczęśliwa.
A wiecie dlaczego?

Bo mam dwie ręce, dwie nogi i zdrowie. Pieprzone, tak potrzebne nieraz do szczęścia zdrowie. Mogę biegać, pływać, skakać, tańczyć, spacerować do białego rana. Mogę śpiewać, fałszując najbardziej na świecie. Mogę patrzeć w niebo i widzę, że jest niebieskie, mogę patrzeć na drzewa i widzę, że mają zielone liście. Czasami nawet spoglądam na słońce, choć wiem, że to nierozsądne i niebezpieczne. Mogę dotykać kory drzew, trawy i zbóż i czuć, jak różną mają fakturę. Mogę czuć zapachy kwiatów wszelakich. Słyszeć bzyczenie owadów, których nieraz się boję, jak baba. Mogę kochać i być kochaną. Mogę planować, mogę szukać, mogę marzyć. Mogę się śmiać i mogę płakać. Mogę smakować. Mogę po prostu czuć.

Mogę.
Ale przede wszystkim chcę.

Chcę kochać, smakować i dotykać. Chcę słyszeć. Chcę śpiewać. Chcę wyjść z domu w ulewie i cieszyć się, że jest pieprzona ulewa. Chcę biegać w deszczu, bo nic nie orzeźwia bardziej, niż chłodne krople rozbijające się na twarzy. Chcę wstawać wczesnym rankiem i kłaść się późnym wieczorem. Chcę uczyć się na błędach. Chcę cieszyć się z tego, jak wielu ludzi spotykam i jak wielu z nich zostawia gdzieś w środku dobry ślad, swoją własną przypowieść. Chcę doceniać każde doświadczenie, jakie mnie spotyka, bo za każdym razem niesie ze sobą jakąś mądrość.

Chcę doceniać to, że żyję i że mogę być szczęśliwa.
Bo "nie mogę" i "nie dam rady" siedzą tylko w mojej głowie.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że mam za łatwo. Że nie miałam w życiu żadnych przykrych doświadczeń, dlatego cieszę się z niego, jak szczerbaty na suchary.
Sęk w tym, że pewne rzeczy wolę przemilczeć i o tym, co boli nie mówić głośno. Bo to chyba jest tak bardzo moje i tak bardzo osobiste, choć nie zaprzeczę, ze miałam dużo szczęścia w życiu.
I je zauważyłam.

Pisałam Wam, ze film mówi o życiu, a nie o śmierci. To prawda. Choć tą drugą czuć w powietrzu właściwie przez cały film. Chustka wiedziała, że umrze. Ale któż z nas nie umrze? Ona wiedziała, że odejdzie o wiele za wcześnie. I to było cholernie smutne.

Na co dzień o śmierci nie mówimy. Właściwie to boimy się jej i w sumie - nic dziwnego.

W miniony czwartek wybrałam się z moim P. do miasta. Kiedy jechaliśmy autem, zaczęłam mu narzekać:
- Jak tak dalej pójdzie, to wytną wszystkie możliwe drzewa. I krzaki też. No co za ludzie, co to za świat bez zieleni... - Wiecie, zboczenie zawodowe :)
Po chwili dodałam: 
- Kiedy będę umierać, w tym mieście będzie mnóstwo drzew. Wysokich drzew. Zaprojektuję tu mnóstwo nasadzeń. I będzie pięknie i zielono.
P. zatrzymał samochód. Gwałtownie dość, jak mi się wydawało.
Dobrze, że byliśmy już na parkingu. 
- Nie mów tak - powiedział, gapiąc się w jeden punkt.
- Ale jak? - zdziwiłam się.
- Nie umrzesz. Ty nigdy nie umrzesz. Nie pozwolę ci.
- Ale Skarbie... - zaczęłam, już nieco zaniepokojona.
- Skończ ten temat. Ja umrę pierwszy. Tobie nie wolno. Nie zniosę życia bez ciebie.

