czwartek, 10 grudnia 2015

"I po krzyku" - czyli na temat nauk przedmałżeńskich słów parę.

Przygotowania do ślubu trwają. Powoli dopinamy na ostatni guzik wszelkie formalności związane z weselem, listą gości, czy podziałem kosztów. Spisaliśmy już umowy z właścicielką lokalu, z fotografem i zespołem. Dogadaliśmy się z rodzicami w kwestii poprawin, których nie wyprawiamy - ale o tym innym razem. W głowie mam projekt skromnej sukni i na dniach pojadę tłumaczyć paniom z salonu, co też w moim roztrzepanym łbie siedzi. Wybrałam już nawet zaproszenia. Czaimy się na kupno obrączek, na które mamy już odłożone pieniądze. Zapytacie, dlaczego się czaimy? Śmiejcie się, ale jak to mój P. stwierdził: "a co będzie, jak nam zgrubną paluchy i na ślubie sobie ich nie  wsadzimy?" Niech więc to pozostanie póki co bez mojego komentarza. Cały czas trwają kłótnie o to, jaką wódkę kupić. Choć i tu mój przyszły mąż sypie nie lada mądrościami, twierdząc, że "wódka, jak wódka, smakuje jednakowo - czyli wybornie." I bądź tu człowieku mądry.

To wszystko sprawia mi coraz więcej radości. Dzięki Bogu póki co powoli kończą się kłótnie o podziały kosztów, o pomoc ze strony rodziców i mniej więcej każdy ma swoją działkę i wie na co ma wydać, tak, żeby było sprawiedliwie, ale i z rozsądkiem, bo na kokosach nie leżymy przecież. Więc tragedii nie ma. Nawet mi, jako nerwusowi pospolitemu udało się trochę spuścić z tonu i przestałam drżeć jak osika na myśl o całej bieganinie. Bo zaczęło mi się to wszystko po prostu podobać i rodzić we mnie swego rodzaju podekscytowanie.

Entuzjazm mój jednak gasł, kiedy przypominałam sobie, że oprócz całej tej otoczki jest także sprawa związana z "formalnościami" załatwianymi u księdza.

Pierwszą taką wizytę mamy już dawno za sobą. Nasze nazwiska widnieją już w księdze zapisów z dokładnością co do dnia i godziny zawarcia przez nas związku małżeńskiego. Drugą sprawa, którą mamy "z głowy" w kwestii spraw kościelnych, to nauki przedmałżeńskie. Możecie się dziwić, ale chyba właśnie tego bałam się najbardziej.

Od początku odnosiłam wrażenie, że to właśnie kwestie związane z kościołem będą najbardziej problematyczne. Najwięcej załatwiania, kombinowania, stresu i wmawiania treści, z którymi niekoniecznie nie godzę się ani ja, ani mój przyszły mąż. Zastanawiałam się, ile trzeba przejść, żeby móc przysiąc sobie miłość przed Bogiem, w którego się wierzy. Póki co, tragedii nie było. Albo powiem inaczej - bałam się, że będzie dużo gorzej.

Nauki przedmałżeńskie w kościele, w którym zamierzamy się pobrać za siedem miesięcy trwały sześć dni. Codziennie wieczorem, od niedzieli do minionego piątku. Spotkania były prowadzone przez trzy osoby - księdza, panią z poradni przedmałżeńskiej i jeszcze jakąś inną panią, nie wiem, jaką, ale przynajmniej ona wydawała się całkiem spoko.

Było o wielu różnych sprawach. O antykoncepcji rzecz jasna, a raczej o szkodliwym wpływie na zdrowie kobiety tabletek antykoncepcyjnych - czyli pani ograniczyła się do jednostronnego, negatywnego minimum swojej wiedzy na ten temat. Było o miłości słów parę. Było o różnicach w postrzeganiu świata przez kobietę i mężczyznę, co akurat mi się podobało. Było też o tym, że musimy być ze sobą do końca życia, że to przysięgamy i koniec i kropka. Presja potężna. Jakże smutno zrobiło mi się, kiedy pomyślałam, ileż manipulacji musi być w tych słowach, ileż ogólników. Ktoś zapytał "a jeśli mąż zacznie bić żonę i dzieci, to też ma z nim być do końca życia?" Pani próbowała wybrnąć, ale odpowiedzi ostatecznej, takiej, która zadowoliłaby chociażby mnie - nie znalazła.

