wtorek, 31 maja 2016

Dobry poniedziałek

Promienie słońca drażniły wczoraj zaspane powieki. Otwierałam oczy i czułam, jak coś pęka w środku. Nowy dzień, nowe wyzwania - rzekłabym kiedyś. Kiedyś.

Miałam wrażenie, że zmartwychwstaję, zamiast budzić się do życia. Ledwo byłam w stanie zwlec się z łóżka. Coraz częściej w ustach oprócz pieprzonego papierosowego kapcia czułam suchość. Nie wiedziałam, ile palę już dziennie. Dużo. Dużo za dużo. Łapczywie sięgałam po butelkę z resztką wody. Nie piłam już porannej kawy, bez której nie wyobrażałam sobie dnia. Kręciło mi się w głowie. Niedobrze było. Wymiotowałam.

Spojrzałam w lustro. Widziałam podkrążone oczy, zapadnięte powieki skrywające radość rzadkich, zielonych patrzadeł. Widziałam koszmarne odrosty zbyt długo niefarbowanych włosów. Pół-rude, pół-mysie. Widziałam szarą twarz. Była tak bardzo ponura, nawet, kiedy próbowała się uśmiechnąć. A może dobrze  wiedziała, że uśmiech jest nieszczery, wymuszony? Nie da się oszukać, nie założy maski, nie będzie udawać. Udawać, jak ja udawałam każdego dnia. Że jestem jak kiedyś.

Łzy napływały do oczu. Znów niekontrolowanie, znów znienacka. Dałam im upust, płyną więc powoli po szarych policzkach. Wytarłam je kantem dłoni i próbowałam żyć. Iść do przodu.

Ktoś powiedziałby, że nie doceniam tego, co mam. Że przecież jestem szczęśliwa, mam pracę, mieszkanie i za półtora miesiąca biorę ślub z facetem którego kocham nad życie. Ktoś powiedziałby, że coś mi uderzyło do głowy.

Moja praca przestała mnie fascynować. Szczerze? Znienawidziłam ją. Kiedy czekasz na coś pół roku, nie szukając niczego innego w zawodzie, bo obiecują ci cuda, stanowiska, umowę i dobrą płacę, a potem okazuje się nagle, że te obietnice były jedną wielką ściemą... idzie się wkurwić. Kiedy nagle masz jednocześnie kierować i pracować fizycznie, zbierać baty od ludzi, "sił wyższych" z urzędu, czytać hejty w internecie, bo przecież anonimowo najłatwiej kogoś oczernić bezpodstawnie. Mówiono mi do cholery, że będę musiała mieć grubą skórę, ale nikt do kurwy nędzy nie pytał, dlaczego w CV nie mam napisane nic o umiejętności rozdwojenia, tudzież roztrojenia się.

Ta praca miała być spełnieniem marzeń. Póki co - prawie mnie wykończyła. Psychicznie i fizycznie. Jakby ktoś tam zapomniał, że jestem tylko człowiekiem. Przenoszę ją na dom, mimowolnie. Emocje targają mną jak wiatr wiotkimi gałązkami płaczącej jak ja wierzby. Trzęsą mi się ręce, trzęsie mi się broda. On to wszystko widzi, próbuje mi pomóc, przytula, rozśmiesza. A ja w ryk. On się nie poddaje, próbuje od nowa, przytula, rozśmiesza, kula się z kotem po podłodze. Uśmiecham się pod nosem, a po chwili znowu w ryk. Aż w końcu i on ma dość, bo ile można żyć z takim (ni)kimś, jak ja?

W końcu i on ode mnie ucieka. Potrzebuje oderwania, wypadu z chłopakami w zupełnie inny świat. Zostawia mnie - myślę, jak egoistka. Zostawia i wyjeżdża. Jedna kłótnia, druga kłótnia. Padają okropne słowa. Na miesiąc przed pieprzonym ślubem. Pojechał. Ja zostałam.

Taka biedna i nieszczęśliwa.
Użalająca się nad sobą.
Obrzydliwie się użalająca.