Zatkało mnie. W sumie nie powiedziałam nic aż tak... złego, jak mi się wydawało. Ale zrozumiałam, że on nie oswaja się z tym wszystkim tak, jak ja. Może oswaja się z życiem, ale... nie oswaja się ze śmiercią.
To normalne i ludzkie.
Wielu ludzi woli mieć podejście na zasadzie przyjdzie, a jak będzie odchodzić, to już i tak nie będę nic czuł, bo mnie nie będzie.

Wiecie, to nie jest tak, że ja się jej nie boję. Boję się. Jak każdy. 
A jednak myślę o niej każdego wieczoru, jak pisałam ostatnio Red. Nie myślę w ten sposób, że umieram ze strachu, czy błagam, by jeszcze nie przychodziła, ale po prostu - zastanawiam się. Zastanawiam się, czy moja świeczka ma jeszcze dużo wosku przed sobą, nim spłonie do samego końca. Nim zgaśnie. Myślę, jak to jest. Czy boli? Co jest po drugiej stronie? I za każdym razem dochodzę do wniosku, który nieraz mnie też bawi ze względu na swój wewnętrzny absurd, że skoro narodziny jakoś przeżyłam, to śmierć też przeżyję. Bo przecież śmierć to też narodziny, tylko w inną stronę. Kiedy rodzimy się, też musimy opuścić ciało. Ciało matki, bez którego nie wyobrażaliśmy sobie funkcjonowania, bez którego wydawało się tak cholernie źle, że aż dławiliśmy się płaczem, ale... w gruncie rzeczy nie jest chyba tak źle?

I powiem Wam, że może dobrze się stało, że zupełnie przypadkiem trafiłam na ten film, na tego bloga i na tę historię, która obfitowała mnóstwem uśpionych w mojej duszy refleksji, które teraz, zbudzone, mogę przekazać dalej.
Dobrze się stało, bo nie miałam dziś właśnie jakoś specjalnie weny do składania życzeń.
Ale teraz już wiem, co Wam powiedzieć oprócz tradycyjnego Wesołego Alleluja.

Życzę Wam, oprócz sił i zdrowia, abyście umieli żyć.
Abyście chcieli i mogli.
Umieli kochać i szukać szczęścia.
Tyle wystarczy.
Naprawdę tylko tyle.



"Chcę iść wzdłuż Mulholland,
Chcę jej imię napisać na niebie,
Chce być wolny spadając w nicość,
Mam chęć opuścić ten świat choćby na chwilę...

Teraz jestem wolny,
Wolny od upadku."

57 komentarzy:

  1. Bo czasami film, książka, czyjaś prawdziwa historia, człowiek idący ulicą, który nie ma tyle szczęścia co my i zmaga się z jakąś niepełnosprawnością potrafią nami wstrząsnąć i przypomnieć to 'tylko' i 'aż', które mamy, a może nie do końca pośród codzienności doceniamy.
    'Sęk w tym, że pewne rzeczy wolę przemilczeć i o tym, co boli nie mówić głośno. Bo to chyba jest tak bardzo moje i tak bardzo osobiste' hmm i ja też nie potrafię, a może nie chcę opowiadać o tym co właśnie tak bardzo moje i osobiste, przypadkowej osobie, którą znam zaledwie kilka miesięcy, ale niektórzy tego nie rozumieją i nie wpadną na taki pomysł, a wpadną na to jak to jest nam lekko, bo niczego w życiu nie doświadczyliśmy. Taka już natura niektórych ludzi ;).
    Śmierć gdzieś sobie cały czas krąży w naszym życiu, mnie też bardziej przeraża wizja tego, że mogłaby zabrać kogoś z moich bliskich, jednak przecież taka jest kolej rzeczy, każdy kiedyś musi umrzeć hmm łatwiej napisać, niestety trudniej zrozumieć i się z tym pogodzić.
    No i jakich farmazonów? :) Twoje pisanie o miłości do świata, przyrody, ludzi, zwierząt, tylko pokazuje, że w dużym stopniu potrafisz docenić ten świat i to co on Ci z siebie daje, a docenić w piękny sposób, bo miłością wobec tego wszystkiego czym życie Cię obdarowuje ;).
    Piękne życzenia, za które dziękuję i ja życzę tutaj Tobie tego samego... Choć wydaje mi się, że Ty to wszystko już w sobie masz, jednak warto cały czas to umacniać i pielęgnować ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. To wszystko otwiera nam oczy szerzej po prostu.
      Więc się rozumiemy :) Po prostu nie mogę. Może też w tym mój błąd jakiś jest, bo przez to pewne osoby nie wiedzą, że bywa naprawdę paskudnie źle, ale ja mam już taką manię, żeby nie obrzucać ich swoimi problemami. Jakąś taką blokadę mam...
      Też własnie martwię się bardziej o to, że zabierze mi kogoś bliskiego. I też zdaję sobie sprawę, że taka kolej rzeczy, ale jednak ten strach momentami paraliżuje. Tylko właśnie staram się robić wszystko, by ten strach zamienić na radość z tego, co tu i teraz.
      Bo w sumie... tak jest. Ale czasem sobie myślę, że moje farmazony mogą kogoś męczyć xD
      Jasne! Tego nigdy "za dużo" więc bardzo Ci dziękuję :*

      Usuń
  2. Mnie nie natchnął co prawda ten film-jeszcze go nie widziałam, ale koniecznie chcę zobaczyć. Mnie pozytywnie natchnęła spowiedź, pierwszy raz chyba trafiłam na mądrego księdza i jego słowa idealnie pokrywają się z tym co napisałaś. Łatwo jest przegapić swoje szczęście, czasem po prostu to co dla nas normalne, dla kogoś jest szczytem szczęścia. A sporo ludzi nie potrafi docenić tego co ma na co dzień, o co nie musi się martwić. A my naprawdę jesteśmy szczęśliwe, mam nadzieję,że Ty też, bo ja czytając Twoje słowa czuję napływ szczęścia:)
    Wesołych Świąt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ten napływ szczęścia poczułaś :)
      I cóż, chyba obie miałyśmy tym razem szczęście do spowiedzi ^^

      Usuń
  3. Kiedy moja koleżanka z roku zachorowała na białaczkę zaczęłam doceniać to, co mam. Sama wiem co to chorowanie, ale człowiek docenia to, co ma kiedy to traci. Zaczęłam doceniać wszystko to, co mam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc cóż, cieszę się, że w końcu doceniłaś to, co masz.

      Usuń
  4. ja z byłym przeżywałam chorobę jego mamy rakową... ale zamaist nas to wzmocnić oddaliło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasem nadmiar bólu też potrafi niestety podzielić coś między ludźmi...

      Usuń
  5. Boże, doskonale znałam Joasię...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc miałaś to szczęście...

      Usuń
  6. I jak tu spać po takich filmach? :P
    A tak na serio to ten film wraz z Twoimi przemyśleniami powinien trafić dziś na kazania w wielu kościołach. U mnie ksiądz pierd***ł trzy po trzy, nawet nie wiadomo było o czym mówił, a tu Asik dałaś piękną przemowę o śmierci, ale przede wszystkim o życiu. Każdego dnia może na nas spaść coś, co zmieni nasze życie, ale przede wszystkim każdego dnia możemy zmartwychwstać, bo wiele ludzi umiera żyjąc, będąc nieświadomym potęgi własnego życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, cholera xD
      I cóż, hmm, dziękuję za słowa uznania ^^ Wiesz, ja już jakiś czas temu uznałam właśnie, że kazania w kościołach bywają bez sensu. Brak jakiegokolwiek natchnienia, wyjaśnienia pewnych wątpliwości. Wszystko jak dla mnie sprowadza się do "Bóg cię kocha i ty go musisz też kochać" powiedzianego na milion różnych sposobów.
      I pięknie to wszystko w ostatnim zdaniu podsumowałaś :)

      Usuń
  7. Ja czytalam książkę (bloga swojego czasu też), a film dzielnie czeka na to, by go obejrzeć - może w końcu się zmotywuję, bo to historia dosyć niezwykła, czy tego chcemy, czy nie. skończyła się tak, a nie inaczej - ale to najwidoczniej tak musiało być. To, jak przygotowywała bliskich na swoją śmierć... nie wiem czemu diabelnie kojarzy mi się... z Kordianem i choć odsuwam tę myśl, to jednak wciąż wibruje mi w główce.

    Wesołych Asiu :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film jest króciutki, więc na pewno znajdziesz trochę czasu, by obejrzeć :) Tymczasem ja na książkę własnie się czaję.
      W sumie rozumiem, bo skojarzenie miałam podobne. Właśnie pod koniec filmu, kiedy to wszystko pękło.

      I cóż, dziękuję poświątecznie :*

      Usuń
    2. Ja książkę chyba w Biedronce spotkałam, co jest smutne, bo dla mnie książka w biedronce to już koniec.. no ale warto bylo przeczytać. W ogóle to wszystko jest wyjątkowe.
      :(

      Objedzona? :D

      Usuń
  8. U nas o Chustce było nawet na zajęciach. Jakby nie patrzeć, onkologia to temat cholernie mi bliski, bo nie tylko z boku, czytając opowieści, oglądając filmy- ale i temat bliski od samego środka. Przez umieranie moich bliskich, bo w końcu jednego którego kochałam zjadł rak mózgu, po siedzenie po prostu przy pacjentach, siedzenie też przy jednym, do którego za mocno się przywiązałam. I płacz ale..i wiele śmiechu i radości. Swoistej "mocy". Dla mnie onkologia przez 5 lat mojego życia ( teraz jestem trochę od tego oderwana no ale, staram się wrócić) to swoista codzienność. I to, czego mnie ta codzienność nauczyła..to właśnie tego, że życie może samo w sobie być pasją:) Zresztą, tego uczy nie tylko onkologia a po prostu spotykanie się ze śmiercią. "Zjadanie" jej, wiedza o tym, że już blisko i częścią życia jest. I to pozwala je docenić, właśnie nieraz to pozwala sens życia znaleźć, taki ten swój, osobisty. Cieszyć się z najmniejszej rzeczy- bo jutro jej może nie być.
    Dlatego ja kocham swoje szpitale czy domy opieki, hospicja i staram się tam wrócić- bo tam naprawdę czuć smak i zapach życia, nawet gdy chemia przetacza się przez żyły, nawet gdy ból. Przypominają mi się od razu moje kochane panie z rakiem piersi, jak mieliśmy zajęcia z artereapii. Nie było większych śmieszek i kobiet, które tak znały się na kobiecości, niż grupa, która mi się trafiła. Co z tego że ta łysa, ta nie ma obu piersi, a ta zasadniczo za miesiąc- dwa umrze. Co to była za radość, za śmiech na zajęciach...człowiek wychodził stamtąd jak na skrzydłach i jak czuł śmierć przy nich i przy sobie przez to- było inaczej. Deszcz ładniej pachniał.
    I nawet jak widzisz, zdrowia do szczęścia mieć nieraz nie trzeba. Do promyczków, okruchów, euforii i uśmiechów. Ale jak się je ma...cóż, jeszcze lepiej. Tylko docenić trzeba:)
    Ale..ja chyba właśnie za dużo ze śmiercią przebywam, o śmierci mówię, śmierci przeżyłam i nawet wiem, kiedy mam niby umrzeć, więc zakończę wywód, bo mogę godzinami :D
    I dobrych tych świąt, no:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, jesteś po prostu cholernie blisko tego wszystkiego. I dosłownie i w przenośni. Odczuwasz może to mocniej i intensywniej niż ja, ale cieszy mnie jedno, co w tym ponurym temacie jakoś cieszyć może - że wyciągamy z tego wszystkiego podobne wnioski. Swoją drogą myślałam niedawno by zagadać do Ciebie o jakiś wolontariat na onkologii właśnie, czy mogłabyś mi pomóc coś ogarnąć, ale jestem na etapie przemyślania nie tyle tego, czy starczyłoby mi czasu (bo jak wiadomo już, z tym bywa ciężko xD) ale tez jak bym sobie z tym poradziła i jak to przyjęła. Pewne rzeczy muszę sobie po prostu czasem przyswoić, o. Chociaż dobrze wiem, że najczęściej wszystko wychodzi w praniu.
      Wierzę na słowo i cholera... czasem aż nie mieści się w głowie, jak w obliczu śmierci i strachu można bardzo pokochać życie. Tak, jak pokochały je Twoje kobietki, czy wszyscy chorujący ciężko ludzie, na których natrafiłaś. Wszystko jest momentalnie intensywniejsze, a zapach życia przyćmiewa zapach śmierci.
      Dlatego doceniajmy - i śmieję się, że nawet, jak ktos ma tych moich farmazonów dość, to będę o nich pierdolic do końca - żeby właśnie, cholera, docenili! :)
      Właśnie, za dużo tej śmierci, cholera... nawet tak juz całkiem na poważnie.
      I poświątecznie dziękuję :D

      Usuń
    2. Jestem, a raczej byłam, ale zawsze mam zamiar wrócić.
      Czyli jak widać, nasze wnioski po prostu nie są nietrafione, skoro niezależnie od siebie mamy podobne. I zresztą, z kim nie rozmawiam, kto się ze śmiercią bardziej oswoił, umiał przetłumaczyć sobie pewne rzeczy...wychodzi właśnie coś zbliżonego:)
      Wiesz co, tak od strony technicznej, nie wiem czy ci na wolontariat w szpitalu pozwolą bez skierowania szkoły/uczelni medycznej. W sensie, szpitale kliniczne ( jeśli ci o WCO idzie) mają dziwne podejście nieraz, ale można zapytać zawsze na oddziale paliatywnym czy długoterminowym. Ale zawsze na Orła jest świetne hospicjum ( o ile hospicjum może być świetne) i mamy teraz w szkole taką akcję, znaczy no..budujemy coś takiego jak sieć "sąsiedzi" ( chyba tak Aneta mówiła, że tak się to zwało) i właśnie chodzi o taką doraźną pomoc osobom chorym, niepełnosprawnym a także umierającym jeśli chodzi o pewne..dzielenie pasji choćby. Np. jak rysujesz, to możesz uczyć rysować chore dzieci i tak dalej:) to jest na razie taki projekt, właśnie jedna z moich nauczycielek to wdraża i organizuje ludzi, także mogę się podpytać, jakbyś chciała, mam z nią w niedzielę bodajże zajęcia:)
      Ale to tak formalnie. Tak z tej strony czy byś sobie poradziła psychicznie...cóż, tylko ty to wiesz, a dowiesz się, jak sprawdzisz. Bo tutaj nie ma reguły. Ja ci nie jestem w stanie tego nigdy powiedzieć. Bo nagle np. osoby, które zdawałyby się, były najbardziej odporne odpadały, a te co płakały po kątach po tygodniu czy dwóch dawały sobie radę i odkryły w takim np.wolontariacie w hispicjum wręcz swoją pasję. Więc właśnie, wychodzi w praniu, póki nie spróbujesz, nie wiesz nic.
      A jednak można:)
      I nieraz mogą robić na przekór, wiesz?:D
      Wiem. Ale cóż zrobić. Jak mówię ostatnio, naprawdę często. Inszallach.

      Usuń
  9. Kiedyś na Twoim blogu płakałam, bo było mi smutno. A teraz płaczę, bo jest mi aż za radośnie. Też ostatnio postanowiłam doceniać to, co mam, a nie płakać za tym, czego nie mam i, być może nigdy mieć nie będę. Wiesz, zdrowie, miłość i szczęście jest najważniejsze. Jak to się znajdzie - znajdzie się wszystko.
    O Chustce usłyszałam pierwszy raz, gdy zobaczyłam gdzieś książkę, ale wtedy byłam po wielu rakowych powieściach i nie sięgnęłam po nią. Teraz nadrabiam na blogu.
    Życzę Ci tego samego, wiem, że brzmi sucho takie "nawzajem", ale zazwyczaj życzymy tego, czego chcemy sami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w sumie nawet dobrze, wychodzi na to, że jakoś wybiłam się z uścisku smutku w pisaniu. Albo mi się wydaje? :P Otóż to :)
      Tez właśnie jej bloga czytam. ;)
      I cóż, dziękuję :* Choć już po świętach cholera xD