Słuchając tych wszystkich "wykładów" zastanawiałam się smutno, ile w tym wszystkim jest Boga. Boga, w którego ja wierzę, nie godząc się zawsze z naukami Kościoła. Ktoś powie mi zaraz, że sobie ułatwiam, że omijam drogowskazy jakieś, że jaka to wiara, nijaka taka. Kiedyś już o moim podejściu do wiary pisałam, a dokładniej tutaj, zatem powtarzała się nie będę.

Wierzę w Boga, który równy jest Miłości. Dla mnie Miłość jest Bogiem i na odwrót. Bo Miłość jest właśnie tą najwyższą, niepojętą siłą, która kryje się w naszych sercach. Siłą Podświadomości, którą ludzkość czci na swój sposób, w zależności od wyznania. Miłość pozwala dostrzec piękno świata, jego kolory, zapachy i odgłosy. Miłość pozwala oddychać, oddać swe serce drugiemu człowiekowi. Miłość pomaga czynić dobro, ukazując w zwierciadle naszych umysłów uczucia skryte gdzieś na dnie. Miłość pozwala się śmiać i płakać. Dopóki mamy w sobie Miłość, nie giniemy. Dopóki kochamy, trwamy w jedności.

A co dzieje się, kiedy Miłości nie wystarcza? Dlaczego jej nieraz braknie? Pomiędzy Jej zwierciadła uczuć wkradają się złość, rozczarowanie i smutek, pociągając za sobą inne nieszczęścia. I myślę sobie - a co, jeśli nie zdołam ich kiedyś udźwignąć? Nie wiem, kim będę za kilkadziesiąt lat. Wiem jednak, że moje serce ma mnóstwo Miłości. I będę kochać dopóty, dopóki mi Jej starczy. A jeśli miałoby Jej któregoś dnia zabraknąć, wolałabym umrzeć, aniżeli bez Niej żyć.

Na początku zastanawiałam się, dlaczego na naukach o Miłości wypowiedziano tylko jedno zdanie i to zakończone pytajnikiem:

Czym jest Miłość?

Odpowiedź pozostawiono nam. I później uznałam to za słuszne. Bo Miłości nie da się sprowadzić do ogólników. Do tych wszystkich, smutnych ogólników, do których sprowadza się nieraz wiarę w Boga.

Dostaliśmy więc zaświadczenia, z pieczątkami, o odbyciu nauk przedmałżeńskich. Kolejny ogólnik wiary, sprowadzony do świstka papieru.

W ciągu trwania całych nauk dostaliśmy jedno zadanie, które mi osobiście się nawet spodobało. Mieliśmy spisać na kartkach, każde osobno, kilka kwestii, celów bycia razem w przyszłości. Karteczkami mieliśmy wymienić się w domu.

Tak też uczyniliśmy z mężem moim przyszłym.

Wiecie, ja, jak to ja, napisałam coś o wzajemnym wsparciu, o okazywaniu miłości, o planowaniu przyszłości, o szczęściu, o spełnianiu marzeń i o dzieciach. P. zacieszał od ucha do ucha czytając to.
- A teraz zobacz, co ja napisałem... - wręczył mi karteczkę zadowolony.

Czytam więc.
"Okazywanie uczuć... bla, bla, bla... i żebyś czasem mi jeść dała, żebym nie głodował. I seksu czasem. Bara bara. Rym cym cym."

-...a potem szybko schowałem tę kartkę, bo bałem się, że ta baba zacznie to zbierać. A ty jakoś ze mną wytrzymujesz, więc pomyślałem sobie, że mnie zrozumiesz.

Nic dodać, nic ująć.


31 komentarzy:

  1. Ślub w Kościele zobowiązuje. Między innymi do przestrzegania praw, które są nam znane i przyjęte za własne pod sankcją grzechu. I własnego honoru, że nieśmiało tu jeszcze dodam. Obserwując wiele spośród tych zawartych przed ołtarzem związków mam wrażenie, a nawet pewność, że ludzie nie do końca rozumieją, do czego się zobowiązują. Lepiej w takim przypadku zrezygnować z sakramentalnej formy zawarcia małżeństwa. Jest tyle innych, bardziej liberalnych, ot, cywilna ceremonia. Tam również można wystąpić w białej sukni.
    Wiara w Boga - tak, ale czy również posłuszeństwo Kościołowi? Bo na tym właśnie polega ślub kościelny. Należałoby poważnie się nad tym zastanowić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, i ja znam takie pary. Zwłaszcza takie, którym zależy na czerwonym dywanie i doborze odpowiednich kwiatów w kościele, które będą współgrały z suknią. A to nie o to tutaj chodzi.
      Dla mnie ślub kościelny polega przede wszystkim na ślubowaniu przed Bogiem. Natomiast tego Boga mamy prawo jako istoty niedoskonałe poszukiwać przez całe życie i swoją wiarę udoskonalać przede wszystkim po to, by była ona szczera i płynęła prosto z serca, a nie odnosiła się do podpunktów stworzonych niejako przez człowieka.

      Usuń
  2. Wiesz co... chciałam coś napisać o kwestii kościoła, że się z Tobą zgadzam. Że te gadki to takie staroświeckie... i w ogóle. No, ale to co Twój P. napisał właśnie mnie zmiotło "żebyś mi jeść dała i bara bara" no kuźwa! XD i wyobrażam sobie minę tej baby, jakby miała to przeczytać, hahaha!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do kwestii Kościoła... cóż, po prostu uważam, że należy żyć w zgodzie z własnym sumieniem. I trzymam się słów, które podczas spowiedzi w której wylałam wszystkie moje wątpliwości powiedział mi jeden ksiądz: "W ostatecznym rozrachunku będzie liczyło się tylko to, czy kochałaś. Więc kochaj."
      Weź, ja się zastanawiałam, które z nas bardziej zaczęłoby się zapadać pod ziemię ze wstydu :P Ale znając życie to ja, bo P. by stwierdził, że ma wyjebane ;D

      Usuń
    2. Najprawdziwszą prawdę powiedział. To musiał być jakiś fajny ksiądz. I chciałabym Ci jeszcze pogratulować, że Wam tak wszystko sprawnie idzie, mnie by pewnie stres zeżarł. Na razie żyję sobie na kocią łapę, jak to uroczo ujęła moja babcia :3
      Wy to musicie mieć śmiesznie:D sama się zastanawiałam nad jakimś postem z rozmowami moimi z K., podejrzewam jednak że świat nie jest jeszcze na to gotowy XD

      Usuń
  3. Moim zdaniem w dzisiejszych czasach ślub kościelny jest sprowadzony do złych przesłanek i gaśnie to o co w nim chodzi na prawdę. Ludzie skupiają się na tym na czym nie powinni :) ... Twój P jest genialny :D..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Ale pozostaje mieć nadzieję, że pewnego dnia zrozumieją, którędy droga ;)
      Taa :P

      Usuń
  4. Asiu wspominam swoje podekscytowanie gdy czytam Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło, że wracają dobre wspomnienia :)

      Usuń
  5. Wiara w Boga a Kościół to wydaje mi się często, że to dwie różne kwestie. Ale super, że mimo tego tłoku spraw, powoli wszystko załatwiacie! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziś wiele par bierze ślub kościelny dla otoczki, bo kościół, bo dostojniej, bo więcej miejsca. Ja zaś bym chciała na odwrót, dla mnie ślub kościelny to taka intymna chwila między człowiekiem,parą a ludźmi. Takie ślubowanie Bogu, bardzo intymny i osobisty moment. Wiara jest dla mnie bardzo ważna i chciałabym stanąć przed ołtarzem z wiarą,że dam/y radę dochować wszystkich przysięgom:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. ja uważam że Bóg to Wiara i Miłość w jednym. Ok nauka nauką i te wszystkie przestrogi przestrogami ale kurcze to i tak życie weryfikuje czy ten mąż i ta żona byli rzeczywiście darem od losu czy po prostu pomyłką

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja bardzo wierzę w Boga, ale staram się nie zapomnieć, o płynącej z tego miłości...

    OdpowiedzUsuń
  9. A więc już po naukach:) Więc dobrze, że zaliczone, pamiętam, jak się ich bałaś:) Teraz możecie wziąć ślub, no :D
    I...znowu, czytając twojego posta zastanawiam się nad pewnymi kwestiami. Bo jak wiesz doskonale, ja za nic nie mogłabym chodzić na takie nauki, tak jak za nic nie mogłam pozostać chrześcijanką. Właśnie też, na początku, przez kościół. I moja wiara moją wiarą ale...zawsze nachodzi mnie pewna wątpliwość, o której ci mówiłam, którą katowałam kiedyś godzinami z Cat, która, tak jak ty definiuje religie jako miłość i zasadniczo najbliżej jej do huny, jeśli mamy wybierać jakieś określenie, jeśli w ogóle, bo też nieraz po co się określać :D Ale właśnie nieraz patrzę na ludzi, choćby w pracy i zastanawiam się...jak oni mi wyliczają, jestem katolikiem ale jestem za aborcją, jestem za eutanazją, jestem za seksem przed ślubem, uważam większość dogmatów na niepotrzebne tudzież nie zgadzam się z nimi...to ja się zastanawiam, na ile ktoś jest katolikiem, a na ile przywykł do tradycji i wierzy w Jezusa czy miłość czy jak to zwać ale..ulega pewnej presji. Bo właśnie w pracy ostatnio na ten temat rozmawiałam, wyobraź sobie, gdy wyszło, że nie jestem chrześcijanką, nie obchodzę świąt i w ogóle jestem inna ( bo część ludzi wiedziała, część nie, nie rozmawiam wielce o religii w pracy :D). I okazało się, że jedna babka która ma 40 lat ponad, męża, dzieci sama czuła taką presję. W sensie kościoła katolickiego, wierzyła w chrześcijańskiego Boga, ale nie zgadzała się z naukami kościoła, który niby Boga ma reprezentować. A potem, jak miała 30 lat, wyjechali do Anglii. I tam poznała kwakrów, swoją drogą uwielbiam sposób wyznawania Boga przez kwakrów i ich wspólnoty, cały motyw światła Boga w ludzkim sercu. Ale w każdym razie tak gadałam z Beatą, że ona też nie obchodzi świąt, żyje teraz zgodnie z biblią w sumie i zasadami wspólnoty, które jej odpowiadają i rzuciła właśnie zdanie- wielu ludziom nie odpowiada kościół, ale kochają Boga. Tylko jest tyle odłamów, sposobów wierzeń, ale ci ludzie ich nie znają i męczą się, mówią jestem katolikiem ale...i następuje litania. Litania pewnego, jak mówi Beata, też strachu albo przyzwyczajenia. Do tradycji, strachu, że cię "zjedzą" jak naprawdę pokażesz, że wierzysz trochę inaczej. I znowu widzisz, po przeczytani tego, ja zastanawiam się nad jarzmem pewnego rodzaju instytucji, bo właśnie...to jest instytucja. Ile człowiek musi przejść formalności, żeby po prostu być pobłogosławionym przez Boga, którego kocha, nosi w sercu, który niby go kocha? Serio, Bóg przejmuje się papierkami? Potrzebuje posłańców? Wytycznych kto może uprawiać seks a kto nie? Zmusza człowieka chociaż dał mu wolną wolę w teorii? Jak ktoś w to wierzy, to spoko...ale jak to uwiera...to już jest nie w porządku. I zastanawiam się...na ile niektórym to narzucono, a na ile niektórzy dają sobie narzucić. A mam wrażenie, że im bardziej świadoma, a nie wyuczona wiara która wypada ( bo i taka jest przecież) tym bardziej jarzmo ciśnie. I im bardziej, tym bardziej się szuka. Ale..co z tego nieraz? Rzecz jasna, nie wypowiadam się na temat spraw panujących w kościele, bo do kościoła nie należę i jak komuś to pasuje to fajnie, ale widzę jak się męczą. Patrzę na ludzi po prostu. Sama mam swoje wolnościowe wyznanie, ale właśnie tak patrzę sobie nieraz na ludzi i się zastanawiam nad tym wszystkim, w rozmowach, dyskusjach. Patrząc, jak szykują święta, których nawet nie lubią, chrzczą dzieci, bo tak wypada. I na tych też patrzę, co wierzą naprawdę i gorliwie nieraz, co jak Beata poszukali swojego sposobu, nawet w takim wieku, zdawałoby się, późnym, bo nie pasowały im nauki, ale pasował im Bóg o takim imieniu. I dziwię się nieraz światu znowuż.

    OdpowiedzUsuń
  10. Podpisuję się całym moim sercem pod Twoim podejściem do Boga... Bóg jest Miłością, a Miłość jest Bogiem. jedna z bardziej dosadnych prawd. Fajni jesteście - zwłaszcza sprawa tej karteczki do przyszłego męża :) Trzymam za was mocno kciuki. Rym cym cym. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zazdroszczę Wam tych wszystkich przygotowań, tego załatwiania, niby jeszcze tyle czasu, ale z takimi sprawami trzeba dużo, dużo przed.
    Co do kościelnego ślubu to akurat ja nie jestem za - po pierwsze nie mam bierzmowania a po drugie mój partner nie może wziąć ślubu kościelnego. Ale to jak piszesz o Bogu świadczy tylko o tym, że podjęliście najlepszą decyzją jaką mogliście. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jeny to szybko i sprawnie to poszło. Czytałam kiedyś opis takich nauk na innym blogu i... Trwało to dłużej przez osobne spotkania z panią, która zachęcała do korzystania z kalendarzyka. Żeby para się do siebie zbliżyła, mieli wspólne obserwować cykl, więc dzień zaczynali nie od seksu, tylko od włożenia termometru w cipkę i zastanawianiu się czy ten śluz należy zakwalifikować jako lepki czy nie xD Ponoć nie było to nawet takie straszne, znaczy facetowi się znudziło. Ale laska była zachwycona poznawaniem swojego ciała. I sami mówili, że nie podchodzą do tego jako do metody antykoncepcyjnej (bo tym to przecież nie jest). Ale ponoć pomogło przy PLANOWANIU RODZINY i teraz mają dzieciątko, nie za wcześnie, tylko tak jak chcieli. Anyway, myślę, że to nie jest jakieś fascynujące przeżycie, więc jak zobaczyłam tytuł posta to się przeraziłam :D Bo tutaj to dopiero mógłby być krzyk xD Mam wrażenie, że zwłaszcza P. :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Nauki przedmałżeńskie dopiero będą przede mną, ale od przyjaciółek słyszałam czego można się spodziewać. No i oczywiście można trafić na jakieś fajne nauki, a można trafić na takie których nie chce się pamiętać.
    Mam nadzieję, że panie krawcowe zrozumieją Twoją wizję i spełnią Twoje oczekiwania:)
    Hehe:p Chyba bym się popłakała ze śmiechu, gdybym to ja przeczytała:p

    OdpowiedzUsuń
  14. ja nauki przedmałżeńskie mam już za sobą tak samo. Wiele wiedziałam, wiele się dowiedziałam. Jeszcze spotkanie w poradni nas czeka przed samym ślubem. Z tego postu od razu widać, że się kochacie, a ślub Was połączy na zawsze. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  15. Powiem Ci, że ja się też tych nauk obawiam najbardziej. Chociaż Twoje przebiegły dość spokojnie. Na blogu innej dziewczyny czytałam o mierzeniu sobie temperatury i rysowaniu wykresów, jako "ćwiczenie formy antykoncepcji". Ja w sumie nauki mam za sobą, bo miałam je w szkole średniej - ale mój B. nie ma, więc pewnie i tak będę musiała iść, jak myślisz?
    Ja też się z pewnymi kwestiami nie mogę zgodzić, a może raczej... zrozumieć. Może właśnie gdyby ktoś potrafił wyjaśnić mi wszystko, co do czego mam wątpliwości, to zmieniłabym zdanie.
    No i widzę, że przygotowania idą na całego. :) Aż mi się zachciało już na całego planować. xD

    OdpowiedzUsuń
  16. Bara-bara rym cym cym, no jebłam jak Hanka w kartony :P

    OdpowiedzUsuń
  17. hehe końcówka zabawna :D :D
    Kurczę, ja to bym się chyba stresowała na tych naukach.
    "Co to jest miłość?" - niby proste pytanie, ale odpowiedź na nie, dość problematyczna

    OdpowiedzUsuń
  18. Z tymi naukami przedmałżeńskimi to różnie bywa. Jak są dobrze prowadzone, mogą być naprawdę cenne :) Ale czasem mogą wręcz zniechęcać i odstraszać...
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Tak sobie myślę, że nauki przedmałżeńskie, kiedy omawia się kwestie dotyczące tego, co równie dobrze można współcześnie znaleźć w internecie mijają się z celem. Ale rozmowa o wzajemnych oczekiwaniach, odmiennych poglądach czy właśnie próba definicji miłości zrobiona po swojemu, może przynieść wiele dobrego. Bo właśnie na tą chwilę refleksji brakuje czasu w przedślubnej gorączce, więc dobrze że jest i taki punkt do odhaczenia przed ślubem.

    OdpowiedzUsuń
  20. Mąż mojej przyjaciółki, na swoim ślubie, powiedział podczas przysięgi, że "nie dopuszczę cię aż do śmierci" :p ja bym się bała co Patryk powie na ślubie :P

    OdpowiedzUsuń
  21. Asiu, choć jestem niewierząca, popieram Twoją wizję miłości. Jest piękna i dojrzała, niezależnie od patrzenia przez pryzmat boga czy nie.
    Patryk to taki pozytywny wariat, równowaga dla Twojej ekspresji uczuć. Uwielbiam śledzić Waszą historię :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Gratulacje! Ja swoje nauki odbyłem chyba w wieku ok 16-17 lat. Nie, nie żeniłem się, ale była możliwość zrobić więc stwierdziłem, że kiedyś pewnie się ożenię a nauki już będę miał z bańki :) Moja żona nie odbyła takowych i siłą rzeczy razem odbyliśmy przed ślubem. Jako że za gramanicą żyjemy i nie było zbyt dużo czasu żeby spotykać się na naukach, które chyba raz w tygodniu się odbywały, to mieliśmy jedno spotkanie, tydzień przed ślubem. To była taka skondensowana dawka, esencja wręcz. Dziwne to było od początku, już pomijając fakt o niebezpieczeństwach płynących z antykoncepcji, ale gdy pani prowadząca odczytywała nam w jakie dni i o jakich porach powinniśmy słuchać audycji w radiu Maryja to już odpuściłem słuchanie dalszego wykładu. A najbardziej w pamięci mi utkwiło zdziwienie tej pani gdy ją uświadomiliśmy, że mieszkamy razem z jakieś dwa lata. Szok i niedowierzanie. Zakładam że w jej głowie byliśmy książkowym przykładem grzeszników i gdyby była księdzem i miała ambonę, to palcem by nas wytknęła ;)
    Pozdrawiam i szczęśliwości życzę na nowej drodze życia!

    OdpowiedzUsuń
  23. obstawiam, że mój napisałby coś podobnego :D
    a z tymi formalnościami, to chyba zależy na jakiego księdza się trafi. akurat jestem na bieżąco, bo przyjaciele usiłują załatwić wszystkie papierki i idzie im jak po grudzie - łącznie z tym, że na kolędzie muszą udać, że nie mieszkają razem, a zamiast Marcina mieszkam z Baśką ja :P więc mieliście szczęście trafić na jakiegoś sensownego ;)

    OdpowiedzUsuń
  24. To życzę Wam, aby teraz było tylko z górki z tymi wszystkimi sprawami do załatwienia :)

    OdpowiedzUsuń