I nagle przyszedł poniedziałek. Rzekomo podły poniedziałek, choć przez uchylone okno jak małe uśmiechy wpadały promienie słońca. Wstaję więc, po nocy, w której nawet się do siebie nie przytuliliśmy. Siadam na brzegu łóżka, głaszczę go po głowie. Nie umiem nie kochać tego gnojka, myślę sobie. Wędruję do pracy i jadąc w teren głupimi żartami poprawiam wszystkim humor. Nawet ja się śmieję. Sama z siebie. Z własnej głupoty. Może jednak nie jest tak źle?

Mówię ludziom, z którymi pracuję i nadzoruję o tym, że myślałam o odejściu.
To, co słyszę w zamian sprawia, że mam szklanki w oczach.

- Jak ty odejdziesz, to ja za tobą - mówi M.
- I ja. Spierdalam stąd - dodaje D. - Bez ciebie będzie tu jedna, wielka chujnia.
- Weź się... - wtrąca się R., niesforny, młody jeszcze dość, ale lubiany przeze mnie - Kurde, jak ty sobie pójdziesz to kto będzie kierował nami co? Weź mnie nie wkurwiaj. Przecież z tą Czarną Mambą* wszyscy dostaniemy na łeb. Z tobą jest lepiej. Dużo się śmiejesz i w ogóle. Nawet jak ja nie lubię słuchać  ludzi to ciebie słucham. I piwa bym się z tobą napił.

Niby tylko słowa, a jak podnoszą na duchu.

Nie zwolnię się tylko ze względu na nich. Będę dalej brała sobie na barki baty z urzędu i innych wyższych sił. Może wmówię sobie, że jestem wystarczająco silna na to wszystko. Już nauczyłam się walić pięścią w stół w urzędzie. Już dotkliwie poznałam, jacy ludzie bywają podli i kłamliwi.

Zostanę.
Dla tych paru ludzi.

Lecz postanowiłam sobie, że najpierw przestanę przenosić pracę do domu. Uspokoję się, wyciszę, pożyję tym, co czeka mnie za półtora miesiąca. Poodliczam dni. Pożyję też moim mieszkaniem, które wciąż się urządza i staje się przytulnym gniazdkiem.

I obiecałam sobie, że oddam się w jego ręce. Że aby było dobrze, musimy sobie wybaczyć oboje. Musimy sobie przypomnieć, jak się kochamy. Wspólnie naprawić swoje błędy.

I powtarzałam mu z trudem w półmroku młodej jeszcze nocy, w te czarne i zamglone z podniecenia oczy, że kocham, że tęskniłam, że płakałam, że tak bardzo mi go brakowało... Przywarł mnie do siebie. Przytulił tak mocno, że nie mogłam przez moment oddychać. Wtapiał tylko twarz w moje włosy. Może płakał, a może po prostu nie był w stanie powiedzieć słowa.

Długo potem rozmawialiśmy, leżąc w łóżku. Kolejny raz dołożyliśmy cegiełki do budowy naszego wspólnego życia. Kilka moich łezek skapnęło na jego tors, ale byłam już spokojna. I tak spokojnie zasnęłam, tym razem mocno przytulana aż do samego rana. Tak, że rankiem nie mogłam wyplątać się z jego objęć, by wstać do pracy.

I wstałam.
Odsłoniłam okno.
Moja twarz w lustrze wciąż jeszcze szara, ale uśmiechnięta.
Oczy zmęczone, już nie smutkiem, lecz kochaniem.
Idę do pracy, która póki co może nie spełnia moich oczekiwań póki co, ale idę z uśmiechem do ludzi, z którymi pracuję. Idę z uśmiechem, że w ogóle mam pracę. I kiedy odbijam dyskietkę na wyjście, staram się o wszystkim zapomnieć.

Czas w końcu zacząć żyć.
Od poniedziałku.
Tego dobrego poniedziałku.


Witaj, nieznajomy,
Pytanie do ciebie mam
Czy zdążę jeszcze wrócić?
Drogi dawno już zasypał czas.

Za oknem szarość wchodzi w czerń,
Ty wciąż nie mówisz do mnie nic
Na tym pustkowiu mieszka śmierć
Czy to tylko część mojego snu, powiedz mi?

Ściany się burzą, szyby pękają naraz.
Lecę w dół przez błędy wszystkich lat
Widzę wyraźnie pełne rozczarowań twarze
A w oczach ból i gniew uśpionych zdarzeń.

* * *

* Określenie mojej wspólniczki, z którą dogaduję się - mówiąc delikatnie - średnio na jeża.