      Usuń
  10. Chyba każdy w swoim życiu przynajmniej raz zastanawia się nad procesem umierania. Też dużo o niej myślę, z tym że przez moją wiarę - nie boję się śmierci. A Twój P. zareagował trochę jak w jakimś filmie. Rozumiem, że nikt nie chce, by odchodziła od niego bliska osoba. Sama nie dopuszczam do siebie faktu, że miałoby przy mnie zabraknąć mojego R. ale prędzej czy później należy to do siebie jakoś dopuścić i z tym się oswoić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie wierzę podobnie, jak Ty i też aż takiego lęku przed nią nie czuję, ale właśnie nieraz dopada mnie ta myśl, że to "tylko" wiara. Że nigdy nie będę tak do końca pewna, nawet w "tym" momencie, że mogę być o to wszystko spokojna. A strach czuję głównie dlatego, że boję się nieznanego, zupełnie innej, obcej i samotnej wędrówki. Ale bardziej w sumie chyba boję się o ludzi, których miałabym tu zostawić, niż o siebie.
      Ano jasne, trzeba, tylko widzisz, każdy ma jakiś swój sposób na to. Swój "limit" oswajania, jak mawiam. I ja wierzę, mam nadzieję, że on się jakoś z tym oswoi, ale też rozumiem go, bo wiem, że miłość nie idzie w parze zbytnio z pożegnaniami na zawsze.

      Usuń
  11. Chcę przeczytać książkę o Joannie, ale nie potrafię jej znaleźć w bibliotece (nie wiem jaka półka, choć przejrzałam już praktycznie wszystkie możliwe!). Tzn. jak byłam jeszcze w domu, bo teraz nie mam tu biblioteki. Słyszałam, że ta książka nie ma numerowanych stron, żeby nie odliczać do końca i z jakiegoś jeszcze innego powodu, ale zapomniałam, o co chodzi.
    No a sama śmierć to niejako temat tabu... W większości przypadków mówi się o niej raczej z konieczności, więc ciężko się z nią oswoić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze, ja muszę ją w Empiku dopaść, bo sama chcę ją bardzo przeczytać. Z tym brakiem numerowanych stron to w sumie świetny pomysł...
      Ano ciężko. Ciężko, bo jednak trudno oswajać się z tym, co sprawia ból.

      Usuń
  12. Dziękuję Ci za ten wpis. Jest piękny, motywujący. Z chęcią wydrukowałabym kilka fragmentów i powiesiła w widocznym miejscu, aby zawsze móc rzucić na nie okiem.
    Takie historie umacniają i skłaniają do refleksji. Oglądałam ten dokument, chciałabym przeczytać książkę, która jest na podstawie bloga Chustki. Mnie osobiście dotknęła książka "Magda, miłość i rak". Po jej przeczytaniu moje spostrzeganie świata diametralnie się zmieniło. Również mogę polecić "Bóg nigdy nie mruga" Reginy Brett, która opisuje m.in. swoje przeżycia z choroby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nie ma za co, polecam się na przyszłość ^^ O ile będą tu takie motywujące wpisy, bo podobno potrafię też cholernie zamulać :P To ja dziękuję, za ciepłe słowa i - proszę bardzo, wydrukuj, zapisz, jeśli w jakikolwiek sposób może Ci to wszystko pomóc. Pierwszej ksiażki nie czytałam, ale "Bóg nigdy nie mruga" przeczytałam właśnie i wywarła na mnie pozytywne wrażenie, mimo nadmiernego wspominania o Bogu, co mnie nawet drażniło, mimo, ze jestem wierząca. Ale ogólnie właśnie dała ogrom pozytywnych emocji i świadomość, by doceniać tu i teraz.

      Usuń
  13. Mam wrażenie, że czasem zdarza nam się zapominać, jak ważne jest zdrowie. Będąc zdrowym możesz osiągnąć wszystko - o ile oczywiście jesteś wolny. Możesz zostać, kim chcesz i robić, co tylko chcesz... I o ironio, uświadamiają nam to ludzie, którzy takiego szczęścia nie mają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo brak tego, co jest nam potrzebne do szczęścia, albo ból potrafi wyostrzyć zmysły. Piękno i dobro bywają dla nas zbyt jałowe. Po prostu są, a my to przyjmujemy do siebie. Tak nam dobrze i tak powinno być. A nieszczęścia sprawiają, że widzimy, co tracimy. I właśnie staję na głowie, by umieć docenić to bez tych cholernych nieszczęść.

      Usuń
  14. Chciałabym nad tym porozważać głębiej, ale... nie powinnam. Im więcej o tym myślę, tym mocniej mi się to objawia w snach, a nie jest to korzystne dla dziecka ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc lepiej porozważać nad samymi dobrymi "rzeczami" ;)

      Usuń
    2. Nie podoba mi się takie ograniczenie... nie cierpię żadnych ograniczeń ;D

      Usuń
  15. Łezka mi się zakręciła w oku, ale taka wywołana wzruszeniem. Kiedy czytałam o Twojej miłości do przyrody, świata i szeroko pojętego piękna, przypomniałaś naszego kochanego Kordiana... Pod tym względem widzę między Wami niesamowite podobieństwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Papużko... dla mnie te porównanie bywa niestety bolesne, choć ja sobie nieraz zdaję z niego sprawę. W sumie mieliśmy podobną "działkę", nawet na tej samej uczelni studiowaliśmy, więc jednak i mi przyroda jest bliska, tak jak Jemu i to nas właśnie jakoś łączyło...

      Usuń
  16. Chciałabym już móc poczuć to co Ty czujesz, skupić sie na kochaniu zycia i życiu rpzedewszystkim.. niestty póki co średnio mi wychodzi.. może to to przesilenie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, pozostaje mi mieć nadzieję, że z biegiem czasu będzie wychodziło to lepiej ;)

      Usuń
  17. Właśnie często tak jest,że doceniamy coś dopiero kiedy to stracimy. Miałam tak z moją babcią. Zawsze była na wyciągniecie ręki i w sumie wszyscy przyzwyczaili się,że po prostu jest. Jednak kiedy umarła wszyscy zobaczyli,że bez niej jest tak strasznie,okropnie pusto...Tak...Trzeba doceniać to co się ma. Może te słowa nie są zbyt mądre,bo sama wiem jak często narzekam na to i tamto,ale taka jest prawda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, też mniej więcej o to mi chodziło. I widzisz, podobnie, jak z Twoją Babcią jest ze zdrowiem, a nawet z życiem. Dlatego właśnie taka metafora jest trafna i najważniejsze, że daje do myślenia.

      Usuń
  18. Ja też chcę tego wszystkiego! I teraz już w sumie wiem, że mogę :)

    OdpowiedzUsuń
  19. naszła mnie taka refleksja, że faktycznie bardzo myślimy w życiu o śmierci, która przecież jest nieuchronna, czasem dobrze obejrzeć taki film ale nie za dużo, żeby się nie przygnębiać za bardzo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano nie można przedobrzyć, jak ze wszystkim zresztą ;)

      Usuń
  20. Powiedział Ci najpiękniejsze Kocham Cię jakie można było :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Asik też się zastanawiam nad obejrzeniem tego filmu ale w obecnym stanie sobie daruję...zaczekam,a do serca i głowy przybrałam sobie Twoje wspaniałe mądre słowa ;* dziękuję za przypomnienie :)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zastanawiałam, o jakim stanie mówisz, ale poszperałam na Twoim blogu i łooo, jaka niespodzianka :D Tak się cieszę Kochana i ogromnie gratuluję :* Jak miło takich fajnych rzeczy dowiadywać się po powrocie :)))
      I nie ma za co :*

      Usuń
  22. Na tym polega fenomen filmów, w których główny bohater "przygotowuje się" do śmierci - te filmy nie opowiadają o śmierci, tylko pokazują życie. A im bardziej to życie pokazują, tym bardziej samej chce się żyć najlepiej jak się potrafi. "Joanny" akurat nie widziałam, ale takie filmy jak "słodki listopad", "mamuśka", czy "nad życie" wywarły na mnie podobne wrażenie do tego, co opisałaś... Dobrze sobie od czasu do czasu przypomnieć jak bardzo jest się szczęśliwym, bo MOŻNA zrobić w życiu jeszcze tyle wspaniałych rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Jestem przekonana,że nieraz jeszcze ten film sobie obejrzę, aby pewne rzeczy sobie poprzypominać. Właśnie "Nad życie" nie oglądałam - niestety nie wyrobiłam na tym filmie. Raz się do niego przymierzałam i choć bardzo chcę go obejrzeć, to jednak emocje wzięły górę. Może też dlatego, że w kiepskim okresie go oglądałam, Ale wrócić chcę, zobaczymy, co z tego wyjdzie ;)
      Ano właśnie. MOŻNA :)

      Usuń
  23. A mało ludzi docenia to co ma. Dopiero jak zdarzy się jakaś tragedia to każdy nagle kocha życie. Ale z drugiej strony nie ma co się dziwić - ludzie boją się śmierci :(
    No i chyba usłyszałaś jedno z najpiękniejszych wyznań miłości od swojego narzeczonego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się... niestety, strasznie dużo w tym prawdy. Jednak i ten strach ma swoje dobre strony - potrafi zwrócić wzrok w odpowiednim kierunku.
      Najpiękniejsze, zdecydowanie :)

      Usuń
    2. Podziwiam Cię za poruszenie tego tematu. I jak dobrze pamiętam to już kiedyś o tym pisałaś, prawda? Bodajże o przeszczepieniu narządów po śmierci? Czy coś pomieszałam?

      Usuń
  24. Wspaniałe i piękne jest to, że potrafiłaś tak bardzo się otworzyć na ten film i jego przekaz... Do niewielu umysłów trafiają takie niuanse, jak "przeszkadzające słońce". Choroba, ale także (jak widać) mówienie o niej może otwierać nas na nowe doświadczenia. Ba! Może nawet nauczyć nas wreszcie normalnie postrzegać ludzi i świat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właśnie bardzo, bardzo bym chciała, aby do innych ludzi też te "przeszkadzające słońce" jakoś trafiło. I mam nadzieję, może nawet złudną, ale mam, że jakoś dzięki tym moim "farmazonom" chociaż trochę trafi ;)

      Usuń
  25. niesamowite, przed chwilą przeprowadzałam dwie niezależne dyskusje na temat szczęścia, możliwości, doceniania i niedoceniania, wszystkiego, co my właściwie możemy... i teraz znów się natykam na to u Ciebie :)
    bądźmy szczęśliwe! amen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz wyczucie czasu po prostu ^^
      Amen!

      Usuń
  26. Sytuacje ludzie chorych, takich, którzy nie mieli w życiu tyle szczęścia co my, uświadamiają często, jak wiele mamy. Wtedy właśnie uświadamiamy sobie, że aż wstyd jest na to wszystko marudzić i jedynym słusznym rozwiązaniem byłoby podejść do każdej sytuacji z uśmiechem. Tak jak pisałaś o słońcu - w sumie też mi się go żal zrobiło. Chociaż ja nie zasłaniam rolety, ja mrużę oczy i wystawiam twarz w jego stronę, a niech mnie grzeje, w końcu tęskniłam. :)

    A to co powiedział P. - piękne i takie wymowne. W jego słowach czuć tyle miłości do Ciebie. <3
    Ja go rozumiem, chociaż jakbym miała się zastanowić , to sama nie wiem czego boję się bardziej - swojej śmierci, czy bliskich mi osób. Nie wiem, nie chcę o tym myśleć, bo to dla mnie temat, który lepiej przemilczeć. Mam nadzieję, że będzie mi dane przeżyć tak wiele lat, że nawet śmierć przestanie być dla mnie straszna. (jeśli to w ogóle możliwe)

    OdpowiedzUsuń
  27. Ach tak właśnie. Często ci, którzy zdają sobie sprawę z kruchości ich życia, potrafią je wykorzystać do maksimum. Bo oni mają coś, czego się boją bardziej od śmierci. Swoją misję do spełnienia, altruistyczną czy egoistyczną, jednak misję. Od nich najwięcej można się nauczyć. Wiemy to dobrze.

    OdpowiedzUsuń