PS: Kochani, nie będę już obiecywać, że postaram się tu bywać regularnie. Przynajmniej na ten moment. W tej chwili mam totalne urwanie głowy, przez co piszę - jak widać powyżej - dość chaotycznie. Mogę Was jedynie zapewnić, że Wasze blogi staram się czytać regularnie. Tak, tak, sprawdzam, co u Was, choć nie zostawiam po sobie śladu.
Jeśli mogę Was jedynie o coś prosić - nie pytajcie o przygotowania do ślubu. Póki co te pytanie potwornie mnie drażni. Obiecuję, że wkrótce wszystko Wam opowiem. Tylko trochę ogarnę się sama ze sobą. :)

11 komentarzy:

  1. Jejku to już niedługo ^^ pewnie się bardzo cieszysz. I w sumie wiadomo też,że przed takim ważnym wydarzeniem nerwy puszczają. I Tobie i jemu.
    A cóż. Nawet jeśli kiepska praca to zawsze dobrze kiedy ma się koło siebie jakieś miłe mordki. Od razu chce się wstać.
    Uwielbiam u Ciebie ten optymizm. Nawet jak się wali to Ty zawsze widzisz słońce.I oby tak było jak najdłużej,bo życie wiadomo jakie jest...
    Powodzenia ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dużo się u Ciebie dzieje, to i nic dziwnego,że nerwy puszczają. Mam nadzieję,że u Ciebie zapanują teraz same dobre poniedziałki;)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Asiku nerwy i mi puszczają... wielkie stanowisko, awans a kasa śmieszna, ciągle tylko narzekania i zapierd... ech... ale musi być dobrze w końcu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Sama znam pewne kryzysy, też i te, które mówią- człowiek się zmienił. Ale i zmiana w życiu nieunikniona, trzeba się z jakąś "śmierci" pogodzić w sobie. Ale i z nowym życiem.
    I nieraz wszystko się wali, jedno się odbija na drugim, ale idzie znaleźć światełko w tym tunelu ,pomimo zmęczenia, pomimo wszystkich "złych i niedobrych" przecież...zwłaszcza, jak się ma kogoś, kto kocha i kto wspiera:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam ostatnio lenia co do pisania postów i komentarzy. Mogę robić wszystko inne - czytać, leżeć, spać, robić obiad, sprzątać, ale nie pisać. Ale również wszystko CZYTAM.

    Też bardzo często przenoszę pracę do domu i nie zawsze jest to zdrowe, niektórzy ludzie w pracy przygniatają mnie psychicznie, męczą, ale są też fajne jednostki, dla których warto tam być. Trzeba szukać tych małych promyków szczęścia, bo to bardzo podnosi na duchu w ciężkich chwilach :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiem co czujesz. Też kochałam swoją prace a teraz jej nienawidzę. Ale czasami potrzeba tego resetu. Albo urlopu :) Więc nie przejmuj się pracą, nie bierz jej do domu i skup się na przygotowaniach do Waszego wielkiego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Asik mam tak samo.... przestałam lubić swoją pracę :(

    OdpowiedzUsuń
  8. praca niestety rzadko jest prawdziwą przyjemnością.. dobrze, że masz tam taką ekipę, pomijając oczywiście Czarną Mambę. w grupie zawsze jest lepiej.
    trzymaj się, życzę mnóstwa cudownej miłości :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Praca jest ważną częścią życia i powinna sprawiać radość. I mam nadzieję, że w końcu zacznie dawać Ci satysfakcję, a nie tylko baty i powody do zmartwień:)
    Miło przeczytać co u Ciebie nowego:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Kochana Asiu, będzie dobrze. Odnajdź w sobie swoją siłę, a wiem, że na pewno ją masz. Dopiero co wyszłam z podobnego dołka, domyślam się, co możesz przeżywać. Znajdź w sobie promyk, małą iskierkę, która pozwoli na nowo rozpalić w sobie ten mrok i dać jasności wyjść z mroku. Trzymam za Ciebie kciuki, bardzo, bardzo mocno. Powodzenia i mentalny kop na szczęście! :*

    OdpowiedzUsuń
  11. Jesteś silna, dasz sobie radę. I kto wie, może dzięki Tobie sytuacja w pracy się poprawi. ;) Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń